Strona główna/Rekonstrukcja regionu

Rekonstrukcja regionu

Wybitny ukraiński politolog – Mykoła Riabczuk, obszernie i bezpardonowo odnosi się do zbioru „Nowa Europa Wschodnia: Ukraina, Białoruś i Mołdawia”. Zadaniem publikacji jest, według redaktorów, przegląd „dynamiki nowej Europy Wschodniej, wyjaśnienie, czy rzeczywiście można ją uważać za spójny region?, wyznaczenie głównych interesów państw, które wchodzą w jej skład oraz interesów kluczowych zewnętrznych aktorów”.

1.

Zbiór artykułów pod redakcją Amerykanina Daniela Hamiltona i Austriaka Gerharda Mangotta pt. „Nowa Europa Wschodnia: Ukraina, Białoruś i Mołdawia” to rezultat wspólnego projektu badawczego prowadzonego przez Centrum Stosunków Transatlantyckich Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Waszyngtonie oraz Austriacki Instytut Spraw Międzynarodowych w Wiedniu, przy wsparciu austriackiego funduszu Planu Marshalla. Zadaniem publikacji jest, według redaktorów, przegląd „dynamiki nowej Europy Wschodniej, wyjaśnienie, czy rzeczywiście można ją uważać za spójny region?, wyznaczenie głównych interesów państw, które wchodzą w jej skład oraz interesów kluczowych zewnętrznych aktorów”.

Cztery z jedenastu rozdziałów książki poświęcone są wyłącznie Ukrainie: „Perspektywy politycznego i ekonomicznego rozwoju Ukrainy” Tarasa Kuzia, „Rola Ukrainy w zmieniającej się Europie” Jeleny Kowalowej, „Ukraina i Unia Europejska” Michaela Emersona oraz „Ukraina i NATO” Stephena Larrabee. Kolejne trzy rozdziały analizują Ukrainę wraz z innymi państwami regionu: „Białoruś, Ukraina i Mołdawia – rozwój ekonomiczny i perspektywy integracyjne” Wasylija Astrowa i Petera Havlika, „Ukraina i Białoruś – zależność energetyczna od Rosji oraz rola państw tranzytowych” Rolanda Götza oraz „Rosja i Ukraina” Dmitrija Trenina.

Problematyka białoruska omawiana jest również w artykule Rainera Lindnera „Płynne sąsiedztwo – Unia Europejska – Białoruś i Rosja oraz perspektywy polityki białoruskiej Unii Europejskiej”. Odrębne badanie poświęcono Mołdawii – 50-stronicowa analiza „Niepewne jutro Mołdawii” bez nazwiska autora, podpisana przez Grupę Kryzysową. Książka opatrzona została wstępem Angeli Stent „Ziemie graniczne – nowa Europa Wschodnia w XXI wieku” oraz posłowiem Gerharda Mangotta „Dekonstrukcja regionu”.

Wszystkie teksty znacznie różnią sie pod względem stylu, głębi analizy, kompetencji i obiektywizmu. Najlepsze wrażenie sprawiają artkuły Kuzia, Trenina, Kowalowej i Emersona. Kuzio przedstawia gruntowną analizę postkomunistycznej transformacji na Ukrainie, stosując różne elementy teorii tranzytologii, a w szczególności zależności od szlaku kulturowego (path dependence), umów kompromisowych (pacted compromises) oraz poczwórnej transformacji (quadruple transition), która obejmuje nie tylko znamienne dla wszystkich państw postkomunistycznych procesy tworzenia się gospodarki rynkowej oraz instytucji demokratycznych, ale też procesy państwo- i nacjotwórcze, bardziej charakterystyczne dla państw kolonialnych.

Według autora, wszystkie te czynniki znacznie utrudniają procesy przekształceń. Ukraina odziedziczyła po poprzednich reżimach archaiczną gospodarkę, dysfunkcyjne instytucje, nieobywatelską kulturę polityczną, zdenacjonalizowane i regionalnie podzielone społeczeństwo. Ani w 1991 r., ani w roku 2004 rewolucje nie zostały dokończone – w obydwu przypadkach zakończyły się kompromisami na szczeblu elit, co doprowadziło jedynie do ich przetasowania, a nie do fundamentalnych zmian, i tym samym do modyfikacji, a nie do fundamentalnej odnowy starych instytucji i praktyki instytucjonalnej. Zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem do kompromisów dochodziło według tego samego scenariusza – umiarkowane grupy każdej ze stron (RUCH-owcy i suweren-komuniści w 1991 r. oraz naszoukraińcy i kuczmiści w 2004 r.) zawierały ze sobą formalne i nieformalne umowy, marginalizując jednocześnie bardziej radykalne ugrupowania (UGH-dysydentów[1] i imper-komunistów w 1991 r. oraz BJT-owców[2] i tzw. Zjednoczonych SDK-ów[3] w 2004 r.) Dwukrotnie społeczeństwo obywatelskie odegrało ważną rolę, naciskając na władzę i generując rozwarstwienie środowiska elit, ale ani w jednym, ani w drugim przypadku mobilizacja i presja nie wystarczyły do przeprowadzenia fundamentalnych zmian.

Kompromisowy charakter przemian, stosunkowa słabość społeczeństwa, znaczące podziały regionalne i fragmentacja elit znacznie utrudniają udaną transformację na Ukrainie według scenariusza bałtyckiego, czy środkowo-europejskiego. Jednocześnie sprawiają, że odchylenia w stronę autorytaryzmu, według scenariusza rosyjsko-białoruskiego, czy środkowoazjatyckiego, stają się równie mało wiarygodne. Autor prognozuje, że Ukraina podążać będzie drogą transformacji niekonsekwentnej (muddled transition) zbliżonej do tej, którą przechodzą państwa bałkańskie, ale bez „unijnej marchewki” [40], czyli bez ważnego transformacyjnego stymulatora w postaci wyraźnej perspektywy członkostwa.

W centrum uwagi Jeleny Kowalowej znajduje się ogólna ambiwalencja („wschodnio-zachodnia” dychotomia) ukraińskiej polityki zagranicznej, uwarunkowana spowolnioną demokratyzacją, powierzchownymi i niekonsekwentnymi reformami, hybrydowym charakterem instytucji politycznych, które nie są ani całkowicie sowieckie, ani naprawdę zachodnie. Nie mniej zgubny dla ukraińskiej polityki zagranicznej jest brak konsensusu wśród elit – zarówno odnośnie priorytetów, jak i interesu państwa w ogóle. W tych warunkach – pisze autorka – „realizacja jakiejkolwiek strategii integracyjnej skazana jest na porażkę, ponieważ elity nie umieją należycie wyjaśnić jej celów, a społeczeństwo – nie potrafi jej zrozumieć” [172]. Widoczny brak zdolności komunikacyjnych „elit” na arenie międzynarodowej i wewnętrznej opisuje również Michael Emerson [221]. Zauważa między innymi, że w Turcji, która podobnie jak Ukraina pragnie zostać członkiem UE, wiele uniwersytetów proponuje kierunki prowadzone wyłącznie albo w przeważającej części w języku angielskim. Dzięki temu państwo co roku otrzymuje tysiące młodych specjalistów, będących w stanie prowadzić interesy z Europą w każdej dziedzinie: polityce, wojskowości, gospodarce oraz w kulturze i nauce [234].

Ale nie chodzi tylko o opanowanie jedynego naprawdę ogólnoświatowego języka tj. angielskiego – ważna jest znajomość realiów, dyskursu, zachodnich wartości, reguł gry – wszystkiego tego, czego do chwili obecnej beznadziejnie brakuje ukraińskim tzw. „elitom”. Właśnie o tym pisze Kowalowa, wskazując na kolosalną przepaść między deklaratywnym pragnieniem „europejskiej integracji” i „powrotu do Europy” a całkowitym niezrozumieniem, co to w praktyce oznacza, jakie warunki należy spełnić i jakie reformy wprowadzić. Pomarańczowa władza pod tym względem niewiele różni się od obrzydłych wszystkim rządów Kuczmy, co sprawia, że „nowa fala zmęczenia Ukrainą” (Ukraine fatigue) odczuwalna jest dziś nie tylko w tradycyjnie obojętnej wobec Ukrainy Brukseli, ale i w tradycyjnie przychylnej Warszawie.

Jednocześnie Jelena Kowalowa ostrzega przed zbyt naiwnym, według niej, oczekiwaniem powrotu do stosunkowo komfortowej „wielokierunkowej” polityki w stylu Kuczmy. Uważa ona, że na dziś dzień nie jest to możliwe, biorąc pod uwagę aktywnie ofensywną politykę Rosji Putina, skierowaną na wszechstronną reintegrację przestrzeni postsowieckiej. Problemy tranzytu gazu, cen paliw, czy pozostawania na Krymie floty czarnomorskiej, są jedynie instrumentami tej polityki i elementami odpowiedniej retoryki, zrozumiałej i bliskiej rosyjskiemu społeczeństwu. Dlatego też, pisze autorka, niezależnie od ustępstw czynionych przez Ukrainę na rzecz Kremla, te problemy wciąż będą się pojawiać [184]. „Równouprawnienie rosyjsko-ukraińskich relacji uzyskać można jedynie poprzez integrację Ukrainy z demokratycznymi organizacjami zachodnimi, czyli dalsze polityczne i ekonomiczne reformy w kraju. Ukraina ma prosty wybór – przyłączyć się do Europy lub też pozostać częścią regionu postsowieckiego” [188, 193].

