Strona główna/Szkoła alternatywna czy alternatywa dla szkoły?

Szkoła alternatywna czy alternatywa dla szkoły?

Absolwentka szkoły alternatywnej stwierdziła, że dla niej najważniejsze w tym systemie nauczania są czas i przestrzeń, żeby zrozumieć kim właściwie się jest. Gdy pytano ją o wiedzę akademicką, odpowiadała: „Jeżeli czegoś nie wiem, bardzo łatwo nauczę się sama, to nie kłopot, natomiast szkoła pozwoliła mi zrozumieć, czego naprawdę chcę”. Wielu absolwentów polskich uczelni, nawet tych bardzo dobrych, nie ma bladego pojęcia, co zrobić ze swoim życiem.

Debata podczas konferencji „O edukacji i kulturze” w ramach Tygodnia Edukacji Pozaformalnej i Kulturalnej organizowanego przez Fundację Teatrikon.

Goście:

Andrzej Araszkiewicz – założyciel i nauczyciel Wolnej Szkoły na Bielanach (www.odpowiedzialnaszkola.pl), z wykształcenia nauczyciel i tłumacz. Członek zarządu Stowarzyszenia na rzecz Innowacyjnej Edukacji „Ineida”. Propagator idei wolnych szkół w Polsce;

Michał Bobrzyński – dyrektor Prywatnego Katolickiego Gimnazjum i Liceum im. ks. Gostyńskiego w Lublinie. Twórca Systemu Indywidualnego Nauczania Symultanicznego;

Jarosław Piętas – uczeń 3 klasy I Liceum Ogólnokształcącego w Lublinie.

Alternatywy a tradycyjna rzeczywistość

Czy da się przy obecnym modelu edukacji, w 30-osobowej klasie, wprowadzić do szkoły choćby niektóre idee demokratycznego czy indywidualnego systemu nauczania?

Andrzej Araszkiewicz: Po pierwsze pamiętajmy, że edukacja demokratyczna nie powstała jako zastępstwo dla edukacji tradycyjnej. Nie znam żadnej szkoły demokratycznej, do której uczęszczałoby więcej niż osiemdziesięcioro dzieci. Do całej szkoły. Ale też nie widzę powodu, żeby próbować zainteresować tradycyjną szkołę naszymi metodami. To byłaby katastrofa. Nasze metody i narzędzia przeznaczone są do pracy w miejscu, gdzie wszyscy się znają i mają prawdziwie podmiotowe relacje.

Michał Bobrzyński: Gdy byłem tradycyjnym belfrem prowadziłem czasem zajęcia dla 6-8 osobowej grupy. To był dla mnie szok i niesamowita inspiracja – można tak dobrze pracować, nie mając 30-osobowej klasy. Na Dolnym Śląsku powstaje szkoła, która jest kalką naszej. Ale w kilku punktach się różnimy, choćby tym, że na Śląsku trzeba chodzić na lekcje. W Gostyńskim zaś nie ma przymusu uczestniczenia w zajęciach. Uczeń może wyjść po 15 minutach geografii, bo przejrzał materiał i stwierdził, że jest łatwy. Zatem wychodzi, nawet nie mówi „do widzenia”, żeby nie przeszkadzać innym uczącym się i idzie na przykład na matematykę, gdzie będzie siedział nie 45 minut, ale kilka godzin, bo akurat złapie wenę do liczenia. Żeby nie marnować energii zostaje dłużej. To w normalnej szkole byłoby niemożliwe. Natomiast pewne elementy symultanicznego nauczania są możliwe. Można wprowadzić to, że na zajęciach 45 minutowych uczniowie mogą zajmować się różnymi tematami, a nauczyciel podchodzi, rozmawia i pracuje z każdym z osobna przez chwilę.

Pewne rzeczy da się zmienić, ale czasem warto budować od nowa. Moja szkoła powstała na parapecie Ministerstwa Oświaty. Zacząłem zajmować się niemożliwą wtedy próbą zmiany zastanego modelu nauczania. I tam zaproponowano mi: proszę założyć szkołę, a nie zajmować się zmianami obowiązującego systemu. Na parapecie napisałem projekt szkoły.

Jacy rodzice wybierają dla dziecka szkołę alternatywną?

