Strona główna/Survival w krainie instytucji. Praktyka publicznego dostępu do narodowych dóbr kultury

Survival w krainie instytucji. Praktyka publicznego dostępu do narodowych dóbr kultury

Podobieństwa do osób lub zdarzeń nie są w tym tekście całkiem przypadkowe. Jego figlarny ton nie pomniejsza wagi poruszanych problemów. Instytucje publiczne przechowujące „pamięć społeczną”: książki, eksponaty i archiwalia zbyt często nieprzychylnie patrzą na swobodny dostęp do swoich zbiorów, co świadczy o ich stosunku do społeczeństwa obywatelskiego, które je opłaca. Jest to fakt, o którym nie mówi się głośno. (ms)

Opowieść poniższa jest próbą przedstawienia w lekki sposób ciężkiego doświadczeniu, jakie bywa udziałem studentów i pracowników różnych instytucji, którzy muszą, będąc na pewnym etapie pracy, pozyskiwać materiały z pozornie ogólnodostępnych zasobów publicznych: bibliotek, archiwów i muzeów. Potyczkom, jakie przy tej okazji staczają warto się przyjrzeć. Mają one w sobie coś z ekstremalnych survivalowych gier wytrzymałościowych.

Tropienie, czatowanie, polowanie, przedzieranie się przez pierwotny las, unikanie pułapek i negocjowanie warunków przejęcia łupu to tylko niektóre metafor, jakimi można z przymrużeniem oka opisać te potyczki. Łupem, o który toczy się walka są Zbiory. Czasem można odnieść wrażenie, że opiekujące się nimi instytucje traktują nieosiągalność jako sposób na podniesienie ich wartości, podczas gdy ogólna dostępność mogłaby ją obniżyć. Wydaje się, że w swojej działalności kierują się one przekonaniem, iż nic nie działa tak niszcząco na Zbiory jak aparat cyfrowy, nic nie powoduje tak drastycznej ich dewaluacji jak publikacja w Internecie. Nie zabrania się przecież oglądania wystaw, ani nie utrudnia wypożyczania książek czy akt i robienia z nich notatek. Dopiero reprodukowanie, wynoszenie, posiadanie i udostępnianie kopii budzi ogromny opór – choć przecież zmniejsza zużycie oryginałów i zwiększa dostępność zawartych w nich informacji.

Z oporem tym stykają się wspomniani studenci i pracownicy instytucji kultury, wydawnictw i tym podobnych organizacji, odtąd zwani Uczestnikami. W pewnym momencie kariery – najczęściej zupełnie nieświadomie – wchodzą oni na ścieżkę Survivalu.

Zaproszenie do gry

Survival w placówkach udostępniających Zbiory to rozgrywka pełna niebezpieczeństw. Zwykli ludzie nie mają tu czego szukać. Niezahartowani i lękliwi odpadną w przedbiegach – a na odważnych i wytrwałych czekają prawdziwe wyzwania. W Puszczy Bibliotecznej, Labiryncie Archiwalnym i Fortecy Muzealnej zmierzą się z ciemną stroną instytucji publicznych. Czeka ich przedzieranie się przez gąszcz regulaminów, przeprawa przez mokradła biurokracji, mordercze wydeptywanie dywaników i długodystansowe wiszenie na telefonicznej słuchawce osłodzone – lub nie – strzępami w trudzie zdobytych informacji. Wszyscy Uczestnicy Survivalu są z założenia niemile widziani. Ci, którzy się zdecydują – i nie odpadną po drodze – w nagrodę będą mogli zatrzymać łupy.

Przeprawa przez bibliotekę

Puszcza Biblioteczna to miejsce, które szerokim łukiem powinni omijać Uczestnicy bez doświadczenia – jest ona szczególnie nieprzyjemna dla osób będących w niej po raz pierwszy. Początkujący Uczestnik może się zderzyć z niezrozumieniem Zmęczonego Bibliotekarza (jest to gatunek występujący stosunkowo często obok zwykłego życzliwego Bibliotekarza Dyżurnego), który, nerwowo reagując na myśl, że oto ktoś po raz pierwszy jest w bibliotece, oplącze Uczestnika trudnym słownictwem i regułami podanymi (niekiedy) w tonie lekkiej wyższości. Osłabiony psychicznie Uczestnik może uwierzyć, że nigdy nie będzie w stanie pojąć owych zasad i wycofa się z gry zanim naprawdę ją zaczął. Jeśli nie ma możliwości, żeby z honorem odejść, powinien z dystansem znosić własne błędy, których z pewnością popełni kilkaset, zanim mniej więcej nauczy się poruszać po Puszczy.

