Strona główna/Rozmyte pojęcie. maltafestival 2011

Rozmyte pojęcie. maltafestival 2011

W swojej przeszło dwudziestoletniej historii maltafestival poznań przebył bardzo długą drogę – obecnie testuje koncepcję IDIOMU, czyli tematu głównego każdej edycji. Ilość wydarzeń (obecnie już nie tylko teatralnych), jakie przewiduje program, uniemożliwia uczestnictwo we wszystkich – obraz festiwalu jest wypadkową dokonanych świadomie lub przypadkowo wyborów widzów. Jak z zagadnieniem „Wykluczonych” poradziła sobie tegoroczna Malta?

Ubiegłoroczny dwudziesty, a więc jubileuszowy Międzynarodowy Festiwal Teatralny Malta przyniósł szereg zmian – poczynając od nazwy (maltafestival poznań + rok) aż po formułę wydarzenia. Wprowadzono regułę tematu przewodniego edycji – nie chodzi jednak o typowy motyw wiodący, dlatego organizatorzy posłużyli się innym określeniem: idiom. Przeniesiono je na grunt kultury z lingwistyki, gdzie oznacza wyraz bądź wyrażenie właściwe tylko danemu językowi. Nie tylko przecież mowa danej społeczności stanowi jej wyróżnik – odmienności da się wyodrębnić także w kształcie i treści innych wytworów kultury. Pomysł ożywczy, bo ciągle domagamy się by rzeczywistość pozornie oswojoną przedstawiać w nowym, nieznanym nam dotychczas ujęciu. Dorastanie w określonej tradycji i obyczajach jest wystarczającą przeszkodą, żeby na pewne rozwiązania nie móc wpaść, nie dostrzec wszystkich aspektów problemu… Zjawiska oświetlone przez pryzmat innej kultury lub wyłącznie jej właściwe pozwalają rewidować pogląd na świat.

Tak pomyślana koncepcja festiwalu ma więc ogromną wartość poznawczą, bo dzięki skupieniu na jednym temacie ujętym wieloaspektowo, pozwala dogłębnie poznać zjawisko. Tym bardziej, że część artystyczna uzupełniono o Forum, czyli spotkania z twórcami, wykłady i panele dyskusyjne podporządkowane idiomowi. Rok temu, kiedy tematem byli Flamandowie, premierowa formuła Malty zdała egzamin. Publiczność uczestniczyła w spektaklach wyreżyserowanych przez m.in. Lauwersa, Percevala czy Fabre, którzy stanowią ścisłą czołówkę nie tylko flamandzkiego, ale i światowego teatru. Spotkania z tymi twórcami oraz rozmowy panelowe pozwoliły dodatkowo na podchwycenie nowych idei oraz głębsze zrozumienie funkcjonowania teatru w tamtym regionie – jak się okazało dalece odmiennego od modelu znanego nam w polskich realiach (kilku dyskutantów wskazało na organizacyjne podobieństwo do Centrum Kultury w Lublinie, tyle że belgijskie konglomeraty artystyczne dysponują nieporównywalnie większymi środkami finansowymi, lokalowymi…). Poprzeczka dla kolejnych edycji została w 2010 ustawiona na niebezpiecznie wysokim poziomie – ryzyko polega na tym, że nie będzie łatwo o powtórzenie sukcesu artystycznego i intelektualnego pierwszego idiomu. Ale jak spadać, to z wysokiego konia.

