Strona główna/ROZMOWA (SZTUKA). Między wstrząsem a rozczarowaniem

ROZMOWA (SZTUKA). Między wstrząsem a rozczarowaniem

ROZMOWA (SZTUKA). Między wstrząsem a rozczarowaniem. Z Anną Nawrot rozmawia Marek Nawratowicz

Marek Nawratowicz: Sztuka jest bardzo obecna w twoim życiu, czym ona dla ciebie właściwie jest?

Anna Nawrot: To pytanie natury egzystencjalnej. Sztuka jest częścią mojego życia, głównie zawodowego. Kiedy jestem w nowym dla siebie miejscu, pierwsze kroki kieruję do muzeum i galerii, chłonę architekturę. Mam zakodowane patrzenie na świat przez sztukę. Sztuka pozwala refleksyjnie żyć, zatrzymać się; wyciąga nas ze schematów, ze stereotypów, konfrontuje nas samych ze sobą. Sztuka dostarcza też zwyczajnej przyjemności, np. wtedy, gdy oglądam dzieła starych mistrzów, które znamy z kanonicznych podręczników. Doznaję czasami czegoś w rodzaju „wstrząsu”. Bywa też, że odczuwam rozczarowanie czy zdziwienie. Gdy pierwszy raz oglądałam abstrakcję Mondriana miałam zupełnie inne wyobrażenie o tym malarstwie. Na podstawie reprodukcji widziałam sterylne i precyzyjne malarstwo. A tu niespodzianka! Obraz Mondriana był malowany w taki sposób, że widoczne były ślady pędzla i faktury. Niezwykłe zderzenie wyobrażenia z rzeczywistością, która je totalnie weryfikuje. Tylko bezpośredni kontakt zapewnia prawdziwy i pełny odbiór każdego rodzaju sztuki. To jest niezmienne.

Tematem rozmów w moim domu czy pracy często jest sztuka. Ale nie tylko ona. Jestem też matką, żoną, siostrą i funkcjonuję na różnych polach. Sztuka jest w tym znaczeniu niemierzalna. Sztuka mnie uwzniośla – kiedy patrzę na coś wyjątkowego, po prostu czuję się lepiej. Częściej jednak zmusza do intelektualnego wysiłku. Kiedy pierwszy człowiek zrobił rysunek na skale ona stała się faktem. Jest tak bliska człowiekowi, choć niemałej części naszego społeczeństwa jest zbędna. A powinna być miejscem szerokiej debaty. Niestety, jest inaczej.

Jaka sztuka jest ci szczególnie bliska?

Różna. Oczywiście najbliżej mi do takiej, jaką pokazujemy tu w Galerii Białej.

Ważna jest dla mnie również sztuka krytyczna, zaangażowana, czy sztuka feministyczna, twórczość pokazująca świat z bardziej złożonej perspektywy, gdzie działają stereotypy, nienawiść, niesprawiedliwość. Sztuka odgrywa tutaj ogromna rolę. Być może najważniejszym jej przesłaniem jest, oprócz aspektów intelektualnych, wrażliwość na parametry społeczne, kulturowe. Otwierająca się na dialog z widzem, sztuka, która stawia pytania trudne, ale również taka, która też ma wizualne oddziaływania, która korzysta z nowych technologii i taka, która świadomie nie sięga po takie środki. Również zwraca moją uwagę praca dobrze wykonana, co oczywiście nie sprowadza się do wysokiej jakości użytych materiałów, lecz dokładnej, często manualnej, pracy.

Kiedy zaczyna się sztuka? Czy jest jakaś recepta na to, jak odróżnić sztukę od tego, co nią nie jest?

Sztuką jest wszystko… co sztuką nazwiemy, czyli „każdy może być artystą” – jak wiele lat temu ogłosił Joseph Beuys. Dzisiaj na wystawach funkcjonują artyści-pasjonaci, osoby wykonujące coś z i dla własnej potrzeby, tak jak na obecnej wystawie „Marzenia Wio(senne)” Magdalena Shummer, sędziwa malarka, która nie maluje po to, aby funkcjonować w świecie sztuki, ale z potrzeby wewnętrznej. Być może nawet aktywność artystyczna jest tutaj formą autoterapii. Jej twórczość przybiera konwencję sztuki naiwnej, co znów rodzi pytanie o definicję sztuki. Na tej wystawie pokazujemy także prace Zenka – malarza pokojowego, który nie wiem, czy czuł się artystą. Być może czuł się artystą na Podlasiu, gdzie dekorował domy, ściany, realizował świat swoich marzeń. Realizował świat na zamówienie, malując kwiaty, góry, lasy, zwierzęta, rzadziej ludzi. To, czym się zajmował z pewnością wynikało z jego potrzeby ekspresji, ale również był to sposób na życie.

Czyli artystą jest ten, kto sam siebie tak określi?