Doświadczony Uczestnik, który pierwszy pobyt w Puszczy ma już za sobą, od samego początku musi zaopatrzyć się w prowiant wielkiej cierpliwości. Trzeba bowiem wiedzieć, że czas Biblioteczny płynie rytmem znacznie różniącym się od tego, do którego przyzwyczaja nas codzienność – i jest to element nie do przeskoczenia.

Uczestnik może zostać zdyskwalifikowany za próbę działania na skróty: na przykład ustnego wyjaśnienia, czego potrzebuje. Ten sposób postępowania jest w Puszczy Bibliotecznej niedopuszczalny: zaburza jej ekosystem i może zaszkodzić Uczestnikowi, który nie otrzyma szukanych materiałów, gdyż nie umieścił dokładnych wytycznych w odpowiednim piśmie. Pismo, niczym maczetę, Uczestnik powinien mieć zawsze w zanadrzu i użyć go do przecinania gąszczu oddzielającego go od zamawianych materiałów. Pismo winno zacząć wędrówkę od Sekretariatu, by przefruwając przez wszystkie biurka wewnętrznej struktury, mogło doprowadzić do utworzenia płyty z zapisanymi na niej w formie cyfrowej materiałami. Etap ten najlepiej kontrolować telefonicznie.

Uczestnik, który dobrnął do tego miejsca, widzi już na horyzoncie kres Puszczy. Może jednak zostać zawrócony z drogi, gdy sprawdzi jakość przekazanych mu materiałów i okaże się, że choć zostały one zreprodukowane przez opłaconych profesjonalistów, to jakość usługi nie będzie kompatybilna z ceną i czasem oczekiwania. Może teraz składać reklamacje dopóki nie wyczerpią się zapasy jego cierpliwości (profesjonalne reprodukcje potrafią z maniakalnym uporem utrzymywać kiepską jakość). Gdy tak się stanie, powinien opuścić Puszczę Biblioteczną, unosząc ze sobą to, co zdobył i powierzyć łup znajomym biegłym w obsłudze programów graficznych. W ten sposób zakończy swój udział w grze przynajmniej częściowo usatysfakcjonowany.

Podchody w archiwum

Dla Uczestników o prawdziwie mocnych nerwach przygotowany został Labirynt Archiwalny. Główną jego atrakcję stanowi fakt, że jest on niemalże nie do przebycia. U wrót Labiryntu Uczestnik stawia się z pierwszym (z kilku) pism, opieczętowanych i podpisanych przez wyżej od niego postawione osoby, uprawniające Uczestnika do wzięcia udziału w grze. Pierwsze pismo z zasady pójdzie żółknąć do szuflady Archiwisty i nie zostanie rozpatrzone, jednak obecność pisma upoważnia Uczestnika do wysyłania kolejnych. Może on również przypominać o sobie przez telefony: wykonane samodzielnie oraz przez jego przełożonego/promotora, wreszcie przez osobiste spotkania z Archiwistą, zazwyczaj trudno uchwytnym.

Błądzenie w Labiryncie, zakrojone na okres od dwóch do trzech miesięcy, ma prawdopodobnie doprowadzić Uczestnika na krawędź zniechęcenia, po przekroczeniu której nie będzie się więcej nikomu narzucał. Jest to oczywiście taktyka skuteczna, gdy Uczestnik nie jest zdeterminowany – ale z reguły jest, a po kilku miesiącach zaczynają dodatkowo gonić go Terminy. W tej partii gry Uczestnik ściga nieuchwytnego Archiwistę, który złapany i przytrzymany mocno – oraz usatysfakcjonowany opłatą według cennika – udzieli zgody na reprodukcję przechowywanych u niego materiałów archiwalnych.

Niemniej Uczestnik nie wyjdzie z tej konfrontacji bez szwanku. Archiwista najczęściej orientuje się w trudnej sytuacji Uczestnika, który czuje oddech Terminu na karku i może postawić dodatkowe warunki – na przykład zażądać bezpłatnej reklamy swojej instytucji albo współuczestnictwa w projekcie, do którego materiały są potrzebne (bez ponoszenia trudów i kosztów jego realizacji).

