Strona główna/Szybki koniec festiwalu?

Szybki koniec festiwalu?

O tym, czy festiwalowość faktycznie stała się powszechną receptą na pobudzanie rozwoju życia kulturalnego chyba nie warto dyskutować. Większość Polaków, bez względu na zainteresowania, jednym tchem wymieni przynajmniej kilka nazw festiwali, od wielkich, komercyjnych wydarzeń typu Heineken Open’er Festival a na gminnych dożynkach kończąc. Ciekawszym jest natomiast źródło sukcesu tego zjawiska… a także zabawa w odgadywanie jego przyszłości.

Lekarstwo na marazm

Festiwal nie jest zjawiskiem nowym ani specjalnie rewolucyjnym, dlatego też urodzaj nowych inicjatyw, jakiego doświadczamy mniej więcej od połowy lat 90. może wydać się nieco podejrzany. Co spowodowało, że obok imprez, których historia sięga czasów PRL’u, zaczęły wyrastać nowe, często konkurencyjne beniaminki? Z jednej strony – bez wątpienia jednym z motorów tego zjawiska była potrzeba nowości. O ile kraj zmieniał się zaskakująco szybko, o tyle sztandarowe imprezy stały w miejscu. Po latach oglądania Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie czy też czekania od Opola do Opola stwierdziliśmy, że domagamy się zmiany. Że może wystarczy gapienia się w telewizor a swoją ulubioną gwiazdę chcielibyśmy zobaczyć na żywo pod domem, a nie po podróży przez pół Polski. Podobne zapotrzebowania mieli również ci, których interesowała sztuka nieco mniej masowa.

Najłatwiej mi zobrazować tę sytuację przykładem lubelskiego życia teatralnego we wczesnych latach 90. I owszem, mieliśmy swoje teatry – zarówno repertuarowe, jak i niezależne – ale okazje do zobaczenia czegoś spoza własnego miasta zdarzały się sporadycznie. Nasi reżyserzy byli uznani i nagradzani, ale brakowało wymiany, siły i możliwości bycia w centrum uwagi, jaką wcześniej dawały środowisku dwa mocne festiwale: Lubelska Wiosna Teatralna i Konfrontacje Młodego Teatru. Image Lublina jako ważnego ośrodka teatralnego powoli stawał się jedynie mitem.

Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Konfrontacje Teatralne” mógł powstać, bo całe środowisko odczuwało próżnię. Festiwal wydawał się być rozwiązaniem idealnym. Nie wymagał powołania nowej instytucji i mógł wykorzystać dostępną w mieście infrastrukturę. Widzom dawał szansę na zderzenie się z innym teatrem i spotkanie z dobrymi artystami we własnym mieście. Lokalni artyści (i organizatorzy Konfrontacji) zyskiwali kontakty i możliwość zagrania przed własną publicznością w blasku i atmosferze międzynarodowego wydarzenia. Politycy samorządowi pokazywali, że kultura się rozwija i kupowali sobie spokój. W 1996 roku pierwsza odsłona Konfrontacji mogła wywołać odczucia, że festiwal jest idealną receptą na całe zło. I poniekąd był to wniosek słuszny, bo odniósł spory sukces i… zapoczątkował nowy wątek w lubelskiej kulturze.

W chwili swojego debiutu „Konfrontacje Teatralne” nie był pierwszym festiwalem w mieście, ich sukces  trudno zatem było uważać za gwarantowany. Jednak jak się okazało miały one ów wyczekiwany powiew świeżości a także dobry program i energię twórców. To wystarczyło do uruchomienia swoistego mechanizmu, który daje festiwalowi przewagę nad innymi rodzajami wydarzeń artystycznych. Różnorodny program festiwalu, w którym pojawiają się wielkie gwiazdy, jest w oczywisty sposób atrakcyjny zarówno dla widzów jak i mediów oraz sponsorów. Jeśli zostanie umiejętnie skonstruowany, dzięki jednemu czy dwóm nazwiskom można stworzyć wrażenie wydarzenia prestiżowego, o światowym charakterze. Dzięki temu nawet jeśli inne (i tańsze) propozycje nie wypadną najlepiej, wydarzenie wciąż zachowa pozytywny wizerunek.

