Strona główna/Taniec ponad literaturą. O XIII edycji Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca

Taniec ponad literaturą. O XIII edycji Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca

Język i ruch to pojęcia mało kompatybilne a sam teatr tańca często zmusza swoich widzów do zrezygnowania z prób doszukiwania się w choreografii treści. Być może dlatego większość spektakli, które mieliśmy okazję zobaczyć na festiwalu, związek z literaturą miały raczej luźny. Zatem: raczej inspiracja niż interpretacja.

Od kilku edycji Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca organizatorzy festiwalu starają się ułożyć program zgodnie z określoną „myślą przewodnią”. Mieliśmy już zderzenie tańca współczesnego z malarstwem, jego dialog z innymi nurtami sztuki współczesnej i biografiami artystów oraz tegoroczną próbę odnalezienia inspiracji literackich. O ile spojrzenie przez pryzmat teatru tańca na sztuki plastyczne (i vice versa) zaowocowało kilkoma ciekawymi spektaklami (malarstwo: „Bacon”Company Nanine Linning, biografie: „N. N.” Lubelskiego Teatru Tańca, sztuka wizualizacji: „Glow” Chunky Move) o tyle tegoroczne sięgnięcie do inspiracji literackich okazało się pomysłem mało czytelnym i chyba niespecjalnie produktywnym.

Założenia – i co dalej?

W materiałach promocyjnych XIII Międzynarodowego Spotkania Teatrów Tańca czytamy: „Tegoroczne, 13 Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca dają możliwość obcowania z pracami choreografów zainspirowanych właśnie życiem i twórczością wybitnych przedstawicieli światowej literatury, takich jak William Szekspir (Teatr Gestu i Ruchu, Izabela Chlewińska), Boris Vian (Teatr Dada von Bzdűlöw), Virginia Woolf (Deja Donne Company), Sam Shepard (Good Girl Killer), Agota Kristof (Dance Company Pál Frenak), Michael Stauffer (Marcel Leemann Physical Dance Theater) czy Daniel Charms (DoTheatre)”. W teorii wygląda to dobrze – szerokie spektrum analizowanych tekstów i biografii w połączeniu z pracą uznanych choreografów i zespołów tanecznych powinno dać ciekawy i zróżnicowany program. W praktyce wypadło gorzej. Najciekawsze przedstawienia tegorocznej edycji nie sięgały do literatury a ci artyści, którzy próbowali inspirować się tekstem… scenę opuszczali częściej na tarczy niż z tarczą.

Zgubny wątek literacki

Zderzenie literatury i tańca współczesnego to zadanie trudne zarówno dla twórców jak i odbiorców spektaklu. Język sztuk plastycznych (inspiracja dla wcześniejszej edycji festiwalu) można łatwo przełożyć na kompozycje sceniczne, z literaturą problemów mamy zdecydowanie więcej. Jej podstawowe narzędzie – słowo – w tańcu współczesnym ma znaczenie w delikatnie rzecz ujmując trzeciorzędne (tegoroczny wyjątek – „newyou” Johannesa Wielanda jako jedyny odwrócił sytuację, spychając taniec na dalszy plan). Język i ruch to pojęcia mało kompatybilne a sam teatr tańca często zmusza swoich widzów do zrezygnowania z prób doszukiwania się w choreografii treści. Być może dlatego większość spektakli, które mieliśmy okazję zobaczyć na festiwalu, związek z literaturą miały raczej luźny. Zatem: raczej inspiracja niż interpretacja. I niestety, z reguły źródło inspiracji można było rozpoznać dzięki informacji w programie, nie zaś dzięki temu, co działo się na scenie.