Gdyby nawet Uczestnik miał głębokie przekonanie, że taki układ jest nieprzyzwoicie feudalny, zagubiony w Labiryncie, zmęczony i bezradny, uzna najpewniej, że nie ma innego sposobu. Jest to końcowy, lecz niewątpliwie najtrudniejszy do przejścia etap, w którym zdobyte materiały Uczestnik okupuje nie tylko wysiłkiem, ale również poczuciem moralnego niesmaku.

Gry wojenne w muzeum

Uczestnik, który podejmie zadanie wydobycia informacji lub reprodukcji jakiejś części Zbiorów z Fortecy Muzealnej, musi uzbroić się głównie w cierpliwość. Choć ona sama nie wystarczy. Jeśli jest studentem, powinien z arsenału swojego promotora wydobyć kilka pism najeżonych pieczątkami, wyjaśniających, w jakim celu i z czyjego polecenia zgłasza się do Muzeum. Podobnie powinien uczynić pracownik jakiejkolwiek instytucji, z tym, że pisma pochodzić będą z arsenału przełożonego.

Ze wszystkich dokumentów Uczestnik zostanie rozbrojony w Sekretariacie, gdzie otrzyma też termin kolejnej wizyty. Uczestnik odchodzi pozornie zneutralizowany, lecz nie pokonany, gdyż pomiędzy podrzuconymi do Fortecy upoważnieniami umieszczone zostało pismo główne, które jest bombą z opóźnionym zapłonem. Uczestnik może próbować ją zdetonować przy pomocy kilku telefonów (jeden prawdopodobnie nie wystarczy), a jego wytrwałość doprowadzi w końcu do wysadzenia drzwi, za którymi kryją się muzealne bogactwa i skarby.

Nie jest to jednak koniec rozgrywki – Uczestnik musi jeszcze zmierzyć się ze Strażnikiem – kierownikiem odpowiedniego muzealnego działu. Czasem, gdy Strażnik jest wyrozumiały i pozytywnie nastawiony do potyczki nie dochodzi. Nakaże on zaczekać kilka dni, po czym zaprowadzi w okolice magazynów, wyniesie, co trzeba, otrzepie z kurzu, ustawi do fotografowania, upewni się czy zrobione zostały wszystkie notatki – czyli okaże serdeczne zrozumienie.

Inaczej bywa, gdy Strażnik ma gorszy dzień albo z zasady jest nieprzejednany. Wtedy nie uważa, żeby interesowanie się muzealnymi Zbiorami (szczególnie tymi, którymi interesuje się Uczestnik) było na miejscu. Strażnik sam, jak tylko uwinie się z inną robotą, chciałby się zająć opracowywanym przez Uczestnika tematem i ten w zasadzie wchodzi mu w kompetencje. Nie, Uczestnik nie może sam zrobić zdjęć – zniszczy w ten sposób cenne i delikatne zabytki. Nie, nie może obejrzeć kart katalogowych: są chronione prawami autorskimi. Nie, nie może prosić o wskazówki bibliograficzne, Strażnik sam długo wszystkiego szukał i częściowo umieścił to w swoich artykułach, które warto sobie przeczytać. Nie, Uczestnik nie może zobaczyć Zbiorów, niech najpierw przedstawi listę tego, co chce obejrzeć – ale dokładną, a nie pobieżną, bo Zbiory są ogromne. Niech zostawi listę i niech się dowiaduje telefonicznie, kiedy znów może przyjść. Strażnik, jak już wielokrotnie podkreślił, ma dużo innej pracy, to nie są jego jedyne problemy.

Jeśli Uczestnikowi zależy, żeby przejść ten etap, będzie wisiał na słuchawce i w końcu zostanie ponownie dopuszczony do Strażnika, zobaczy drobną część tego, co chciał i będzie mógł złożyć zamówienia na zdjęcia. Potem je odebrać. Potem odetchnąć z ulgą. Potem, niesatysfakcjonujące efekty zadania będzie mógł tłumaczyć trudnościami w dostępie do materiałów. Choć nie musiał jeździć po nie za ocean, ani pisać e-maili w obcym języku. Miał Zbiory za rogiem. Ale Zbiory miały nieprzejednanego Opiekuna.