Różnorodność i podbicie festiwalu uznanymi twórcami jest równocześnie magnesem dla mediów i widzów. Organizatorom jest dużo łatwiej wypromować jedno duże wydarzenie niż kilka małych. To w oczywisty sposób odbija się na zainteresowaniu widzów i sprzedaży biletów, które w przypadku Konfrontacji po prostu znikały z kas. Jak łatwo się domyślić idea pod tytułem „festiwal” jest magicznym wabikiem dla sponsorów. Mogę szczerze współczuć komuś, kto w 1996 roku szukałby sponsora dla pojedynczego spektaklu teatralnego, choćby to była największa gwiazda świata. Bez szans. Tymczasem festiwal oferował klucz do sejfu ewentualnych mecenasów. Z oczywistych powodów – działał efekt skali. O festiwalu się pisało, w telewizji można było obejrzeć tłumy ludzi przed salami teatralnymi. Z czasem o festiwalu zaczęto także mówić na ulicach miasta – między innymi dzięki wprowadzeniu spektakli plenerowych. Dla sponsora warunki były idealne. Nie  ponosił wielkich kosztów, bo sponsoring czy mecenat firm nad kulturą był w powijakach.  Otrzymywał natomiast efekt reklamowy, etykietkę mecenasa i możliwość ogrzania swojego ego w środowisku artystów ale i samorządowców czy polityków, którzy przyszli na bankiet.

Nawet dziś, po kilkunastu latach niemal totalnej festiwalowości polskiej kultury, uważam, że mechanizm opisany przy okazji Konfrontacji wciąż działa. Spójrzmy na niego dzisiaj. Z jednej strony mamy wydarzenia działające stricte komercyjnie, realizowane ze środków pozyskanych od sponsorów i przy zerowym lub niewielkim udziale pieniędzy samorządowych czy państwowych. To imprezy o ustalonej renomie i często firmowane marką sponsora głównego już w samej nazwie, tak jak „t-mobile nowe horyzonty” czy „Heineken Open’er Festival”. W innych wypadkach firmy decydują się na wykreowanie wydarzenia artystycznego, które będzie służyło obwoźnej promocji marki (np. Męskie Granie, objazdowy letni festiwal Żywca) lub będzie okazją do sprzedania własnego produktu pod przykrywką wydarzenia artystycznego (np. liczne prowincjonalne festiwaliki i dożynki często finansowane przez browary). Jak na razie nic nie wskazuje na obumieranie tego rodzaju imprez, ale trzeba zaznaczyć, że rynek wygląda na ustabilizowany. Pozostało kilku liderów, którym taka działalność się opłaca. Nowych wielkich wydarzeń raczej bym się nie spodziewał, choćby ze względu na kryzys: wśród firm nie ma graczy, którzy chcieliby wchodzić w wojnę z np. Open’erem. Aby osiągnąć efekt marketingowy tego festiwalu przez kilka lat musieliby ponosić dużo większe nakłady i rozpychać się łokciami. Opłacalność takiej konfrontacji jest wątpliwa.

Podobnie ustabilizowany jest rynek mniejszych imprez o charakterze ludycznym – wszelkich dożynek i innych „festiwali piwnych”. O ich los można być spokojnym za sprawą chłonnych gardeł naszych rodaków, we „wsparcie” takich imprez zawsze wejdą browary i koncerny piwowarskie, bo  i tak zarobią więcej na sprzedaży niż zainwestują w sponsoring. Reguła ta sprawdza się zarówno w przypadku  imprez, które znam z zaprzyjaźnionych wsi, jak i np. studenckich juwenaliów. I znów – rozwój tej branży festiwalu jest wątpliwy. Regres? Na razie także mało prawdopodobna.

Ochłodzenie uczuć sponsorów widać natomiast w przypadku mniejszych i lokalnych festiwali niekomercyjnych, awangardowych czy też nie mających charakteru masowego. Dla takich wydarzeń pieniądze pozyskiwane od firm mogły być mniej istotne, bowiem osią ich finansowania są pieniądze pochodzące z budżetów miejskich lub programów ministerialnych. Mogą one redukować program lub obumierać, bo często opierają się na wsparciu jednej czy dwóch lokalnych firm a te w kryzysie skupiają się na przetrwaniu. Ale i w tym wypadku nie spodziewałbym się wielkiego pogromu festiwalów. Wydarzenia takie najczęściej są oczkiem w głowie organizującej je instytucję a w wielu wypadkach i samorządów. Ich strata byłaby prawdopodobnie mniejszą stratą dla życia artystycznego miasta, niż dla ego jego włodarzy czy managerów i animatorów kulturalnych. Nikt nie będzie skłonny do wycięcia festiwalu, który ma tradycję (choćby odbywał się od dwóch czy trzech lat), który daje poczucie obcowania z krajowymi czy międzynarodowymi gwiazdami (choćby był to ich drugi sort). I owszem, obetnie się nieco program (dodając, że przecież wszyscy to robią), zrezygnuje z jednego czy kilku wydarzeń niefestiwalowych albo zlikwiduje ognisko baletowe. Festiwal znowu wygra efektem skali – jego odwołanie będzie kompromitacją. Niezrealizowania kilku koncertów nikt nawet nie zauważy.