Być może. Ten, kto próbuje się realizować jako artysta. Mówimy o tzw. nieprofesjonalnych artystach, bez wykształcenia kierunkowego, a funkcjonujących doskonale w świecie sztuki, nawet w tym komercyjnym. Czy coś jest sztuką, czy ktoś jest artystą – w dzisiejszych czasach bardzo trudno to określić, granice są niezwykle płynne. Ukończenie akademii czy innej wyższej uczelni nie świadczy o tym, że się jest artystą. W czasach PRL-u oczywiście to była podstawa. Dzisiaj te kryteria zupełnie nie mają znaczenia. Ale nie wystarczy nazwać siebie artystą, aby nim być. Kiedy mówimy, że czyjaś twórczość zaistniała w świecie sztuki, mamy na myśli tę stronę instytucjonalną, galerie, wystawy. Sztuka potrzebuje kontekstu. Czyli przywołany wcześniej Zenek, który być może za życia uważał się za artystę, jednocześnie – podkreślmy – nim nie był, gdyż nie włączał się w instytucjonalną działalność na tym polu. Teraz, kiedy jego prace, a właściwie reprodukcje, są wystawiane, tym artystą stał się, właśnie w takim instytucjonalnym rozumieniu. Wokół przypadku Zenka można mnożyć historie tzw. ludzi otwartych, szukających, niecierpliwych, czasami niepogodzonych z rzeczywistością, dlatego sięgających po pędzel, pióro, czy aparat fotograficzny. Ale dopiero wytwory, ich siła i intencja decydują o tym, czy nazwiemy je sztuką. I oczywiście okoliczności, kiedy czegoś jest za dużo lub mało i tworzy się jakaś luka, którą nieliczni są w stanie zapełnić.

Teoretycznie śmierć twórcy nie powinna mieć znaczenia dla odbioru jego dzieła, ale czy tak jest w rzeczywistości?

Kiedy jesteśmy w większym muzeum na zachodzie Europy, szybkim krokiem kierujemy się w stronę tych kanonicznych dzieł. Chociaż w innych salach znajdują się prace, które są równie istotne, ale nie znalazły się w podręcznikach. Mówię o dziełach artystów nieżyjących. Śmierć twórcy wyznacza zamknięcie dzieła. Później droga wiedzie do muzeum, historycy sztuki próbują zweryfikować, a nawet nadać tej sztuce nowe znaczenie. Kiedy odchodzą znakomici artyści, po latach obserwujemy jakąś niezwykłą fascynację ich twórczością. Tak było z Aliną Szapocznikow, której twórczość wiele lat po śmierci doczekała się wystaw w najznamienitszych światowych muzeach sztuki. Chociaż o tym nie decydowała jej śmierć, ale sztuka i jej wartość.

Jak zmienia się sztuka w ostatnich latach? Czy odnajdziemy gatunki, które już nie istnieją, i czy powstają nowe?

Pamiętam, że na lata osiemdziesiąte XX wieku przypadł boom „dzikiego malarstwa”. Artyści nazwani Neue Wilde, Transawangarda lub Nowi Dzicy komentowali i kontestowali rzeczywistość społeczno-polityczną. Malarstwo polskich „dzikich” było ostrą reakcją na rzeczywistość. Potem niektórzy z nich pozostali w nurcie i do tej pory jakoś funkcjonują, ale wielu przestało w ogóle tworzyć. Zachodnie (także amerykańskie) galerie kupiły dużo, reprezentujących ten ruch dzieł, jednak szybko zniknęły one z ekspozycji i zapełniły muzealne magazyny. W tej chwili następuje powrót do fotografii analogowej. Z wielką przyjemnością galerie i muzea pokazują fotografie, które powstały w tej technice – laboratoryjnej. Współcześnie doświadczamy świata obrazkowego; reklamy, zdjęcia, teksty, informacje – otacza nas wizualny nadmiar. To widok zupełnie odmienny od tego sprzed 30 lat. Jak w tej ogromnej ilości obrazów wskazać ten, który zostanie zdefiniowany jako sztuka? On się czasami objawia w różnych formach w galeriach, muzeach, w pracowni artysty. Do tego mamy cały wachlarz możliwości, jakie proponuje internet. Wracając do pytania – sztuka się zmienia w tempie życia. Moje pokolenie pamięta PRL, cenzurę, później nastąpiły zmiany, a dziś jesteśmy w Unii Europejskiej. Ile się wydarzyło! W tym wszystkim była sztuka. Ta sztuka nawet wyprzedzała rzeczywistość.

Preferujesz taką sztukę, która jest prezentowana tutaj w Galerii Białej, ale jednoznacznie jej nie zdefiniowałaś.