Z całego literackiego nurtu XIII edycji MSTT chyba najciekawszy koncept można było odnaleźć w solo Marty Pietruszki pod tytułem „Śmierć Ofelii”. Sięgnięcie przez choreografkę do „Mimiki” Wojciecha Bogusławskiego okazało się być pomysłem równie dobrym, co oczywistym – teatr tańca potrafi zasymilować każdy rodzaj ruchu, dlaczego zatem nie miałby skorzystać ze skodyfikowanych gestów teatru XIX-wiecznego? Efekt końcowy był intrygujący… jednak, w moim odczuciu stało się tak właśnie za sprawą „Mimiki”, kwestia literackich nawiązań stawia pewne problemy interpretacyjne. Tożsamość Ofelii znamy jedynie za sprawą tytułu, w samym spektaklu jedyną jej sugestią jest stylowa suknia noszona przez Pietruszkę. Odniesienie do Ofelii pozwala na odnalezienie kontekstu dla wydarzeń scenicznych w historii napisanej przez Szekspira. Co stanie się, gdy zapomnimy o tytule? Wciąż będziemy mieli solo mówiące o kobiecie znajdującej się na krawędzi, wciąż te same emocje… ale zabraknie już tego doprecyzowania sytuacji, które daje nam znajomość losów Ofelii. Ta uwaga dotyczy także spektaklu Chlewińskiej – oba przedstawienia nawiązujące do Szekspira faktycznie zyskały na odniesieniu się do tekstu. Ten sam wątek Hamleta stał się inspiracją dla spektaklu „Ophelia is not dead” Izabeli Chlewińskiej. Jej odczytanie i podejście do choreografii wydawało się być znacznie bardziej nastawione na tworzenie scenicznej opowieści, paradoksalnie, spektakl miał też więcej wspólnego z tradycyjnym teatrem niż „Śmierć Ofelii”, która jawnie czerpie z najbardziej klasycznego podręcznika gry aktorskiej. Sytuacja wykreowana przez Chlewińską na scenie faktycznie jest bliska emocjonalnie scenom znanym z Szekspira… i podobnie jak w przypadku opisywanej wcześniej „Śmierci…”, bez informacji zawartej w tytule staje się uniwersalną opowieścią o kobiecie przeżywającej załamanie…

Zdecydowanie lepiej miała się sytuacja ze spektaklem „Kat” niemiecko-rosyjskiego DoTheatre. Tym razem choreograf (Evgeny Kozlov) sięgną do dorobku Daniela Charmsa, jednak nie próbował przenieść na scenę żadnego z konkretnych utworów tego rosyjskiego poety, skupił się natomiast na oddaniu ponurej i abstrakcyjnej atmosfery jego twórczości. Zarówno koncepcja jak i jej realizacja godne są uznania. To, co widzimy na scenie, wydaje się dokładnie korespondować ze światem wykreowanym przez Charmsa. Rozgrywająca się historia pokazuje świat pełen chaosu i nieustannego zagrożenia, relacja pomiędzy katami a ofiarami raz staje się gęsta i trudna do zniesienia, kiedy indziej przybiera groteskową formę. Nawet uporczywa powtarzalność niektórych sytuacji scenicznych (pozornie wyglądająca na zabieg czysto choreograficzny) ma uzasadnienie w poezji Charmsa. W zestawieniu z innymi spektaklami nurtu literackiego, DoTheatre przedstawiło realizacją zdecydowanie najciekawszą. W całościowej ocenie „Kata” to jednak nie umiejętność przeniesienia świata literatury na deski teatru tańca zadecydowała o uznaniu. „Kat” to przede wszystkim ciekawy i dobry spektakl. Co do jakości ruchu trudno mieć zastrzeżenia, bardzo pozytywnie odebrałem także żonglowanie estetyką: przechodzenie od technik tanecznych poprzez klasyczne aktorstwo aż do scen na pograniczu groteski i klaunady. Do tego należy dodać niezwykłą plastyczność scenografii umiejętnie wykorzystywanej w poszczególnych scenach (taniec z lampami, sceny z gazetami itp.) Przez te kilkadziesiąt minut trwania spektaklu… było magicznie. Gwoli uczciwości należałoby jednak dodać, że wśród publiczności „Kat” wzbudził mieszane uczucia. Nie rozumiem dlaczego i prawdę powiedziawszy – nawet nie odczuwam potrzeby snucia takich rozważań.