Michael Emerson podziela krytycyzm wobec bierności i niezdecydowania, które – według niego skupiły się w samym centrum ukraińskiej polityki [215], oraz wobec niekompetencji i braku odpowiedzialności ludzi, którzy tę politykę realizują [221-3, 234]. Jednocześnie wylicza szereg zastrzeżeń odnośnie polityki samej Unii Europejskiej, która nie zauważała Ukrainy w ciągu pierwszych lat jej niepodległości, traktując Wspólnotę Niepodległych Państw jak reinkarnację ZSRR i uparcie ukierunkowując się w swoich relacjach wyłącznie na Rosję. Historia Umowy o Partnerstwie i Współpracy, którą Ukraina podpisała jako pierwsza spośród wszystkich postsowieckich państw jeszcze w 1994 r., jest pod tym względem dość obrazowa. Unia Europejska ratyfikowała ten dokument dopiero w 1998 r., po tym, jak podobną umowę udało się podpisać z Rosją – dodajmy, że opóźnienie wynikło przede wszystkich z powodu gry na zwłokę i nieustępliwości strony rosyjskiej.

Sławne przemówienie komisarz UE, Benity Ferrero-Waldner, w którym oznajmiła, że drzwi Unii Europejskiej nie są dla Ukrainy ani zamknięte, ani otwarte, jest według Emersona przejawem bierności i niezdecydowania samej Unii [224]. Tymczasem Ukraina nie chce obecnie od Unii Europejskiej niczego więcej, jak tylko potwierdzenia jej własnych dokumentów statutowych, w szczególności Traktatów Rzymskich, zgodnie z którymi UE jest otwarta dla wszystkich europejskich demokracji, czyli państw, które odpowiadają pewnym politycznym, ekonomicznym i instytucjonalnym kryteriom (określonym w innym dokumencie – Umowie Kopenhaskiej). Ukraina jest póki co daleka od spełnienia któregokolwiek z tych kryteriów, przede wszystkim z własnej winy („dysfunkcyjna władza pozostaje cechą stałą tamtejszego politycznego krajobrazu, niezależnie od zmieniających się prezydentów i rządów” – pisze Emerson, [237]). Ale też polityki Unii Europejskiej wobec Ukrainy, nie wyznaczają niestety wyłącznie zadeklarowane w jej dokumentach standardy i wartości, ale i „pragmatyczne” (żeby nie powiedzieć cyniczne) rozgrywki z Rosją.

„Unia Europejska za wszelką cenę pragnie uniknąć uwikłania się w geopolityczną grę przeciw Rosji. Dlatego bez wątpienia będzie szukać jakiegoś porozumienia i współpracy w trójkącie UE-Rosja-Ukraina […]. Unia Europejska nie chce walczyć z Rosją o strefy wpływów według zasady «zwycięzca bierze wszystko». I ubolewa, że to staromodne geopolityczne myślenie przeważa w Moskwie, gdzie Kreml ogłasza zdobycie «bliskiej zagranicy» głównym priorytetem swojej polityki zagranicznej. UE wolałaby, żeby Ukraina przyswoiła europejskie wartości polityczne oraz normy i standardy ekonomiczne, a jednocześnie, żeby i Ukraina, i UE pozostały w dobrych, ciepłych stosunkach z Rosją” [236, 216-7].

Ukraińcy mogą jedynie zastanawiać się, w jaki sposób ten europejski pacyfizm uda się połączyć z polityką partnera (czy też przeciwnika?), który działa według staromodnej, ale wciąż efektywnej, na przestrzeni postsowieckiej, zasady „zwycięzca bierze wszystko”.

2.

Dwie różne odpowiedzi na to pytanie znajdujemy w artykułach Dmitrija Trenina i Gerharda Mangotta. Dmitrij Trenin, dyrektor programów naukowych Moskiewskiego Centrum Carnegie, nie ma żadnych złudzeń co do dzisiejszej polityki Rosji, którą nazywa „twardą, z tendencją do zadawania ciosów poniżej pasa” (assertiveness degenerates into outright bullishness, 196). Ale jednocześnie uważa, że Rosja w rzeczywistości nie pragnie „zjednoczyć się” ani z Ukrainą, ani z  żadną inną republiką postsowiecką, nawet z Białorusią [198, 210]. Według niego, Rosja odkryła już, że istnieje życie po imperium, i dlatego wszystkie jej wielkopaństwowe ambicje uznać dziś należy za przejawy doby postimperialnej [212]. Większość interesów Rosji w przestrzeni postsowieckiej ma przede wszystkim charakter ekonomiczny. „Polityka rosyjska nigdy wcześniej nie kierowała się tak mocno względami ekonomicznymi. Dla ludzi, którzy nie tylko rządzą Rosją ale i władają nią (jak prywatną własnością) wszystko, co dobre dla Gazpromu, jest też dobre dla Rosji” [197].

Ukraina, jak uważa Trenin, jest dla rosyjskich elit „raczej zbiorem lukratywnych dóbr i intratnych okazji niż terytorium, które fizycznie miałoby się przyłączyć do Rosji”. Jej rola w planach Kremla, by odtworzyć moskwocentryczny układ sił w przestrzeni WNP, jest znaczna, ale nie decydująca [198]. Z  poniżającej porażki podczas Pomarańczowej Rewolucji, Moskwa, według Trenina, wyciągnęła dwa bardzo ważne wnioski. Po pierwsze, na Ukrainie nie ma w rzeczywistości prorosyjskich polityków w takim sensie, w jakim chciałaby tego Moskwa. Żaden z nich, niezależnie od tego, jak zawzięcie używa rosyjskiej karty w rozgrywkach politycznych, nie jest gotowy na rezygnację z niepodległości i „zjednoczenie” z Rosją. Ukraińska polityka dzieli się na dwa obozy, z których jeden można nazwać naprawdę prozachodnim, natomiast drugi jest raczej „natywistyczny” niż prorosyjski [200, 207]. „Ukraina jest złożona i rozbita, ale to w żadnym wypadku nie oznacza, że wschód i południe pragną rozłamu i przyłączenia do Rosji” [208].

I drugi wniosek – Pomarańczowa Rewolucja nie była tak naprawdę warta strachu, który początkowo wywołała na Kremlu. W ostatecznym rozrachunku odkryła przed moskiewskimi politykami i technologami polityki nowe możliwości wpływania na procesy polityczne na Ukrainie. Z jednej strony chaotyczna „reforma konstytucyjna” ostatecznie rozregulowała i osłabiła i tak słabe mechanizmy instytucjonalne dysfunkcyjnego państwa ukraińskiego. Z drugiej strony, stosunkowa otwartość ukraińskiej gospodarki, pluralizm mediów oraz wysoka konkurencyjność polityczna widocznie rozszerzyły zakres możliwości manipulowania różnymi ukraińskimi klanami oraz realizacji wszelkich operacji specjalnych [205].

W ten sposób Rosja gotowa jest dziś współpracować ze wszystkimi siłami politycznymi na Ukrainie, które zgodzą się „szanować rosyjskie interesy” [207]. Zasięg tych „interesów” nie jest jednak doprecyzowany. Dmitrij Trenin zaznacza tylko, że dla Rosji cała WNP jest „naturalną przestrzenią  ekspansji gospodarczej, politycznych wpływów i kulturowej wyższości”. Jakiekolwiek europejskie czy amerykańskie wpływy w tej przestrzeni Rosja traktuje jak przeszkodę we własnej ekspansji, rozumiejąc współzawodnictwo z Zachodem w tradycyjny dla siebie sposób – jak grę o sumie zerowej (zero-sum game), czyli grę, w której jedna strona wygrywa dokładnie tyle, ile druga traci, dlatego żaden korzystny dla obu stron rezultat, zwycięski dla obydwu stron, nie może zostać osiągnięty [198].