Nie zdefiniowałam jednoznacznie, bo ona jest bardzo różnorodna. Od 1985 roku mam inklinację oczywiście do malarstwa Leona Tarasewicza, który pojawił się w Galerii Białej z inspiracji Jana Gryki. Leon miał kilka istotnych dla galerii wystaw i za każdym razem one były transgresyjne. Tarasewicz wyszedł poza obraz, zaczął malować na ścianach, filarach, suficie, podłodze. Ostatnio pojawiły się neony, trawa. Obserwując drogę tego artysty od samego początku, widzę na czym polegają zmiany, jak ta twórczość staje się bardziej złożona. Tarasewicz nie ogranicza się w swojej twórczości do obrazu, ale podejmuje ryzyko przekraczania. Taką sztukę najbardziej cenię, która niejako odbija się od swojej mitologii, nie powiela samej siebie z najlepszego okresu, ale samą siebie kontestuje, zwraca się przeciw samej sobie. Od kilku lat, na potrzeby pewnego rankingu, określam pozycje artystów od 1 do 10. W tym roku brałam pod uwagę samych nieżyjących artystów. Rankingi są potrzebne galeriom komercyjnym i oczywiście samym artystom, które sytuują ich w finansowej, komercyjnej hierarchii. Wracając do pytania: poszczególne wystawy prezentowane w Galerii Białej wzbudzają przeróżne emocje, od zadziwienia po irytację, od zachwytu po sprzeciw. Jeśli sztuka tak bliska jest emocjom, w jaki sposób budować hierarchie? Prezentowanie dzieł uznanego artysty buduje prestiż galerii i to jest ta wartość dodana płynąca z prezentacji dzieł uznanych. Sztuka, pomimo, że korzysta z wyobraźni, nie jest fantasmagorią. Widać to wyraźnie na wystawie Sofie Muller, pokazywanej u nas w 2016 roku. Artystka przez niezwykle sugestywne, zaklęte w brązowych, o tradycyjnej formie, figurach dzieci opowiada o sprawach uniwersalnych, ale też osobistych. Lęk towarzyszący dorastaniu, zmaganie z trudną rzeczywistością, relacje z innymi, brak prawdziwych więzi – o tym jest ta niezwykła twórczość. Sztuka jest bardzo blisko życia, a życie jest fenomenem. Jest przemijaniem, o którym w swoich fotografiach opowiada Irena Nawrot, czy kliszach kulturowych, na które wskazuje Agata Zbylut. Każda artystka i każdy artysta ma swój udział w tworzeniu własnej mitologii i to na różnych polach ludzkiej egzystencji, społecznego funkcjonowania, uwikłania w aktualną rzeczywistość polityczną, mentalną, globalną, ale również bardzo intymną.

Co artysta chciał wyrazić?” – chyba to częsty dylemat odbiorcy. Czy takie pytanie jest zasadne?

Często obiektom w galerii czy w muzeum towarzyszy rozbudowana informacja o nich. Niektórzy to krytykują. Dla wielu jednak jest mile widzianym dodatkiem. Galerie odwiedzane są przez młodzież, czasem dzieci, albo także ludzi, którzy są rzadkimi bywalcami w takich miejscach. Komentarz jest często przywołaną opowieścią o tym, czego dotyczy praca. To pozwala uchwycić kontekst. O tym „co artysta chciał powiedzieć” piszą krytycy sztuki, a często też sami artyści. Wystawa Pawła Nowaka nosiła tytuł „987.00”. Tytuł był istotny i oznaczał ilość kilogramów tyle ważyły prace gromadzone w pracowni artysty przez 24 lata jego twórczości. Artysta był zmuszony do jej opuszczenia i firma transportowa poinformowała go, ile ważyła cała jego materialna spuścizna. Okazało się, że waży prawie tonę. Paweł Nowak napisał tekst o tym, co i kto dla niego jest najważniejsze. Sztuka zazwyczaj (ale nie zawsze!) dotyczy relacji międzyludzkich.

Bywa, że dowiadujemy się o warsztacie artysty od niego samego, tak jak w przypadku Marcina Zawickiego. Jego prace malarskie poprzedza wytworzenie obiektu z modeliny czy innego tworzywa, taka miniatura jest później podstawą do malowanego obrazu.

Chociaż ja osobiście lubię przychodzić na wystawy i nic o nich wcześniej nie wiedzieć. Wtedy jestem zdana jedynie na swoją interpretację. Zresztą wszyscy w galerii oprowadzamy po wystawach, jak tylko pojawia się taka potrzeba.

Jednak czym innym jest konkretna informacja o tym, jaki materiał został wykorzystany, w jakiej technice wykonano obiekt, a czym innym jest informacja będąca gotową interpretacją.

Kiedy przedstawiam artystów na wernisażu, zazwyczaj unikają wypowiedzi na temat swojej twórczości. Są oczywiście wyjątki! Raczej chętniej wysłuchają później zdania publiczności. U artystek i artystów cenimy wyraziste postawy, co skutkuje podzielonymi opiniami odbiorców. Pełna aklamacja budzi podejrzenia. Warto także o pomoc poprosić samego artystę. Tutaj w Galerii Białej mamy w czasie montowania prac okazję rozmawiać z artystami, zapytać o istotne kwestie, także posłuchać, jak artyści rozmawiają ze sobą.

Do tej pory nie użyłaś terminu „sztuka współczesna”.

