Strona główna/Szkic planu ratowania reżymu

Szkic planu ratowania reżymu

To, czemu tak uparcie nie dawaliśmy wiary, jednak zaczyna się dziać. Poprzedni rok okazał się pierwszym z czternastu lat panowania na Białorusi prezydenta Aleksandra Łukaszenki, w którego końcu klimat polityczny wyraźnie się ocieplił w porównaniu z początkiem roku. Transformacja łukaszenkowska – o której rozmowy jeszcze półtora roku temu odbierano jako całkowity nonsens, której możliwość pół roku temu autor niniejszego artykułu rozważał jako hipotezę – stała się rzeczywistością.

Nie będziemy polemizować z tymi, którzy twierdzą, że transformacja ta jest powierzchowna i robiona przede wszystkim na pokaz. W swoim poprzednim tekście na ten temat („Arche”) wyprowadziłem formułę „sumy zerowej”, co oznacza, że każdy krok w kierunku liberalizacji będzie kompensowany represjami w pewnej innej dziedzinie, by zabezpieczyć szczelność kontroli władzy nad społeczeństwem. Co więcej – wszelkie rozmowy na temat transformacji łukaszenkowskiej pierwotnie opierały się na postulacie, że czynnikiem, który je zainicjuje, będzie instynkt samozachowawczy władzy.

A jednak jeszcze kilka miesięcy temu nawet najbardziej szalonym optymistom ciężko było sobie wyobrazić te zmiany, które zaszły w ciągu drugiej połowy 2008 roku. Właśnie dlatego opozycja i część niezależnego społeczeństwa były w pewnym stopniu zaskoczone gwałtownie rozpoczętymi procesami pseudo-reformatorskimi. Złożyła się dość paradoksalna sytuacja, w której siły alternatywne teraz nie tyle proponują programy reform, ile zmuszone są raczej szybko reagować na propozycje władzy; nie tyle walczą o zdobycie pewnego stopnia wolności i pola działalności, ile nieco zagubione rozważają, co mają począć na tym polu, które nagle się otworzyło. I z pewnością jeszcze kilka miesięcy temu prawie nikt nie brał pod uwagę tego czynnika, jakim okazał się kryzys finansowy, nie przewidywał też wpływu, który wywrze on na procesy transformacji na Białorusi.

Transformacja łukaszenkowska wyraźnie zarysowała się w 2008 roku, ale przesłanki ku jej rozpoczęciu zaczęły kształtować się wcześniej i zewnętrzny szok tylko je pogłębił. Szybka zmiana kontekstu ekonomicznego i geopolitycznego zmusza nas do skorygowania wizji tego, do czego może doprowadzić owe połączenie długo- i krótkoterminowych procesów, w jakim kierunku będzie podążała Białoruś w najbliższej perspektywie czasowej i w dalszym czasie, jakie są możliwości, by wesprzeć te przemiany i uczynić je nieodwracalnymi.

Idee i wizje roztoczone w niniejszym artykule mogą wydawać się naciągane. Jednak białoruska analityka polityczna zawsze dochodziła do wniosków w oparciu o fakty już dokonane, odwołując się przy tym do stereotypowych i wszystkim znanych prawd z podręczników politologii, biorąc pod uwagę dynamikę wydarzeń tylko wtedy, kiedy ich następstwa stały się już widoczne; rzadko jej starcza odwagi na modelowanie i przepowiedzenie na podstawie ledwo zauważalnych tendencji, których istotność na początku niemal zawsze jest ignorowana czy niedoceniana.

Jednak co się stanie, jeśli?.. Jeśli transformacja łukaszenkowska wywołana jest nie tylko poprzez tymczasowe czynniki, lecz również przez długoterminowe, nieodwracalne procesy, które uniemożliwiają powrót do starego (sprzed dziesięciu lat) modelu sprawowania władzy nawet w bardziej sprzyjających warunkach ekonomicznych? Jeśli w elitach władzy pojawiła się czy zaczęła się pojawiać zdecydowana motywacja do wprowadzenia zmian? Jeśli sam system władzy już dostatecznie się rozluźnił, by otworzyła się przestrzeń dla wdrożenia nowych scenariuszy rozwoju i transformacji? Jeśli – absolutnie wbrew wszystkiemu, co wiemy o Łukasznce i politycznych reżymach w ogóle – na Białorusi zacznie pojawiać się możliwość ewolucyjnych zmian i kompromisowych scenariuszy transformacji? Czy stać nas na werbalizację, koncepcyjne opracowanie i propozycję takich scenariuszy?

Erozja: przesłanki i istota

Rozważania na temat możliwej przyszłości transformacji systemu białoruskiego przeważnie sprowadzały się do wniosku, iż reformy (w każdym razie polityczne) są niemożliwe. Reżym nieograniczonej władzy osobistej, w którym zaciera się granica między instytucjami państwowymi a prywatną wolą pierwszej osoby, między bogactwem i zasobami państwowymi a kieszenią kierownika państwa, między rządem a najbliższym kręgiem zaufanych współpracowników, – taki reżym zasadniczo nie podlega transformacji ewolucyjnej. Z jednej strony, za głęboko ugrzązł on w różnych nadużyciach, by mieć jakąkolwiek motywacje do wprowadzenia zmian. Z drugiej zaś opiera się na logice prymitywizacji społecznego i politycznego krajobrazu, co z kolei wyklucza rozwój społeczeństwa obywatelskiego oraz pojawienie się kręgów, z którymi władza była by zmuszona podjąć dialog. Przy systemie ciągłego monitorowania lojalności kręgów zbliżonych do władzy efektywnie się zapobiega rozpowszechnieniu nastrojów buntowniczych wewnątrz aparatu władzy – jeśli tylko najbliższe otoczenie nie zdetronizuje władcy.