Andrzej Araszkiewicz: W naszej szkole przekrój społeczny rodziców jest dosyć znaczny. Jest o tyle łatwo, że dopinamy budżet na czesnym deklarowanym. Tzn. każda rodzina deklaruje, jakie czesne jest w stanie zapłacić. Zatem przekrój społeczny mamy szeroki. Jest natomiast pewna charakterystyczna grupa rodziców, który zauważają: „Przed pójściem do szkoły moje dziecko zadawało mi pytania, było ciekawe świata, radosne. Minęło pół roku w szkole publicznej i ono jest co prawda grzeczne, ale przestało pytać.” Rodzice są przerażeni tą sytuacją, zaczynają szukać alternatyw i pukają do nas. Są również rodziny, które nazwałbym ideowymi tzn. takie, które przyzwyczaiły siebie i dziecko do bezpośrednich relacji, wymagań, indywidualnego podejścia, poczytały trochę, poszukały informacji. Często decyzja o wyborze szkoły demokratycznej to naturalna kontynuacja nauki w przedszkolach Montessori.

Michał Bobrzyński: Przyjmuję uczniów potrzebujących pomocy, którym inne placówki tej pomocy odmówiły – wyrzuconych ze szkół, ale też tych, którzy zrezygnowali „za porozumieniem stron”. Wtedy nie pytam, ile ktoś ma pieniędzy, to byłaby zdrada mojego nauczycielskiego powołania. Czuję, że muszę podjąć próbę, wyzwanie. Ale zdarza się też tak, że dostaję teczkę z danymi ucznia, w której jest koperta z pieniędzmi, bo rodzice myślą, że tym załatwią wszystko. A to nieprawda. Prowadzę prywatną szkołę, więc jestem sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem – przyjmuję do szkoły kogoś, bo chcę go przyjąć, pomóc mu, nauczyć go czegoś, wyprowadzić na ludzi, a nie dlatego że o jego wartości świadczą zdobyte punkty czy oceny.

Co dalej po takiej szkole?

Andrzej Araszkiewicz: Muszę się przyznać do pewnej słabości szkół demokratycznych. Jeżeli ktoś z państwa interesuje się kulturą antyczną mógł trafić na takie pojęcie, jak „praxis” . Od tych stu lat istnienia na całym świecie szkoły demokratyczne obrastają w książki, artykuły, konferencje, natomiast systematycznych badań pokazujących losy absolwentów prawie nie ma. Istnieje najwyżej kilka badań przekrojowych z kilku wybranych szkół, bo nie wszystkie szkoły prowadzą badania swoich absolwentów, a akademicy, którzy zajmują się szkołami demokratycznymi zwykle wolą obserwację uczestniczącą i sprawdzenie, co tam się na co dzień dzieje, niż opinie osób, które stamtąd wyszły. Można ich losy poznać poniekąd z badań Ricka Posnera nad absolwentami szkoły Jefferson Country Open Schools1. Po pierwsze zdawalność tych absolwentów na studia, do college’u, była nieco wyższa niż przeciętna amerykańska. Zaznaczam jednak, że my nie startujemy w tych samych zawodach ze szkołami tradycyjnymi. To jest szkoła demokratyczna, więc wyznacznikiem tego czy jest dobra czy zła nie jest to, czy jej absolwenci dostają się na studia. Jednak w przypadku tych badań nic nie wskazuje na to, żeby absolwenci szkoły demokratycznej różnili się od innych uczniów czy byli jakoś pokrzywdzeni. Dużo ciekawszy jest jednak drugi wniosek z badań w Kentucky – średnia „pozostawalność” na studiach, czyli współczynnik tych studentów którzy nie odpadają w trakcie nauki, była dwukrotnie wyższa niż średnia amerykańska. Co by sugerowało, że absolwent szkoły demokratycznej zwykle wie, co wybiera i ma mniejsze szanse, że z tego zrezygnuje lub sobie nie poradzi. Natomiast spośród samych wypowiedzi absolwentów o szkole, najbardziej interesuje mnie taka, która przewijała się również w rozmowach indywidualnych, które miałem przyjemność prowadzić w Holandii.