W bieżącym roku idiomem stali się wykluczeni. Wszyscy potrafimy z marszu wymienić kilka grup społecznych, których szczególnie dotyczy problem marginalizacji, jak ludzie starzy, niepełnosprawni, chorzy psychicznie, bezdomni… Organizatorzy postanowili jednak potraktować wykluczenie znacznie szerzej i ukazać je jako nieodzowny element funkcjonowania każdego z nas w świecie. Słuszny wybór, bo nie zdajemy sobie nawet sprawy, że codziennie uczestniczymy, często z własnej woli, w najrozmaitszych formach dzielenia się na grupy, środowiska, gatunki, frakcje, i niejednokrotnie zdarza się, że wartościujemy to zachowanie pozytywnie. Mnogość kluczy wg których odbywa się selekcja stale rośnie: mogą to być poglądy polityczne, religijne, status społeczny, upodobania, wykształcenie, orientacja seksualna, rasa… – ich wyliczenie stanowiłoby pokaźnych rozmiarów aneks do tekstu. Problem polega więc na tym, z której strony tak złożony temat ugryźć, by z miejsca nie przygnieść publiczności rozmiarem zagadnienia. Wystarczy zapoznać się z wprowadzeniem autorstwa kuratorki Katarzyny Tórz zamieszczonym na stronie festiwalu, by zauważyć pewną bezradność wobec rozległości zagadnienia (http://www.malta-festival.pl/index.php/pl/artykuly/4,1,2,idiom). I nie można się temu dziwić: hasło wywoławcze rodzi pytania fundamentalne – czy zawsze wkluczanie musi oznaczać dobro, a wykluczenie zło? czy doszukując się wykluczeń na każdym kroku, nie popadamy w przesadę? Czy możliwe jest w ogóle sprawne funkcjonowanie bez wykluczania? Tymczasem bezradność w wyartykułowaniu zasadniczego przedmiotu zainteresowania tegorocznego idiomu przełożyła się na niezbyt czytelną propozycję programową w wyniku czego pojęcie wykluczenia raczej rozmyło się, niż wyklarowało.

Jako, że maltafestival poznań oficjalnie jest już wydarzeniem więcej niż teatralnym, temat wykluczenia eksplorowano także podczas koncertów (grupy Young@Heart, w której średnia wieku to 80 lat, oraz „barda wykluczonych” Manu Chao) i pokazów filmowych (m.in. „Stroszek” Herzoga, „Mark z parku” Abtina, „Zabiłem moją matkę” Dolana). Dzięki zabiegom organizatorów publiczność miała okazję do nieco szerszego zapoznania się z działalnością poznańskiego Squatu Rozbrat (dyskusja ”Władza wyklucza – wykluczmy władzę”, inscenizacja „Sztuka inwigilacji”, koncert „Hati”). Postanowiono też wymienić spostrzeżenia i rozwiązania dotyczące wykluczonych w przestrzeni miejskiej podczas jednego ze Spotkań Berlińsko-Poznańskich (drugie poświęcono poezji wykluczonej). Forum przewidywało cztery panele dyskusyjne: „Narracje wykluczenia” (o różnicach w postrzeganiu obrazów wykluczenia przez samego wykluczonego a postronnego odbiorcę), „Inżynieria obrazu” (dotyczący wpływu mediów na kreowanie tożsamości i wyznaczanie granic akceptowalnej społecznie „normy”), „Granice podmiotowości” (próbujący ustalić, kto decyduje o wykluczeniu podmiotu) „Autowykluczenie – gest twórczy” (poświęcony badaniu tego zjawiska wśród artystów). Forum uważam za bardzo mocny punkt programu – stanowi przykład rozpatrywania wykluczenia w ciekawych i związanych z naszym bezpośrednim doświadczeniem kontekstach. A aktywny udział słuchaczy w dyskusji jest świadectwem tego, że wybrano tematy nurtujące ludzi.

A co działo się na polu teatralnym? W ramach Idiomu zaprezentowano spektakle sław teatru europejskiego (Delbono, Fabre, Vienne, Mundruczó). Polskie akcenty dalekie był od mainstreamowości: alternatywę reprezentowała „Egzaminem”grupa Usta Usta Republika, znalazło się miejsce na nowatorskie projekty jak „Autobus jedzie” Szyngiery, Jakimiak i Baumgart. Pojawił się też na festiwalu cykl Unplugged, który ukazywał dorobek grup teatroterapeutycznych pracujących ze społecznie wykluczonymi.