Niedopuszczenie Ukrainy do NATO jest bez wątpienia priorytetem, a nawet prawdziwą obsesją kremlowskich polityków. Stephen Larrabee w swoim rozdziale słusznie zauważa, że dla Ukrainy członkostwo w NATO, to nie tyle i nie na tyle kwestia bezpieczeństwa, ile sprawa wyboru cywilizacyjnego [244]. Ale i dla Rosji przystąpienie Ukrainy do NATO – to nie tyle sprawa zagrożenia zewnętrznego (wątpliwe, by ktokolwiek z poważnych polityków wierzył dziś w ten propagandowy wymysł), ile problem ostatecznej i bezpowrotnej utraty Ukrainy ze swojej neokolonialnej strefy wpływów. „Byłby to straszny cios dla wszelkich resztek rosyjskich nadziei na stworzenie «Związku Słowiańskiego» z Rosji, Ukrainy i Białorusi a zarazem poważne ograniczenie strefy wpływów w całej zachodniej części WNP. Psychologicznie Rosjanom o wiele ciężej przyjąć fakt wstąpienia Ukrainy do NATO, niż całej reszty Europy Wschodniej” [Larrabee, 252].

Dmitrij Trenin uważa, że Kreml wolałby natomiast mieć do czynienia z „przyjazną i neutralną Ukrainą, taką nowoczesną wersją Finlandii, położoną między Rosją i Zachodem” [209]. Co prawda, dodaje w tym miejscu, że Rosja zamierza przedłużyć stacjonowanie swojej floty wojskowej na Krymie po 2017 roku – co niezupełnie wpisuje się w zarysowany wyżej projekt neutralizacji i „finlandyzacji” Ukrainy. W rzeczywistości, choć to smutna refleksja, istnieje więcej przesłanek, by mówić o oczywistych i niezupełnie bezskutecznych próbach Kremla „finlandyzowania” całej Europy Zachodniej, i w ten sposób, z jej pomocą – Europy Wschodniej. Odnośnie Ukrainy, kremlowskie plany są bardziej ambitne: „Rosja dobrze wie, czego chce. I nie jest zdezorientowana, jak w 2004 roku. Uwierzywszy w swoje nowe geopolityczne możliwości, z nową siłą pragnie zapędzić nasze państwo do zagrody swoich «uprzywilejowanych interesów». Moskwa uparcie pracuje nad nową strategią bezpieczeństwa narodowego, przyjętą w maju. W tym roku Rada Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej już trzykrotnie rozpatrywała problem Ukrainy, i nie ma wątpliwości, że tym razem Moskwa spróbuje odrobić straty z ostatnich pięciu lat”, (Dzerkało Tyzhnia, 15.08.2009).

Dlatego, kontynuuje Tetiana Sylina, choćby nie wiadomo jak gimnastykowali się ukraińscy politycy przed Kremlem: „Rosja zawsze będzie niezadowolona i jej ton zawsze będzie ostry, kiedy ktoś ośmieli się działać nie tak, jak by oczekiwała. A wymagania ma duże, z rezygnacją z suwerenności włącznie. Dobrze, przypuśćmy, że jutro zrezygnujemy z zamiaru wstąpienia do NATO. Pojutrze nas podciągną pod umowę Taszkiencką (OUBZ). Zgodzimy się zostawić flotę czarnomorską po 2017 r. – zapragną zabrać Sewastopol. Ogłosimy język rosyjski drugim językiem urzędowym – zażądają ogłoszenia pierwszym, a potem jedynym”.

Dmitrij Trenin pisał swój artykuł dwa lata przed wtargnięciem wojsk rosyjskich do Gruzji, dlatego mógł jeszcze myśleć, że Rosja przeszła w „dobę postimperialną”. Chociaż, szczerze mówiąc, również w tamtym okresie dość dużą naiwnością było oczekiwanie wegetariańskiego zachowania od kraju, który uważa bombę atomową oraz zapas gazu i nafty za wystarczające argumenty do posiadania  statusu państwa „globalnego” i który, jak zauważa sam Trenin, do dziś traktuje politykę zagraniczną jak grę o sumie zerowej. Ale obecnie, na tle chamskiego przemówienia prezydenta Miedwiediewa skierowanego do prezydenta Juszczenki (a tym samym do wszystkich niewystarczająco lojalnych wobec Moskwy Ukraińców), i w świetle nowej doktryny wojskowej FR, która przewiduje wykorzystanie sił zbrojnych w jakimkolwiek punkcie kuli ziemskiej w obronie „rodaków”, oczekiwania autora, że Rosja zrezygnuje z polityki „brutalnej siły” (crude power politics) i odkryje „potencjał miękkiej siły”, a tym samym sprawi, że jej polityczny, ekonomiczny i społeczny model staną się atrakcyjne dla sąsiadów, są po prostu utopią.

Niestety, nie mniej utopijne wydają się być nadzieje autora, że z powodzeniem zreformowana i zeuropeizowana Ukraina będzie bezdyskusyjnym modelem przeprowadzenia podobnej modernizacji i europeizacji w samej Rosji. „Proces ukraińskiej eurointegracji (początkowo i dość długo w formie «więcej Europy w Ukrainie») oraz jego rezultat końcowy («Ukraina w Europie»), będzie dla Rosji dobrą nowiną. Rosyjscy izolacjoniści będą mieć mniej argumentów za obraniem wyjątkowej rosyjskiej drogi. Ukraina, przywiązana do nowoczesnych wartości europejskich i zdolna swobodnie przemawiać po rosyjsku, może stać się pozytywnym czynnikiem dla całej Europy Wschodniej, Kaukazu i Azji Środkowej. Potencjał Ukrainy kryje się w tym, czego Rosja na razie nie potrafi wykorzystać – w „miękkiej sile” [211].

Przypomnieć należy, że zbliżone nadzieje wyrażał na początku lat 90. Zbigniew Brzeziński. Jednak bardziej prawdopodobne, że „zmęczenie Ukrainą” rozciągnie się niedługo nawet na jej największych sympatyków.

3.

Gerhard Mangott chyba nigdy do tych sympatyków się nie zaliczał. Wręcz odwrotnie – jego tekst („Dekonstrukcja regionu”) ma wyraźnie rosyjskocentryczny charakter i odzwierciedla stereotypowe opinie na temat Ukrainy (i całej „nowej Europy Wschodniej”), charakterystyczne dla rosyjskiej imperialistycznej historiografii oraz jej zachodnich analogii. Cała zachodnia realpolitik dotycząca regionu, już przeszło sto lat formuje się na podstawie takich poglądów i sama wpływa na ich formowanie, przede wszystkim poprzez zapewnienie im swoistego rynku zbytu.

Podstawą takich poglądów jest z jednej strony przeświadczenie o „tysiącletniej historii Rosji”, która oczywiście obejmuje też historię Ukrainy i Białorusi, zgodnie z imperialistycznym schematem Karamzina-Kluczewskiego oraz ich licznych rosyjskich i zachodnich kontynuatorów. Z drugiej strony, stereotypowe poglądy umacniają dawne wyobrażenia o Europie, według których kończy się ona gdzieś na wschodnich krańcach Wiednia („za płotem Metternichowego sadu”), czy, co najwyżej, na rzece Bug lub innych wschodnich granicach dzisiejszej Unii Europejskiej.

O powszechności i wadze wyżej wymienionych poglądów wspomina też w swoim artykule Stephen Larrebee, zaznaczając, że wielu Europejczyków ma poważne wątpliwości, czy Ukraina jest naprawdę państwem „europejskim” [240, 254]. Dosyć obrazowa wydaje się w tym ujęciu niedawna historia dokumentu UE dotyczącego Partnerstwa Wschodniego, w którym, w oficjalnym komunikacie dzięki staraniom grupy zachodnioeuropejskich przedstawicieli, nie używa się sformułowania „państwa europejskie” na określenie Ukrainy, Białorusi, Mołdawii czy Republik Kaukazu. Zamiast tego stosowana jest bardziej nieokreślona forma –  „kraje partnerskie”.

Zresztą mimowolne echa podobnych poglądów znaleźć też można w zupełnie niezłych artykułach recenzowanej przeze mnie książki. Na przykład Wasilij Astrow i Peter Hawlik stwierdzają, zupełnie w duchu Migraniana, czy innego Markowa, że Białoruś, Ukraina i Mołdawia „nie bez wahania przyjęły rozpad Związku Radzieckiego” [127]; podobnie Angela Stent przynajmniej dwukrotnie nazywa te państwa „przypadkowymi” (accidental nation-states, [3, 7]), mając na uwadze zarówno ich powstanie, jak i odziedziczone przez nie granice (choć rzeczywiście, według podobnej logiki powstanie wszystkich państw i wszystkich granic można by uznać za, w jakiejś mierze, „przypadkowe”). Ciężko też traktować poważnie, w naukowym tekście, stwierdzenie, że Ukraińcy i Białorusini do XVII wieku mieli wspólną „południoworuską” (sic!) tożsamość lub też, że do dziś trwają kłótnie, czy język białoruski jest rzeczywiście językiem, czy też dialektem języka rosyjskiego” [7]. Takie „kłótnie” jeśli się odbywają, to wyłącznie w wydaniu rosyjsko-nacjonalistycznym, w środowiskach, które z naukowym dyskursem nie mają nic wspólnego. Dlatego powoływanie się na podobne „dyskusje” w artykule naukowym, bez wskazania na ich zasadniczo antynaukowy charakter jest poważnym błędem, zarówno pod względem naukowo-metodologicznym, jak i z punktu widzenia moralności i etyki. Kiedy autorka pisze, że „historyczne problemy odróżnienia od siebie grup wschodniosłowiańskich wciąż jeszcze rezonują we współczesnych debatach” [4], czy też informuje, że „narodziny tych nowych państw wschodnioeuropejskich pozostają przedmiotem dyskusji zarówno co do ich pochodzenia, jak i, przynajmniej [sic!] z rosyjskiego punktu widzenia, ich legitymizacji” [8], to nie tylko zbija z tropu niewtajemniczonego czytelnika, ale i ugruntowuje rosyjską szowinistyczną propagandę, podnosząc jawnie kłamliwe bzdurne stwierdzenia do poziomu „dyskusyjnych”.