„Czy jesteś zadowolony ze swojego życia, z momentu w którym jesteś?” – to pytanie, które Instytut Gallupa zadał wszystkim Amerykanom. Czterdzieści kilka procent odpowiedziało – „w miarę tak”. W tym samym czasie badano absolwentów szkoły demokratycznej i wśród nich 80 procent na to samo pytanie odpowiedziało po prostu „tak”. Z moich rozmów pamiętam też, że 23-letnia absolwentka szkoły w Holandii powiedziała, że dla niej kluczową kwestią w tej szkole było to, że miała czas i przestrzeń, żeby zrozumieć kim właściwie jest. Gdy pytano ją o wiedzę akademicką, odpowiadała: „Jeżeli czegoś nie wiem, bardzo łatwo nauczę się sama, to nie kłopot, natomiast szkoła pozwoliła mi zrozumieć, czego naprawdę chcę. Pracowałem ze studentami i z tych czasów pamiętam, że bardzo wielu absolwentów polskich uczelni, nawet bardzo dobrych, nie ma bladego pojęcia, co zrobić ze swoim życiem.

Jak sprawdza się poziom wiedzy ucznia w szkole alternatywnej?

Andrzej Araszkiewicz: Mamy trochę szczęście, że Polskie prawo o edukacji pozaszkolnej narzuca co roku jeden egzamin z podstawy programowej dla tego okresu. Nasi uczniowie muszą go zdawać, my im o tym przypominamy i realizujemy zajęcia, jeśli dzieciaki chcą się do niego przygotować. I przychodzi moment, kiedy same mówią: „Jesteśmy gotowi zdawać egzamin”. Rozmawiałem z rewelacyjnym trzynastolatkiem, który jest w ruchu unschoolingowym. To był grudzień i ten chłopiec chwalił się, że właśnie zdał na piątkę egzamin z historii. Jego rodzice mają umowę ze szkołą, że jak syn jest gotowy do zaliczenia materiału, to dzwonią do egzaminatora, który następnie przyjeżdża i prowadzi egzamin. Chłopiec przygotowywał się do niego 3 tygodnie. Zmotywowany wewnętrznie, inteligentny chłopak tyle mniej więcej czasu potrzebuje na naukę całorocznego materiału z podstawy programowej. Z ciekawości zapytałem go – dlaczego teraz zdałeś ten egzamin, przecież miałeś czas do czerwca? A on spojrzał mi w oczy z absolutnym brakiem zrozumienia i powiedział: „No jak to? W czerwcu jest ładna pogodna, a w grudniu brzydka. W czerwcu będę robił ciekawsze rzeczy.” I to jest racjonalne planowanie. Na jednym ze spotkań z Wojciechem Eichelbergerem opowiedzieliśmy mu tę historię, a on uśmiechnął się i skwitował: „Dzieci są niezwykle pragmatycznymi istotami, jeśli im się tego nie zepsuje.”

Polskie szkoły demokratyczne działają na prawie o edukacji pozaszkolnej. Nie ma możliwości, by stworzyć szkołę demokratyczną, która jest szkołą w rozumieniu prawa oświatowego. Wszystkie nasze dzieci i młodzież są formalnie homeschoolingowane. Proszę nigdy nie mylić homeschoolingu z unschoolingiem. Homeschooling to jest przenoszenie szkoły do domu, czyli robienie normalnych lekcji w domu. Unschooling to pożegnanie się w ogóle z ideą szkoły. To jest edukacja czy też wychowanie w domu, zupełnie bez szkolnych wzorców. Natomiast matura polska odbywa się tylko w budynku szkoły, ale organizuje ją Centralna Komisja Egzaminacyjna, a nie szkoła. Innymi słowy, nasi uczniowie mają dokładanie takie same matury, jak wszyscy inni. A jak je zdadzą? Pierwsi nasi uczniowie będą zdawać matury za 2 lata.

Michał Bobrzyński: W naszej szkole materiał dzieli się na małe partie, które można zaliczać osobno lub kilka na raz. Jeśli młody człowiek ma tych egzaminów ok. 200 – 250 w cyklu, po 50 nie ma już żadnych stresów. Podchodzi, nawiązuje kontakt z nauczycielem i to się staje dla niego pewną normą. Rozmowa z nauczycielem przestaje przerażać. Pamiętam, jak mnie przepytywała ś.p. pani prof. Deptułowa. Prowadziłem wtedy drużynę harcerską, w której był jej syn Tomek, zatem znaliśmy się z panią profesor. Gdy zobaczyła mnie przed egzaminem zapytała przy wszystkich moich kolegach: „Michał, co ty tu robisz?”, więc ja na to: „Czekam na egzamin”. I ona: „Dzisiaj o osiemnastej w mnie w domu”. Najpierw była kawa z szarlotką, potem wypytywanie o Tomka, a na koniec bardzo rzetelny i wyczerpujący egzamin. Tylko siedzieliśmy swobodnie, rozmawialiśmy jak wychowawca z matką skauta. To była cudowna rzecz. Takie doświadczenie, które pokazuje, że można ze studentem mówić innym językiem. Egzaminy należy przeprowadzać w sposób mniej stresujący.

