Strona główna/Tramwaj, szkiełko i oko. Postmodernizm na przystanku

Tramwaj, szkiełko i oko. Postmodernizm na przystanku

Pasażerowie trolejbusów i autobusów. Mocno trzymający się barierek, obezwładniani przez gwałtowne hamowania. Tacy sami, odkąd ich pamiętam. A jednak coś się zmieniło. Oni słuchają muzyki. Własnej muzyki.

 

[przestrzeń]

Moje rozważania zawężam do przestrzeni miejskiej z dość prostych względów. „Nasze” muzyki towarzyszą nam w zaciszu domowym i w podróży. Czy jest to ta sama muzyka, to samo zjawisko? Nie, ponieważ inne jest jej zadanie. Nie, gdyż inna jest przestrzeń. „Inna” nie znaczy jedynie: pokryta gęstą siecią zabudowy, ograniczona, spełniająca specyficzne zadania. Inna, to w tym najpierwotniejszym sensie – nie nasza. Jest to „droga” i tak właśnie myślimy o niej, nawet mijając ulubione sklepy i domy przyjaciół. W tym momencie są one bowiem tylko obrazami, jakie przesuwają się przed naszymi oczami między szkołą a domem, domem a pracą. Punktami orientacyjnymi stają się nie miejsca osobiście dla nas ważne, i nie te, które wprowadzają element piękna do krajobrazu, ale kolejne przystanki, skrzyżowania, krzykliwe neony galerii. Widoczne nawet przez zaparowane szyby, przywracają orientację w przestrzeni. („To dopiero tutaj? Jeszcze cztery przystanki… Spóźnię się kwadrans!”) Prawdziwym miejscem nie bywa ani zaparowana, półrealna fasada, ani senny o siódmej rano przystanek. A może trolejbusowe wnętrze, lub – dokładniej – miejsce, które uda nam się zająć (czy będzie to komfort siedzącego miejsca, czy na wymiar dwu stóp przycięty fragment podłogi)? Nie, miejsce jest tam, gdzie nas jeszcze nie ma. I tam, gdzie nie ma nas już – w ciepłym jeszcze łóżku, przy nie dopitej kawie. Czym jest miejsce? Jest pauzą w ruchu, mówi Yi-Fu Tuan. Jest zorganizowanym światem znaczeń. W opozycji do niego sytuuje się przestrzeń – bardziej abstrakcyjna, jednorodna, nieograniczona. Przestrzeń uosabia wolność, miejsce – potrzebę bezpieczeństwa.[1] Miejsce jako zatrzymanie może być zarówno pauzą w ruchu fizycznym, jak i umysłowym. Obszarem, na którym zatrzymują się i skupiają nasze myśli. Tuan zauważa, że ruch jest zawsze ruchem ku czemuś. To coś, od czego dzieli nas dystans przestrzenny i czasowy, to nasz cel. Cel jest więc tym elementem czasoprzestrzeni, który staje się dla nas szczególnie ważny. Owa istotność pozostaje w kontraście do tymczasowości, przygodności etapów, jakie mamy pokonać. Zdaje się, że muszą one pozostawać przezroczyste, nieistotne, aby nie odwracać naszej uwagi od miejsc i spraw, wśród których mentalnie (a więc faktycznie) przebywamy. W przeciwnym razie, gdybyśmy uznawali wszystkie bodźce za równie istotne, otaczałby nas nieustanny zmysłowy zamęt. Inną perspektywę, bez której opis nasz pozostałby niekompletny, wprowadza termin „niemiejsce”. Charakteryzując je Marc Augé mówi o wieloznaczności tego terenu, gdzie na ludzkie doświadczenie składa się jednocześnie przyjemność i łatwość wyłączenia się, samozawieszenia. Opisuje je jako miejsca, w których zjawiamy się właśnie i tylko po to,  aby zjawić się gdzieś indziej. Nawet pozostając w bezruchu jesteśmy tu wciąż w stanie zmierzania.[2] Niemiejsca nie angażują w żaden sposób naszej tożsamości; nie dookreślają nas, nie wytwarzają więzi. Poruszamy się tu jak gdyby sterowani strzałkami. Ich wszechobecność jest jednym z charakterystycznych elementów ponowoczesnej przestrzenności.