Tezę o sułtanopodobnym charakterze władzy Łukaszenki wzmacniano rozważaniami na temat o jej charakterze zapobiegawczym. Innymi słowy władza niszczyła możliwe środowiska, w których mógłby narodzić się aktywny sprzeciw, jeszcze przed tym, jak takie środowiska zaczynały naprawdę jej zagrażać. Twardy reżym autorytarny miał przewagę dlatego, że mógł śledzić mechanizmy i procesy rozpadu i transformacji bardziej łagodnych reżymów ościennych, wyciągał więc odpowiednie wnioski i niszczył zalążki opozycji we własnym domu nawet, jeśli na ten moment nie stanowiły one dla niego zagrożenia. Każdą propozycję liberalizacji, nawet jeśli wiązały się z nią pewne korzyści krótkoterminowe, odbierano jako zamach na system i zdecydowanie ucinano. W ten sposób ewolucja łukaszyzmu była niemożliwa z definicji.

Cecha specjalną starego łukaszyzmu było to, że jego istnienie i trwanie przez prawie dekadę w dużym stopniu zależało od dwóch czynników zewnętrznych: dostępu towarów białoruskich na rynek rosyjski i niskich w porównaniu ze światowymi cenami na surowce, co zabezpieczało stabilny przypływ dochodów państwa. Kontrola obszaru finansowego (który na dodatek nadzwyczaj prosto dawał się monitorować przy pomocy nawet nie najsprawniejszej machiny „państwa równoległego”) oraz kontrola stosunków zewnętrznych (liczni prorosyjscy krytycy Łukaszenki zasadnie narzekali na to, że „monopolizował” on relacje rosyjsko-białoruskie) oznaczały, że potrzeby w jakichkolwiek specjalnych porozumieniach z podmiotami wewnętrznymi Łukaszenko po prostu nie miał. Taka konstrukcja stabilności ukształtowała się ostatecznie na przełomie tysiącleci, co pozwoliło wtedy na przeprowadzenie totalnej prymitywizacji stosunków ekonomicznych i obywatelskich, która rzeczywiście uruchamiała w systemie mechanizmy samozachowawcze. Niektórzy komentatorzy zaczęli mówić o „kubinizacji”(czyli upodobnienia do Kuby) Białorusi.

Jednak w samej konstrukcji systemu, w istocie jej stosunków z obywatelami tkwiły czynniki przeszkadzające nieustannej prymitywizacji. Po pierwsze, system liczył na wzrost poziomu konsumpcji, co było gwarantem legitymizacji władzy, a jednocześnie zawężało (nie wykluczało jednak całkowicie) obszar działań skierowanych na prymitywizację społeczeństwa. Wzrost dochodu pociągał za sobą pewne konsekwencje, których następstw władza nie była w stanie kontrolować: pojawiały się nowe potrzeby (powiedzmy na informację) i nowe praktyki (na przykład rozpowszechnienie się różnych rodzajów transakcji elektronicznych). Sprostanie tym następstwom wymagało osłabienia kontroli o charakterze represyjnym. Konsumenci nie stają się demokratami automatycznie (mogą nawet zupełnie nimi się nie stać), lecz komplikowanie się praktyk i infrastruktury ekonomicznych otwiera nowe możliwości i przejścia pozwalające ominąć system.

Po drugie w wyniku naftowego i gazowego konfliktów z Rosją w latach 2006-2007 stało się jasne, że stara formuła systemu łukaszenkowskiego (opartego o dwa magiczne czynniki, o których już była mowa) już nie gwarantuje długoterminowego przetrwania systemu. Władza rozpoczęła poszukiwania wariantów zapasowych, z bólem rezygnując z własnych zasad przynajmniej w dwóch aspektach – z jednej strony doszło do odejścia od koncepcji „oparcia się na własnych siłach” i zaczęły się poszukiwania zagranicznych inwestorów. Z drugiej strony stało się jasne, że bez politycznego dialogu i ekonomicznej współpracy z Zachodem nie da się zagwarantować przetrwania systemu.

Po trzecie reżym poszedł na kompromis z elitą przemysłową (tak jak kiedyś na taki kompromis z tzw. „specjalistami” poszła władza radziecka). W wyniku czego na Białorusi powoli zaczęła kształtować się i ujawniać elita trzymająca władzę z niemal wszelkimi jej atrybutami, w tym ze sprzecznościami wewnętrznymi. Poczynając od lat 2002-2003 zaczął się proces wyłaniania oligarchów. W latach 2007-2008 pojawiły się wyraźne sygnały, że pewne segmenty biurokracji państwowej wychodzą spod kontroli i rozpoczynają grę na własną rękę.