Unplugged – czyli wkluczeni mają głos

Poprawność wymaga by podczas edycji festiwal poświęconej wykluczonym oddać głos im samym – tę funkcję spełniały prezentacje Unplugged. Fakt, że na jednym festiwalu pojawiają się Jan Fabre i zespoły takie jak Teatr Zgoda czy Teatr Wiem Kiedy Nie Mogę tylko pozornie świadczy o tym, że na Malcie panuje równość. Pierwsze różnice w traktowaniu zaznaczają się już na poziomie informacji od organizatorów o występujących – problemem jest ustalić na ich podstawie chociażby, kto odpowiada za scenariusz czy kostiumy, a nawet poznać nazwiska aktorów. Takich niedopatrzeń nie uświadczymy przeglądając informacje o występach profesjonalistów. Przyznam, że nie śledziłam wiernie tego cyklu, bo zniechęciło mnie do niego już pierwsze zetknięcie z nim. Mam na myśli spektakl „Indaxu” Grupy Wizyjnej Dżak Nikolson prowadzonej przez Wiesławę Cieślik i Kamila Hajdukiewicza w Ośrodku dla Bezdomnych nr 1 w Poznaniu. Poszczególne sceny łączy wspólne miejsce akcji – przystanek autobusowy, typowe miejsce w krajobrazie miejskim oraz postać dobrego ducha-barda, który piosenką komentuje dylematy pojawiających się tam osób. Dziwnym trafem będą to sami ludzie zepchnięci na margines – pijak wykorzystujący ławeczkę do snu, były ubek, dziewczyna wraz z poruszającym się na wózku ojcem, skazana na opiekę nad nim. Wszystko pozostaje na poziomie samego zaanonsowania faktu wykluczenia i jego przejawów, bez próby analizy. Wartością było dla mnie zaangażowanie włożone przez aktorów-amatorów w występ – szkoda, że ktoś kazał im opowiadać historie w swojej banalności nie kwalifikujące się nawet do telenoweli. Niewątpliwy atut tego przedstawienia stanowią również piosenki śpiewane i grane na gitarze przez… – właśnie, wobec braku informacji nie potrafię niestety podać nazwiska wykonawcy, mogę posłużyć się jedynie stygmatyzującym opisem – niewidomego mężczyznę poruszającego się o lasce. Klimat tekstów i aranżacji doskonale wpisałby się jednak w inne miejsce – mroczną piwnicę pubu, gdzie przy papierosie i nad szklanką piwa można by dumać nad ich sensem.

Czy obecność cyklu Unplugged na Malcie jest więc niedźwiedzią przysługą wyświadczoną prezentującym się zespołom? Z jednej strony obecność na międzynarodowym festiwalu może być potraktowana jako wyróżnienie i „podnieść morale” zespołu. Z drugiej mogą one szybko opaść, gdy twórcy zdadzą sobie sprawę, że ich występ nie odbił się żadnym echem. Trudno ferować wyroki o wartości całego cyklu na podstawie jednego obejrzanego spektaklu i niepochlebnych relacjach z innych wydarzeń usłyszanych od znajomych. W teatrze amatorskim, zwłaszcza zaś będącym elementem terapii, artystyczny poziom wydarzenia nie jest najważniejszym z celów. Nie powinno dziwić, że publiczność raz poczęstowana fałszem, nie ma ochoty na kolejny kawałek tego tortu. Konsekwencje ponoszą niewinni wykonawcy, których oklaskuje się z grzeczności, a często opuszcza występ już w trakcie. Wina tkwi jednak nie w nich samych, ale w błędnych posunięciach terapeutycznych. A przecież Wykluczeni mogliby nam opowiedzieć ważne, wywracające o kilka stopni patrzenie na życie historie o swoim indywidualnym zetknięciu z rzeczywistością, dać świadectwo prawdy – czegoś, co w teatrze najcenniejsze, ale trudne do uzyskania. Gdyby tylko ktoś ich wysłuchał, zamiast wiedzieć lepiej niż oni.

Teatr gwiazd, teatr ludzi…

Przedstawienia zagranicznych gwiazd Malty były tłumnie oblegane i wielu widzów chcących się zaopatrzyć w bilety czy wejściówki przed spektaklem zostało odprawionych z kwitkiem. Udało mi się obejrzeć dwie propozycje „After the battle” Compagnie Pippo Delbono (Włochy) i „It Is Hard to Be a God” Kornéla Mundruczó (Węgry). I tak się złożyło, że jeden z tych propozycji jestem przeciwniczką, drugiej zaś zwolenniczką.