Istnieje też znacznie bardziej nieprzyjemny scenariusz, w którym pismo-bomba zostaje wykryte i rozbrojone. Do Uczestnika przychodzi wtedy – niczym rakieta ziemia-ziemia – pismo odmowne. Ta sytuacja zdarza się częściej Uczestnikom reprezentującym instytucje, wydaje się bowiem, że posiadanie przez instytucje reprodukcji Zbiorów budzi w Fortecy szczególne poczucie zagrożenia. Oczywiście Uczestnikowi nie pozostaje nic innego, jak wystrzelić kolejne pismo – które może zostać zestrzelone i tak dalej…

Po kilku miesiącach wzajemnego bombardowania, żadna ze stron nie potrafi już na gruzowisku argumentów odnaleźć przyczyn i odtworzyć przebiegu konfliktu. Obustronne wyczerpanie prowadzi do podpisania nikogo nie zadowalającego zawieszenia broni, w którym Forteca zobowiązuje się udostępnić fragment potrzebnych Uczestnikowi Zbiorów, a ten zgadza się nie wykorzystać ich w takim stopniu, w jakim pierwotnie planował. Każda ze stron konfliktu wie, że spokój jest tymczasowy, a kruche porozumienie zostanie zerwane przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Trudne łowy w Internecie

Znamienną częścią Survivalu jest komunikacja przez e-mail. Wysyłanie wiadomości pocztą elektroniczną stało się standardowym sposobem porozumiewania się, niekiedy wyżej cenionym i powszechniejszym niż telefon. A jednak, któryż z Uczestników nie zna uczucia, gdy uprzejmy e-mail („Szanowna Pani”, „będę wdzięczny”, „z poważeniem…”) wsiąka w czeluści instytucjonalnych (tu zwłaszcza muzealnych) komputerów i ginie?

E-maile często przypominają strzałki posyłane wgłąb ciemnego korytarza – by przepłoszyć, a ostatecznie rozdrażnić i zmusić do konfrontacji kryjące się tam stworzenie. Faktycznie, po wysłaniu licznych, coraz bardziej natarczywych przypomnień, do skrzynki Uczestnika wpełza, najeżony strzałkami i nieco naburmuszony, e-mail informujący, że jeśli Uczestnik bardzo się upiera i naprawdę nie ma ciekawszych zajęć niż zabieranie cennego czasu pracownikom zaatakowanej instytucji, którzy teraz muszą spędzić dużo czasu, szukając tego, o co Uczestnik prosi – to może on niebawem przyjechać zrobić rozeznanie na miejscu i zabrać trochę materiałów (jeśli się znajdą, nie będą w konserwacji albo w wypożyczeniu). Przy okazji Uczestnik jest gorąco proszony, aby następnym razem był mniej napastliwy i wykazał się zrozumieniem dla wewnętrznych regulaminów, rygorów i reguł.

W porównaniu do innych survivalowych doświadczeń, to jest stosunkowo łagodne.

Krótki komentarz do regulaminu

Kwestie udostępniania zbiorów gromadzonych przez państwowe instytucje, takie jak archiwa, biblioteki i muzea regulują odpowiednie ustawy: Ustawa z dnia 14 lipca 1983 r. o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach (nowelizacja w roku 2008)[1],Ustawa z dnia 27 czerwca 1997 r. o bibliotekach (nowelizacja w roku 2006)[2]oraz Ustawa z dnia 21 listopada 1996 r. o muzeach (nowelizacja w roku 2007)[3].

Z każdej z powyższych ustaw wynika, iż jednym z podstawowych obowiązków wymienionych tu instytucji państwowych jest umożliwienie korzystania ze zgromadzonych u nich zbiorów. Zbiory są określone mianem „dóbr narodowych”[4], co można rozumieć dwojako: są szczególnie cenne dla narodu i każdy członek narodu ma prawo identyfikować się z nimi jako ze swoim dziedzictwem. Wygodny dostęp do zbiorów i kompetentna informacja JEST prawem każdego obywatela, zwłaszcza jeśli stara się o nie do celów naukowych lub edukacyjnych.

Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna. Prawa obywateli w tym zakresie są w najoczywistszy sposób łamane poprzez piętrzenie trudności, odmawianie dostępu do zbiorów, odwlekanie decyzji, ignorowanie zapytań i zasłanianie się przy tym interesem muzeum/archiwum/biblioteki. W muzeach uzyskanie dostępu do muzealiów przechowywanych w magazynach (a jest to zdecydowana większość zabytków) bardzo często graniczy z cudem, choć takie prawo zapewnia zainteresowanym Art. 2, punkt 3 Ustawy o muzeach[5].

