Strona główna/Siła w różnorodności, czyli subiektywna historia Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca

Siła w różnorodności, czyli subiektywna historia Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca

Niecały miesiąc minął od zakończenia 12. Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca. To czas wystarczający, by wrażenia się „uleżały”, ale jeszcze nie zaczęły zacierać się w pamięci, o czym świadczą zamieszczone tu dwie relacje z lubelskiego festiwalu. Ja proponuję coś innego – podróż w odleglejszą przeszłość, aż do początków Spotkań. Czuję się do tego w pewien sposób upoważniony, bowiem festiwalowi towarzyszę – głównie piórem, ale także sercem – od jego pierwszej odsłony w 1997 roku. I jak świadczą zachowane notatki, do których mogę sięgnąć, przez te dwanaście lat opuściłem nie więcej niż dziesięć spektakli. Co więcej – mogę się powołać na słowa twórczyni Spotkań, Hanny Strzemieckiej, która pół żartem, pół serio przyznała mi prawo nie tylko do oceniania festiwalu, lecz nawet do „wybrzydzania”. Mogła sobie na to pozwolić bez ryzyka, bo akurat do wybrzydzania powodów było bardzo mało.

Oczywiście przez wszystkie te lata było nas, piszących znacznie więcej, ale część wykruszyła się po drodze, a inni dołączyli później. Spośród tych pierwszych niewątpliwie brak mi Mirosława Haponiuka, który czynne uprawianie dziennikarstwa zamienił na nauczanie tego zawodu młodych adeptów. Pisał bowiem o Spotkaniach nader interesująco i równie interesująco się z nim rozmawiało o obejrzanych spektaklach, nawet (a może zwłaszcza) wówczas, gdy miało się o nich odmienne zdania.

Przejdźmy jednak do historii Spotkań i przypomnijmy – oczywiście bardzo subiektywnie – to, co było w nich najlepsze, najciekawsze, a czasem zaskakujące.

I SPOTKANIA – 1997 rok

Rozpocząć wypada ab ovo, od przypomnienia, komu Lublin i lublinianie zawdzięczają ten festiwal. Osobą tą była wspomniana już Hanna Strzemiecka, wybitna choreografka, szefowa Grupy Tańca Współczesnego Politechniki Lubelskiej. Po udanych występach prowadzonego przez nią zespołu na licznych krajowych i międzynarodowych festiwalach postanowiła zorganizować taką imprezę również w rodzinnym mieście. Okazja nadarzyła się wraz z jubileuszem 20-lecia powstania na politechnice zespołu nowatorskich form tanecznych, który był poprzednikiem GTWPL. Pomyślała wówczas – jak sama wspomina – że zamiast organizować tradycyjną akademię „ku czci”, lepiej spróbować stworzyć coś, co być może pozostanie na dłużej. Niewątpliwie było w tym pewne ryzyko. Rok wcześniej bowiem wystartowały w Lublinie Konfrontacje Teatralne i wcale nie było pewne, czy w mieście znajdzie się miejsce na dwa duże festiwale teatralne, zwłaszcza organizowane w następujących po sobie miesiącach. A w dodatku trudno było jeszcze mówić o istnieniu w Lublinie silnego środowiska związanego z tańcem współczesnym.

W rezultacie jednak ryzyko to okazało się mniejsze niż można się było spodziewać. Spotkania od początku zdobyły swoją widownię, a organizatorzy – GTWPL oraz lubelskie Centrum Kultury – zadbali o to, aby ich poziom artystyczny był odpowiednio wysoki. Dotyczyło to zwłaszcza teatrów polskich. W programie I Spotkań znalazły się spektakle zespołów z najściślejszej krajowej czołówki: Teatru Dada von Bzdülöw, Śląskiego Teatru Tańca, Teatru Tańca Współczesnego Alter oraz gospodarzy – Grupy Tańca Współczesnego Politechniki Lubelskiej. Wykonawców zagranicznych reprezentowały: Banska Bystrica Performing Company ze Słowacji, amerykańska Dancing People Company oraz niemiecki Tanztheater Schauspiel Leipzig. Festiwalowi towarzyszyły warsztaty prowadzone przez m.in. Joego Altera, Witolda Jurewicza i Jacka Łumińskiego, którzy w przyszłości jeszcze niejednokrotnie zagoszczą w Lublinie, zarówno jako twórcy, jak też w rolach profesorów i wykładowców.