W ten sposób jeszcze pod koniec 2008 roku, czyli jeszcze przed początkiem kryzysu finansowego, wewnątrz systemu władzy oraz w jej stosunkach z obywatelami rozpoczynają się procesy erozji, które stworzyły zagrożenie od razu dla trzech czynników gwarantujących stabilność systemu. Zachwianiu uległy: socjalny kontrakt ze społeczeństwem, personalizowany system władzy oraz stabilność geopolitycznego protektoratu Rosji. Wcześniej w warunkach dynamicznego wzrostu ekonomiki światowej dostępność prywatnych pożyczek pozwalała na minimalizację następstw związanych z problemami ekonomicznymi oraz na uniknięcie politycznego nacisku ze strony Zachodu, co zabezpieczało trwanie systemu. W warunkach zaś kryzysu finansowego poszukiwanie dróg do zachowania stabilności ekonomiki narodowej coraz wyraźniej prowadziło w kierunki kredytowania państwowego oraz międzynarodowych organizacji finansowych. Co oznacza, że ekonomiczne przetrwanie systemu uległo nadzwyczajnej polityzacji oraz zaczęło zależeć między innymi od politycznych relacji z czołowymi siłami świata oraz od zdolności oficjalnego Mińska do wykonania pewnego minimum działań reformatorskich, które mogą mu być zaproponowane w jakości kryterium postępu.

Chyba najbardziej wyraźnym objawem zmiany stylu władzy Łukaszenki stało się odejście od populistycznej retoryki antyzachodniej. Odejście od retoryki paternalistycznej (przypomnijmy znane oświadczenie w noworocznym przemówieniu prezydenta za 2008 rok, w którym obwieścił on, że państwo nie może dalej pełnić funkcji Świętego Mikołaja) bardzo szybko się przekształciło w zasadniczo nowe – niemal liberalne twierdzenie o konieczności „uwolnienia” społeczeństwa od zbytecznej kontroli i ograniczeń, o potrzebie wyzwolenia twórczej energii obywateli. Ogłaszając dążenie do tego, by Białoruś weszła w trzydziestkę najlepszych krajów świata (nawiasem mówiąc jest to jaskrawy przykład pułapki rankingowej), władza faktycznie zrezygnowała z poszukiwań „własnej drogi rozwoju”. Zrobiła przy tym stawkę na wyścig z liderem znajdującym się po stronie zachodniej i demokratycznej. Ta klęska na razie jest maskowana, jednak podczas rozwiązywania problemów praktycznych władza ewidentnie się wciąga w praktyki właśnie tego „świata cywilizowanego”.

Najbardziej wyrazistym objawem erozji sensów stało się stopniowe odejście od retoryki „państwa opiekuńczego”, co było wywołane koniecznością odciążenia państwa z całego szeregu obowiązków społecznych. Warto też zwrócić uwagę na osłabienie retoryki „oblężonej twierdzy” i „wyspy stabilności w burzliwym morzu”, co się tłumaczy koniecznością poszukiwań kompromisu z Zachodem.

Pewien były polityk opowiadał autorowi tego artykułu historię o tym, jak podczas „Drogi Czarnobylskiej -96” zdarzyło mu się wdać w sprzeczkę z przedstawicielami najwyższej milicyjnej władzy kraju. Według jego słów poniósł wtedy druzgocącą porażkę. Obrońcy „państwa opiekuńczego” mieli fenomenalne wprost argumenty pozwalające na bezlitosne bicie opozycji. Bronili bowiem (według ich słów) prawomyślność, system społeczny, gwarancje pracy dla młodych, bezpieczną starość emerytów, czyli wszystko to, co zniszczyłyby reformy. Dzisiejszym przedstawicielom aparatu represyjnego coraz częściej się zdarza spotykać z tym, że represje są skierowane przeciwko „prostemu człowiekowi”. Przy czym w system władzy nie wykształcił mechanizmów socjalizacji własnej gwardii pretoriańskiej (jak na przykład w Zimbabwe, gdzie członków formacji analogicznych do brygady Pauliczenka odbierają rodzicom w wieku 10 lat i odpowiednio wychowują).

Zawarcie porozumienia z Międzynarodowym Funduszem Walutowym oznaczało największą klęskę ideologiczną. Warte jest przypomnienia to, że kiedyś Łukaszenka osobiście czynił wyrzuty deputatom rosyjskiej Dumy za to, że ich rząd zadaje się z tymi „szujami z MFW”. Teraz, by uniknąć nacisków ze strony tych samych Rosjan, Łukaszenka sam zwraca się do „szuj”. Łukaszenkowska Białoruś bez zbytecznego rozgłosu i niepotrzebnych ceregieli cichutko poddała się władzy porozumień waszyngtońskich. Przy czym, sięgając po te niepopularne środki, władza znalazła się w sytuacji próżni ideologicznej, bowiem aparat nie zdołał wypracować stosownej retoryki, która uzasadniałaby ten manewr (w odróżnieniu od manewru geopolitycznego, który na werbalnym poziomie przygotowywany był od dziesięciu lat).

Jeśli zniesienie ulg w 2007 roku było próbą ustalenia „granic cierpliwości” społeczeństwa, to wydarzenia 2009 roku wyglądały już na stały styl działań Łukaszenki w warunkach niesprzyjającej koniunktury. Jeśli wcześniej takie klęski wywoływały poszukiwanie winnych i procesy sądowe, to teraz kierownik państwa właściwie przyjął odpowiedzialność na siebie, chociaż i próbował częściowo zrzucić ją na czynniki zewnętrzne. Przejście do post-populizmu również świadczy, że białoruska biurokracja wystarczająco się wzmocniła, by podejmować decyzje tak bardzo niepopularne i wprowadzać je w życie za pomocą prezydenta, nie obawiając się przy tym jego gniewu. Sama w sobie zmiana dyskursu publicznego nie prowadzi do strukturalnych zmian w systemie władzy, jednak przynajmniej je legitymizuje, a w zależności od tego jak się zmienia retoryka oficjalna zawsze można przewidzieć przyszłą politykę.

