Strona główna/TEKSTY POLEMICZNE. Całkiem ostatnie terytorium

TEKSTY POLEMICZNE. Całkiem ostatnie terytorium

Takie oto pytanie: jeżeli ktoś – dajmy na to, Serhij Żadan – nazywa podmianą pojęć coś, co podmianą pojęć wcale nie jest, to czy można powiedzieć, że tym samym podmienia pojęcia? Oto co bowiem dosłownie powiedział Żadan: „Toczy się u nas walka nie o język ukraiński, tylko przeciwko rosyjskiemu. Taka drobna podmiana pojęć, a zmienia faktycznie wszystko”.

Ja tam jestem chłopak z prowincji, lubię zasady logiki formalnej i żeby między sąsiadami stały płoty. Nie to, że lubię płoty jako takie. Po prostu lubię wiedzieć, gdzie na tym świecie jest moje terytorium, a gdzie nie moje. I żeby to wiedzieć, potrzebuję dokładnie określonych granic. Dopóki mój sąsiad znajduje się po swojej stronie płotu, może robić co mu się zechce. Ale jeśli postanowi zasiać swoje ogórki na mojej działce, będę bronić swego. W całkowitej zgodzie z fundamentalną dla logiki zasadą tożsamości mogę nazwać tę walkę zarówno walką o swoje terytorium, jak i walką przeciwko sąsiadowi z jego ogórkami. A wszystko dlatego, że na poziomie treści abstrakcyjna zasada tożsamości wymaga uwzględnienia konkretnego kontekstu. Gdyby sąsiad nie targał się na moją przestrzeń życiową, to drugie stwierdzenie byłoby wobec pierwszego podmianą pojęć. Ale ponieważ się targa, te dwa stwierdzenia – dotyczące walki o coś i walki przeciwko czemuś – z punktu widzenia treści są tożsame. Imię tego sąsiada z kolei – czy będzie to Jewłampij, Zbyszek, czy też, załóżmy, Dumitru – zasadniczego znaczenia nie ma.

Tak samo – słyszysz, Serhiju? – w kontekście ogólnoukraińskiej sytuacji językowej nie podmianą pojęć, lecz akurat tożsamymi pojęciami są walka o język ukraiński i walka przeciwko rosyjskiemu. Nie dlatego, że język rosyjski jest zły (nie ma złych języków), i nawet nie dlatego, że jest to „język wroga” (rozmawiają w nim nie tylko nasi wrogowie), ale dlatego, że faktycznie w Ukrainie – przynajmniej we wszystkich miastach na wschód od Zbrucza – język ten dominuje. Gdyby dominował język polski czy rumuński, walka o język ukraiński automatycznie oznaczałaby walkę przeciwko językowi polskiemu czy rumuńskiemu, co zresztą miało kiedyś miejsce dla przykładu w Galicji i na Bukowinie. Dzisiaj jednak dominuje rosyjski.

Tymczasem jest sporo mądrych ludzi, którzy mówią, że to nie jest tragedia. Albo – że zacytuję dla przykładu Jarosława Hrycaka – „że są rzeczy ważniejsze”. Po tego rodzaju oświadczeniach możliwości konstruktywnej dyskusji wyczerpują się, gdyż co znaczy straszne i co znaczy ważne każdy rozumie na swój sposób i logika tu nic nie pomoże. Są tacy, którzy nie boją się śmierci, i tacy, którzy mdleją na widok myszy lub pająka. Dla jednego rzeczy ważniejsze stanowią sex, drugs and rocknroll, a dla kogo innego – post, modlitwa i wysokość dodatku mieszkaniowego.

A zatem: w dyskusji wokół „kwestii językowej” nie znajdę argumentów, które zabrzmiałyby przekonująco dla ludzi mających odmienną od mojej skalę wartości. Nie oznacza to wcale, że z tej swojej skali zrezygnuję. Dla was dominacja języka rosyjskiego w Ukrainie nie jest straszna? A dla mnie owszem. Dużo straszniejsza, niż utrata Krymu i Donbasu. Zresztą, „dużo straszniejsza” jest złym sformułowaniem, gdyż to właśnie dzięki „utracie” totalnie zrusyfikowanych regionów pojawia się nadzieja na pozbycie się obcej dominacji językowej. To zaś, że należy jej się pozbyć za wszelką cenę, dla mnie nie ulega wątpliwości. Szczerze mówiąc, dla pozbycia się jej byłbym gotów utracić kilka kolejnych Wołnowach i Awdijiwek.