Ale mówię: aktualna, sztuka żywa, obecna tu i teraz. Współczesną nazywamy również sztukę lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku i wcześniejszą. Cezurą jest połowa XX wieku. Ale przecież pokazujemy Zenka, który w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych malował kwiatki w domach. Ale czy ona jest aktualna? Na pewno jest w aktualnym kontekście. Pokazując ją w roku 2018, chcemy powiedzieć: „Boże, przecież tak wyglądała rzeczywistość PRL”. A wtedy Zenek chciał jakoś ten PRL odreagować, dlatego nie malował szarej rzeczywistości, ale wyidealizowany świat pragnień. Wydaje się, że dużo jest tutaj jakiegoś absurdu, ale żeby to uchwycić, trzeba było dotrwać do tego 2018 roku. Nasze marzenia w czasach PRL-u wyglądały inaczej. Młode pokolenie widzi to ze swojej perspektywy.

Było coś kontrowersyjnego w sztuce 30 lat temu, a dziś przestało już takie być? I odwrotnie: czy jest coś kontrowersyjnego w dzisiejszej sztuce, czego tak nie odbierano 30 lat temu?

Co to znaczy być kontrowersyjnym? Stanąć dziś nago w galerii to żadna kontrowersja. Kiedyś tak, ale to były lata siedemdziesiąte. W PRL-u były bezkompromisowe wystawy organizowane przez tzw. galerie niezależne i autorskie. Do Lublina na zaproszenie Andrzeja Mroczka przyjeżdżali bardzo aktywni artyści, cała awangarda, która w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, prezentowała działania konceptualne, performance czy body art. Performance jest dzisiaj nauczany na studiach. Wcześniej uważało się, że to jest kontestacja różnych dyscyplin. Powstałe w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych galerie autorskie, dziś już niestety nieistniejące, dawały poczucie pewnej wspólnoty. Dużo później pamiętam wielką aferę jak w 2001 roku Julita Wójcik obierała ziemniaki w warszawskiej Zachęcie. Prosty gest pokazujący zwykłą pracę, z reguły przypisaną kobietom. Zrodziło to debatę o stereotypach, o kobietach, o nierówności. Kiedyś przecież decydowali głównie mężczyźni, artyści, oni stanowili większość. W tej chwili, patrząc na skład osobowy kierunków artystycznych, widać, że sztukę zagospodarowały kobiety. Galeriami zarządzają głównie panie. W 1985 roku pracowałam nad wystawą „Wieża Bab”. Kosztowało mnie sporo wysiłku, żeby zaprosić do wystawy 10 artystek. A w tej chwili są setki kobiet, które mają już istotny dorobek artystyczny i które mogą uczestniczyć w wystawie kobiecej i w każdym innym projekcie. Jan Gryka przygotowywał w 2015 roku wystawę, którą tworzyły prace 25 polskich malarek, i nie wyczerpał potencjału. Dzisiaj kontrowersja dotyczy bardziej życia politycznego. Swoją drogą wszystko jest polityczne, łącznie ze sztuką. Sztuka również. Jak w przypadku sztuki Edwarda Dwurnika z 2009 roku, kiedy przygotował pracę, którą pokazaliśmy nad wejściem do Centrum Kultury. Baner przedstawiał tłum ludzi z krzyżami. Kontekst dotyczył sierpniowego przyjazdu Madonny. W sierpniu w tym czasie przypada akurat maryjne święto i przyjazd piosenkarki był powodem oburzenia środowisk konserwatywnych. Praca osadzona była w konkretnym kontekście, ale teraz przenieśmy się na Krakowskie Przedmieście w Warszawie po katastrofie smoleńskiej. Baner okazał się profetyczny. Dwurnik jako komentator polskiej rzeczywistości funkcjonował od 50 lat. Być może przejawia się jego geniusz w tym profetyzmie. Sztuka, która wyrasta ponad teraźniejszość, próbująca nazwać coś nadchodzącego, jest sztuką wybitną.

Wiemy, że cenzura w PRL-u obejmowała różne obszary kultury, również sztukę. Obecnie nie mamy już cenzury instytucjonalnej, ale czy rzeczywiście cenzura nie istnieje?

Na „wizyty w cenzurze” chodziłam ze scenariuszem wystawy i wykazem prac. W 1986 roku przygotowywaliśmy wspólnie z Andrzejem Mroczkiem wystawę Josepha Beuysa. Wypożyczaliśmy ją z Muzeum Sztuki w Łodzi. Planowaliśmy włączenie do niej Apelu o alternatywę, który wydrukowano w piśmie Sztuka, wycofanym z obiegu. Wystawę otwierał Janusz Zagrodzki. Powiedziałam, że cenzor zdjął apel, ale oczywiście wcześniej zrobiłam ksero, a Zagrodzki publicznie go odczytał. W PRL-u cenzurowano do końca – nasza ostatnia ocenzurowana wystawa była autorstwa Paula Sochackiego z 1989 roku. Teraz artyści sami się cenzurują, chociaż nie ma cenzury instytucjonalnej. Myślę tutaj szczególnie o artystach komercyjnych, często młodych, którzy podpisują na wstępie umowy z komercyjnymi galeriami i sprzedają prace. Artysta na przykład tworzy kolaż, jedna praca się sprzedaje, kolejne również. Galerii odpowiada taki układ. Zaś artysta kontynuuje współpracę dla pieniędzy, choć tak naprawdę chciałby się zająć czymś innym. „Z czegoś trzeba żyć” – tworzy się rodzaj zniewolenia. Nierzadko się zdarza, że artyści mający za sobą ciekawy debiut, już na początku swej drogi idą na, niekoniecznie dla nich najlepszy, układ komercyjny, który hamuje ich rozwój. I to jest ta autocenzura, ograniczająca wolność wyboru, cenzura uzależnień od sprzedaży. Oczywiście są artyści kierujący się koniunkturą, ale nimi nie warto się zajmować.