Zmiana retoryki dryfująca wyraźnie w stronę liberalną nie oznacza, że liberalizacja ekonomiczna w realnym życiu również będzie się rozwijała w podobnym tempie, w jakim rozwija się liberalizacja werbalna (poza tym wiadomo, że wycofać się z tej ostatniej jest o wiele łatwiej). Jednak erozja sensów doprowadza do błędów w systemie. Rozmowy o nowym kursie zagranicznym i przyjaźni z Unią Europejską wywołują wewnątrz aparatu władzy takie same poczucie zagubienia, jakie towarzyszyło mu podczas „piriestrojki”. Przedstawicielowi władzy oficjalnej jest w tych warunkach o wiele trudniej odmówić wydzielenia biura opozycjoniście, bo odmowa mogłaby zepsuć dialog z UE, który zamierza podjąć Łukaszenka.

W ten sam sposób łączenie nie dających się połączyć logik kierowania i legitymizacji prowadzi do błędów w pracy aparatu władzy, który przestaje rozumieć, czego od niego się wymaga i oczekuje. Znakomitym przykładem było posiedzenie Rady Ministrów po ekonomicznym forum w Londynie, na którym premier Sidorski, kiedyś zawzięty zwolennik idei „oparcia się na własnych siłach”, zaczął krytykować ministrów za to, że nie przyciągają zagranicznych inwestorów.

Erozja sensu prowadzi do nowego rozkładu kapitału politycznego wewnątrz elity trzymającej władzę. Na proscenium wychodzą nowe generacje elity łukaszenkowskiej, zaś stare odsuwane są na drugi plan lub w ogóle schodzą ze sceny. W rezultacie pojawia się przestrzeń dla dialogu między oficjalnymi i alternatywnymi zgrupowaniami, co pozwala na stworzenie tymczasowych (jak na razie) koalicji między przedstawicielami niezależnych sił o nastawieniu pragmatycznym i liberalnymi siłami oficjalnymi.

Scenariusze transformacji

Nie ulega wątpliwości, iż transformacja łukaszenkowska jest wywołana koniecznością i wynika przede wszystkim z instynkty samozachowawczego władzy. Chociaż brzmi to paradoksalnie, jest ona logiczną kontynuacją tego samego autorytaryzmu zapobiegawczego, który jeszcze niedawno prowadził wyłącznie w kierunku coraz mocniejszego „zakręcania śrub”. Logika samozachowawcza wymaga otwartości, dopuszczenia bardziej skomplikowanych stosunków obywatelskich i ekonomicznych, ponieważ w wyniku naturalnej ewolucji społeczeństwa pojawiają się nowe interesy i podmioty, które nie pozwalają nadal trwać w ramach prymitywnego systemu końca lat dziewięćdziesiątych.

Odpowiedzią na pierwsze wyzwania tego rodzaju stała się realizacja właśnie tego adaptacyjnego scenariuszu przemian, którego analizie poświęcona była większość dyskusji w społeczeństwie niezależnym. Istotą owego scenariusza jest inne ukształtowanie związków międzynarodowych oraz pewne ustępstwa w polityce zagranicznej, których powinno być dokładnie tyle, ile trzeba, by przetrwać w ciężkich czasach zarówno z ekonomicznego punktu widzenia, jak i z geopolitycznego. Innymi słowy władza spróbuje przeczekać aż się skończy światowy kryzys a Rosja „zmięknie”. Taka liberalizacja odbywa się wyłącznie w formie ściśle ograniczonej (przykład – powrót dwóch opozycyjnych dzienników do sprzedaży w kioskach), nie podlega instytualizacji (zmiany dotyczą praktyki, lecz nie reguł gry) i w zasadzie w każdej chwili może być zlikwidowana. Jednak świadomość, że system wymaga reform bardziej gruntownych, zaczęła dojrzewać na korytarzach władzy jeszcze przed kryzysem. (W tym miejscu można by przypomnieć znane debaty prowadzone przez Prakapowicza i Sidorskiego w końcu 2007 roku, kiedy to kierownik Banku Narodowego ogłosił program obrad wręcz radykalny (dla tamtych czasów) i reformatorski (dla naszych urzędników). Rok później niemal w ten sam sposób przemówił premier na forum inwestorskim w Londynie).

Jednak w czasach kryzysu scenariusz adaptacyjny zaczyna być niewystarczający. Możliwe jest, że wydarzenia poprzedniego roku przekonały otoczenie prezydenta, iż samozachowawczość wymaga nie tylko tymczasowych działań adaptacyjnych, lecz istotnej reformy systemu. Niewątpliwe jest, że wśród tych czynników znalazła się po pierwsze wojna na Kaukazie, która potwierdziła gotowość Kremla do zmiany granic i przeprowadzenia operacji skierowanych na wymianę elit narodowych. Był to wyraźny sygnał dla Łukaszenki i jego otoczenia, że zbyt mocny uścisk z Moskwą może być śmiertelnie niebezpieczny. Po drugie światowy kryzys ekonomiczny pokazał, że nie wypada liczyć na Rosję jako na ostatnie koło ratunkowe. Na odwrót – polityka Rosji w stosunku po Białorusi świadczyła, że Kreml będzie wykorzystywał wszelkie ekonomiczne problemy Białorusi dla wzmocnienia swojej ekonomicznej, politycznej i finansowej kontroli – ze wszelkimi następstwami. Jednocześnie chyba po raz pierwszy zaczęły pojawiać się pozytywne bodźce do zmian. Dialog z Unią Europejską, przy całej jego słabości, miał ważny wpływ psychologiczny na świadomość władzy białoruskiej: współpraca z Zachodem – w przypadku przejścia do epoki post-łukaszenkowskiej – zdejmuje wiele pytań związanych z osobistym bezpieczeństwem przedstawicieli władzy. Jest to bardzo ważne dla nowych członków elity. Trzydziestopięcioletni i czterdziestoletni przedstawiciele reżymu nie mogą przecież nie rozumieć, że dożyć do emerytury Łukaszenki przy panującym systemie im się nie uda. Dlatego ta generacja już teraz zaczyna myśleć o end game.