[czas]

Zjawisko miniaturyzacji kojarzy nam się – i słusznie – ze zmniejszaniem się rozmiarów urządzeń mechanicznych i elektronicznych. Faktycznie, bez znacznego postępu w tej dziedzinie nie moglibyśmy analizować choćby wpływu odtwarzaczy mp3 na „zbiorowości trolejbusów”. Jednak wydaje się, że równolegle do przedmiotów maleją także inne dziedziny… O tym, że nieskończoność przestrzeni wyraża się w jej nieskończonej podzielności, mówił już Brodski.[3] Sam tytuł jego dzieła, „Półtora pokoju”, pokazuje, jak bardzo jesteśmy w stanie oswoić absurd. Fragmenty realiów jego własnego życia w Petersburgu, skupione wokół prób odizolowania się, konstruowania własnego „pokoju”, narastającej niechęci do sąsiadów spowodowanej znajomością najbardziej prywatnych elementów cudzego życia, niezwykle sugestywne opisy konstrukcji, wznoszonych, by z i tak niewielkiej przestrzeni mieszkalnej wydzielić jeszcze mniejsze, funkcjonalne kawałki… Jego analiza fenomenu rosyjskiej komunałki pozwala zastanowić się nad tą naszą właściwością, tak widoczną w miejskiej komunikacji, która pozwala każdy metr kwadratowy dzielić niemal w nieskończoność, pomiędzy kolejnych użytkowników. Jednocześnie niezwykła obsesja intymności, niedostępności, przywołuje na myśl krajobrazy orwellowskiego „Roku 1984”, ich spełnienie choćby w obrazkach Big Brothera, i pozwala nam zobaczyć współczesne miasto jako transparentny, panoptyczny gmach… To jednak jeszcze nie koniec zmniejszania, i nie tylko materię można dzielić bez końca. W czym specjalizuje się nasza epoka? Zdaje się, że określenie „miniaturyzacja czasu” mogłoby się okazać trafną metaforą. Wykorzystuje się dziś, co więcej – opisuje i rozlicza – każdy skrawek godziny, właściwie każdą minutę. Zgodnie z ideą miniaturyzacji każda z danych nam chwil staje się bardziej pojemna, można czytać szybciej, pisać szybciej i szybciej spać. Czas, bardziej jeszcze niż miejsce, jest towarem deficytowym, a jego wartość rynkowa rośnie z każdym dniem. Nie będę przytaczać przykładów całych kampanii marketingowych opartych na haśle „sprzedajemy czas”. Zauważmy tylko – już nie zaskakuje, że reklamuje się tak „darmowe minuty”, środki czyszczące, produkty spożywcze, kosmetyki i banki, słowem – wszystko. I nagle – ni stąd ni zowąd – zostaje nam darowane 15 minut tramwajowego zawieszenia. I nie jest to ten kwadrans, który można by skonsumować z czystym sumieniem celem optymalizacji wydajności. Wręcz przeciwnie, bywają