Pippo Delbono to reżyser-legenda jeśli mowa o idei wkluczania poprzez teatr. W jego spektaklach oprócz profesjonalnych aktorów pojawiają się ludzie z bardzo różnych środowisk potencjalnie odległych od terenów sztuki, m.in. Bobò – głuchoniemy, którego reżyser spotkał w szpitalu psychiatrycznym w Aversa, Nelson – bezdomny oraz emigrant z Sahary Fadel. Na tegoroczny Idiom reżyser przyjechał zdecydowanie z niewłaściwym spektaklem. Stosunek do zespołu, który prezentował w „After the battle” był rażący. Czułam się podczas tego występu, jakbym oglądała Delbono bawiącego się kompletem uzbieranych przez lata zabawek. Przedstawienie jest serią niezwykle efektownych plastycznie obrazków, przez długi czas statycznych, uruchamianych na ogół tylko na moment. Rolę poruszyciela spełnia sam reżyser, który monologuje z offu, często jednak zdarza mu się wkroczyć na scenę by ją zdominować. I nawet nie tyle konkretnymi sensami, co własną osobowością. Snuje historie o swojej przeszłości, rodzinie, wygłasza upoetyzowane opisy stanów wewnętrznych, a jego ensemble tworzy ładnie komponujące się tło. Pod koniec dowiadujemy się, że spektakl był złożony w hołdzie jednemu z aktorów – Bobò. Co przeżył Bobò, jaka była jego droga do teatru? – nie wiadomo. Natomiast dwukrotnie podczas przedstawienia usłyszałam, że wyjście ze szpitala psychiatrycznego zawdzięcza Delbono. Reżyser dziękuje swojemu małemu aktorowi o nieproporcjonalnie zbudowanym ciele, za to, że odmienił jego życie. Jak to zrobił? O tym cicho-sza. W miejsce tego potoki słów o przeżyciach Włoskiego Czarodzieja Teatru. W podobnym klimacie toczyło się spotkanie z reżyserem po przedstawieniu – wyczerpany harcami na scenie wolał opowiadać o ulubionych potrawach, niż pracy z własnym zespołem, czy widowisku „After the battle”… Jakie z tego wnioski w kwestii wykluczenia? Że cała idea staje się mocno naciągana, gdy wkluczający stawia siebie w centrum uwagi.