Jakie jest znaczenie artystów lubelskich na tle środowiska artystów w Polsce?

Lubelscy artyści tworzą dość liczne środowisko, a ilość galerii i ludzi zainteresowanych sztuką także nie może być powodem do narzekania. Rozrasta się środowisko historyków sztuki, którzy pracują w Zachęcie, na Zamku Lubelskim, czy w Galerii Labirynt. Instytut Wychowania Artystycznego rozwinął się jako uczelnia, zyskując rangę Wydziału Artystycznego. Pracują na nim artyści. To wszystko oznacza więcej możliwości dla młodych twórców, czy tych, którzy mają dopiero plany związać się ze światem sztuki. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych i na początku lat dwutysięcznych, kiedy Galeria Biała przygotowywała wystawę w innym miejscu w kraju czy zagranicą, połowa wystawianych prac należała do artystów lubelskich. Od prawie 20 lat możemy pozwolić sobie na prezentowanie wystaw prac artystek i artystów z naszego miasta. Mówię tutaj o wystawach zewnętrznych, którymi od czasu do czasu się zajmujemy. Zaś w galerii taki układ wydaje się zbyt „duszną” sytuacją. Dlatego w Galerii Białej w rozsądnych proporcjach pojawiają się lokalni artyści. Znaczna ich część to twórcy spoza naszego miasta, którzy, na czym mi szczególnie zależy, nigdy nie pokazywali się na żadnej wystawie w Lublinie. Aby to były, w tym sensie, odkrycia.

Roberta Kuśmirowskiego Lublinowi każdy zazdrości. On rzeczywiście jest marką miasta. Trudno szukać w Polsce kogoś w Polsce równego mu pod względem aktywności. Dziesiątki wystaw, w znakomitych miejscach, i za każdym razem jest w nich coś zaskakującego. Tym bardziej cieszę się, że debiutował w Białej jeszcze jako student. I później kilkakrotnie do nas wracał, ostatnio z Sofie Muller, która znała go i podziwiała, ale nie kojarzyła z Lublinem. Przed laty przyjechali do Lublina Franczakowie ze Słupska, Bielakowie z Gdańska. Edmund Okstom też tu zamieszkał. Ci twórcy mieszkają tutaj i tworzą. Jest szereg artystów, dla których  chociaż dziś już wyjechali do innych miejsc Lublin pozostaje ważnym punktem na ich twórczej drodze. Paulina Sadowska, Michał Stachyra, Mariusz Tarkawian by wymienić kilka nazwisk. A jeśli chodzi o środowisko lubelskie, mamy różnorodne spektrum: Zachętę, która posiada swoje zbiory, Galerię Labirynt, która skłania się ku sztuce performatywnej i krytycznej. Galeria Biała stara się zachować swój charakter i nie upodabniać do innych. Taka sytuacja jest zdrowsza dla nas wszystkich. Każde z tych miejsc ma swój wyróżniający charakter. Mam nadzieję, że również Galeria Biała taki ma.

Galerie sztuki, podobnie jak inne instytucje, powstają i upadają. Jak ta sytuacja wyglądała i wygląda w Lublinie?

Kiedyś sztuką w Lublinie zawiadywał Andrzej Mroczek. Prowadził w Lubelskim Domu Kultury (obecnie Centrum Kultury) Galerię Labirynt. Później przeszedł z galerią na ulicę Narutowicza 4, gdzie teraz mieści się Wojewódzka Biblioteka Publiczna. W 1981 roku Andrzej przyjął posadę dyrektora BWA, a później ja kilka lat później otrzymałam od ówczesnej dyrektorki Ewy Miklasińskiej propozycję poprowadzenia galerii w LDK-u. I tak powstała Galeria Biała. Postanowiliśmy nie pokazywać sztuki z kręgu artystów Mroczka, stawiając raczej na młodych artystów. Stąd pomysł, żeby pokazać Tarasewicza na pierwszej wystawie w 1985 roku. Dzisiaj należy on do klasyki, ale wtedy był młodym artystą. Potem było Młode Forum Sztuki, które Jan Gryka zaczął prowadzić w 1996 roku. Potem nastąpiły różne roszady związane z Galerią Labirynt, w wyniku których dzisiaj mamy jej siedzibę przy ulicy Popiełuszki. Galeria Biała też zyskała ogromną przestrzeń na skutek remontu Centrum Kultury. Centrum Spotkania Kultur też przygotowuje wystawy, podobnie jak Muzeum na Zamku. Powstał międzynarodowy festiwal Otwarte Miasto. Działa stowarzyszenie Piękno Panie. Może brakuje miejsc robionych przez młodych artystów dla siebie tak jak to robiła niegdyś Galeria Kont. Ale może gdzieś się coś tli na horyzoncie?