to najbardziej irytujące chwile dnia. Są sposoby by zwalczać poczucie bezczynności, przy okazji tłumiąc inne dyskomforty. Wpisuje się w tą tendencję wertowanie notatek, czytanie prasy, sudoku, jednak brak miejsca siedzącego klasyfikuje je w kategorii sportów ekstremalnych. Bezwzględny wymóg efektywności – oto pierwsze z uzasadnień dla słuchania muzyki. Naturalnie nie podnosi ona efektywności jazdy, prędkości tramwaju. Nasz czas indywidualny nie musi jednak pokrywać się z czasem „tramwajowym” czy kosmicznym. Muzyka kształtuje go w dużo większym stopniu niż inne bodźce, gdyż oddziałuje bezpośrednio na fizjologię – przyspiesza bądź zwalnia akcję serca, oddech, wpływa na napięcie mięśni… Obok rytmu, w jakim pragnie funkcjonować nasz mózg, oraz rytmu miasta pojawia się trzeci, który może albo zsynchronizować dwa pierwsze, albo uniewarażliwić nas na zewnętrzne dysonanse. Tuan pokazuje jak dalece nasze postrzeganie przestrzeni może ulec przeobrażeniu dzięki muzyce, zwracając uwagę na fenomen tańca: jest to dla większości ludzi jedyna sytuacja, gdy mogą z zupełną swobodą poruszać się we wszystkich kierunkach – do przodu, na boki, a nawet w tył… Krok w takt muzyki jest „wchodzeniem w wolną i niezróżnicowaną przestrzeń”. Na krótko zostajemy uwolnieni „od postulatów rozmyślnego, celowo ukierunkowanego życia”.[4] Zwykle nie możemy precyzyjnie określić czasu, jaki spędziliśmy w tańcu. Częściej mówią o tym zmęczone mięśnie niż mózg, zajęty o wiele bardziej frapującą, bo niecodzienną czynnością. Podobnie w tramwajach – gdy otacza nas muzyka – jesteśmy o wiele bardziej skłonni trzymać się biernie swego skrawka przestrzeni. Poddajemy się płynnie sile odśrodkowej, sile bezwładności, naciskom tłumu. Wszystko to staje się bowiem porządkiem, częścią harmonii, nie opartej już na samym dążeniu do celu (bo wtedy korki i czerwone światła nie mogłyby być sensowne), ani na rytmicznych trzaśnięciach drzwi i ludzkim tłumie falującym miarowo: to wszystko pozostaje, ale – tak, jak elementy improwizacji w jazzie – podporządkowane głównemu tematowi. Obraz tramwajowej „wspólnoty” – tych wszystkich ludzi tak bliskich fizycznie, a jednak tak odrębnych – przestaje drażnić, niekiedy nawet wzbudza naszą sympatię. Dlaczego? Cóż, cichą satysfakcją napełnia fakt, że nagle widzimy coś więcej niż reszta. Motorniczy, czerwone światło, śnieg z deszczem – tworzą całość. Świat jest opowieścią, potrzebuje tylko… Odpowiedniej narracji.