Węgierska propozycja „Trudno być Bogiem” Kornéla Mundruczó to po pierwsze mądry, po drugie bardzo sprawnie zrobiony spektakl, dający się interpretować na różnych poziomach. Reżyser dba o to, byśmy dobrze poznali osobowości bohaterów i mieli przed oczami zarys ich przeszłości. Są oni Węgrami, ale akcja rozgrywa się za granicą – na przyczepach tirów, w których mieści się szwalnia-przykrywką dla prawdziwej działalności jej właścicieli. Kręcone są tu filmy porno – właściciel wytwórni to syn szanowanego polityka reprezentującego Węgry w strukturach unijnych, ale jego patologiczna rodzinna przeszłość byłaby definitywną kompromitacją, gdyby wyszła na jaw. To właśnie jest celem syna, który chce nakręcić demaskujący film, apotem umieścić go na facebooku, aby sprawa szybko się rozniosła. W efekcie wydarzenia rozgrywające się w tirach stojących gdzieś na bezdrożach Europy, choćby na najbliższym postoju ciężarówek, oglądamy w perspektywie i jednostkowej, i globalnej, i wreszcie, co sugeruje już tytuł, metafizycznej. Wszystko zaś dzieje się w czasie rzeczywistym, a więc zapewniającym najwyższe możliwe napięcie i emocje. Zdarzeniom przygląda się tajemniczy obserwator „z innej planety” jak sam o sobie mówi. Inną planetą nie musi być jednak wcale kosmiczne ciało niebieskie, bo światy ludzi, o których mówi spektakl, a rzeczywistość w której żyje publiczność, również dzielą lata świetlne. Życie, jakie wiodą mieszkańcy przyczepy w kwestii poszanowania praw człowieka ma spore braki nawet w stosunku do średniowiecza. Można wysunąć zarzut, że historia opowiadana w przedstawieniu nasycona jest złem w stężeniu niewystępującym w naturze. Nie będę się starała go odpierać – chociaż pojawiające się w mediach sensacyjne doniesienia pokazują, że i historie „nie do uwierzenia” zdarzają się w cywilizowanym świecie. Osobiście wydaje mi się, że zabieg taki jest po prostu konieczny: tylko taka dawka agresji jest w stanie poruszyć nas, skutecznie znieczulanych każdego dnia małymi porcjami przemocy w serwisach informacyjnych czy filmach sensacyjnych. Te ilości są jednak wystarczające, by znieczulić nas na okrucieństwo dookoła nas. Krzywda robi wrażenie, dopiero gdy dzieje się na naszych własnych oczach. A Mundruczó chce, żebyśmy przez chwilę przestali się czuć dobrze i oglądając z wygodnego fotela doniesienia o kolejnej tragedii zrozumieli, że to kogoś naprawdę bolało, ktoś przypłacił to życiem, ktoś stracił wszystko, czym my nadal możemy się cieszyć – dla kogoś to, co dla nas jest setnym newsem w ciągu dnia, nawet nie odnotowanym na trwałe w pamięci, dla innego oznacza codzienny koszmar. Możliwość korzystania z takich zdobyczy cywilizacji jak Internet to przywilej, który obciążony jest konsekwencjami: dając nam świadomość tego, jak żyją inni, nakłada na nas niewygodny obowiązek ustosunkowania się do tego – działaniem albo obojętnością. Jaką jednak zdobycz stanowi świadomość, z która niczego nie robimy?

Nie tylko Idiom

Dziwi, że w Idiomie nie znalazł się uliczny spektakl „TRAGÉDIE ! Un poème…” grupy Deuxième Groupe D’intervention należący moim zdaniem do najważniejszych festiwalowych wydarzeń. Stało się tak może z tego względu, że widowisko daje się odczytać na wiele sposobów – także nie związanych zupełnie z motywem przewodnim. Na warsztat biorą oni szereg wykluczeń i anomalii splatających się w przestrzeni ulicy, która skazuje je na obojętny odbiór. Odmieńcy mogą liczyć na chwilę uwagi, gdy zachowują się obco, skandalicznie, burzą normy, jednak już po chwili przypadkowy przechodzień porzuca ich dla własnych spraw. W Poznaniu na miejsce akcji wybrano ulicę księcia Józefa i plac przed pomnikiem Armii Poznań – tam zorganizowano dziesięć (po części mobilnych) przestrzeni gry, które przypominały wyspy pośród otaczającego je ze wszystkich stron morza widzów. Licznie przybyła publiczność pełni jednocześnie funkcję tłumu miejskiego pośród którego działają performerzy wcielający się w rolę dziwaków czy odrzuconych. Łatwo było ich zgubić w ludzkim gąszczu, podobnie jak samemu łatwo przepaść w dżungli miejskiej, gdy na moment stracić się kontrolę nad wydarzeniami. Niektóre punkty na tej mapie cieszyły się większym zainteresowaniem, ale na jeden z nich ktoś tylko od czasu do czasu rzuci okiem: to okrąg krzeseł, na których umieszczono telewizory – w nich emitowane są wypowiedzi starych ludzi. Doskonale obrazuje to marginalizowanie obecności starszych osób w naszej społeczności – nie dostrzegamy jej, zamykamy uszy na to, co mówią, na ich powtarzane w kółko trącące myszką historie. Telewizory stoją pod parasolami – bo jesteśmy w stanie zapewnić niedołężniejącym starcom należytą opiekę, mamy natomiast problem, by ofiarować im odrobinę uwagi. Grupa tworzyła przy użyciu przedmiotów codziennego użytku proste, ale wyraziste i mocne symbole – ułożone w szeregi marynarki kojarzyły się z setkami „NN”, którzy umierają po cichu na ulicach naszych miast, płonące drewniane palety przywodziły na myśl zamieszki wybuchające, gdy odbiera się ludziom jakiś przywilej, czy gdy mają dość głodowych pensji. To wszystko razem złożyło się na całościowy obraz świata, w którym żyjemy – tylko pozornie oswojonego, bezpiecznego. Nie ma w nim miejsca na zawiązanie bezpośredniej bliskiej relacji z otoczeniem, nasze więzi przenosimy do rzeczywistości wirtualnej, ograniczając je do minimum w realu. A „wariaci” i „zboczeńcy” mogą poczuć się pośród swoich tylko między innymi odmieńcami, bo tylko oni są w stanie ich zrozumieć i zaakceptować, co może potwierdzać finałowy taniec odrzuconych pełen radości i pasji.