Te pierwsze Spotkania były niewątpliwie czasem nauki, nie tylko dla uczestników warsztatów i organizatorów festiwalu, lecz także dla publiczności i – nie bójmy się do tego przyznać – nas, piszących o nich dziennikarzy i krytyków. Tu mogę się odwołać do osobistych doświadczeń i wyznać, że choć teatrem zajmowałem się już od ładnych paru lat, było to dla mnie wkroczenie na obszar, na którym wcześniej bywałem tylko sporadycznie, np. przy okazji pisania o lubelskich występach zespołu Henryka Tomaszewskiego, Polskiego Teatru Tańca czy Teatru Ekspresji Wojciecha Misiury. Choć – to pewna osobista ciekawostka – pierwsza moja opublikowana recenzja dotyczyła Burzy zrealizowanej przez Jerzego Leszczyńskiego. Było to jednak odkrywanie nowych terytoriów, co z perspektywy lat oceniam jako jedną z moich najciekawszych przygód dziennikarskich i recenzenckich. I nigdy nie ukrywałem i nie ukrywam, że kolejne odsłony Spotkań wciąż potrafiły i potrafią mnie czymś zaskoczyć.

II SPOTKANIA – 1998 rok

W programie drugiej odsłony Spotkań znalazły się spektakle artystów i zespołów z Holandii, Francji, Wielkiej Brytanii, USA i oczywiście Polski. Już samo to wyliczenie krajów wskazuje na różnorodność festiwalowej oferty. Zobaczyliśmy wykonawców wywodzących się z rozmaitych tradycji i szkół.

Jak mi podpowiada pamięć, wsparta notatkami i recenzjami (nie tylko własnymi), najlepiej przyjęte były realizacje grupy Joego Altera oraz spektakl WK-70 Śląskiego Teatru Tańca. Istotnie, były to rzeczy bardzo dobre, a w przypadku teatru z Bytomia bodaj najlepszy spektakl zaprezentowany kiedykolwiek na lubelskim festiwalu. Mnie jednak jeszcze bardziej interesujący wydał się spektakl Pas de deux. Practice, What You Preach węgiersko-holenderskiego duetu Eszter Gal & Peter Pleyer. Nie tylko ze względu na oryginalne zaprezentowanie drażliwego motywu seksualnej ambiwalencji, lecz także wielkie poczucie humoru oraz wyobraźnię choreograficzną i plastyczną. Od strony warsztatowej zaś była to znakomita próbka stylu postmodernistycznego, gruntownie przemyślana i znakomicie zrealizowana. A całość przybrała formę scenicznego eseju, łączącego wysokie walory artystyczne ze skłaniającym do refleksji intelektualnym przekazem.

Ale najmocniej utkwił mi w pamięci kapitalny występ Katarzyny Chmielewskiej z Teatru Dada von Bzdülöw. W dwóch miniaturach: Ojciec i – zwłaszcza – Sonatapokazała tancerka całą gamę nastrojów; od pełnego spokoju wyciszenia, po gwałtowną emocję. Owe dwie miniatury nie były zapewne najbardziej reprezentatywnymi wizytówkami gdańskiego teatru. Były dość oszczędne w doborze środków i niewiele w nich można znaleźć wyrozumowanej literackości. Odwoływały się raczej do emocji i wrażliwości widza, zmuszały do poddania się nastrojowi chwili. Ale może właśnie dzięki temu zobaczyliśmy teatr tańca w jego postaci czystej.