Najważniejsze są relacje z nauczycielem

Kornelia Jaroć, licealistka: W moim szkolnym życiu nauczyciele zawsze byli ważni w procesie uczenia się, ale też wychowania. Kim są nauczyciele, ilu ich jest i jaka jest naprawdę ich rola?

Andrzej Araszkiewicz: Na pierwsze dwa pytania mogę stosunkowo szybko odpowiedzieć. Po odpowiedź na trzecie odsyłam do trzech międzynarodowych konferencji edukacji demokratycznej, tam od kilkudziesięciu lat wciąż toczą się dyskusje na temat roli nauczyciela.

Proces rekrutacji nauczycieli do naszej szkoły był potwornie trudny. Na przykład była taka sytuacja, że mieliśmy wśród kandydatów panią, która jest niezwykle doświadczonym nauczycielem szkoły publicznej i musieliśmy ją odrzucić. Najważniejsze bowiem jest pytanie: czego właściwie potrzebujmy od nauczyciela? Potrzebujemy umiejętności wchodzenia w autentyczny kontakt, umiejętności radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, emocjami, ale też wiedzy, kompetencji. Obecnie mamy w kadrze ośmiu nauczycieli przypadających na pięćdziesięcioro dwoje dzieci. Z tego dwie dziewczyny są na stażu, więc na stałe jest nas sześcioro. Mniej ważne, kim ci ludzie są z wykształcenia, ponieważ najciekawsze rzeczy o nich wyciągnęliśmy nie z dyplomu, ale z obserwacji, assesmentów. Jest psycholog, który jest też kaskaderem filmowym i instruktorem walki. Ja jestem anglistą, nieskończonym socjologiem, kocham programowanie i gry fabularne. Zatrudniamy rewelacyjną dziewczynę po pedagogice, której podstawową kompetencją jest to, że jest przecudną mamą, jest po prostu jedną wielką wszechogarniającą miłością. Nasz zespół jest całością, to nie jest tak, że mamy jeden zestaw kryteriów, według których przyjmujemy każdego, szliśmy takim kluczem, by skompletować grupę, zespół.

Jeśli chodzi o rolę nauczyciela to po pierwsze jest nią wejście w szczery i autentyczny kontakt z naszymi uczniami. Wszystko inne nie wydarzy się, jeżeli my nie będziemy mieli szczerej relacji. Nie mamy żadnych narzędzi przymusu ani oceny. Wszystko opiera się na szacunku i zaufaniu, którymi darzą nas uczniowie. Po drugie obserwujemy i na spotkaniach rady wymieniamy się obserwacjami. Po trzecie reagujemy bardzo delikatnie, sugerujemy: „Maciek, widzisz tam siedzi taka smutna dziewczyna, może zapytamy czy wszystko jest w porządku?” No i wreszcie inspirujemy do pracy, na przykład ja siadam i zaczynam pisać program komputerowy, który mnie fascynuje i zaraz jestem oblegany dzieciakami, które pytają co właściwie robię i czy same nie mogłyby się nauczyć programować. Albo Paweł, nasz psycholog, instruktor sztuk walki i kaskader pyta czy ktoś ma ochotę pouczyć się szermierki. I część dzieciaków chce. Oczywiście prowadzimy też lekcje. Ja jestem anglistą z wykształcenia, nie ma powodu, żebym rezygnował ze swojej pracy i wiedzy dydaktycznej. Przychodzi do mnie grupa dzieciaków i mówi: „Andrzej, poucz nas angielskiego.” To siadamy i uczę – po to przecież jestem.

Tylko nauka?