W związku z tym, że przetrwanie systemu wymaga zmian bardziej zasadniczych, niż te, na które pozwala scenariusz adaptacyjny, władza dla zachowania znacznie zmodyfikowanego, lecz generalnie tego samego systemu zmuszona jest rozpocząć realizację korekcyjnego scenariuszu własnej transformacji i poszukać nowego wsparcia ekonomicznego i społecznego. Nie da się powiedzieć, że ten scenariusz już ostatecznie się ukształtował, ale już teraz można dostrzec jego zarysy. Po pierwsze, w warunkach kurczenia się społecznych obowiązków świadomie poszerza się pole dla prywatnej działalności po to, by uwolnić część społeczeństwa i umożliwić tej części zadbanie o własne interesy na własną rękę. Właśnie taki jest sens „uwolnienia”, o którym wielokrotnie mówił Łukaszenka. Po drugie państwo proponuje akceptację i protekcję wszystkim podmiotom społecznym, które gotowe są do przyjęcia „reguł gry” według zasady „kto nie jest przeciwko, ten jest z nami”. Po trzecie dla samozabezpieczenia ekonomicznego wyodrębnia się pewien sektor czy szereg kompanii (w kształcie strefy ekonomicznej lub na podstawie szczególnych preferencji), gdzie odbywa się liberalizacja niezbędna dla modernizacji i przyciągania inwestycji. Przy czym transformacja tego sektora nie wywołuje transformacji reszty społeczeństwa i nie pociąga za sobą żadnych zasadniczych reform. (Na przykład na Kubie takim sektorem stała się turystyka.) Takiej transformacji może towarzyszyć „zakręcanie śrub” i prymitywizacja w innych dziedzinach. Dlatego też stworzeniu parków wysokich technologii może towarzyszyć absolutnie wsteczna anty-reforma systemu edukacyjnego.

Granice liberalizacji

Konieczność zmian w systemie wywołana jest przede wszystkim poszerzeniem kręgu podmiotów, z którymi trzeba zawrzeć umowę dla zachowania stabilności ekonomicznej i społecznej oraz dla utrzymania zrównoważonych stosunków ze społeczeństwem i elitami. Spis owych podmiotów składa się przeważnie z podmiotów zewnętrznych. Muszą one kompensować częściowe odsunięcie od funkcji gwaranta białoruskiej stabilności starego patrona geopolitycznego, oraz tych ekonomicznych i geopolitycznych subiektów, które w ostatnich czasach zyskały pewną autonomię i wpływ, i od których lojalności zależy ekonomiczne przetrwanie systemu. Jednocześnie zachowanie systemu na razie nie wymaga kompromisów z niezależnym społeczeństwem, tym bardziej z opozycją polityczną, których potencjał mobilizacyjny i zdolność wywierania presji na władzę w obecnej sytuacji praktycznie równa się zeru.

Właśnie to, że państwo zmuszone jest do szukania porozumienia z elitami, a nie z masami, z zewnętrznymi graczami, a nie z własną opozycją, jest cechą charakterystyczną pierwszego etapu transformacji Łukaszenkowskiej. Składają się na nią po pierwsze łagodne reformy ekonomiczne i poszukiwanie nowych źródeł finansowania; po drugie – pewne manewry geopolityczne, za którymi stoją przeważnie te same cele ekonomiczne. Polityczna liberalizacja przeprowadza się tylko wtedy, gdy to jest konieczne dla realizacji dwóch poprzednich celi. Dlatego też realizacja adaptacyjnego i korekcyjnego scenariuszy nie tylko nie narusza podstaw istnienia systemu Łukaszenkowskiego, lecz stwarza korzystną sytuację obu podmiotów dialogu, czyli dla Łukaszenki i Zachodu. Pierwszy otrzymuje ekonomiczne, a teraz również polityczne zyski, „zrzucając” niekorzystne dla siebie balasty (między innymi więźniów politycznych, którzy na wolności nie stwarzały żadnych zagrożeń dla systemy), drugi w ten sposób domaga się pewnego postępu na Białorusi nie podejmując przy tym zbytnich zobowiązań politycznych i nie czyniąc specjalnych inwestycji ekonomicznych. Ta wzajemnie korzystna sytuacji dobiega jednak kresu w momencie, kiedy proces liberalizacji upiera się w naturalną przeszkodę, którą jest konieczność otworzenia przestrzeni dla konkurencji politycznej i legitymizacji udziału w życiu politycznym i władzy alternatywnych podmiotów politycznych i społecznych.

Siły te są teraz całkowicie zepchnięte na margines życia politycznego. Nawet jeśli pojawiają się one na wewnątrzpolitycznej scenie, to wyłącznie przy pośrednictwie i wsparciu graczy zewnętrznych, co jest sytuacją dość niezwykłą. Podstawowym punktem niezgody w dialogu Białorusi i UE jest właśnie kwestia uznania i legitymizacji prawa opozycji nawet nie do części władzy, lecz do udziału w życiu polityczno-społecznym. Właśnie podwyższenie statusu tych marginalizowanych sił jest martwym punktem, w którym grzęzną rozmowy oficjalnego Mińska i UE. Jest to ta granica liberalizacji, której reżym za nic nie chcę przekroczyć, czyniąc wszystko by zmusić Zachód do „dialogu konstruktywnego”.