I jeszcze kilka słów o zaskoczeniu, bo i takie doznania stanowią o wartości festiwalu. Choreografie Jonathana Burrowsa wprowadzały w świat niemal skrajnego minimalizmu. Brytyjski choreograf nie tylko pozbawił swoje miniatury dramaturgii i jakiejkolwiek literackości, ale wręcz zredukował wszystkie – poza ruchem – elementy spektaklu: scenografię, skoordynowanie ruchów tancerzy, a nawet muzykę – w drugiej części Things I Don’t Know tancerki poruszały się w całkowitej ciszy. Idea niektórych awangardzistów oderwania tańca od muzyki została zrealizowana.

III SPOTKANIA – 1999 rok

Również w tym roku w ścisłej czołówce mojego prywatnego rankingu festiwalowych prezentacji znalazł się Teatr Dada von Bzdülöw z fenomenalną Katarzyną Chmielewską, która i tym razem zaprezentowała ogromną wyobraźnię choreograficzną i niezwykły kunszt wykonawczy. W spektaklu Łapiti kontra reszta świata ta wybitna artystka oraz pozostałe tancerki pokazały, jak wiele ukrytych znaczeń może się kryć w z pozoru zwyczajnych, codziennych gestach. Tym spektaklem, a także drugim – Apartament numer 7 – gdański teatr dowiódł, że nie sposób go zamknąć w swego rodzaju „getcie” opatrzonym tabliczką identyfikacyjną z napisem „teatr tańca”, lecz szuka odrębnej drogi i własnych, niepowtarzalnych środków wyrazu. I czyni to nadzwyczaj skutecznie, czego potwierdzenie znajdziemy w następnych odsłonach festiwalu.

A na czele owego wspomnianego prywatnego rankingu znalazł się rosyjski Teatr Tańca Iguan, który zaprezentował spektakl Wczesna zima, inspirowany legendarnym przedstawieniem Gry Wacława Niżyńskiego. Doszło w nim do spotkania rozmaitych obszarów teatralnych: klasycznego baletu (mającego w Rosji tak ogromne tradycje), tańca współczesnego, pantomimy, wreszcie – teatru alternatywnego w stylu słynnego Dereva. Zobaczyliśmy spektakl postmodernistyczny w najlepszym tego słowa rozumieniu. Dowodzący prawdziwości tezy, że najciekawsze, najbardziej inspirujące rzeczy powstają na styku rozmaitych tradycji, konwencji i obszarów. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ostatnie zdanie może wywołać dyskusję, a w uszach ortodoksyjnych zwolenników czystości gatunkowej zabrzmi wręcz jak herezja. Wszelako słowo „Spotkania” w nazwie lubelskiego festiwalu zostało użyte nieprzypadkowo. A to oznacza, że do spotkań może i powinno dochodzić na najróżniejszych płaszczyznach, również w obrębie jednego spektaklu.

IV SPOTKANIA – 2000 rok

Tym razem spotkanie lublinian z teatrem tańca było wyjątkowo bogate i intensywne; trwało aż osiem dni, bowiem IV Spotkania zostały połączone z drugą odsłoną europejskiego projektu „Dworzec Centralny – Taniec”. Powierzenie naszemu miastu tak prestiżowego przedsięwzięcia było dowodem na to, że lubelski festiwal już po trzech odsłonach zyskał bardzo wysoką rangę i duże uznanie na świecie, zarówno od strony artystycznej, jak też organizacyjnej.

Z tego bogactwa programowego nader trudno jest wybrać spektakle do przypomnienia po latach, taka bowiem była ich obfitość. A co więcej – w wielu przypadkach mieliśmy do czynienia mieliśmy do czynienia z realizacjami trudno porównywalnymi. Z całą pewnością wśród tych najciekawszych należy wymienić Net – Images of the Other fińskiego Physical Art Theatre kierowanego przez Sannę Kekäläinen. Było to przedstawienie niezwykle intensywne i dojrzałe koncepcyjnie, a także bardzo oryginalne. Przedstawienie, w którym naturalistyczna fizyczność wiedzie wręcz w rejony psychoanalizy. Tak okrutnej, jaką znamy ze skandynawskiej literatury i filmu. Było to pierwsze, bardzo obiecujące spotkanie lubelskiej publiczności z twórczością Sanny Kekäläinen, która powróci jeszcze (i to w wielkim stylu) w kolejnych odsłonach Spotkań.