[mit, więc obrzęd]

Możemy pytać, na ile realne jest panowanie muzyki nad światem. Nikt z nas nie wątpi jednak, że realną władzę zyskuje muzyka nad naszymi emocjami, nad tą mniej zracjonalizowaną częścią nas. Kiedyś wiązała się nierozłącznie z obrzędem. Obrzęd był momentem, kiedy człowiek opuszczał swoje stare „ja”, zostawiał swoje imię, rolę społeczną, aby znaleźć się zupełnie na zewnątrz, „umrzeć” dla swojej dotychczasowej codzienności i w końcu powrócić, narodzić się na nowo – jako szaman, jako pełnoprawny mężczyzna… Relacja pomiędzy dźwiękiem a zmianą rzeczywistości społecznej jest więc bardzo ścisła. Jednocześnie dokonuje się ona w całej społeczności, na poziomie zależności i relacji, jest odczuwana przez każdego z uczestników, oraz na poziomie samoświadomości „protagonisty”, jako bardzo indywidualna, wewnętrzna przemiana. Te emocje, które przy udziale sugestywnej, „ogólnie słyszalnej” muzyki przekładają się na energię, prowokują transowy taniec bądź ekstatyczne odrętwienie, zwielokrotniają się w wyniku interakcji. Wyłączają zupełnie chłodną analizę – nie ma bowiem żadnego dysonansu, żadnego rozdźwięku pomiędzy wnętrzem a zewnętrzem. Dla zilustrowania tego fenomenu możemy się odwołać do tańców szamańskich, do derwiszów, czy – podążając w innym kierunku – do śpiewów z Taize, ale może ciekawsza okaże się – jako kontrapunkt dla słuchawek – opis zjawiska z tej samej, współczesnej przestrzeni miejskiej: pogo. Analizując to zjawisko Xawery Stańczyk podkreśla jego społeczny wymiar. „Uczestnicy pogo mogą sobie pozwolić na odrzucenie reguł widocznych, gdyż zachowują się według reguł niewidocznych, a nawet nieuświadomionych. (…) Nie jest chaosem stan, w którym nie każdy może uczestniczyć, do którego trzeba się przygotować, którego trzeba się uczyć.”[5]Dookreśla też własne przeżycie: „W pogo najbardziej zaangażowane są nie wzrok i słuch, lecz zmysły „niskie”, węch i dotyk. (…) Muzyki się nie słucha – przeżywa się wnętrznościami.”[6] Wrócimy jeszcze do kwestii zmysłów – na razie zauważę tylko, że węch i dotyk (zmysły „niższe”) są tymi, które usiłujemy całkowicie wyeliminować z przeżycia trolejbusu czy tramwaju. Brak ponadjednostkowych reguł wynika z braku korelacji pomiędzy naszą świadomością a otoczeniem. Uświadamiamy sobie nieprzystawalność naszych emocji i przestrzeni, w jakiej się znajdujemy, co oznacza, że umysł zostaje włączony w obróbkę emocji. Oczywiście, jest to nadal obróbka emocjonalna, ale na efekt końcowy mają wpływ także nasze skojarzenia, gatunek muzyki, otoczenie i myśli, z którymi zmagamy się w swojej drodze. Przeciwstawiamy sobie dwa współczesne doświadczenia, których podłożem jest muzyka. Przeciwstawiamy tym samym indywidualne – zbiorowemu, pasywne – aktywnemu, ale też twórcze, refleksyjne – dezintegrującemu, negującemu. Xawery Stańczyk odwołuje się dalej do porównań niemal mistycznych: „Pogo jest jednocześnie łaźnią duszną i rzeźnią cielesną. Dusza wychodzi z pogowania czysta, świeża, zregenerowana. Przede wszystkim: zjednoczona z innymi duszami, już jako część jakiejś wyższej, ponadludzkiej świadomości.”[7] Które z nich (ekstatyczny zbiorowy taniec, czy zindywidualizowane i twórcze słuchanie) jest bliższe temu, co zwykliśmy zamykać w słowie „obrzęd”? Czy można w którymś z nich szukać współczesnego rytu przejścia? Zdaje się, że każdy z nich, rozpatrywany oddzielnie, okazałby się niekompletny. Każdemu brakowałoby pewnych cech istotnych. Wynika to z faktu, iż obrzęd przejścia obejmował całą osobę, tu zaś mamy do czynienia z zupełnym wyłączeniem pewnych sfer osobowości. To znów charakterystyczne dla naszej kultury. Nie jesteśmy zaangażowani w nasze aktywności jako „osoby”, ale jedne z nich angażują nasze uczucia, inne intelekt, jeszcze inne zmysły. Podział ten można by ciągnąć dalej, podając stosowne przykłady, jednak nie jest to koniecznie. Wystarczy tyle, by stwierdzić, że współczesny człowiek to człowiek poszatkowany, będący w wielu miejscach, stanach, dyspozycjach jednocześnie. Nie dziwi nas to, a na co dzień nawet nie odczuwamy braku wewnętrznej integracji. Jedynie rzadkie chwile wyciszenia, lub nagłe życiowe wstrząsy zmuszą niektórych do zatrzymania i zadania pytania – dokąd, tak naprawdę, idę? Kim jestem? Nie ma jednak wspólnoty, która pomogłaby nam dziś wcielić się w odpowiednią postać, nie ma gotowej odpowiedzi. Czyżby więc para słuchawek izolowała nas  także od tego? Od – idąc za metaforą Witkacego – czającego się za każdym rogiem „ssania absurdu”?

[podmiot słuchający?]