Legitymizacja opozycji oznaczała by bowiem dobrowolne się poddanie. Jest ona nie do przyjęcia przez kierownika państwa również z psychologicznego punktu widzenia. Co więcej, jest ona obiektywnie niebezpieczna, bowiem bez względu na jakość dzisiejszej opozycji stwarza teren dla konkurencji wewnątrz systemu Łukaszenkowskiego. Nawet jeśli nie doprowadzi to do odczuwalnych potknięć w sprawowaniu rzędów, to legitymizacja takiego pola dla konkurencji pogłębia „erozje sensów” i stwarza jeszcze jeden bodziec dla kryzysu ideologicznego. Warto zwrócić uwagę na to, że transformacja Łukaszenkowska stała się możliwa właśnie wtedy, gdy w społeczeństwie już się wyczerpały organizacyjne i moralne zasoby do aktywnego sprzeciwu politycznego. Tam, gdzie takie zasoby się objawiały, system natychmiast się reaktywował – właśnie według tego scenariuszu władza rozprawiła się na początku 2008 roku z aktywistami protestu przedsiębiorców.

Nawet po utraceniu możliwości wytyczania kursu ekonomicznego i polityki zagranicznej reżym niewątpliwie zachowuje prawo weta, jeśli chodzi o procesy wewnątrzpolityczne. Będzie upierał się przy tym, że jest jedynym graczem politycznym i jedyna „aktywną siłą uruchamiającą proces zmian” na Białorusi. Jeśli ten monopol będzie zagrożony, wzrośnie też groźba wycofania się ze zmian i de-liberalizacji. Taki scenariusz jest możliwy, a nawet najbardziej prawdopodobny, w dwóch przypadkach. Po pierwsze – jeśli czynniki zewnętrzne złożą się w ten sposób, że algorytm przetrwania systemu znów się uprości, znów zostanie sprowadzony do konieczności zabezpieczenia jednego-dwóch czynników, konieczności zawarcia ugody z kilkoma zaledwie siłami, wśród których nie będzie ani Zachodu, ani opozycji, ani organizacji międzynarodowych. Taki scenariusz najpierw będzie zrealizowany, na przykład, przy odnowieniu się szalonego wzrostu cen na naftę czy przy zwiększeniu wsparcia finansowego systemu ze strony Rosji, czy też jeśli system znajdzie nowy „cudowny środek zaradczy”, jakimi były już nafta, kredyty bankowe i nawozy wapniowe. Jednak taki wariant rozwoju wypadków w najbliższej przyszłości – z powodów wszystkim dobrze znanym – wydaje się najmniej prawdopodobny.

Drugi, bardziej wiarygodny, scenariusz wycofania się związany jest z wyczerpaniem się możliwości scenariusza korekcyjnego i pojawieniem się zagrożenia, że jego realizacja prowadzi do znacznego niebezpieczeństwa politycznego. To uczucie grożącego władzy niebezpieczeństwa daje się zauważyć już teraz. Zbyt małe kroki w kierunku liberalizacji nie pozwalają jak na razie na ekonomiczne zbalansowanie systemu, tymczasem społeczeństwo już w sposób widoczny zaczyna uwalniać się od strachu i „staje się bezczelne”, niech nawet tylko w granicach pewnych lokalnych konfliktów i problemów. W tym przypadku władza może się zdecydować na złamanie wszelkich możliwych kontraktów społecznych i zmienić kurs nie zważając na straty ekonomiczne, zaczynając banalne „zakręcanie śrub” i świadomie dążąc do prymitywizacji stosunków obywatelskich i modeli politycznej. Tym, którzy liczą, iż przy takim uścisku mogą wybuchnąć protesty i odbędzie się rewolucja, warto przypomnieć, że prymitywne systemy autorytarne przeprowadzając świadomą degradację obywatelska mogą istnieć przez dziesięciolecia.

Władza wybierając między liberalizacja a wycofaniem się z transformacji – wybierze pierwszą tylko w jednym przypadku – jeśli zostanie wypracowana formuła i powstaną takie instytucjonalne ramy zmian, w których czołowi przedstawiciele dzisiejszej władzy będą mieli zagwarantowana możliwość zabezpieczenia własnych interesów oraz możliwość zachowania swego kapitału politycznego najpierw w warunkach demokracji sterowanej, dopiero później -konkurencyjnej. Scenariusz ewolucyjnej zmiany systemu przy zachowaniu bezpieczeństwa i interesów jego protagonistów teoretycznie może być ukształtowany poprzez przejście do „demokracji sterowanej” według wdrożonej na Tajwanie zasady „Gamindonowskiej” (polegającej na stopniowym przekształceniu monopolistycznej elity trzymającej władzę w jedną z konkurujących ze sobą) czy reżymu „półtora partyjnego systemu” w Japonii. Przy tym Białoruś zyska zewnętrzne atrybuty demokracji, lecz przez pierwsze trzy-cztery cykle wyborcze obecna władza w pewnej instytucjonalnej formie, może z pewnymi zmianami osobowymi, nie spotka większych problemów z ponownym objęciem władzy nawet w walce konkurencyjnej. W nowym systemie przez pewien czas panują jeszcze stare siły, co jest zabezpieczone zarówno dzięki kontroli resursów ekonomicznych (na przykład przez mechanizmy prywatyzacji kontrolowanej), jak i dzięki powstaniu instytucji, które będą gwarantowały inkorporację i hospitację znacznej części społeczeństwa, zwłaszcza jego aktywnego segmentu (taką instytucją może się stać dominująca partia). Odbędzie się inkorporacja opozycji (którą władza być może ukształtuje sama) w struktury nowego reżymu, przy czym ideologia opozycji (z akcentem na demokrację i prawa człowieka) będą adaptowane jako dominujące. W ramach tego scenariusza państwo będzie musiało „wyjść” z ekonomiki, zwalniając miejsce dla rynku i dając możliwość samoorganizacji.