Równie wysoko należy ocenić spektakl web węgiersko-holenderskiego duetu Eszter Gal & Peter Pleyer, znanego sprzed dwóch lat. Ta świetnie się rozumiejąca para choreografów i tancerzy konsekwentnie odwołuje się do dychotomiczności świata i człowieka. Mówi o tym, co z owej antynomiczności wynikało kiedyś, a co wynika dziś, w sytuacji, gdy furtka do prawdziwej wolności otwiera się coraz szerzej. Ten spektakl chyba najpełniej wpisał się w europejski charakter tej odsłony festiwalu.

Wreszcie koniecznie trzeba wspomnieć o miniaturach Joego Altera, obecnego na lubelskich Spotkaniach od pierwszej ich odsłony. Zachwycały one precyzją założeń, elegancją stylu i wykonawczą perfekcją. I o ile wiele z występujących na festiwalu zespołów wyraźnie odchodziło, a czasem zgoła odcinało się od powinowactw z klasycznym baletem, o tyle Alter wcale się takich tradycji nie wypiera. Umiejętnie z nich czerpie i przetwarza w zupełnie nową jakość. Nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, że jest twórcą własnego oryginalnego stylu w tańcu współczesnym, którego nie sposób pomylić z żadnym innym.

V SPOTKANIA – 2001 rok

Piąta odsłona festiwalu zapisała się w pamięci przede wszystkim jako ta, w której podwojona została reprezentacja gospodarzy. Do Grupy Tańca Współczesnego Politechniki Lubelskiej (GTWPL), od początku współorganizującej Spotkania, dołączył Lubelski Teatr Tańca (LTT). Obydwa zespoły, choć występujące oddzielnie, łączyła jednak swego rodzaju „unia personalna” – choreografia ich spektakli była dziełem Hanny Strzemieckiej, a i tancerze występowali w obydwu grupach. Zarówno realizacja GTWPL, jak i Lubelskiego Teatru Tańca, godne są odnotowania. Ale gdybym miał wybierać – opowiedziałbym się za spektaklem Traktat optyczny, tom I LTT. Hanna Strzemiecka stworzyła przedstawienie zaskakujące i odważne, bowiem nie każdy choreograf zdecydowałby się na stworzenie tańca współczesnego do muzyki Jana Sebastiana Bacha, a więc baroku w pełnym rozkwicie. Strzemieckiej nie zabrakło odwagi – sięgnęła po muzykę lipskiego kantora i zestawiła ją z choreografią na wskroś współczesną. Efekt tego był zgoła niezwykły. A jak pokazały kolejne odsłony Spotkań, owo „rozmnożenie” lubelskich teatrów tańca wyszło obydwu zespołom na dobre.

Godny zapamiętania okazał się też występ białoruskiej Contemporary Dance GroupQuadro. W spektaklu Accordance tancerki urzekały plastyką ruchu, imponowały taneczną animacją ciał. Był to dowód na to, że za naszymi wschodnimi granicami kwitnie nie tylko balet klasyczny, lecz także – mimo wieloletniego kulturowego zamknięcia – taniec nowoczesny.