Artykuł Mangotta jest w pewnym sensie kwintesencją takiego myślenia i takiej logiki, dlatego zasługuje na oddzielną uwagę. Głównym argumentem jego tekstu jest fakt, że „nowa Europa Wschodnia” (NEW) jako samodzielny, różny od Rosji region, nie istnieje. Koncepcja NEW, jak twierdzi autor, jest „w dużej mierze niepoparta argumentami i «skonstruowana», w takim sensie, że nie bazuje na wspólnych cechach politycznych, ekonomicznych ani też społecznych, co czyniłoby ten region odmiennym zarówno od Rosji jak i od Europy Środkowej, ale jest sztucznie formowana wyłącznie dla strategicznej wygody zagranicznych graczy” [261].

Argument ten nie jest w swoich fundamentach niczym nowym ani oryginalnym. Z jednej strony odzwierciedla dawne uprzedzenia Europy Zachodniej, głównie Austrii do „wschodu”. Z drugiej strony, nadaje „szlachetny”, pseudonaukowy sznyt propagandowym tezom rosyjskich  towarzyszy, którzy jednoznacznie stwierdzają, że żadnej europejskiej, nie-eurazjatyckiej tożsamości Ukraińcy, Białorusini ani Mołdawianie nie mają i nie mogą mieć, bo jest to jedynie wymysł miejscowych zboczeńców-nacjonalistów i ich zachodnich patronów-„rusofobów” – przede wszystkim szkodliwych Amerykanów oraz ich wschodnioeuropejskich sługusów z Polski i krajów bałtyckich.

Oczywiście Gerhard Mangott nie powtarza tych idei dosłownie, ale sam tendencyjny sposób, w jaki dobiera i interpretuje argumenty, fakty i dane statystyczne, niebezpiecznie oddala go od sfery dyskursu naukowego i zbliża do sfery prezenterów kanału telewizyjnego Russia Today. Skutkiem czego, główne zagrożenie stabilności regionu widzi nie w coraz bardziej agresywnym zachowaniu autorytarnej, szowinistycznej i faszyzującej Rosji, lecz w instynktownym dążeniu „nowych państw wschodnio-europejskich” do dystansowania się wobec ciężko chorego i niebezpiecznego sąsiada. Według tej pokrętnej logiki, winą za „stworzenie nowych linii podziału w regionie” należy obarczyć nie Rosję, która za rządów Putina jedynie przeciwstawiała się Zachodowi, jego wartościom i instytucjom, i oczywiście nie sam Zachód, który zbudował nową żelazną, czy też wizową kurtynę na wschodniej granicy Unii Europejskiej, lecz prozachodnie elity Europy Wschodniej, które rozpaczliwie starają się westernizować/modernizować swoje społeczeństwa i integrować je z euroatlantyckim światem.

„Dyskursy tożsamości regionalnej, proponowane przez miejscowe elity, z akcentem na przynależność ich państw do kulturowej oraz społecznej przestrzeni Europy, narażają na szwank związki tych państw z tradycyjną przestrzenią kulturową i społeczno-strukturalną. Sztuczny dyskurs elit NEW w małym stopniu pokrywa się z samookreśleniem znacznych segmentów tamtejszych społeczeństw. Dyskurs tożsamości regionalnej, który traktuje NEW jak część postsowieckiej przestrzeni, ze stuletnimi relacjami łączącymi te państwa, może być mniej ekskluzywnym i konfrontacyjnym dla tych społeczeństw, niż dyskurs UE-centryczny” [263].

W rzeczywistości „UE-centryczny dyskurs” nie jest ani ekskluzywny ani konfrontacyjny. Z roku na rok badania opinii publicznej we wszystkich trzech „nowych wschodnio-europejskich państwach” pokazują, że absolutna większość ludności NEW popiera hipotetyczne członkostwo swoich państw w UE i jedynie nieliczna mniejszość opowiada się kategorycznie przeciw. (Olbrzymia ilość respondentów, którzy „nie zdecydowali się” w tych państwach, wynika z „niezdecydowanej” polityki ich własnych rządów w stosunku do UE i tak samo „niezdecydowanej” polityki UE odnośnie tych państw.) To właśnie przeciwny, rosyjskocentryczny dyskurs jest naprawdę ekskluzywny i konfrontacyjny. Historycznie, zawsze był tak mocno związany z pansłowiańską, antyzachodnią, imperialistyczną ideologią, że dla Ukraińców i Białorusinów po prostu nie zostawało miejsca na zaistnienie, jako odrębnych narodów, z odmiennymi językami i kulturami.

Ale jeszcze bardziej niepokoi fakt, ze autor operuje mglistymi terminami, których nigdzie nie objaśnia, ale które wyraźnie esencializuje i tym samym stara się nadać im niezaprzeczalną wartości i prawdziwość. Czym jest np. „postsowiecka przestrzeń”, którą Białorusini, Mołdawianie i Ukraińcy mają uważać za tradycyjną – i to na tyle, że grzech ją porzucić, w dodatku nie jest to możliwe bez spowodowania nowych, katastrofalnych, według autora, „podziałów Europy”? Czy nie była to przestrzeń niewoli i bezprawia, brutalnej kolonizacji i wynarodowienia, głodu i deportacji, przymusowej rusyfikacji i prześladowania odmiennych poglądów? Oczywiście, wielu Ukraińców, Mołdawian i Białorusinów, którzy stawali po stronie kolonizatorów, miało się w tej przestrzeni całkiem nieźle. A jeszcze więcej ludzi, żeby przeżyć, przystosowywało się do tej perwersyjnej sytuacji, przekonując siebie i innych, że codzienny gwałt nie jest gwałtem tylko odmianą małżeństwa, swego rodzaju mezaliansem, „tradycyjnym” i „inkluzywnym”, używając terminów pana Mangotta. Większość Ukraińców i Białorusinów nauczyła się nie myśleć, nie pamiętać, nawet nie kwestionować tego wszystkiego, co oficjalnie jawiło się jako „normalne” i „tradycyjne”. Nauczyła się sztuki przetrwania. A ci, którzy się nie nauczyli – nie przeżyli. Dlatego obecnie wielu ludzi w tych państwach cierpi na zbiorową amnezję, lęk przed wolnością, rozdwojenie jaźni, anomię i w końcu – na  niemożność wyboru między godnym ludzkim życiem w przestrzeni europejskiej a „tradycyjnym” – w postsowieckiej.

Społeczeństwa „nowej” Europy Wschodniej są naprawdę „podzielone” pod tym względem, i jest to chyba najistotniejsza cecha, która sprawia, że są one jednym, i w jakimś sensie spójnym, regionem, różnym nie tylko od Europy Środkowo-Wschodniej, ale i od Rosji. Wszystkie te społeczeństwa, jak przenikliwie zauważył już pięć lat temu Joseph Langer, „przebywają w stanie mniej lub bardziej otwartej wojny domowej z powodu przyjęcia lub odrzucenia zachodnich wartości”. We wszystkich tych państwach, dokładnie tak, jak w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie (włączając Turcję) „Unii Europejskiej przeciwstawia się inna siła duchowa”[4] – islamski fundamentalizm w jednym wypadku, a rosyjsko-sowiecki (czy też prawosławno-wschodniosłowiański) mesjanizm i imperializm – w drugim.

Ale czy polityka niewtrącania jest w tych okolicznościach rzeczywiście dobra dla Europy, biorąc pod uwagę jej własne bezpieczeństwo, nie wspominając już o moralnym aspekcie problemu? Czy naprawdę Unia Europejska zyska, zostawiając sąsiednie państwa w ich „tradycyjnej” przestrzeni, co w praktyce oznacza ich podporządkowanie i wchłonięcie przez inne, zasadniczo wrogie wobec Zachodu i jego wartości siły? Czy nie byłoby mądrzej z punktu widzenia strategii, i uczciwiej, z ludzkiego punktu widzenia, próbować przeciągnąć te ambiwalentne społeczeństwa „nowej” Europy Wschodniej na swoją stronę, zamiast zostawiać je na pastwę rosyjskiego neoimperializmu, który nie szanuje europejskiego pacyfizmu i który nawet nie rozumie, w odróżnieniu od Europy, że polityka zagraniczna to niekoniecznie gra o sumie zerowej?