O kolejnych spektaklach „literackich” będzie mi pisać zdecydowanie trudniej. Przede wszystkim za sprawą nieznajomości lub słabej znajomości wzorców literackich. Największy problem to oczywiście Marcel Leeman Physical Dance Theatre i jego nawiązania do Michaela Staufera, czyli pisarza, o którym nawet google zdaje się nie wiedzieć za wiele. Nie mając bladego pojęcia kim był Staufer trudno mi się rozwodzić nad wartością interpretacji Leemana. I może to lepiej, bo sam spektakl – niefortunnie zaprezentowany zresztą na zakończenie festiwalu – uznaję za jakąś poważną ściemę nie wartą oglądania. W skrócie: tanie i ograne chwyty, słaba jakość ruchu (zaznaczam, że nie mam nic przeciwko tańcowi fizycznemu, jeśli jest na poziomie), katastrofalny koncept spektaklu, czyli próba stworzenia spektaklu w czasie spektaklu… Nic się nie trzyma kupy, sceny następują po sobie chaotycznie a o jakiejkolwiek dramaturgii można zapomnieć… W zasadzie jedyne co mógłbym docenić to muzyka w trakcie spektaklu. Z naciskiem na „w trakcie”, albowiem te kilkanaście minut, które widownia musiała spędzić sam na sam z DJ’em oczekując, aż tancerze w końcu raczą pojawić się na scenie, uważam za poważne przegięcie pały.

Do literackich nawiązań przyznaje się jeszcze kilka teatrów, o których należy jak najszybciej zapomnieć. Warto natomiast zwrócić uwagę na spektakle Dady von Bzdülöwa (odwołania do Borisa Viana) oraz Dance Company Pál Frenák (inspirująca się prozą Agoty Kristof). Dada von Bzdülöw bierze na warsztat autora, który inspirował ich działania od początku istnienia teatru. Co ciekawe, za choreografię odpowiada duet Leszek Bzdyl i Katarzyna Chmielewska, która była pomysłodawczynią zrealizowania „Czerwonej trawy”. W porównaniu z wcześniejszymi realizacjami Dady, ten spektakl wydaje się być znacznie łagodniejszy, mniej absurdalny czy groteskowy. To intrygujące odczytanie Viana, który słynął ze swojego surrealistycznego poczucia humoru a także zamiłowania do daleko posuniętych (szokujących jak na tamte czasy) parodii. Sam spektakl wypada raczej pozytywnie, choć nie zaskakuje – widać, że tancerze dobrze czują się w obranej konwencji, nie brakuje im dystansu do samych siebie. Te kilkadziesiąt minut widownia spędza na oglądaniu przyjemnego ruchu, ciekawych kompozycyjnie scen a także na słuchaniu muzyki Mikołaja Trzaski, jednego z najsilniejszych atutów przedstawienia. Czas spędzony na „Czerwonej trawy” można uznać za udany, ale spektakl nie zapada jakoś wyraźniej w pamięć. Prawdę powiedziawszy kilka razy ogarnęło mnie także znużenie.

Dance Company Pál Frenák to nieco inny temat. Samo przedstawienie, biorąc pod uwagę wcześniejsze produkcje tego teatru zaskakuje swoją, hm, klasycznością. Brak wizualizacji, oszczędna scenografia i praca świateł, mniej inwazyjna muzyka… i z drugiej strony ruch, chwilami bardzo dynamiczny, operujący prędkością (sceny na rolkach), czasem kontaktem fizycznym. Zaskakiwało mnie swoiste… rozchwianie emocjonalne spektaklu – to dość ciekawy sposób na pokazanie pogmatwanych relacji panujących między bliźniakami. A wątek literacki? Trudno mi ocenić, nie miałem nigdy kontaktu z prozą Kristof… i to chyba dobrze, bo dzięki temu łatwiej było mi się skoncentrować na spektaklu samym w sobie.

Zbawienna ucieczka od literatury

Wątek literacki był mniej lub bardziej udanym eksperymentem, jednak bez wątpienia siła XIII edycji festiwalu kryła się w spektaklach spoza wyznaczonego przez organizatora nurtu.