VI SPOTKANIA – 2002 rok

Potwierdziło się to, o czym pisałem przy okazji poprzedniego festiwalu – „rozmnożenie” lubelskich teatrów tańca okazało się nader korzystne. ZarównoAkrobaci, kwiaty i księżyc pomiędzy Grupy Tańca Współczesnego Politechniki Lubelskiej z choreografią Hanny Strzemieckiej, jak i Ku dobrej ciszy Lubelskiego Teatru Tańca w choreografii Ryszarda Kalinowskiego i Anny Żak należały do najciekawszych spektakli tej odsłony Spotkań. Strzemiecka świetnie przełożyła na język tańca klimat twórczości Marca Chagalla. Wprowadziła nas w świat niezwykłych dzieł tego wielkiego artysty, osadzając swoją choreografię w pięknej plastycznie przestrzeni wykreowanej przez scenografa Leszka Strzemieckiego. Z kolei Kalinowski i Żak przenieśli widzów w świat twórczości Brunona Schulza. Lubelscy tancerze (którzy byli również filarami spektaklu GTWPL) wyłącznie przy pomocy wspartego muzyka ruchu przywołali klimat nie tylko intrygujących rysunków z Księgi bałwochwalczej, lecz także prozy Schulza. Stworzyli spektakl radujący zmysły czystością formy i precyzją wykonania, a zarazem sięgający do najgłębszych pokładów wrażliwości widza, wręcz do jego intymności. To wielkie osiągnięcie, bowiem proza Schulza należy do trudno przekładalnych na języki innych sztuk. Udaje się to nielicznym; m.in. Wojciechowi Jerzemu Hasowi w filmieSanatorium pod Klepsydrą. Częściej jednak przedsięwzięcia takie kończą się tzw. „ambitną porażką”, by wspomnieć choćby rodzinny spektakl Jana, Marii i Błażeja Peszków. Lublinianom się udało i ich spektakl z pewnością zapisał się w historii Spotkań.

Najwyższą klasę zaprezentowały także dwa inne zespoły. Litewski Aura Dance Theatre pokazał spektakl Extremum mobile w choreografii Birute Latukaite. Była to realizacja klarowna, wysmakowana plastycznie, a także wprowadzająca niezwykle intensywne napięcie emocjonalne, swoistą więź pomiędzy wykonawcami a publicznością. A przy tym znakomicie wykonana – litewscy tancerze imponowali świetnym przygotowaniem technicznym i fizyczną sprawnością.

Z kolei teatr High Frequency Wavelenghts z USA pokazał trzy miniatury z choreografią Marilynn Danitz: Funcadelic, Flowing Light oraz Dancers of the Deep. Pierwsza była spojrzeniem na współczesną popkulturę, z wykorzystaniem bardzo ciekawego efektu przenoszenia tańca ze sceny na obraz video; druga – to swego rodzaju choreograficzny komentarz do surrealistycznych zdjęć wybitnego fotografika Jerry’ego Uelsmanna; wreszcie trzecia – rozgrywająca się na tle obrazów podwodnego świata – była refleksją nad środowiskiem i miejscem w nim człowieka. Były to prezentacje wręcz wyrafinowane choreograficznie i plastycznie, a cztery znakomite tancerki, które swoja klasę pokazały w solówkach, zaprezentowały się również jako fantastycznie współpracujący zespół.

VII SPOTKANIA – 2003 rok

Niewątpliwą zaletą lubelskiego festiwalu jest to, że możemy obserwować dokonania uczestniczących w nim wykonawców w procesie rozwoju. Dwa lata wcześniej Sanna Kekäläinen zaprezentowała spektakl Metamorfozy, w którym po mistrzowsku (nie ma w tym przesady) pokazała zapisany w naszych genach proces ewolucji gatunku ludzkiego. Tegoroczna prezentacja – BODY. Fragmenty ludzkiego ciała – rozpoczęła się w tym miejscu, w którym zakończyła się poprzednia. Teraz Sanna swoje rozważania o ludzkim ciele poprowadziła jeszcze dalej: wykroczyła poza darwinowską biologię aż do wejścia w sferę społeczną w jej najdelikatniejszym przejawie, jakim jest działalność twórcza. Było to doświadczenie niezwykłe, wręcz fascynujące, które mówiło wiele o samej istocie procesu twórczego w tańcu współczesnym.