Społeczeństwa „nowej” Europy Wschodniej są naprawdę „podzielone” na część prozachodnią i antyzachodnią, a jeszcze bardziej są one podzielone w samych ludziach, w ich mentalności. Ale czy to oznacza, że dla dobra sprawy – pokonania podziałów społecznych – trzeba poświęcić właśnie część prozachodnią, pakując ją do „tradycyjnej” przestrzeni postsowieckiej, jak robił to w ciągu ostatnich 15 lat reżim białoruski, zupełnie jakby według wskazań Gerharda Mangotta? Czy może warto jednak efektywniej popracować z „natywistyczną” częścią tych społeczeństw – lecząc ją z amnezji, wspierając w niej europejską tożsamość i gruntując odpowiednie, zasadniczo „nietradycyjne”, niesowieckie wartości? Jeśli Rosja chciałaby przyłączyć się do „nowych” państw wschodnio-europejskich w tym procesie, byłoby świetnie, bo wtedy rzeczywiście udałoby się uniknąć nowych linii podziału w Europie, i w ogóle w regionie. Ale jeśli Rosja chce czegoś zupełnie odwrotnego – na co wskazuje cała putinowska polityka ostatniej dekady – to uniknięcie podziałów jest niemożliwe, gdyż obiektywnie one już istnieją, pytanie tylko, czy linia podziału przechodzić będzie wzdłuż zachodniej granicy dzisiejszej Unii Europejskiej, czy też wzdłuż zachodniej granicy dzisiejszej Rosji. Jeśli Zachód – z cynizmu, parochializmu czy głupoty – będzie chciał wzmocnić swojego imperialistycznego antypodę na Wschodzie, przeznaczając „strefę niczyją” NEW na „strefę wyłącznych interesów” Kremla i Gazpromu, to musi przy tym pamiętać, że do żadnej „finlandyzacji” tu nie dojdzie, będzie za to próba „białorusizacji”, będzie też zaciekły opór westernizowanej części ukraińskiego i mołdawskiego społeczeństwa z użyciem radykalnych środków. Choćby nie wiadomo jak głębokie i bolesne były wewnętrzne podziały w tych społeczeństwach, nie jest możliwe wyleczenie ich według przepisu Gerharda Mangotta – poprzez narzucenie amnezji i sowieckiej mentalności zdrowszej części społeczeństwa, dalszą jej rusyfikację i wciąganie na siłę do „tradycyjnej” przestrzeni despotycznego rosyjskiego etatyzmu i wielkopaństwowej paranoi.

4.

Ciekawe, że autor nie ma szczególnych złudzeń co do brzydkiego, czy też, jak sam je nazywa, „nieatrakcyjnego” oblicza dzisiejszej Rosji: „Duża część rosyjskich elit, w szczególności w siłach zbrojnych oraz w służbach specjalnych, widzi w podejmowanych przez Zachód próbach wspierania demokracji [w innych państwach] jedynie pragnienie rozszerzenia własnej strefy wpływów. Rosja jest ściśle związana z siecią postsowieckich elit, które uskuteczniają rządy klanowe w swoich społeczeństwach. Na co im obce społeczne, czy polityczne inicjatywy, nakierowane na demokrację. Demokratyczne siły w regionie postsowieckim traktują Rosję – w dużej mierze niebezpodstawnie, jak patronkę starych układów, a nie jak sprzymierzeńca progresywnych sił społecznych. Rosja ucieka się do bezpośredniego i pośredniego nacisku ekonomicznego, brutalnej ekspansji gospodarczej i aroganckich gestów. Rosja alienuje swoich zachodnich sąsiadów. Zamiast ćwiczenia ciosów poniżej pasa, warto, by Rosja zadbała o bardziej subtelne metody i wykorzystała je do uatrakcyjnienia swojego wizerunku. Prawie nie władając metodami miękkiego wpływu, a jedynie ograniczonym zakresem metod przymusu, Rosja działa jak spoiler [destruktor cudzej gry, niszczyciel cudzych planów] – przeciwko coraz bardziej zdecydowanemu ciążeniu państw NEW w stronę Zachodu i coraz większej gotowości Zachodu do podtrzymywania tych dążeń” [283-5].

Jako współredaktor recenzowanej książki Gerhard Mangott na pewno czytał spostrzeżenia poczynione przez innych autorów zbioru: „Niezdolność Rosji do uznania Ukraińców za odrębny naród, jest dla Ukrainy poważnym zagrożeniem” (Kuzio, [35]); „Rosja zapewnia sobie dominację w niewybredny sposób – stosując np. embargo na eksport, wstrzymując dostawy energii, odmawiając wyprowadzenia swoich wojsk” („Niepewne jutro Mołdawii”, [124]); „Rosja wykorzystuje eksport paliw bezpośrednio w celach politycznych” (Götz, [153]); „Rosyjska polityka wobec «bliskiej zagranicy» sprawia wrażenie agresywnie hegemonistycznej i absolutnie pozbawionej skrupułów” (Emerson, [237]).

Z innych źródeł autor na pewno wie o powtarzających się w Rosji zabójstwach opozycyjnych dziennikarzy i obrońców prawa, o ostrej cenzurze i fasadowych wyborach, o szantażowaniu i zastraszaniu politycznych oponentów i niepokornych biznesmenów, o brutalnym rozpędzaniu pokojowych demonstracji przez siepaczy z OMON-u, jak również o coraz bardziej totalitarnej kombinacji, scalającej w jedno aparat państwowy, służby specjalne, oficjalną cerkiew i pseudoobywatelskie organizacje, oraz o szybkim wzroście przestępstw o podłożu rasistowskim i nazistowskim – rzeczy wciąż jeszcze będące rzadkością na Ukrainie, czy w Mołdawii. Dlaczego więc usilnie doradza obydwu tym narodom „nie narażać na szwank” wątpliwych powiązań z „tradycyjną kulturową i społeczno-strukturalną przestrzenią”? Co złego jest w instynktownym dystansowaniu się Ukraińców i Mołdawian wobec skrajnie niebezpiecznego i nieprzewidywalnego sąsiada?

Autor kieruje się wyłącznie założeniami tzw. „polityki realnej”, z jej tradycyjną obojętnością wobec wartości i z przesadnym skupianiem się na tymczasowych interesach. W sumie  wymienia dwa partykularne, zawężone interpretacyjnie interesy. Po pierwsze – „uniknięcie hipertrofii europejskich procesów integracyjnych” [263], co oznacza zamknięcie europejskiej fortecy na wschodnich granicach UE i trzymanie samozwańczych „nowych” wschodnio-europejskich krewnych na bezpieczny dystans (wszystkie te państwa są w tej koncepcji rozpatrywane przede wszystkim, lub też wyłącznie, jako źródło „miękkich” zagrożeń – „chorób zakaźnych, zorganizowanej przestępczości, przemytu narkotykowego i handlu ludźmi, zanieczyszczenia środowiska oraz nielegalnej imigracji”, [264]). Po drugie, podobnie jak większość zachodnich pacyfistów i po prostu cyników, stara się „nie drażnić” Rosji, widząc w niej nie zagrożenie dla sąsiadów (a tym bardziej dla świata), a jedynie korzystnego dostawcę paliw oraz konsumenta zachodnich towarów. Dlatego pomimo rytualnego nawoływania do „postępowej konwergencji wartości” (można sobie wyobrazić śmiech kremlowskich kagiebistów), główny nacisk położony jest na „pragmatyczną współpracę w sferze wspólnych interesów” [264]. A że europejskie dążenia milionów prozachodnich Ukraińców, Białorusinów i Mołdawian stoją w jawnej sprzeczności z tą realpolitik to nie jest grzechem poświęcenie ich, uprzednio nazwawszy „sztucznymi”, „nacjonalistycznymi”, „antyrosyjskimi” i „rusofobicznymi”, i oczywiście „szkodliwymi dla stabilności w regionie”.

W tym celu Gerhard Mangott ucieka się do całego arsenału wątpliwych strategii dyskursu oraz do zmanipulowanych argumentów. W pierwszej kolejności, jak już wspominałem, stwierdza, że „nowa Europa Wschodnia nie istnieje jako oddzielny region” [285]; „nie ma w niej nic, co istotnie odróżniałoby ją od Rosji” [261]. Na potwierdzenie tego, przytacza różnorodne wskaźniki społeczne i gospodarcze – niektóre rzeczywiście ważne (jak wartość PKB na osobę, długość życia, czy wskaźnik rozwoju społecznego), niektóre raczej nieistotne (np. wskaźnik narodzin). Wniosek wynikający z tych zestawień jest przewidywalny: Ukrainie i Białorusi (danych dotyczących Mołdawii zazwyczaj brak) według wszystkich wskaźników bliżej są Rosji niż do postkomunistycznych państw Europy Środkowo-Wschodniej – nowych członków UE.