Porozmawiajmy o sytuacji artystów w czasach PRL. Na jakie trudności natrafialiście, a co było kiedyś łatwiej niż teraz? Czy w obecnych realiach sztuka ma większe możliwości rozwoju?

PRL to koszmarny czas braku dostępu do wszystkiego. Artyści mogli kupić farby tylko za okazaniem legitymacji ZPAP (Związek Polskich Artystów Plastyków) lub dyplomu ukończenia akademii. Dyskryminacja na wielu polach. Pamiętajmy o cenzurze instytucjonalnej. Wtedy myśleliśmy, że Białej nie uda się utrzymać aż tak długo. Artyści nie mieli żadnych honorariów, spali u nas w mieszkaniu. Jak się nasz eldekowski żuk się zepsuł, wystawa nie przyjechała. Małgorzata Niedzielko zamiast rzeźb pokazała rysunki, które przywiozła autobusem. Zresztą Tarasewicz też przywiózł osobiście swoją pierwszą wystawę. Wszystko odbywało się bez pieniędzy, bo nikt ich nie miał. Był entuzjazm, była młodość, serdeczność. Przyjeżdżali do nas niemieccy artyści czy kuratorzy i opowiadali nam o sztuce. Byliśmy nawet u nich w Hamburgu, oprowadzali nas wtedy po galeriach i muzeach. Mieszkali w Altonie w artystycznej wówczas dzielnicy Hamburga. Przyjeżdżał do Polski również Maurycy Tszorf, który prowadził galerię fotograficzną Moment w Hamburgu. Zrobiliśmy tam wystawę tzn. Jan Gryka, Irena Nawrot, Krystyna i Sławek Bagińscy i ja. Później Maurycy wyemigrował do Izraela.

Jakie wówczas miało to dla was znaczenie?

Maurycy przywoził nam Kunstforum i katalogi wystaw. Opowiadał wiele o galeriach w Berlinie, Hamburgu, Monachium, Düsseldorfie. W smutnych latach osiemdziesiątych był dla nas oknem na świat. Na początku 2018 roku spotkałam się z nim w Izraelu i choć Maurycy, od kiedy zamieszkał w Jaffie, sztuką się nie zajmuje, pozostały nam wspomnienia. Był pełen uznania, gdy pokazywałam to, co u nas w Białej udało się w ciągu tych ponad 30 lat zrobić. Chyba tym razem, w czasie naszego spotkania w Jerozolimie, to ja byłam dla niego oknem na świat.

Nasza galeria istnieje już 34 lata, od 1985 roku przy niezmiennej obsadzie, ja i Jan Gryka. Piotr Wysocki dołączył później, a kilka lat temu Katarzyna Bartnik. Z mojej perspektywy obecne czasy są sprzyjające dla sztuki. Teraz jest najlepszy czas dla mnie, w sensie intelektualnej pracy i zawodowej stabilizacji. Mam 59 lat. Polska jest równoprawnym krajem w europejskiej wspólnocie. Artyści, którzy przyjeżdżają do Polski są traktowani tak samo jak artyści polscy traktowani są w Unii. Nie ma już tej niezwykłej bojaźni, która kiedyś powodowała dyskomfort między artystą polskim a artystą z zachodu. Możemy się porozumiewać, swobodnie poruszać między krajami bez paszportu i wizy. Oczywiście są również strony inne, większa konkurencja, trudniej znaleźć publiczność, ponieważ oferta wystawiennicza jest różnorodna. Jedna wystawa gromadzi więcej ludzi, druga mniej. Dużą publiczność miała wystawa zrobiona przez moją młodsza koleżankę Kasię Bartnik, która zaproponowała Dawida Ryskiego. Okazuje się, że jest jakaś znaczna luka w temacie grafiki użytkowej, cały czas istnieją obszary do odkrywania. Myślę, że będą to już odkrywać młodzi ludzie, bo każde pokolenie generuje inne właściwości. Jestem szczęśliwa, że doczekałam dobrych czasów dla sztuki i dla kultury w ogóle. Tyle się w Lublinie dzieje, że nie można za wszystkim nadążyć, w muzyce, teatrze, tańcu.

Ważnymi artystami dla Galerii Białej są Joseph Beuys, Robert Kuśmirowski, Mariusz Tarkawian, czy Leon Tarasewicz. O kim jeszcze warto wspomnieć?