Bardzo interesujący był również występ holenderskiego teatru anuokvandijk dc. Zespół z Amsterdamu zaprezentował dwa spektakle w choreografii Anouk Van Dijk. Wielkie wrażenie robił zwłaszcza pierwszy z nich – Amour Fou, rozpoczynający się od obrazu jakby „żywcem wyjętego” z dzieł surrealistów: Paula Delvaux, Maxa Ernsta czy Giorgia de Chirico. Fascynujące było obserwowanie, jak temperatura tego spektaklu narasta od czystego, „zimnego” surrealizmu do gorących, niemal obsesyjnych motywów poszukiwania miłości i jej (niestety) niespełnienia. A wszystko to pokazane z charakterystyczną dla zespołów holenderskich swobodą wypowiedzi choreograficznej, przekraczającą umowne (bo chyba tylko o takich można mówić) granice pomiędzy stylami, co potwierdził jeszcze drugi spektakl –am I out?.

Jednak gdybyśmy mieli przyznawać palmę pierwszeństwa dla najlepszej choreografii festiwalu – niechybnie pozostałaby ona w Lublinie. Zobaczyliśmy bowiem rzeczy rewelacyjne. Najpierw – porywający taniec Wojciecha Kapronia w choreografii Bellissimo Ryszarda Kalinowskiego; „zaprojektowany” na wyżynach trudności, bo tylko najlepsi tancerze potrafią solówkę przekształcić w teatr. Wielu taka sztuka się nie udała, a Kaproń tego dokonał. A potem przyszedł czas na 16 asymptotę, najlepszą choreografię tych Spotkań. Hanna Strzemiecka wymyśliła rzecz cudowną: taniec, który jest wartością sam przez się, bo dociera do samej swej istoty. Ale – niestety – tę rewelacyjną choreografię zobaczyliśmy w wykonaniu tancerek jeszcze do niej nieprzygotowanych, które ewidentnie „zżerała” trema. Gdyby klasa wykonawczyń dorównywała pomysłom choreograficznym, mielibyśmy spektakl, który należałoby nagrać i rozsyłać do teatrów tańca na całym świecie.

VIII SPOTKANIA – 2004 rok

Ósma odsłona festiwalu odbywała się w Roku Gombrowiczowskim, zatem nie dziwi, że kilka spektakli powstało z inspiracji twórczością tego wybitnego pisarza. Sięgnęły po nią: Polski Teatr Tańca, Teatr Dada von Bzdülöw oraz Grupa Tańca Współczesnego PL i Lubelski Teatr Tańca. I trzeba przyznać, że lubelskie plepleJAdyz choreografią Hanny Strzemieckiej wygrały tę konkurencję bezapelacyjnie. Choć trzeba oddać sprawiedliwość również Katarzynie Chmielewskiej z Teatru Dada von Bzdülöw, która była dla mnie tancerką numer jeden tych Spotkań.

Lepszą chyba nawet (choć w tym przypadku nie miałem i nadal nie mam absolutnej pewności) niż Amerykanka Andrea E. Woods, którą zobaczyliśmy w Kołysance z Lagos. Ta świetna, króciutka, zaledwie siedmiominutowa miniatura przebiła niejeden „pełnometrażowy” spektakl. Oparty na rytmach afrykańskich, afrokaraibskich i afroamerykańskich taniec Woods to rzadkie połączenie gracji i dynamiki, pełnej swobody i wykonawczej perfekcji. A przy tym wszystkim artystka sprawiała wrażenie, jakby tańczyła po prostu dla przyjemności. Tego naprawdę nie ogląda się na co dzień.

IX SPOTKANIA – 2005 rok

Kiedy z dystansu patrzę na program dziewiątej odsłony Spotkań mam wrażenie, jakby organizatorzy zbierali siły przed zbliżającym się jubileuszem festiwalu i w doborze zaproszonych wykonawców zdali się po trosze na przypadek. W programie zbyt dużo było spektakli, które można uznać co najwyżej za poprawne. Ale – na szczęście – były też perły.

Pierwsza z owych pereł to występ litewskiego Aura Dance Theatre, znanego z szóstego festiwalu. Była to wielka niespodzianka. Początek spektaklu Strefa Aseptyczna, czyli Litewskie Granie – mówiąc kolokwialnie – nie zwalał z nóg. To znaczy – owszem – w trakcie oglądania doceniałem umiejętności litewskiego zespołu, ale pozostawałem chłodny. Wszystko jednak zmieniło się w drugiej części, gdy zabrzmiał walc Chaczaturiana z Maskarady. To była prawdziwa rewelacja, dzięki której ten spektakl należy zapisać w skarbcu najlepszych prezentacji nie tylko tej odsłony Spotkań.