W rzeczywistości argument ten do niczego nie przekonuje, nie wiadomo bowiem, czy przedstawione przez autora wskaźniki są rezultatem jakiegoś rzeczywistego, głębokiego, pierwotnego powinowactwa Ukrainy i Białorusi z Rosją, czy jedynie skutkiem tego, że te trzy państwa na początku lat 90. nie otrzymały perspektywy członkostwa w UE, podczas gdy kraje Europy Środkowo-Wschodniej, taką perspektywę dostały, dzięki czemu skorzystały z olbrzymiej pomocy instytucjonalnej, technicznej i finansowej. Dwadzieścia lat temu wskaźniki wszystkich państw komunistycznych, w tym „europejskich” republik sowieckich, nie różniły się istotnie. Przyznaje to sam Mangott: „Wszystkie państwa NEW zaczęły zostawać w tyle za zachodnimi sąsiadami na początku lat 90.” [268]. W ten sposób, z czysto metodologicznego punktu widzenia, wyróżnienie pewnych państw, jako perspektywicznych i odrzucenie innych, jako „nierokujących nadziei”, mogło stać się rodzajem samospełniającej się przepowiedni.

Nie chcę przez to powiedzieć, że różnice między państwami Europy Środkowo-Wschodniej a krajami postsowieckimi są nieistotne, ani też, że w ogóle nie ma podobieństw między Ukrainą, Białorusią i Rosją. Chodzi jedynie o to, że wskaźniki społeczno-ekonomiczne nie są ani jedynym, ani nawet najważniejszym wyznacznikiem takich różnic, czy podobieństw. Bo za pomocą pewnej społeczno-ekonomicznej polityki można Czechosłowację i Niemcy Wschodnie sprowadzić do średniej komunistycznej, a Grecję, czy Albanię wywindować do europejskiego poziomu.

Rzeczywiste różnice mają znacznie głębsze korzenie i, według teorii zależności od szlaku kulturowego (path-dependence theory), w dużej mierze spowodowane są odmiennym historycznym i cywilizacyjnym dziedzictwem. Wszystkie państwa Europy Środkowo-Wschodniej, w odróżnieniu od republik radzieckich, istniały jako niepodległe państwa przynajmniej od lat 20. XX w. Mimo, iż ich suwerenność niejednokrotnie była ograniczona, a instytucje demokratyczne, w większości wypadków słabo rozwinięte, posiadały już pewne doświadczenie w zakresie gospodarki rynkowej i rządzenia państwem. Ale, co być może ważniejsze, wszystkie one należą do cywilizacyjnego obszaru zachodniego chrześcijaństwa, i wszystkie, aż do odzyskania niepodległości, wchodziły w skład zachodnich imperiów Habsburgów i Hohenzollernów, które istotnie różniły się od orientalnego imperium Romanowów.

Inną kwestią są państwa bałkańskie, o których Gerhard Mangott woli nie wspominać, prawdopodobnie dlatego, że nie bardzo pasują do jego teleologicznej koncepcji, według której postkomunistyczny świat jasno i prosto dzieli się na „dobrą” Europę Środkowo-Wschodnią, nagrodzoną członkostwem w UE i NATO oraz „złą”, postsowiecką „Eurazję”, oddaną w strefę „usankcjonowanych interesów” faszyzującej Rosji. A przecież, mówiąc o Ukrainie, Białorusi czy Mołdawii, to właśnie państwa bałkańskie, a nie Rosja, ani tym bardziej Azja Środkowa, i oczywiście nie Europa Środkowo-Wschodnia, powinny być najbliższym przedmiotem badań porównawczych. Państwa te, z wyjątkiem w większości muzułmańskiej Albanii oraz Bośni i Hercegowiny, należą do tego samego cywilizacyjnego obszaru wschodniego chrześcijaństwa, co i „nowa” Europa Wschodnia. A w ujęciu politycznym, ich doświadczenia z demokracją i praworządnością były w Imperium Osmańskim jeszcze mizerniejsze, niż Ukraińców, Białorusinów i Mołdawian pod rosyjskimi samowładcami.

Jednak w porównaniu do NEW miały dwa atuty. Po pierwsze – dyktatura komunistyczna na Bałkanach trwała krócej, i co ważniejsze – miała raczej nacjonalistyczny niż denacjonalizujący charakter. Po drugie, muzułmańska „umma”, czyli ponadnarodowa wspólnota duchowa prawdziwych wiernych, miała ograniczony wpływ na narody bałkańskie, ze względu na ich zasadniczą etniczną, językowo-kulturową i religijną odrębność od panujących Turków. Natomiast „umma” wschodniosłowiańska/prawosławna, propagowana przez Imperium Rosyjskie, okazała się w istocie internalizowana przez Ukraińców, Białorusinów i przez samych Rosjan, hamując od XVIII w. ich przekształcanie w nowoczesne narody. W ten sposób rozszczepiona tożsamość, i co za tym idzie, polityczna i kulturowa schizofrenia stały się głównymi cechami, które odróżniają Ukraińców i Białorusinów  (i z nieco innej przyczyny Mołdawian) od większości narodów bałkańskich, czyniąc NEW naturalnym celem rosyjskich manipulacji.

Na tym tle wszystkie inne czynniki zdają się o wiele mniej ważne. Nawet dziś, kiedy Rumunię i Bułgarię mimo wszystko wciągnięto do UE, a dla pozostałych krajów bałkańskich zapalono zielone światło i udzielono im dość znacznej wszechstronnej pomocy, państwom tym wciąż, według wskaźników społeczno-ekonomicznych bliżej do krajów „euroazjatyckich”, czyli do Ukrainy, Mołdawii i Białorusi niż do postkomunistycznych – Europy Środkowo-Wschodniej. Gerhard Mangott miał więc bez wątpienia podstawy, by nie włączać do swoich statystyk ani Albanii, ani Macedonii, ani Bośni. Ale nawet bardziej „postępowa” Rumunia, czy Bułgaria, sprawiają spory kłopot pozornie jasnym wywodom teoretycznym. Co i rusz konieczne jest podkreślanie wyjątków; „Węgierskie wskaźniki śmiertelności są zbliżone do wskaźników w NEW; Bułgaria znajduje się mniej więcej na tym samym poziomie” [267]; „Wskaźnik Rozwoju Społecznego w «nowej» Europie Wschodniej zbliżony jest do bułgarskiego, jednak o wiele niższy niż w Europie Środkowo-Wschodniej” [268]; „Ogólnie możemy stwierdzić, że państwa NEW istotnie różnią się od Państw Europy Środkowo-Wschodniej w wielu sferach rozwoju społecznego, natomiast w niewielkim stopniu odbiegają od Rumunii i Bułgarii.

Zwróćmy uwagę, że autor napotkałby na jeszcze większy kłopot, próbując np. porównać indeksy demokracji (według corocznych sprawozdań Freedom House) w krajach bałkańskich i w zachodnich republikach postsowieckich: pierwsze odbiegały od drugich przez całe lata 90. XX w., dopóki unijna marchewka i natowski bat nie ustanowiły jako-takiego ładu na Bałkanach, podczas gdy dojście do władzy Łukaszenki, Putina, Woronina i Kuczmy-2 pociągnęły wskaźniki NEW w dół. W każdym razie wejście UE i NATO na bałkańską scenę istotnie naruszyło sterylność eksperymentu i dziś trudno przesądzać, czy bez tego dodatkowego czynnika wskaźniki państw bałkańskich i tak polepszyłyby się, czy też odwrotnie, zostałyby tam przy władzy miejscowe „Kuczmy”, „putiny”, czy „łukaszenki”. Możemy oczywiście oburzać się razem z panem Mangottem „walkami na pięści i agresywnymi krzykami w ukraińskim parlamencie” [272], ale w odróżnieniu od pana Mangotta powinniśmy pamiętać, że na Bałkanach w ciągu lat 90. aż do samego przyjścia UE i NATO, trwały zupełnie inne walki i rozbrzmiewały całkiem inne krzyki.