Agata Bielik–Robson kreśląc profil współczesnego indywiduum zwraca uwagę na pewien szczególny aspekt dzisiejszego życia – konieczność autokreacji. Zauważa, że moment odrzucenia teleologii jest kresem zasad organizujących naszą wewnętrzną dynamikę duchową. Pełna dowolność staje się nadrzędną zasadą. Autorka przywołuje definicję piękna stworzoną przez Kanta: „celowość bez celu”. Możemy wręcz mówić o skrajnej estetyzacji egzystencji. Ostatnim wysiłkiem, na jaki skazuje nas brak aksjomatów, jest wysiłek stwarzania samego siebie. I jest to – według niej – formuła, która określa każdą współczesną podmiotowość.[8] Rzuca to nowe światło na nasze rozważania o słuchaniu jako kreacji. Muzyka okazuje się bowiem istotnym elementem tworzenia siebie, skoro – jeśli mogę tak powiedzieć – w istocie nie jesteśmy sobie dani, ale zadani. Wcześniej widzieliśmy w niej proces kreacji świata. Teraz widzimy, że jest także samokształtowaniem. Skazani na nieustanne dookreślanie swej tożsamości posługujemy się muzyką w dwojaki sposób: czyniąc ją tworzywem (a więc to, czym jest owa muzyka, j a k a  j e s t, składa się na to kim ja jestem, jaki się czuję) oraz barierą (to, ż e  muzyka  j e s t, pozwala mi zaistnieć – jako bytowi odrębnemu od całości). Teraz przyjrzyjmy się uważniej tej drugiej funkcji, która wyraża się w naszych potrzebach intymności, dystansu, izolacji… Wszelkich formach manifestowania niedostępności. Co ważne – muzyka izoluje od obu rzeczywistości: wewnętrznej (stany emocjonalne, myśli, spekulacje…) oraz zewnętrznej – czasu, materii, a przede wszystkim od ludzi. Najpierw nieco więcej o źródłach, sposobach izolacji zewnętrznej. Naomi Klein mówi o swojej rosnącej potrzebie ucieczki, o kurczącym się świecie: „Prześladuje mnie nie tyle niedostatek dosłownie rozumianej przestrzeni fizycznej, ile głód przestrzeni metaforycznej: przestrzeni swobody, ucieczki, wolności i otwartych możliwości.”[9] Gdy jedziemy wciśnięci w kąt trolejbusu ów niedostatek może stawać się jeszcze bardziej odczuwalny, wszechogarniający… „Wobec niedostępności podróży kosmicznych i ograniczeń wynikających z prawa grawitacji większość z nas chwyta swoją otwartą przestrzeń tam, gdzie może, wymykając się na zewnątrz, jak na szluga, przez najmniejszą szparkę w solidnym parkanie codziennej rzeczywistości.”[10] …A owe „wymknięcia się na zewnątrz” muszą tu z konieczności przybierać postać bardzo ograniczoną. W zasadzie jedyną furtką pozostaje nam imaginacja, wspomagana bądź zagłuszana przez zmysły. Jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłej stymulacji przez silne bodźce; kolorowe obrazki, wciąż nowe smaki i zapachy wyznaczają standardy tego, wśród czego życzymy sobie się obracać. Niezwykle wyczuleni w sferze dotyku, gdzie każde naruszenie dystansu odbieramy podświadomie jako zagrożenie (przypadkowe muśnięcie dłoni przy chwytaniu się poręczy(!)), równie wrażliwi jesteśmy na sferę dźwięków, które niemal w takim samym stopniu jak wzrok organizują naszą rzeczywistość. Ze wszystkich zmysłów słuch i węch połączone są najściślej z przeżywanymi, zapamiętywanymi emocjami. Trolejbus nie dość, że zmusza nas do funkcjonowania w dystansach, w których nie czujemy się już bezpiecznie, bombarduje nas dodatkowo hałasem, strzępami rozmów, mieszaniną zapachów. Jeśli wydaje się nam wątpliwe by tak krótkotrwały, nie angażujący nas stan jak jazda trolejbusem mógł mieć istotny wpływ na nasze funkcjonowanie, to dlatego, że sami arbitralnie uznaliśmy nasze codzienne przemieszczenia za marginalne, niegodne uwagi; próbujemy w ten sposób zmniejszyć związany z nimi dyskomfort, poczucie wyobcowania czy straty. Tymczasem spędzamy na przystankach i w środkach komunikacji – codziennie! – od jednej do trzech godzin. Bywa to więcej niż czas przeznaczony dla bliskich nam osób, na czytanie książek czy inne czynności, o których nie powiedzielibyśmy przecież, że są „zbyt epizodyczne” by miały na nas wpływ. Ponadto – przedzieramy się przez tkankę miasta dzień po dniu, cyklicznie, co zmniejsza nieco intensywność emocji, ale tym trwalszy pozostawia w naszej psychice ślad. To, jak bardzo potrzebujemy owego odizolowania, i że ciężko jest nam je osiągnąć bez jakiejś formy „zmysłowego katalizatora”, mówi nam wiele o współczesnych, o tworzonym przez nas społeczeństwie.