Ale jeszcze większą rewelacją był występ Andrei E. Woods i Germaula Y. Barnesa. Było to pięć cudownych miniatur, w których amerykańscy tancerze pokazali, że tańcem potrafią wyrazić dosłownie wszystko, a ich technika jest wręcz bajeczna. A co więcej – ci fenomenalni soliści stworzyli równie genialny duet, co wcale nie musi być regułą. Do tego należy dodać wielkie poczucie humoru widoczne zwłaszcza w solowym Gotowy…? Barnesa oraz satyryczne zacięcie premierowego duetu Dawniej i dziś. Ale – podkreślam to bardzo wyraźnie – wszystkie zaprezentowane miniatury to klasa arcymistrzowska.

X SPOTKANIA – 2006 rok

Różnorodność – to słowo najlepiej oddaje charakter Spotkań od samego ich początku i nie jest rzeczą dziwną, że tak też było podczas tej jubileuszowej odsłony lubelskiego festiwalu. W pewnym skrócie myślowym można rzec, że tegoroczny program był rozpięty pomiędzy tradycją a przyszłością.

Klasyka – i to ta rangi i klasy najwyższej – otworzyła festiwal. Były to wznowienia trzech choreografii Paula Taylora, jednego z najwybitniejszych i najważniejszych twórców tańca współczesnego na świecie, spadkobiercy legendarnej Marthy Graham. Ta pierwsza prezentacja dostarczyła wrażeń zgoła niezapomnianych. Mimo upływu lat wciąż zachwyca niebywała inwencja Taylora, a jego tancerze wznoszą się na wyżyny kunsztu. Szczególne wrażenie wywarł spektakl Esplanade do muzyki Jana Sebastiana Bacha. To prawdziwe arcydzieło, z gatunku tych, które pamięta się przez lata. A cały występ Paul Taylor Company 2 to fascynująca podróż do źródeł tańca współczesnego, przypomnienie, gdzie tkwią jego korzenie i jakie są tradycje.

Jeszcze głębiej do tradycji sięgnęła Sanna Kekäläinen, która zaprezentowała własną wersję Popołudnia Fauna do muzyki Claude’a Debussy’ego. Sięgnięcie po ten temat, muzykę i niektóre elementy legendarnej choreografii Niżyńskiego było z jednaj strony pięknym ukłonem w stronę baletowej klasyki, ale z drugiej – także swego rodzaju polemiką z nią. Ta realizacja znakomicie wpisuje się w linię prezentacji Sanny na lubelskim festiwalu. Po spektaklach „badających” cielesność człowieka oraz uwarunkowania społeczne, w których przychodzi mu funkcjonować, fińska choreografka i tancerka sięgnęła tym razem aż w sferę mitu i stworzyła kolejną fascynującą realizację.

Spojrzeniem w przyszłość był natomiast spektakl australijskiego zespołu Chunky Move, wykorzystujący w stopniu wcześniej w Lublinie nie widzianym techniki multimedialne. Nie ulega wątpliwości, że jest to jeden z możliwych kierunków rozwoju teatru tańca. Stosowanie multimediów samo w sobie nie jest rzeczą złą, pod warunkiem wszakże, iż technologie nie przesłonią tego, co w teatrze tańca jest najważniejsze: myśli choreograficznej, wykonawczego kunsztu, a także emocjonalnego kontaktu z widzem. Nie mam takich obaw w stosunku do Holenderki Nanine Linning i lublinianina Ryszarda Kalinowskiego, a jestem głęboko przekonany, że tacy właśnie twórcy jak oni będą w przyszłości wytyczać kierunki tańca współczesnego nie tylko w Europie.