Transformacja kontrolowana wymaga jednak spełnienia kilku warunków.

Obecności woli politycznej i gotowości do zasadniczych przemian, na które zdobycie się będzie bardzo ciężko, biorąc pod uwagę przyzwyczajenie elit rządzących do środowiska bez opozycji.

Pozyskania nowego punktu oparcia w społeczeństwie poprzez propozycję nowych kontraktów, nowych perspektyw grupom społecznym, które zostaną podstawą odnowionej koalicji społecznej przyszłego systemu. Pierwsza możliwość opiera się na stworzeniu stałej, przychylnej władzy koalicji poprzez przeniesienie głównych korzyści kontraktu społecznego na najbardziej aktywne grupy, czyli na potencjalne siły uruchamiające zmiany. W takim przypadku odbędzie się marginalizacja starej koalicji Łukaszenkowskiej, społecznych autsajderów. Niewykluczone jest, że opozycji politycznej stworzy się nawet możliwość pobawienia się w lewicowy populizm, co doprowadzi do jej dalszego rozpadu i wchłonięcia jej liberalnej części przez nową koalicję Łukaszenkowską. Znane ukłony władzy oficjalnej w stronę pewnej części niezależnej społeczności wskazują na możliwość takiego rozwoju wypadków.

Stworzenie nowych form legitymizacji systemu i warunków dla inkorporacji przez ten projekt sił alternatywnych. To wymaga treściwego i uzasadnionego projektu ekonomicznych i społecznych przekształceń oraz nowej praktycznej ideologii, która starzała by dogodne warunki dla wchłonięcia byłych oponentów i legitymizowała by nowy kurs.

I wreszcie, ten scenariusz wymaga ukształtowania takich instytucji (takich samych jak partii polityczne), które opracowały by reguły gry w warunkach demokracji najpierw „sterowanej”, a później prawdziwej. Przede wszystkim chodziło by o ukształtowanie systemu partyjnego, na początkowym zaś etapie – o stworzenie partii rządzącej, która zabezpieczyłaby interesy elity Łukaszenkowskiej.

W ten sposób transformacja kontrolowana jest dla władzy projektem nadzwyczaj ambitnym, który może być zrealizowany lub zacząć się realizować. Wola polityczna dla jego realizacji może się pojawić tylko wtedy, jeśli realizacja scenariuszy adaptacyjnego i korekcyjnego nie będzie możliwe. Pewne przygotowania dla rozpoczęcia transformacji kontrolowanej poczynione są już teraz (na przykład dyskutowana jest możliwość przejścia do partyjnego systemu wyborczego, dokonuję się wchłonięcie w dyskurs władzy części narodowego i pro-europejskiego dyskursu opozycji, poczynione są kroki w kierunku stworzenia nowej pro-Łukaszenkowskiej koalicji społecznej), jednak nadal wszystko to jest realizowane w ramach o wiele mniej ambitnych scenariuszy adaptacji i korekcji.

Jak można wpłynąć z zewnątrz?

Instrumenty „popychania” procesów transformacji na Białorusi na dzień dzisiejszy są nadzwyczaj ograniczone, między innymi dlatego, że z procesów politycznych jak dotychczas de facto wykluczone są siły i zgrupowania alternatywne. W warunkach, kiedy nie ma możliwości inicjowania takich zmian, rozważania o udziale opozycji w politycznym życiu kraju, a zwłaszcza o jej szansach przekształcenia się w aktywną silę transformacji i wprowadzenia własnych strategii politycznych, nie są na miejscu dopóty, dopóki nie otworzy się legalne pole dla konkurencji. Alternatywne siły polityczne i niezależne społeczności powinny zatem korzystać z każdej możliwości, by wyzyskać te niemrawe procesy otwarcia się przestrzeni politycznej. Chodzi o „wmontowanie” opozycji w te procesy dialogowe, które dzisiaj się odbywają między Białorusią a Unią Europejską, o konieczność wysuwania, a nawet narzucania własnego toku rozmów. Chodzi także o codzienne „testowanie” prawdziwości skierowanych na liberalizację zamiarów władzy oraz o wykorzystywanie wszystkich ulg dla rozwijania działalności alternatywnej.

Na razie najbardziej efektywnym środkiem oddziaływania pozostaje sprzyjanie erozji systemu. W rzeczywistości na erozję pracuje wszystko, co sprzyja komplikacji stosunków ekonomicznych i społecznych, niszczy pionową zasadę kierowania krajem i ekonomiką, poszerza obszar społecznej, ekonomicznej, intelektualnej i, jeśli to jest możliwe, politycznej wolności, zakłóca bądź nadweręża ideologiczną spójność systemu, wnosząc nowe sprzeczne sensy i idei. Program ten ogarnia takie dziedziny, jak: współpraca techniczna, nawiązanie kontaktów kulturalnych, współpraca ekonomiczna, angażowanie się w pracę organizacji międzynarodowych, rozwój dwu- i wielostronnych kontaktów z krajami zachodnimi, podróży i dyplomację obywatelską itd. Erozji sprzyja również wsparcie dla tych procesów, które prowadzą ku ewolucji władzy wewnątrz systemu, nawet jeśli to oznacza nie demokratyzację, lecz oligarchizację. Na przykład wsparcie dla „prywatyzacji dyktatorskiej”, o której niebezpieczeństwie mówi część opozycji białoruskiej, a która w rzeczywistości pogłębia procesy zdolne doprowadzić do osłabienia absolutyzmu prezydenckiego, prowadzi do większego zaangażowania kraju w ekonomikę światową oraz ujawnia koszty międzynarodowej izolacji Białorusi.