Beuys był i jest postacią ważną, ale dla okresu lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Był wielkim demokratą i pacyfistą, działał w Partii Zielonych, działał na rzecz wolności i bronił twórczej autonomii. Był przeciw komercjalizacji, przeciw konsumeryzmowi. Te problemy podejmowała sztuka i Beuys był tutaj twórcą kluczowym. Jest artystą światowego formatu. Jego twórczość wyznaczała dla nas punkt odniesienia. Beuys zmarł na początku 1986 roku, a wystawę otworzyliśmy jesienią. Bez Andrzeja Mroczka byłoby to niemożliwe. Poparł wtedy pomysł i razem pojechaliśmy do dyrektora Muzeum Sztuki w Łodzi Ryszarda Stanisławskiego, który zgodził się udostępnić zbiory. Trzeba pamiętać, że to było ponad 30 lat temu! Nawiązaliśmy do Beyusa przy okazji jubileuszu galerii w 2015 roku. Jan Gryka poprosił swoich studentów do wykonania prac inspirowanych twórczością wybitnego Niemca.

Dla Galerii Białej najważniejsze są te artystki i ci artyści, którzy zaczynali w Białej, osiągając później sukces i jest to jakieś świadectwo, że nasze ryzyko pokazania ich debiutanckich prac miało sens. I tak teraz znaczący może być np. Mariusz Tarkawian, który „wyszedł” z Białej, a pojawił się tu wcześniej jako wolontariusz! Zrobił niezwykłą karierę i ma już ugruntowaną pozycję w świecie artystycznym. Niestety wyprowadził się z Lublina. Mieszka w Warszawie, ale przyjeżdża przy okazji każdej wystawy i relacjonuje ją rysunkowo w monumentalnej realizacji w korytarzu galerii. Wydaliśmy jego Contemporary Art Book. Znaczące ostatnie wystawy to duże ekspozycje, które przygotowali w Białej artyści i artystki w pokazach indywidualnych, wspomniany Tarasewicz, Tarkawian i Kuśmirowski oraz Krzysztof Sołowiej, Sofie Muller, Irena Nawrot, Agata Zbylut, Jerzy Kosałka, Paweł Nowak, Sławomir Brzoska, Henk Visch, Kamil Stańczak, Marek Radke, Dawid Ryski, Robert Maciejuk, Ala Łukasiak i Grzegorz Drozd, Paweł Matyszewski i Bartosz Kokosiński, Urszula Pieregończuk i Mariusz Libel, Viola Głowacka i Jakub Gliński, Monika Chlebek i Dawid Czycz, i nieżyjąca już niestety Hege Lønne oraz Edward Dwurnik i Paul Sochacki (odeszli wszyscy w 2018 roku). Najwięcej publiczności przychodziło na wystawy zbiorowe o różnych tematykach jak: „Malarki”, „Korepetycje z rysunku”, „Mam to z głowy”, „Marzenia (wio)senne”, czy ostatnia „Uwikłani w tekst . Ilustracja prasowa”. Cała dokumentacja jest na naszej stronie www.biala.art.pl

A co sądzisz o roli galerii jako pośrednika w sprzedaży dzieł prezentowanych na wystawie?

Komercją absolutnie nie zajmujemy się. Nie posiadamy żadnych zbiorów. Mamy pamiątki, gadżety, dary i depozyty prac od artystów, które staram się prezentować w biurze Jeśli pojawia się osoba chcąca kupić obiekt z wystawy, odsyłam do właściwej osoby czyli artystki lub artysty. Nie zbieram informacji o cenach dzieł. W Białej nie ma wystaw, które muszą się sprzedawać. To jest domena galerii komercyjnych, traktujących artystę zupełnie inaczej. Często w niego inwestują, chociażby biorąc udział w międzynarodowych targach sztuki. My pozostajemy tylko przy prezentacji i staramy się, żeby wystawy były w miarę solidnie zaaranżowane.

A teraz zadam Ci pytanie, ale zrozumiem jeśli nie będziesz chciała odpowiedzieć. Czy potrafisz spojrzeć na twórczość Jana Gryki obiektywnym okiem?

Powiem szczerze, że bardzo mi się podobały ulotne realizacje Janka, te z mąki. W ogóle nie brałam pod uwagę faktu, że to jest mąka, czyli podstawa chleba. Traktowane jak tworzywo, prawda?

Może nim być.

Dla Janka mąka miała znaczenie symboliczne, jako chleb. Spójrzmy na katalog, który pokazuje niezwykły zapis tego, co zrobił Janek, prezentując wystawę w 2001 roku zatytułowaną Typ 650. Poprosił przeróżne osoby do wyklejania ciastem wybranego kawałka ściany. I to było niezwykłe, bo Janek wprowadził element dzielenia się z innymi, przez kontakt z drugim człowiekiem. Zaproszeni zostali różni ludzie, przyjaciele i znajomi, również dzieci. Zaproszenie przyjęło ponad siedemdziesiąt osób. Janek nie eksplikował siebie, a zapraszał innych do swojej wystawy, po to, żeby pojawiły się jakieś relacje. Każdy chciał mieć najlepszy kawałek ściany, niektórzy starali się bardziej, inni mniej. Kiedy naklejone na ścianę elementy zaczęły odpadać, Janek pozbierał je i przetwarzał po raz kolejny.