Ostatnio w gąszczu internetowym rozpowszechniana jest przypisywana Łesi Ukraince fraza: „Naród powinien bronić swojego języka bardziej, niż swojego terytorium – jest to pewniejsza przegroda i ważniejsza granica, niż twierdza czy rzeka. <…> Utracić własny język i przejąć obcy jest najgorszym znakiem poddaństwa – to są kajdany na duszę. Utracić język narodowy równa się śmierci – znaczy to, że jarzmo wżarło się już głęboko”. W rzeczywistości Łesia Ukrainka nie napisała tych słów – ona je przetłumaczyła. Autorem tej frazy jest Thomas Davis, cytuje zaś ją, gorzko narzekając na anglizację (anglicisation) Irlandii, Francis Fahy w artykule Kwestia języka irlandzkiego. Artykuł ten ukazał się w 1901 roku. Niech ci, których wyniosłym zdaniem Davis i Fahy przegięli z patosem i w ogóle zbytnio się przejmowali kwestią językową, spróbują sobie przypomnieć chociażby jedno znane dzieło literackie napisane później w języku irlandzkim.

A zatem, na poważnie sądzę, że kwestia językowa jest dla Ukrainy najważniejsza. Właśnie, dla mnie osobiście język ukraiński to jedyny powód, dla którego wciąż jestem tutaj. Jesteśmy najbardziej ubogim, skorumpowanym i depresyjnym krajem w Europie, za mojego życia zaś sytuacja istotnie się nie zmieni, chyba że na gorsze. Gdyby gdziekolwiek na świecie istniała możliwość zbudowania innego – bodaj maleńkiego – kraju ukraińskojęzycznego, już bym tam był. Ale gdzie indziej na świecie takiej możliwości nie ma, toteż pozostaje mi tylko w miarę sił walczyć o ukrainizację (lub przeciwko rusyfikacji) tej Ukrainy, która jest.

Dlaczego jest to tak ważne? Ano dlatego, że narody, które w ostateczności okazują się niezdolne do wniesienia swego szczególnego wkładu w ogólnoświatowy proces kulturowo-cywilizacyjny, znikają bez śladu. Czym zamierzamy w ciągu najbliższych stu tysięcy lat zdziwić świat? Naszymi osiągnięciami w polityce, gospodarce, prawie, nauce i technice, medycynie i edukacji, urbanistyce i ochronie środowiska? Wątpliwe. Wszystko co potencjalnie moglibyśmy zaoferować światu, to nasza niepowtarzalna opowieść o sobie. O tym całym idiotyzmie naszej wegetacji, o naszych beznadziejnych zwycięstwach, które ciągle zamieniają się w epickie klęski, o naszych najszlachetniejszych wzlotach, które niezmiennie kończą się upadkami w bagno naszej własnej nieudolności, naszego drobnego krętactwa i sentymentalnego cynizmu.

Dalibóg, z takiego materiału, zdaje się, potrafilibyśmy stworzyć naprawdę wielką literaturę. Do tego potrzebujemy jednak naprawdę rozwiniętego języka. Takim zaś nie jest i się nie stanie, zanim nie wejdzie do wszystkich dziedzin naszego życia і zasadniczo nie wyprze stąd bardziej rozwiniętego – tak historycznie się złożyło – języka rosyjskiego. Dmytro Czyżewski, jak pamiętamy, swego czasu mówił o niepełnej literaturze niepełnego narodu, mając na myśli przede wszystkim to, że język ukraiński nie zapanował w świecie elit kulturowych i społecznych oraz w odpowiednich gatunkach literackich. Nasz dzisiejszy problem jest akurat odwrotny: Kant i Hegel, Proust i Joyce w języku ukraińskim już są i brzmią w nim całkiem przyzwoicie. Teraz, jeśli chcemy, by język ukraiński przetrwał, powinien zdominować show-biznes i sferę usług, wojsko i organy ścigania, środowiska dresiarzy i proletariuszy – czyli wszystkie te dziedziny, w których tradycyjnie panuje rosyjski. Wszędzie tam, gdzie to jest możliwe, należy reanimować zapomniane słowa i wyrażenia sprzed czasów sowieckich, a gdzie nie da się, tworzyć nowe. Do tego zaś zdolni są ludzie, którzy władają językiem ukraińskim doskonale i wynieśli tę umiejętność z domu. To właśnie oni mieliby – poprzez stacje telewizyjne i radiowe, prasę oraz serwisy internetowe – nadawać ton i kształtować modę leksykalno-składniową.