[i słuchający tłum]

Peter Sloterdijk porównuje dzisiejsze i sprzed półwiecza pojęcia – „tłumu”, „masy”, „czerni”. Pozwolę sobie przytoczyć kilka jego spostrzeżeń: „W tej nowej masie jest się masą jako jednostka. Jest się masą, nie widząc innych. W konsekwencji dzisiejsze lub, jeśli można tak rzec, ponowoczesne społeczeństwa nie orientują się już głównie na cielesne doświadczanie siebie samych, lecz obserwują się tylko poprzez medialne symbole, poprzez dyskursy, mody, programy i preferowane wartości. W tym ma swoją podstawę indywidualizm masowy naszej epoki.” [11] Pojęcia takie jak „samotny tłum”, czy „zorganizowane osamotnienie” zdają się korespondować z obrazem tramwajowego kolektywu; dalej Sloterdijk zauważa, że masa owa nie postrzega już siebie jako skupiającej się czy działającej razem, nie ma „poczucia własnej cielesności”; z drugiej strony mimo rozproszenia, poczucia jedyności i dystansu, u każdej z jednostek przeważają nie rysy indywidualne, a zbiorowe. „Ponowoczesna masa jest masą bez potencjału, sumą mikroanarchizmów i samotności(…)”[12] W jaki sposób wzbogaca to nasze spojrzenie na zasłuchania? Nie ma tu już mowy o tworzeniu; jest raczej ogromna bezradność, nieumiejętność bycia z ludźmi, na co dzień coraz umiejętniej maskowana przez kordony „prywatnych” miejsc bądź wyuczonych na pamięć ról, służbowych kontaktów. Jakoś niezręcznie nam przyznać się do przynależności do tłumu, a przyznajemy, ze wstydem, że narzuca nam się słowo tłum. W jaką inną rolę moglibyśmy tu wejść? Rozpaczliwie szukamy alternatywy. Staramy się nie widzieć, nie słyszeć, nie dotykać. Wyłączyć się. Lub inaczej – zachowujemy swą osobową formę uprzedmiotowiając otoczenie. Kim staje się człowiek? „Tam, gdzie czasem jeszcze skupia się zbyt wiele osób, jak w godzinach szczytu lub w korku, tworząc tłum zgromadzony wbrew swej woli, ludzie ci ze wszystkich sił starają się wyminąć innych jak przeszkodę, przeklinając bliźnich jako impertynentów, nadmiar materii w niewłaściwym miejscu. Opada ich oczywistość biedy bycia wielością.” [13] Dalej Sloterdijk nawiązuje w analizie masy do „die Sein” Heideggera; „(…) tak bardzo ingerują w nas ciągle zakwestionowani inni, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie dotrzeć do swojej „własnej” egzystencji”.[14] Ciekawe, że za Heideggerem mówi o dwu ekstazach, zdolnych przemieniać nasze istnienie z „die Sein” ku autentycznemu życiu: o trwodze i nudzie.

[„nieznośna lekkość”]