Muszę jeszcze kilka słów poświęcić wykluczeniu, które chyba przypadkowo dokonało się podczas tegorocznej edycji festiwalu. Chodzi o radykalne ograniczenie udziału przestrzeni miejskiej w wydarzeniu – podczas gdy do tej pory zawsze chętnie podkreślano rolę samego Poznania, jako festiwalowej sceny. W tym roku można było uczestniczyć jedynie w dwóch spektaklach plenerowych (żaden z nich nie zmieścił się również w idiomie), co zaskakuje ze względu na „uliczny” rodowód Malty. Do tej pory w Poznaniu na przełomie czerwca i lipca można było dosłownie potknąć się o teatr i dla wielu był to znak rozpoznawczy. W tym roku ten rodzaj spontanicznego kontaktu ze sztuką osób nieuczestniczących w festiwalowym rytmie był mocno ograniczony. Dwudziesta pierwsza edycja była natomiast wyjątkowo otwarta na tych, którzy wiedzą, że „coś się dzieje w mieście”, bo na zdecydowaną większość wydarzeń nie prowadzono sprzedaży biletów, lecz można było otrzymać darmowe wejściówki.

Po tegorocznej Malcie spodziewałam się szukania istoty, uniwersaliów i paradoksów wykluczenia, badania konsekwencji tych negatywnych, jak i pozytywnych, a nie krótkiego przeglądu wykluczeń. Takie ujęcie tematu nie ma sensu, bo lista nigdy nie będzie pełna – szybko okaże się, że w zestawieniu zabrakło samotnych matek, bezrobotnych czy wychowanków domów dziecka. Bardziej zasadne byłoby więc pytanie nie kogo wykluczamy, ale dlaczego. Przypiąć czy odpiąć etykietkę wykluczonego nie jest artystycznym wysiłkiem – od twórców oczekuję refleksji, co z tych faktów wynika i co, one o nas mówią. Nie chodzi o to, by artystycznie scharakteryzować jedno z rozlicznych wykluczeń, ale wychodząc od niego przejść do refleksji nad współczesnością i rolą człowieka w niej. W tekście kuratorki Idiomu czytamy: Współczesny człowiek – obywatel świata przeludnionego, a zarazem naznaczonego samotnością, niezwykle bogatego lecz pogrążonego w nędzy – jest rozpięty pomiędzy dwoma totalnościami: zanurzeniem w systemie i ciągłą groźbą bycia poza nim, w otchłani odrzucenia – tego właśnie (opisanego, co prawda w patetycznych dość słowach) człowieka na malta festival poznań brakowało mi najczęściej. To, co udało się osiągnąć, to pokazanie, że wykluczenie nie jest prostym jednowymiarowym zjawiskiem, które da się zamknąć w gotowym schemacie, czy jednozdaniowej definicji. Na przepracowanie tego zagadnienia potrzeba o wiele więcej, niż jedna edycja festiwalu – ale to zadanie nie jest już rzeczą samego teatru. Jestem przekonana, że widzów udało się uwrażliwić na problem wykluczeń i unaocznić jego skalę. A także zmusić, by odnieść tę kategorię również do siebie samego.

Katarzyna Piwońska