Krótko mówiąc, z przedstawionych argumentów nie możemy zrobić jednoznacznego wniosku: czy to państwa NEW należą do „tej samej bajki, co Rosja”, bo mają „wspólne sowieckie dziedzictwo – struktury klanowe, korupcję, słabe normy prawne i instytucje formalne, cierpią na brak kultury dyskusji, nieumiejętność kompromisowego rządzenia i pojednawczego podejmowania decyzji” [270], czy odwrotnie – wszystkie one w żaden sposób nie mogą pozbyć się tego dziedzictwa właśnie dlatego, że są pakowane (w odróżnieniu od Bałkanów) do „wspólnej bajki razem z Rosją”. Gerhard Mangott nawet nie stara się problematyzować tej złożonej rzeczywistości. Raczej wyciąga wnioski z wyprzedzeniem: państwa NEW nie są „wschodnią granicą politycznej i kulturowej Europy” [285]. Dzisiaj ten region bywa eufemistycznie nazywany „Eurazją”, wcześniej nazywano go „Związkiem Radzieckim”, choć zawsze chodziło przede wszystkim lub też wyłącznie o Rosję. Żeby rozmyć „nową” Europę Wschodnią w tym niepewnym regionie, żeby ugruntować jej polityczną kapitulację przed kompletnie niewegetariańską Rosją, trzeba najpierw dokonać rozkładu dyskursywnego, wyjaśnić, że to nie żadna kapitulacja, ani zdrada, a jedynie powrót do „normy” – wbrew miejscowym nacjonalistom, którzy wciskają Ukraińcom, Białorusinom i Mołdawianom niewłaściwą im („sztuczną”) tożsamość europejską, wspierani przez zagranicznych (amerykańskich, polskich, bałtyckich) „rusofobów”. Właśnie dlatego Gerhard Mangott wybiera fakty i argumenty, które są w zgodzie z  wnioskami, jakie chce wyciągnąć, a ignoruje te, które mu nie pasują. I właśnie dlatego porównuje NEW do faktycznie bardziej dojrzałych i bardziej rozwiniętych państw Europy Środkowo-Wschodniej (szczególnie po dwóch dekadach integracji europejskiej), a nie do bardziej odbiegających od europejskiej normy Bałkanów (zwłaszcza na początku lat 90. XX w.). Wszystko to jest dobre do agitacji politycznej, natomiast nie przystoi, w założeniu naukowej, publikacji.

5.

Tymczasem nieumiejętność adekwatnego wyjaśnienia problemu przez jednych specjalistów, skłania innych do przeciwnych skrajności. Charakterystyczny przykład takiego „odwrotnego” uproszczenia znajdujemy w zasadniczo dobrym artykule Tarasa Kuzia. Autor twierdzi, że Rumunia „zawsze miała jedną przewagę nad Ukrainą – „marchewkę” w postaci perspektywy członkostwa w UE, która zachęcała miejscowe elity do grania fair” [49]. „Marchewka” jest ważnym czynnikiem, jednak trzeba powiedzieć, że to nie jedyna i nawet nie najważniejsza różnica między Ukrainą i Rumunią, i w ogóle Bałkanami. Istota rzeczy polega na tym, że ani Ukraina, ani Białoruś, ani Mołdawia nie rozwiązały jeszcze problemów swojej tożsamości. I między innymi to różni te trzy państwa nie tylko od Bałkanów (choć i tam zdarzają się wyjątki – przede wszystkim Bośnia), ale i od Rosji, trwale przywiązanej do staroświeckiej tożsamości imperialistycznej i w żaden sposób niezdolnej do sformułowania nowoczesnej tożsamości narodowej. Właśnie to sprawia, że są odrębnym regionem o płynnych, ambiwalentnych, przejściowych tożsamościach. Wszystkie te społeczeństwa, w różnym stopniu uwolniły się od mitycznej wschodniosłowiańskiej/prawosławnej „ummy” ale żadne z nich nie stało się jeszcze pełnokrwistym skonsolidowanym nowoczesnym narodem.

Taras Kuzio zignorował tu problem tożsamości, prawdopodobnie dlatego, że za bardzo chciał wyciągnąć Ukrainę z „rosyjskiej bajki”, natomiast Gerhard Mangott, kładąc nacisk na tę kwestię, pragnął zapewne, by Ukraina została w tej „bajce” na zawsze. W obydwu przypadkach mamy do czynienia raczej z podejściem politycznym niż akademickim. Co charakterystyczne – pojęcia „inkluzywnej” i „ekskluzywnej” tożsamości w odniesieniu do NEW, nigdzie nie zostały wyjaśnione, mimo że Gerhard Mangott używa ich w dość szerokim rozumieniu. Pierwsze określenie oznacza w jego dyskursie po prostu „wszystko to, co dobre”, przede wszystkim pozostawanie „w jednej bajce z Rosją”. Drugie – odwrotnie, „wszystko to, co złe”, miedzy innymi „szkodliwe” próby (George Bush Senior nazwał je swego czasu „samobójczymi”) „dystansowania się wobec Rosji”. Nazywanie jednych tożsamości „inkluzywnymi”, a innych „ekskluzywnymi” jest w tym dyskursie tak dowolne, jak nazywanie szklanki wody do połowy pustą albo do połowy pełną.

Ani Ukraińców Zachodnich, ani białoruskojęzycznych Białorusinów, ani prorumuńskich Mołdawian raczej nie zachwyci „inkluzywna” tożsamość, która ponownie umieszcza ich w „rosyjskiej bajce”. Ośmielę się przypuszczać, że będą tą perspektywą zasmuceni o wiele bardziej, niż ich „prorosyjscy” rodacy perspektywą odwrotną – tj. ucieczki z tej „bajki” jak najszybciej i jak najdalej. Wynika to z prostej przyczyny. Problemy tożsamości, i wszystkiego, co z tym związane, są dla pierwszych sprawą o wiele ważniejszą, niż dla drugich. W praktyce oznacza to, że grupa prozachodnia, nawet będąc w mniejszości (jak na Białorusi) jest znacznie bardziej zmotywowana ideologicznie i politycznie zmobilizowana, niż grupa „prorosyjska” (która właściwie jest raczej ambiwalentna, z tendencją do natywizmu, zgodnie z trafnym spostrzeżeniem Dmitrija Trenina, [200, 207]). Dlatego de facto to nie promowanie tożsamości europejskiej w NEW tworzy „mentalne i fizyczne linie podziału w regionie”, jak twierdzi Gerhard Mangott, odwrotnie – to promowanie (lub konserwowanie) tzw. „prorosyjskiej”, zasadniczo antyzachodniej i antynowoczesnej tożsamości w regionie, tworzy drastyczne linie podziału wewnątrz wszystkich trzech społeczeństw, utrwala ich zacofanie i skłania Rosję do coraz bardziej agresywnych zachowań.

Autor prawdopodobnie nie rozumie (albo udaje, że nie rozumie), że żadna tożsamość nie jest ani pierwotna, ani wrodzona; wszystkie tożsamości są społeczno-historycznymi konstruktami, w których tworzeniu decydującą rolę mają zazwyczaj miejscowe elity, a często też i czynniki zewnętrzne. Ta sama reguła obowiązuje również „przestrzeń postsowiecką”, do której państwa NEW niby to w sposób naturalny przynależą, a także „kulturową i społeczną przestrzeń Europy”, z której to rzekomo mają być wykluczone. Żadna z nich nie jest czymś pierwotnym, pozbawionym znaczenia czy wartości, ani na wieki zakonserwowanym. W tym sensie, tożsamość europejska na Ukrainie, Białorusi, czy w Mołdawii nie jest niczym bardziej „sztucznym” niż tożsamość „prorosyjska” (czy raczej „natywistyczna”), którą Gerhard Mangott przedstawia jako „inkluzywną”, „tradycyjną i wyjątkową” [263].

Każdy, kto choć w niewielkim stopniu obeznany jest z nieimperialną wersją rosyjskiej historii wie, że ani Ukraina, ani Białoruś, ani Mołdawia nigdy nie wchodziły w skład Księstwa Moskiewskiego, dopóki nie inkorporowało ono tych ziem w XVIII w., przybierając nazwę średniowiecznej Rusi, przywłaszczając sobie całe związane z nią dziedzictwo historyczne i wkładając mityczną koncepcję „trójjedynej” wschodniosłowiańskiej nacji (prawosławnej „ummy”) w podstawę tożsamości imperialnej.

Przez ponad dwa wieki ukraińska, białoruska oraz mołdawska (rumuńska) tożsamość podlegały potężnej erozji pod wpływem imperialnego ucisku i stopniowo asymilowały się z prawosławną, a z czasem z sekularyzowaną lecz tak samo mityczną bolszewicką „ummą”. W tym sensie „nowa” Europa Wschodnia, to Europa, jaka pozostała po erozji, Europa, która ocalała w regionie, po dwóch wiekach dominacji wojowniczego antyeuropejskiego imperium. Ta „Europa szczątkowa” składa się dziś z resztek historycznego Księstwa Mołdawskiego i Królestwa Rumunii, Pierwszej i Drugiej Rzeczpospolitej, monarchii Habsburskiej i międzywojennej Czechosłowacji – resztek nie do końca strawionych przez Związek Moskiewsko-Rosyjsko-Sowiecki. Tożsamość europejska, „tradycyjna”, czy „wymyślona”, „mniejszościowa”, czy „większościowa”, jest właśnie główną cechą odróżniającą ten region od Rosji i zapobiegającą jego całkowitemu roztopieniu w czarnej, euroazjatyckiej dziurze, którą Gerhard Mangott eufemistycznie określa mianem „szerszego regionu, z którym UE graniczy na wschodzie” [285]. Oczywiście można, tak jak czyni to autor, udawać, że Rosja jest jedynie „jego częścią” [285], ale każdy mieszkaniec Europy Wschodniej wie doskonale, że to Rosja właśnie jest tym „regionem” i naprawdę nie ma w nim miejsca na żadne inne niezasymilowane, suwerenne „części”.