Procesy te mogą być przez pewien czas tolerowane przez władzę, która nawet będzie im sprzyjać dopóty, dopóki będzie w stanie blokować te reformy, które mogą doprowadzić do destabilizacji i rozpadu istniejącego systemu. Dlatego wsparcie tych procesów z zewnątrz wygląda jako próba ratowania reżymu, bowiem dzięki kontrolowanej erozji władza może znaleźć nowy punkt równowagi – możliwe jest, że zwiększy się przy tym obszar wolności. Akurat to poszerzenie będzie wykorzystane jako element nowego kontraktu społecznego. Jednak nie można wyłączyć wariantu, że ów punkt równowagi nie będzie osiągnięty, a przeprowadzona liberalizacja będzie wymagała coraz głębszych reform.

Każdy kompromisowy scenariusz transformacji na Białorusi – z powodu słabości wewnętrznych sił alternatywnych i ważności geopolitycznego kontekstu zmian – będzie wymagał zewnętrznego sponsorowania i gwarancji. Głęboka transformacja systemu Łukaszenkowskiego może się odbyć tylko w kontekście geopolitycznego zwrotu polityki Białorusi i włączenia państwa w europejskie procesy integracyjne przy jednoczesnym „cywilizacyjnym wciąganiu” Białorusi do Europy. Logika „wciągania cywilizacyjnego” polega nie tylko na „łagodnym” wpływaniu, ale też na innym poziomie rozmów. Z jednej strony od Białorusi powinno się wymagać głębokich, jakościowych, radykalnych reform. Z drugiej – zaproponować jej jakościowo nowe perspektywy przyszłości. Oczywiście możliwość takiego „wciągania” zależy nie tylko od gotowości władzy białoruskiej do integracji z Europą, ale też od gotowości strony europejskiej do zrobienia radykalnej propozycji Białorusi. Propozycji faktycznie określającej perspektywę dołączenia Białorusi do UE. To, że UE zaczyna przynajmniej rozmawiać o europejskiej perspektywie sąsiedzi wschodnich, daje nadzieję, że realizacja podobnego scenariusza jest możliwa. Jednak każda polityka prowadzona przez UE musi na razie brać pod uwagę realia białoruskie i do nich się dostosowywać.

Proponując Białorusi perspektywę europejską UE bierze na siebie obowiązki gwaranta ewolucyjnego charakteru przemian w kraju, co z kolei zapewni pozytywny stosunek do tego procesu ze strony elity trzymającej władzę. Innymi słowy, chodzi o gwarancję pokoju obywatelskiego w post-autorytatywnej Białorusi europejskiej oraz o propozycję „end game”, czyli pewnego scenariusza zmian politycznych z gwarancją osobistych interesów i bezpieczeństwa dla czołowych działaczy reżymu.

Czy nie są wszystkie te scenariusze i rozważania czczym marzycielstwem? W zasadzie cel, który przed sobą stawiałem siadając do tego artykułu, był właśnie taki – chciałem zastanowić się nad tym, co wydaje się niemożliwe: nad możliwością ewolucji systemu, który wydaje się genetycznie nie jest zdolny do ewolucji. Jednak głębinowe zmiany, które odbywają się zarówno na Białorusi, jak i dookoła, zmuszają do refleksji nad postulatami wydawało by się bezsprzecznymi. Jeśli, jak się okazało, Białoruś Łukaszenki zdolna jest do zmian, to dlaczego nie mają to być zmiany radykalne i głębokie? Dzisiaj jeszcze nie widać, by system był zdolny do wygenerowania z siebie ambitnego projektu zmian, zakreślonych w danej analizie. Ale już dzisiaj można prognozować, że kiedy możliwości adaptacji i korekcji będą wyczerpane, taki projekt wcześniej czy później się pojawi. (Co z kolei bynajmniej nie oznacza, że do realizacji będzie przyjęty właśnie on, a nie twardy scenariusz „zakręcania śrub”).

Ci, którzy stawiają akurat na dialog jako środek pozwalający wymusić zmiany, muszą być przygotowani na to, że podobny scenariusz trzeba będzie omawiać lub opracowywać. Ci, którzy dotychczas liczą na rewolucję i bunty pokrzywdzonych i upokorzonych, muszą wreszcie uświadomić sobie, że zmiany, które pójdą w inną stronę, na zawsze pozostawią ich na poboczu procesów politycznych. Wreszcie ci, którzy spodziewają się sprawować władzę bezterminowo, nie mogą już nie rozumieć, że każdy scenariusz transformacji czy nawet modernizacji kraju doprowadzi wreszcie do stanu, w którym zmiany polityczne będą nie do uniknięcia. A więc o możliwościach wspólnego kierowania tymi procesami wypadałoby pomyśleć już teraz.

pierwodruk – „Arche” 1-2, 2009

z białoruskiego tłumaczyła Irina Lappo

Wital Silicki