W archiwach, których zasoby służą „nauce, kulturze, gospodarce oraz potrzebom obywateli”[6] niestety zbyt rzadko dochodzi do wyciągnięcia praktycznych wniosków z tego sformułowania. Biblioteki, które mają „zapewnić dostęp do zasobów dorobku nauki i kultury polskiej oraz światowej”[7] realizują to zadanie z wielkimi oporami, jeśli wiąże się to z czymś więcej niż wydobyciem książki z magazynu i dostarczeniem na biurko do czytelni.

Wydaje się, że instytucje, o których tu mowa zbyt uważnie czytają te fragmenty ustaw i regulaminów, które traktują o ochronie zbiorów – „ochronę” interpretując jako ukrycie i nieudostępnianie. Tymczasem trudno o bardziej mylną interpretację. Zbiory właśnie przez to będą ochronione, że społeczeństwu przekaże się do użytku się ich cyfrowe kopie, dzięki czemu (poza wąskim gronem naukowców i specjalistów) nie będą się oni starali wydobywać je z magazynów. Powszechna dostępność zasobów (na przykład w Internecie) w oczywisty sposób sprzyja rozwojowi obywateli i pozwala wypełnić podstawową dla omawianych tu instytucji państwowych (zwłaszcza dla bibliotek i muzeów) misję edukacyjną.

Goryczą napawa fakt, że placówki te – same niewiele robiąc w celu udostępnienia swoich zbiorów szerszej publiczności – nie pozwalają na to również innym instytucjom czy osobom. Będąc opiekunami „dobra narodowego” zachowują się jak jego właściciele, od swoich, czasem wręcz personalnych, preferencji uzależniając dostęp do zasobów.

Na koniec warto obalić mit muzealny, mówiący jakoby karta katalogowa (rodzaj „dowodu osobistego” zabytku zawierającego jego dane, opis i zdjęcie) był objęty prawami autorskimi i jako taki nie mógł być udostępniany bez tych praw naruszenia. Powszechnie wiadomo, że każdy tekst wolno wykorzystać w innej publikacji na zasadzie cytatu (podając dane bibliograficzne i zaznaczając fragment tekstu kursywą lub cudzysłowem) – i trudno zrozumieć, dlaczego karty katalogowe są z tej zasady wyjęte. Wyobraźmy sobie analogiczną sytuację, w której pracownik naukowy uniwersytetu nie zgadza się, żeby czytano jego książki, ponieważ ktoś mógłby wykorzystać zawarte w nich informacje. Wreszcie, w tym samym czasie, gdy jedne muzea zawzięcie bronią praw autorów kart katalogowych, inne bez problemu karty udostępniają a nawet pozwalają wykonać kserokopię i zabrać ją do domu.

Świt w dżungli

Ostatni przykład miał wpuścić promień słońca do ciemnej i dusznej dżungli, w której utknęli Uczestnicy Survivalu. Zarośla narzekań nie powinny przysłonić im prawdy, że istnieją miejsca inne niż dżungla – pełne światła i powietrza. Są biblioteki, które nie przypominają puszczy: najpopularniejsze książki i czasopisma leżą tam na półkach w „wolnym dostępie”, nie trzeba na nie wcale czekać, można je natomiast samodzielnie kserować, a zgodę na wykonanie fotografii (jeśli mają służyć do celów niekomercyjnych) dostaje się od ręki po wypełnieniu prostego formularza. Zamiast Zmęczonego Bibliotekarza występuje tam zwykły Bibliotekarz Dyżurny, który udziela informacji spokojnie i wyrozumiale, i potrafi ukryć znużenie jednostajnymi pytaniami setek osób, które są w bibliotece po raz pierwszy.

Są archiwa, gdzie początkujący poszukiwacz dawnych dokumentów zostanie życzliwie przyjęty i cierpliwie poinstruowany jak ma przeglądać zasoby, natomiast pracownik firmy lub instytucji, która prowadzi swoje małe archiwum może liczyć na kompleksowe wprowadzenie w systemy porządkowania dokumentów, sposoby digitalizacji i tworzenia baz danych.