Na koniec zostawiłem realizację, która najmocniej utkwiła mi w pamięci, a przy tym była największą prowokacją tej odsłony Spotkań. To spektakl Świat rozwrześnił się październikując powoli w stronę listopada z choreografią Stanisława Wiśniewskiego. Polski choreograf z Francji wystawił publiczność na nie lada próbę, każąc jej oglądać dziesięciokrotne (sic!) powtórzenie tego samego układu. Już przy bodaj piątym razie zaczęły się próby przerwania spektaklu, ale tancerka – rewelacyjna Cecil Pegaz – wykonała go do końca; bezbłędnie, co do pojedynczego ruchu i gestu powtarzając całą – skądinąd bardzo ciekawą – choreografię. Ta realizacja wywołała oceny skrajne; od oburzenia (naprawdę!) po zachwyt, który osobiście podzielam. Ale jestem przekonany, że niezależnie od oceny każdy, kto ją widział, zapamięta ją na bardzo długo, bo usunąć ją z pamięci po prostu nie sposób.

XI SPOTKANIA – 2007 rok

Pisząc o jedenastych Spotkaniach muszę skorzystać z przyznanego mi przez Hannę Strzemiecką „prawa do wybrzydzania”. Tę odsłoną festiwalu uważam bowiem za nieudaną. Ze spektaklami w większości albo anachronicznymi, albo wskazującymi na to, że ich twórcy szukają dopiero własnej drogi. Wynikało to przede wszystkim z przyjętego przez organizatorów założenia, by jedenaste Spotkania były swego rodzaju podsumowaniem minionego dziesięciolecia; prezentacją twórców i zespołów, które pojawiły się w owym okresie. Z tego powodu zamiast artystów mających już ugruntowaną pozycję w europejskim, albo wręcz światowym teatrze tańca, zobaczyliśmy takich, którzy są dopiero „na dorobku”. A to nie gwarantowało nazbyt wysokiego poziomu. Owszem, wypełnione zostały pewne białe plamy na taneczno-teatralnej mapie Europy (kraje byłej Jugosławii, Rumunia, Turcja), ale owo wypełnienie nie przyniosło satysfakcji. Bowiem wszystko, co pokazały te „nowe siły”, widzieliśmy już wcześniej, i to na ogół w lepszym wydaniu. W tej chwili jest to po prostu odrabianie dystansu dzielącego je od reszty Europy. Piszę te słowa bez jakiegokolwiek poczucia wyższości, mam bowiem świadomość, że o owym zapóźnieniu nader często decydowały historia i polityka, a bywało, że i wojna. Ten dystans tedy jest faktem, ale nie byłoby rzeczą dobrą, gdyby organizatorzy Spotkań stracili z oczu te rozwijające się ośrodki. Odrabianie zapóźnienia bowiem wcale nie musi trwać równie długo, jak jego powstawanie.

XII SPOTKANIA – 2008 rok

O tegorocznej, dwunastej odsłonie Spotkań mogą państwo przeczytać w dwóch innych tekstach. Ja ograniczę się jedynie do odnotowania faktu, że ponownie z jak najlepszej strony pokazali się twórcy lubelscy. Znakomity spektakl Anny Żak i rewelacyjny debiut choreograficzny Wojciecha Kapronia potwierdzają, że Lublin należy do najważniejszych w Polsce ośrodków tańca współczesnego.

* * *

Tak w dużym skrócie wygląda historia najważniejszych i najciekawszych zdarzeń dwunastu odsłon Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca. Co nam dały te festiwale? Przede wszystkim rozbudziły w Lublinie autentyczne zainteresowanie tańcem współczesnym. Widać to wyraźnie nie tylko na samych Spotkaniach, którym publiczności nie ubywa, a wręcz przeciwnie; lecz także przy okazji innych przedsięwzięć, takich jak organizowane cyklicznie Fora Tańca Współczesnego czy taneczne realizacje plenerowe. Nie zdecyduję się na jednoznaczne stwierdzenie, że mamy już w Lublinie w pełni ukształtowane środowisko związane z tańcem współczesnym, ale nawet jeśli nie, to jest już do tego blisko, coraz bliżej…

Andrzej Z. Kowalczyk

2008/12 nr 05