Swoje artystyczne działania zaczynał on od ascetycznej bieli. Potem w jego twórczości pojawiły się wątki związane z obeliskami i ze sztucznymi kwiatami, w takim cyklu China plastic is fantastic.

Na swoją ostatnią wystawę, która odbyła się na Zamku Lubelskim, Janek zaprosił kilku artystów: Katarzynę Cichoń, Roberta Kuśmirowskiego, Michała Stachyrę i Mariusza Tarkawiana. On postrzega twórczość w zupełnie inny sposób. Moim zdaniem to jest taki prosty antykomercyjny gest kontestacyjny z lat osiemdziesiątych, ten z którego wyrósł. Sztuka performance była przeciwna komercjalizacji, stanowiła akt wolności i odwagi. Forma performance mówiła, że ulotny obiekt nie jest na sprzedaż, jest do pokazania tu i teraz. Na tym polega idea Janka, którą widać w tej ostatniej wystawie, gdzie prosił artystów, o to żeby zrobili coś w rodzaju performance. On sam zrobił tam całe dziesiątki obiektów. Niektóre miały charakter procesualny. Janek odnosi się do nich bez szczególnego „nabożeństwa”. Chociaż była to wystawa w muzeum. W katalogu wydanym przez Zamek Lubelski możemy przeczytać cytat z Janka z 1986 roku, który jest kluczem do zrozumienia jego twórczości.

Mogłabyś przytoczyć ten fragment?

Od momentu kiedy nieświadomie popełniłeś ten błąd i odkryłeś przed światem, musisz do końca dni coraz częściej ujawniać się w roli idola bez nogi i pobierać pokarm dla spragnionej duszy, by móc żyć. W zamian oddajesz całego siebie. Będziesz płaszczyć się, błagać, wyć i skamleć, by Ci było dane przed zejściem do podziemi pomachać zakrwawioną chusteczką choć przez sekundę do milionowego tłumu, który będzie czekać Twojej śmierci, aby poszarpać to wszystko, co pozostawiłeś po sobie i czego dotykałeś. Ten gest idiotów będzie równy Tobie”.

Mocne słowa.

W tym zawarł pewną przekorę, że tak naprawdę wszystko jest „po coś”, czyli równie dobrze „po nic”. To „nic” może oznaczać „wszystko”. Cytat podpisany jest: „Jan z Moszenek, rok 1986”. Był to rok po powstaniu galerii. Ja najwyżej cenię te pierwsze Janka prace.

Dlaczego?

Wtedy byliśmy na początku drogi, byliśmy bardzo młodzi, niepewni, stremowani. Po 30 latach te gesty mają dla mnie większe znaczenie niż te ostatnie. Może dlatego, że byliśmy wolni od stereotypów. Potem wieloletnia wspólna praca, małżeństwo, dwoje dzieci, to sytuuje człowieka w społeczeństwie. Jest to rodzaj kompromisu, w który trzeba wchodzić nieustannie. I dlatego myślę, że te buntownicze teksty czy wystąpienia z pierwszych lat miały więcej siły.

A później?

Później Galeria Biała okazała się ważniejsza. Nad wystawą na Zamku Lubelskim Janek pracował bardzo długo. To, co pokazano, stanowiło jedną trzecią tego, co faktycznie zrobił. Ostatnio zaaranżował kilka wystaw w Krynkach, w galerii, którą założył Leon Tarasewicz. Na jednej pokazał Zenka, na drugiej, oprócz siebie, innych artystów. Sztuka Janka krąży wokół mitu, wokół tego, czym chciałaby być oraz tym, czym nie będzie. To nie istnieje w sferze marzeń, a bardziej odbywa się w sferze własnej filozofii, własnej odpowiedzialności.

 

Anna Nawrot-Gryka jest absolwentką Instytutu Wychowania Artystycznego UMCS w Lublinie. Dyplom z malarstwa w Pracowni prof. M. Stelmasika obroniła w 1983 roku. Od 1985 roku prowadzi Galerię Białą w Lublinie. Otrzymała Nagrodę Artystyczną Miasta Lublin za 2007 r.

Marek Nawratowicz – animator kultury, wieloletni pracownik Ośrodka „Brama Grodzka–Teatr NN”, w którym zajmował się Programem Historia Mówiona. Rozmawiał m.in z Andrzejem Kotem, Bohdanem Zadurą, Jerzym Onuchem, Jarosławem Kozidrakiem, Zbigniewem Hołdą oraz wieloma innym twórcami, artystami i działaczami. Obecnie współpracuje z Teatrem Jasny Piotra Rządkowskiego.


Kultura Enter, 2019/01 nr 87
Jan Gryka 'China plastic is fantastic'. Źródło: http://biala.art.pl/podworko-sztuki/

Jan Gryka 'China plastic is fantastic'. Źródło: http://biala.art.pl/podworko-sztuki/