Istnieją muzea, z którymi można skutecznie komunikować się przez e-maile i które są gotowe w umówionym terminie wydobyć z magazynów każdy potrzebny obiekt, a także znaleźć ludzi gotowych udzielić szczegółowych informacji, daleko wykraczających poza turystyczne oprowadzanie po wystawie. Z muzeami tymi można się kontaktować bez nadprogramowych formalności i nie mają one w zwyczaju odpowiadać dopiero ostatniego dnia dopuszczalnego okresu zwłoki, nie gubią pism i nie traktują podejrzliwie osób starających się u nich o materiały. Uprzejmość pracowników jest tam faktem, rady i pomoc – oczywistością, a miłą niespodzianką – upusty dla studentów przerażonych kosztami składanych, na potrzeby pierwszych prac pisemnych, zamówień.

Nie trzeba tracić nadziei, że kiedyś wyjątki staną się regułą. Skoro pewne instytucje stać na takie podejście, można wnioskować, że są to rzeczy osiągalne. Brak otwartości, lęk i podejrzliwość, którym raczą się nawzajem państwowe instytucje i obywatele nie musi być jedynym sposobem wzajemnego traktowania, mimo że obecnie (obok wielu przynoszących otuchę przykładów) jest to model wciąż najbardziej powszechny.

I kolejna nerwowa noc

Dlatego Uczestnikom Survivalu zalecamy uzbrojenie się w cierpliwość. W nocy pełnej realnych zagrożeń czekanie na świt może bardzo się przedłużać. Radzimy czerpać z doświadczeń innych, zarówno tych, którzy siedzą w tym samym kręgu i czuwają, próbując wzrokiem i słuchem przeniknąć ciemności, jak i tych, którzy się już poddali i znaleźli spokojniejsze hobby.

Sugerujemy, by podrzucać chrust wniosków do z trudem rozpalonego ogniska wiedzy – jego wątłe światło i mizerne ciepło pozwolą uniknąć przynajmniej części czających się w ciemnościach niebezpieczeństw. Doradzamy trening wytrwałości i sprytu. Zdajemy sobie sprawę, że bywa on morderczy, ale przypominamy, że nikt nie obiecywał Uczestnikom, iż będzie łatwo. Zarzut, że niektóre reguły gry nie były znane od początku jest śmieszny – zaskakujące sytuacje to element Survivalu. Najlepiej nie tracić z oczu faktu, że ta ciężka rozgrywka ma służyć nauce i zdobyciu umiejętności poruszania się w najtrudniejszym nawet terenie.

Mniej doświadczonym Uczestnikom uświadamiamy, że Survival, w którym biorą udział nie jest najbardziej wymagającym z możliwych. Ogólnospołeczne dobro, jakim są zbiory publiczne, to rzecz trudno dostępna, lecz możliwa do zdobycia. Są survivale, w których bywa gorzej, bardziej zawile, wręcz beznadziejnie i bez perspektyw na zmianę. Radzimy o tym pamiętać i ewentualnie taką właśnie myślą się pocieszać.

***

Dziękuję Adriannie, Asi, Dominice i Tadkowi za podzielenie się swoimi doświadczeniami.

Anna Kiszka


[1] Tekst ustawy dostępny stronie: http://isip.sejm.gov.pl/servlet/Search?todo=file&id=WDU19830380173&type=3&name=D19830173Lj.pdf (17.02.2009).

[2] Tekst ustawy dostępny stronach Biblioteki Narodowej: http://www.bn.org.pl/index.php?id=6 (17.02.2009).

[3] Tekst ustawy dostępny na stronie: http://isip.sejm.gov.pl/servlet/Search?todo=file&id=WDU19970050024&type=3&name=D19970024Lj.pdf (17.02.2009).

[4] Por. Ustawa o muzeach, Art. 24 punkt 1. i Ustawa o bibliotekach, Art. 3 punkt 1.

[5] „[Muzeum realizuje cele wyznaczone ustawą przez] przechowywanie gromadzonych zabytków w warunkach zapewniających im właściwy stan zachowania i bezpieczeństwo raz magazynowanie ich w sposób dostępny do celów naukowych” [podkreślenie A. K.].

[6] Por. Ustawa o archiwach, Art. 2 punkt 1.

[7] Ustawa o bibliotekach, Art. 3 punkt 1.

Kultura Enter
2009/04 nr 09