Oczywiście, nikt nikomu nie może kazać, jakim językiem ma się posługiwać w kontaktach z rodziną i przyjaciółmi czy też pisać i publikować wiersze lub powieści. Zadaniem na przyszłość dla Ukrainy jest jednak zamienić język ukraiński w język „szerokich mas ludu”, które są nie tylko użytkownikami, lecz także żywiołowymi twórcami każdego języka. Nie wiem, co w tym celu powinna zrobić władza ustawodawcza i wykonawcza (chyba na początek sama powinna dobrze nauczyć się języka), wiem jednak, że takie jest prawo dżungli językowej: ten, kto dominuje, zabiera wszystko co najbardziej pożywne, rośnie i się rozwija; cała reszta chowa się w cieniu i marnieje.

W tym miejscu wy, szanowni rosyjskojęzyczni obywatele Ukrainy, oczywiście zaczniecie mówić (już zresztą mówicie) o dyskryminacji. Cóż, was można zrozumieć. Chciałbym jednak, abyście również zrozumieli: nasze i wasze stawki w tej grze nie są bynajmniej jednakowe, jak nie są jednakowe nasze i wasze motywacje. Chodzi tu bowiem nie o nasz i wasz komfort psychologiczny w taksówce i na poczcie, w sklepie i w kawiarni; w ciągu setek lat nauczyliśmy się żyć w stanie permanentnego dyskomfortu. Chodzi nawet nie o nasze czy wasze prawa konstytucyjne; w ciągu setek lat przyzwyczailiśmy się do życia bez żadnych praw. Chodzi tu natomiast o – przepraszam za słowo – misję. Z waszym udziałem lub bez niego językowi rosyjskiemu nic nie zagraża – będzie sobie dalej kwitnąć na skrawku lądu pomiędzy Kaliningradem a Pietropawłowskiem Kamczackim. Dla nas zaś i dla języka ukraińskiego Ukraina jest już całkiem ostatnim terytorium. Musimy zatem albo zwyciężyć na nim i pozostawić po sobie jakiś ślad w historii, albo wreszcie powyzdychać i dać światu i wam święty spokój.

Ukraińska wersja artykułu w czasopiśmie „Zbrucz”>>>

dr Ołeksandr Bojczenko
Tłumaczenie z ukraińskiego Andrij Saweneć

Ołeksandr Bojczenko (ur. 1970) – ukraiński krytyk i badacz literatury, eseista, tłumacz, kolumnista. Autor zbiorów esejów Coś w rodzaju chautauqua (2003), Chautauqua plus (2004), Byle książka (2011), Moi wśród obcych (2012), 50 procent racji (2015). Autor licznych przekładów z języka polskiego i rosyjskiego, tłumacz m.in. Tadeusza Borowskiego, Leszka Kołakowskiego, Marka Hłaski, Jerzego Pilcha, Olgi Tokarczuk, Andrzeja Stasiuka, Daniela Odiji. Wielokrotny (2005, 2008, 2013) stypendysta programu Ministra Kultury RP Gaude Polonia. W roku 2014 został uhonorowany odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.

Ołeksandr Bojczenko podczas spotkania autorskiego w lubelskiej biliotece, Lublin 2016. Fot. ze zbiorów WBP im. H. Łopacińskiego.

Od lewej: Ołeksandr Bojczenko (przy mikrofonie), Refat Czubarow (przywódca Tatarów Krymskich), Mykoła Riabczuk. Fot. Mikhaiło Kapustian, IX 2017. Cykl debat "Modele pojednania" podczas Kongresu Inicjatyw Europy Wschodniej w Lublinie.

Od lewej: Ołeksandr Bojczenko (przy mikrofonie), Refat Czubarow (przywódca Tatarów Krymskich), Mykoła Riabczuk. Fot. Mikhaiło Kapustian, IX 2017. Cykl debat "Modele pojednania" podczas Kongresu Inicjatyw Europy Wschodniej w Lublinie.