Michał Bobrzyński: Rolą szkoły jest nauczanie. Oczywiście, że szkoła może inspirować do podejmowania innych aktywności, ale musi to robić dyskretnie. Kiedy wyprawiam się gdzieś z moimi skautami, to nie idę jako właściciel szkoły i dyrektor, nawet nie jako nauczyciel. Idę z nimi, bo lubię. I spotykam się z uczniami na zupełnie innej płaszczyźnie, która nie ma nic wspólnego ze szkołą. Mój absolwent przychodzi w odwiedziny rok czy kilka lat po maturze i skarży się: „Dyrektorze, studia to ja miałem w Gostyńskim, a teraz na studiach mam szkółkę – biegam na ćwiczenia, muszę mieć zeszyt. Dobrze, że ciapów nie muszę nosić”. Uważam za największy sukces mojej szkoły, właśnie to, że jest tylko szkołą, że się tu nie bawimy w jakieś dodatkowe rzeczy. Od kiedy istniejemy, nie zrobiliśmy ani jednej studniówki, ani jednej zabawy. Studniówka wywodzi się z obrzędów studenckich, które były robione wbrew uczelni – trzeba było wyszaleć się ostatecznie, robiło się to po cichu – ubaw i koniec z tematem. A potem zrobiły się z tego jakieś wielkie napuszone uroczystości z polonezem, na wzór balu. Oczywiście można takie rzeczy organizować, ale powtarzam – to nie jest zadanie szkoły.

Kornelia Jaroć: Najważniejsze dla mnie wartości, które odkryłam w szkole w ciągu ostatnich dwóch lat, niekoniecznie są ściśle związane z nauką. Mam na myśli wszelkie, wynikające z działalności kulturalnej umiejętności społeczne, które w szkole też się zdobywa, ale mimochodem, przy okazji wszystkiego tego, co nie jest nauką.

Hubert Walczyński: A ja się zgadzam z tym, że szkoła powinna służyć edukacji, ale mam pytanie czy naprawdę szkoła potrafi nauczyć wszystkiego, czego można się nauczyć poza nią, na przykład odpowiedzialności, pracy w grupie?

Michał Bobrzyński: Nigdzie nie jest powiedziane, że szkoła ma uczyć wszystkiego. Szkoła ma nauczyć uczenia się, ważny jest sam proces uczenia się. Przy obecnej dostępności wiedzy szkoła nie powinna i nie jest w stanie przekazać wszystkiego, ale musi nauczyć ucznia samodzielnego studiowania. Uczeń musi wiedzieć, że istnieje książka i do czego ona służy. Trochę się boję eksperymentów naszych współczesnych ministrów, którzy chcą zastąpić książki komputerem, bo kiedy przychodzi do mnie uczeń, a ja kładę mu przed nosem książkę z XVIII w. to widzę jak mu się oczy robią coraz większe i dostaje rumieńców na policzkach.

Andrzej Araszkiewicz: Może zapytajmy ucznia? Jarku, padło pytanie co ja i moja szkoła możemy zaoferować w sprawie dalszej kariery. A czego ty byś chciał od swojej szkoły?

Michał Bobrzyński: To ja wtrącę – żeby nie przeszkadzała.

Jarosław Piętas: Szkoła powinna dawać pole do różnych inicjatyw, także tych pozanaukowych. Szkoła to miejsce, w którym mamy szansę spotkać ludzi podobnych do nas, o podobnych zainteresowaniach i już tam możemy zdobywać doświadczenie na różnych obszarach. Zadaniem szkoły jest taki rozwój umożliwić.

Michał Bobrzyński: Ja nie rozmawiam z moimi uczniami wyłącznie na tematy związane z antropogenezą lub II Wojną Światową, ale na tysiąc innych. My się możemy spotykać, dyskutować, tylko uporządkujmy myślenie. Jeżeli jakiś pomysł na działania rodzi się w takich rozmowach, to bardzo dobrze, nie należy go gasić. Ale od dalszego ich rozwijania są inne miejsca, na przykład Teatrikon czy Ośrodek „Brama Grodzka Teatr NN”. Świetnie, że uczniowie mają z nim kontakt, właśnie takie inicjatywy powinny istnieć, ubogacać życie młodego człowieka, stabilizować go. Taką rolę spełnia też teatrzyk szkolny. W czasach księdza Konarskiego teatr szkolny był jedną z fundamentalnych rzeczy w działaniu szkoły. Nie wiem czy wszyscy lubią teatr, ale przecież są różne inne ośrodki, domy kultury. I niech tam młodzi ludzie doświadczają, z ludźmi stamtąd niech mają kontakt.

Redakcja: Katarzyna Krzywicka, współpraca: Aleksandra Iwańska, Agata Sztorc

1 http://www.jefferson.k12.ky.us/