Jeśli festiwalowości nie wykończył kryzys, gdzie szukać pogromcy? Moim zdaniem może być to ten sam efekt, który pozwolił mu zaistnieć na szerszą skalę: nuda i przesyt tym, do czego się przyzwyczailiśmy. Produkowanie festiwalu za festiwalem, podobnie jak i każda długotrwała działalność, prowadzi do wypalenia. Borykają się z nim dyrektorzy artystyczni, którzy po raz -nasty mówią tę samą mowę otwierającą i ściskają się z tymi samymi ludźmi. Borykają się i widzowie, bo w ciągu roku muszą wybierać z oferty kilkunastu lub kilkudziesięciu festiwali, z których każdy krzyczy, że jest najlepszy. Wreszcie, „znudzą” się i sponsorzy, którzy cały czas potrzebują nowych zabawek, które pozwalają im być o krok do przodu przed konkurencją. W kryzysie mogą nie być aż tak chętni do eksperymentowania i trzymają się sprawdzonych rozwiązań. Gdy koniunktura się rozkręci, uruchomią wspomniane „nowe zabawki”, stare wyrzucając na śmietnik.

Festiwal zabija też zmieniająca się moda. 15 lat temu każde miasto chciało mieć festiwale, bo to dodaje prestiżu. Dziś jesteśmy syci festiwalami, każde miasto ma ich aż za dużo i przestają one pełnić swoją rolę, stają się pustym blichtrem. Na domiar złego analitycy kultury od pewnego czasu mówią o ich destruktywnej roli, usiłując zmącić spokój i dobre samopoczucie menadżerów i dyrektorów artystycznych. Świadomość, że festiwal może stawać się passe powoli dociera nawet do włodarzy miast i ich wydziałów kultury, czyli organów raczej ignoranckich, które na potrzeby kultury reagują ostatnie. I widać, że w polityce miast pojawia się nowy bożek, który ma uzdrowić kulturę: inwestycje.

Tak, jak kiedyś zachłysnęliśmy się szansami, jakie daje organizacja festiwalów, tak dziś lekiem na całe zło wydaje się być infrastruktura. Tę od zawsze trapiły te same problemy: lata zaniedbań, brak remontów, niedostosowanie do potrzeb. O budowie nowego teatru czy muzeum we wczesnych latach 90. nie mogło być mowy. Ale z czasem pojawiły się fundusze przedakcesyjne, potem środki unijne. Można było obiecywać wyborcom gwiazdkę z nieba, i potem – względnie niewielkim nakładem środków własnych ją zrealizować. Zadziałał ten sam mechanizm co przy festiwalu. Skoro inni budują muzeum, to my musimy wybudować teatr, żeby nie rozczarować potencjalnych czy rzeczywistych wyborców. Podobnie jak w przypadku festiwalów, wiele decyzji podejmowanych było bez namysłu, prawdziwej dyskusji o możliwościach i potrzebach środowisk twórczych i widzów. W efekcie istnieje duża szansa, że Polska zapełni się białymi słoniami – miejscami pięknymi, ale drogimi w utrzymaniu, niepotrzebnymi i pustymi. Ich utrzymanie będzie konieczne, stworzenie jakiegokolwiek programu może okazać się ważniejsze, niż utrzymywanie zdychającego festiwalu.

O tym, czy festiwalowość będzie umierać zadecyduje wiele czynników: kreatywność ich organizatorów, świadomość osób odpowiedzialnych za politykę kulturalną, moda, edukacja nowych widzów i zasobność portfela starych. Myślę, że w najbliższych latach będziemy doświadczać pewnego oczyszczania się rynku. Słabe festiwale stracą znaczenie, część z nich przestanie być organizować, pozostaną te najmocniejsze, ale też pod warunkiem, że znajdą sposób na przyciągnięcie widzów. Ile ich zostanie? Zależy od miasta i charakteru festiwalu. W przypadku Lublina spodziewałbym się krwawej rzezi, w wyniku której zostanie 4 – 6 naprawdę prestiżowych wydarzeń. Na większą liczbę, w połączeniu z koniecznością utrzymywania tych inwestycji, które są w budowie, raczej nie będziemy mogli pozwolić sobie finansowo. I myślę, że podobny problem mogą mieć również inne miasta.

Michał Miłosz Zieliński