Tej części recenzji nie da się nie zacząć od Ann Van den Broek i jej „I solo ment”. To bardzo przemyślany i przesycony symbolicznymi scenami spektakl, co ciekawe znacznie spokojniejszy niż prezentowane w Lublinie dwa lata temu „Co(te)lette”. Nie oznacza to, że Van den Broek ucieka od fizyczności, erotyki i cielesności… nadaje raczej typowym dla siebie środkom wymiar dostosowany do opowieści o skomplikowanych relacjach z jej nieżyjącym już bratem… To łagodniejsze podejście, ale to nie znaczy, że w pełni ugłaskane – w scenach, w których pojawia się mroczna muzyka Nicka Cave’a wydarzenia nabierały tempa i znamion ciężkiej, toksycznej cielesności, kilka razy można było poczuć dreszcze. Nawiasem mówiąc, w przypadku tego przedstawienia bardzo pomocne były wieczorne rozmowy o tańcu – Van den Broek rzuciła w nich nieco światła na osobisty background historii, który wyjaśniał np. wiele rozwiązań scenograficznych. A te zaskakują – przede wszystkim swoją matematycznością, w wyniku każdego przesunięcia studyjnych lamp błyskowych tworzą się symetryczne figury, w których centrum znajduje się jedna z postaci. Nawet struktura ruchu zostaje rozrysowana i rozłożona na części pierwsze. Skąd ta fascynacja geometrycznością?

Spektakl ekstremalny

W jakimś sensie podobne, geometryczne wykorzystanie przestrzeni można odnaleźć w solo Mikołaja Mikołajczyka. „Waiting” to równocześnie najbardziej ekstremalny spektakl minionej edycji festiwalu, uderzający niekończącą się powtarzalnością ruchu, ofensywną nagością tancerza oraz od czasu do czasu masakrujący bębenki muzyką i efektami dźwiękowymi. Choreografia Mikołajczyka to osobiste wyznanie baletmistrza, godzinna prezentacja całego życia tancerza. Pierwsze kilkadziesiąt minut spektaklu to nieustanne ćwiczenia baletowe, tzw. „belka”. Nieustanne patrzenie na monotonne, do obrzydzenia powtarzalne ruchy raczej nie jest przyjemnym doświadczeniem, zwłaszcza, że na ucieczkę wsobną nie pozwala zagrożenie uderzeniem głośną muzyką, nagość i narastające wycieńczenie tancerza. Jeśli ktoś przetrzyma tą fazę spektaklu, historia zaczyna się rozwijać i układać w autobiograficzną opowieść Mikołajczyka: lata morderczych treningów baletowych, potem błysk sławy, kontuzja i… i koniec. Koniec baletu, tańca, w jakimś sensie – koniec życia. Mikołajczyk stosuje przewrotny i okrutny zabieg swoistego torturowania widza… ale ma to swój cel. Przez 60 minut spektaklu odbiorcy mają szansę poznać wątpliwe przyjemności życia baletmistrza. Poznać aż do bólu.

„Waiting” to w moim odczuciu kontrowersyjny spektakl, nastawiony wrogo w stosunku do widowni, w jakimś sensie – znęcający się nad nią. Nie jest to jednak bezcelowy sadyzm – ten spektakl naprawdę trzeba przeżyć, żeby zrozumieć dlaczego choreograf sięgnął po tak ekstremalne środki. I jedno jest dla mnie pewne – to solo zostanie mi w pamięci na wiele lat. Tym samym, jeśli ktoś ma szansę je zobaczyć, polecam. Wejście na własną odpowiedzialność.

Potencjał

Kończąc ten cykl minirecenzji z XIII edycji Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca warto dodać kilka całościowych uwag na temat festiwalu. Przede wszystkim całościowa ocena programu wypada w moich oczach wysoko. Zdarzały się wpadki, które nie przypadły widowni do gustu, ale większość spektakli albo wzbudzała uznanie, albo kontrowersje. Przez te kilka dni mieliśmy szanse obcować z tańcem współczesnym na światowym poziomie… zresztą, przez 13 lat istnienia Spotkań do programu na poziomie chyba wszyscy już przywykli. Z roku na rok publiczność staje się coraz bardziej wymagająca, mam również wrażenie, że przed Spotkaniami rysuje się świetlana przyszłość. Do Lublina przyjeżdża sporo pasjonatów teatru tańca, dyskusje w Klubie Festiwalowym zachowują wysoki poziom, nie ma problemów organizacyjnych a festiwal nie ogranicza się jedynie do pokazywania spektakli – oprócz nocnych dyskusji w tym roku można było wziąć udział w sesji naukowej poświęconej niezbyt fortunnemu tematowi literackości w teatrze tańca… Podsumowując: myślę, że nawet wymagający widzowie powinni czuć się usatysfakcjonowani, a większe i potężniejsze lubelskie festiwale teatralne powinny wreszcie zacząć się uczyć, jak robić festiwal przyjazny widzowi.

Michał Miłosz Zieliński