Gerhard Mangott jest chyba tak przejęty „życiowymi interesami” Rosji w tym regionie, że nawet nie zastanawia się nad rzeczą oczywistą, a mianowicie, że Europa Wschodnia też ma „życiowe interesy”, dla których Rosja zawsze była i jest realnym zagrożeniem, a nie odwrotnie. W większości wypadków bezkrytycznie przyjmuje i powtarza rosyjski punkt widzenia, np. że „inicjatywy Unii Europejskiej w ramach europejskiej polityki sąsiedztwa niweczą wysiłki Rosji w budowie planu gospodarczej integracji” w WNP [276], że „Stany Zjednoczone i poprzez NATO, i na gruncie bilateralnym, wtrącają się w interesy, które Rosja uważa za życiowe” [276]; albo, że naturalne dążenie Europy do dywersyfikacji źródeł paliw jest „wtrącaniem się w plany energetyczne Rosji w obrębie basenu Morza Kaspijskiego i w Azji Środkowej” [277]. Według tej pokrętnej logiki współpraca niepodległych państw z kimkolwiek oprócz Rosji jest „wtrącaniem się” złowieszczych sił zewnętrznych w rosyjskie „życiowe” i oczywiście „usankcjonowane” (w odróżnieniu od wszystkich innych) interesy.

Gerhard Mangott nie mówi tego wprost, ale sposób interpretacji i przedstawiania argumentów – bez należytych komentarzy i głównie rosyjskocentrycznych, wskazuje na jego głębokie ideologiczne zaangażowanie. Kiedy pisze, że Amerykanie „blokują wejście Rosji do WTO” [277] implicite podziela rosyjski punkt widzenia o złośliwych Amerykanach i nie dopuszcza przeciwnego, znacznie bardziej realistycznego wariantu, że wina leży po stronie Rosji, która stara się narzucić WTO własne reguły. Stwierdzając, że „wystąpienie Ukrainy z integracyjnych struktur WPG było poważnym ciosem dla interesów gospodarczych Rosji” [280] implicite narzuca czytelnikowi myśl, że interesy Ukrainy są albo zbieżne, albo w ogóle nie istnieją, albo są nic nie warte w porównaniu z interesami rosyjskimi. Za każdym razem, kiedy wspomina o „rosyjskich inicjatywach współpracy gospodarczej i integracji” niewtajemniczony czytelnik może jedynie zastanawiać się, czy sąsiedzi Rosji są tak głupi, czy tak rusofobiczni, czy w końcu tak zależni od przeklętych Amerykanów, że nie chcą brać udziału we wzajemnie korzystnych projektach. Mało który czytelnik na Zachodzie zrozumie, że wszystkie rosyjskie „inicjatywy”, w odróżnieniu od unijnych i natowskich, są ukierunkowane nie tyle na współpracę, co przede wszystkim na gospodarczą i polityczną dominację.

Rosja może oczywiście uważać się za „ekonomiczny środek ciężkości w postsowieckim regionie”, ma też prawo sądzić, że cały region to jej „fortyfikacje” [280] i traktować politykę Zachodu w NEW, mającą na celu wsparcie demokracji i społeczeństwa obywatelskiego, za „antyrosyjską” [282]. Ale dlaczego wszyscy wokół mają godzić się na tę dziwną mieszaninę manii wielkości z manią prześladowczą? Dlaczego Europa Zachodnia miałaby tym maniom przyklaskiwać, a Wschodnia – poddawać się im?

Autorski patos w tym miejscu nasila się: nie „alienować bardziej Rosji”, nie „odsuwać jej coraz dalej na wschód” [277], nie zamieniać NEW „w arenę konfliktu zachodnich i rosyjskich interesów” [286]. Prawdziwy problem polega jednak na tym, że to nie Zachód, a sama Rosja alienuje się od cywilizowanego świata swoją agresywną polityką zagraniczną i autorytarną polityką wewnętrzną; to nie bezsilny Zachód zamienia NEW w pole walki, i oczywiście nie Zachód odsuwa Rosję od NEW, tylko jej własna pycha, brak skrupułów, wielkopaństwowe chamstwo, polityczne i gospodarcze zacofanie oraz ogólnie mała atrakcyjność.

I ponownie, jako znawca tematu Gerhard Mangott doskonale wie, że „za wyjątkiem paliw wszystkie inne instrumenty rosyjskiego wpływu – gospodarcze, finansowe i militarne są w recesji. Rosja nie ma odpowiednich dźwigni, by przywrócić państwa NEW na swoją orbitę” [285]. Wie, że Rosja uważa się za „euroazjatycką”, a nie „europejską” potęgę, zdaje sobie sprawę, że Zachód zawsze był i pozostanie dla Rosji wrogim („obcym”), jest świadomy, że Rosja uznaje w polityce jedynie grę o sumie zerowej i wszędzie, gdzie się da, pełni rolę spoilera. A mimo to, wciąż zdaje mu się, że Zachód może i musi współpracować z Rosją w NEW, zamiast z nią konkurować. Do tego, jak wyjaśnia, potrzebne jest jedynie „inne podejście Rosji do regionu, rezygnacja z hegemonistycznej pychy i spoilerskich strategii na rzecz rozbudowy wzajemnie korzystnych powiązań w sferze społecznej, kulturowej, gospodarczej i technologicznej” [286]. Takie nadzieje wyrażane przez niekompetentnego autora byłyby naiwne, wypowiadane przez kompetentnego – brzmią po prostu obłudnie.

Każdy, kto uważnie śledzi ewolucję Rosji Putina, musi mieć świadomość, że żadnego „innego podejścia” z jej strony, zarówno do regionu, jak i do świata, w szeroko pojętej przyszłości nie można się spodziewać. Zachodni pacyfizm w takim kontekście może się okazać nie tylko szkodliwy, ale i samobójczy. Dlatego, że „plac boju” w regionie istnieje od dawna i nie odkryli go ani Ukraińcy, ani Polacy z obywatelami Krajów Bałtyckich, ani nawet nie Amerykanie, tylko sami Rosjanie podczas ekspansji jeszcze w XVII-XVIII w. Tak samo „linie podziału”, których tak boi się Gerhard Mangott, od dawna istnieją w regionie i przecinają nie tyle nawet terytorium, co umysły mieszkańców NEW. A przede wszystkim nie ma tu żadnej „tradycyjnej” („naturalnej”, „inkluzywnej”) opcji, gdyż ta „alternatywa” do tożsamości europejskiej, w swojej ostatecznej, pozbawionej propagandowej łupiny, wersji jest jedynie miejscową odmianą panrosyjskiej „ummy”.

Wszystkie tożsamości są w pewnym sensie sztuczne i skonstruowane, dlatego wspierając tę, czy inną konstrukcję, warto odpowiedzieć sobie chyba na najważniejsze pytanie: na jakich wartościach opiera się ta konstrukcja i do jakich idealnych wzorców obiektywnie nas przybliża.

6.

Na szczęście ze wszystkich autorów publikacji rusocentryczne poglądy Gerharda Mangotta podziela chyba tylko Angela Stent i to w bardzo zawężonej i umiarkowanej formie. A jednak, z przykrością trzeba stwierdzić, że to właśnie takie poglądy wyznaczają i ugruntowują dzisiejszą „realną politykę” wobec NEW praktycznie we wszystkich zachodnich stolicach.

Oskarżając Europę Zachodnią o krótkowzroczność lub też cynizm, nie można nie wspomnieć o fatalnej niezdarności ukraińskich „elit”, które swoją niedołężną polityką, i całokształtem zachowań, tylko umacniają Europę Zachodnią w przeświadczeniu, że Ukraina to niedonaródniedopaństwo. Ale to zupełnie inny temat, który wątpię, by udało się w najbliższym czasie zakończyć.

Mykoła Riabczuk

Tłumaczenie z języka ukraińskiego Justyna Marciniak

„Krytyka” 2010, nr 7-8

Książka: Daniel Hamilton i Gerhard Mangott (red.), Nowa Europa Wschodnia: Ukraina, Białoruś i Mołdawia, (Washington, DC: Center for Transatlantic Relations, 2007) dostępna w formacie PDF pod adresem:

http://transatlantic.sais-jhu.edu/bin/o/y/new_eastern_europe_text.pdf


[1] Ukraińska Grupa Helsińska, przyp. red.

[2] Blok Julii Tymoszenko, przyp. red.

[3] Ukraińska Partia Socjal-Demokratyczna, przyp. red.

[4] Josef Langer, Wider Europe and the Neighbourhood Strategy of the European Union – A Quest of Identity?, “Europe 2020”, 19 April 2004; http://www.europe2020.org/fr/section_voisin/190404.htm