I tu docieramy do drugiej formy izolacji: izolacji od samego siebie. Gdyż nieumiejętność nudzenia się zdaje się być drugą stroną kultu wydajności; kultu ekstazy. Jak o tym mówi Agata Bielik-Robson: „Automatyczny wybór lekkości, bez rozpatrzenia zawikłań tej pozornie tylko prostej opozycji, skazuje większość bytu na nudę: postmodernizm, paradoksalnie, tylko przyczynia się do rozplenienia nudy w najtańszym, najlżejszym gatunku. Nigdy chyba przedtem nuda nie była tak wszechobecna, rozległa, a zarazem tak płaska i nieinteresująca. Słowo „nuda” nic już dziś nie znaczy, jej sens jest czysto negatywny i wyraża „brak ekstazy”. Choć nuda obejmuje sobą znaczny obszar życia, z rzadka tylko przerywanego doznaniami szczytowymi, to nie prowokuje ona żadnego namysłu(…) [Brodski] na sposób bliski Heideggerowi uważał zdolność do nudzenia się za przejaw pozytywnej bierności, oczyszczającego otwarcia na świat takim, jakim on jest.”[15] Jak tak pojmowana nuda sytuuje się w kontekście porannego zmierzania na uczelnię? Trudno pomyśleć, (w świecie, w którym slajdy reklam i neonów osadzają się pod powiekami niby powidoki, w którym kolekcjonowanie wrażeń jest równie istotne jak prestiżowa marka samochodu), że nuda nie jest czymś absolutnie negatywnym. Nic nie przemawia na jej korzyść. Nigdy nie chcemy się nudzić i nigdy być znudzonym nie wypada. Z drugiej strony – zachwyt każdym elementem codzienności także nie należy do rzeczy dobrze widzianych; skoro mamy samych siebie i świat swój kreować, nie może być zachwycające to, co już jest, co dostaliśmy w spadku po przeszłości. Dlatego nie należy skupiać się na tym, co otacza; nie kontemplować. Nie spełniamy się w realności, ona nie buduje nas, nie określa. W przeciwieństwie do wypraw, które odbywamy, by coś zmienić, dostrzec, poznać (może to być wyprawa do Paryża, ale też po prostu do lasu) ta „przeprawa przez miasto” ma nie pozostawić w nas zmian. Trwoga i nuda pozostaje niedostępna, podobnie jak autentyczne życie. Widzimy, jak w tak naszkicowany „autoportret nowoczesny” wpisuje się idealnie para słuchawek: dzięki nim możemy być równie daleko od świata, jak od znudzenia. Śpieszyć nieustannie ku czemuś, ale nigdy nie czekać. Tworzyć, niczego nie budując; doświadczać swej indywidualności, nie buntując się. Wiemy, że muzyka niesie już ze sobą emocje. Emocje zawarte w rytmie i słowach, emocje, które towarzyszyły nam, gdy słuchaliśmy jej – na koncercie, w czasie romantycznej kolacji – i wiele innych, uświadomionych i nieuświadomionych. W tej chwili nie są to już jednak „nasze” emocje, ale emocje instant, symulatory pozytywnego podejścia do świata, agresji, energii do działania… Nie tylko nie buntujemy się dziś przeciwko podawaniu gotowych emocji, lecz ich szukamy. Mówimy o przejmowaniu energii (dobrej lub złej „aury”) z otoczenia, chętnie wchodzimy w rzeczywistość tabloidów i telenowel w poszukiwaniu cudzego gniewu i radości. Nasz odtwarzacz mp3 podaje nam to jedynie w formie intymniejszej, może bardziej wyrafinowanej. Różnica jest znaczna. To w końcu nasz odtwarzacz i może się tam znaleźć niemal wszystko.[16] Na ile mamy tu do czynienia z rozwojem, afirmacją podmiotu, a na ile z zagrożeniem podmiotowości? Krańcowym i najbardziej pożądanym wyrazem emocji jest dziś ekstaza, którą traktuje Agata Bielik-Robson jako antytezę nudy:  „ekstaza współczesna nie jest do, ale od. Nie wyzwala jej kontemplacja już obecnego, niezależnie istniejącego Absolutu, nadzieja na pozytywne zjednoczenie z boskością. Jej droga jest negatywna od początku do końca; doznanie ekstazy nie jest wynikiem otwarcia na transcendencję, lecz szczególnej intensyfikacji samej via negativa, aktu oczyszczania (odpowiednika mistycznej purificatio) doprowadzonego do ostatecznej skrajności. Współczesna via negativa sama otwiera dla siebie własną transcendencję, w której wybucha jej doskonale czysta i pusta ekstaza.”[17] Owa via negativa może się okazać kolejnym tropem dla interpretacji tej pustej przestrzeni, jaką wytwarza w nas wszechobecny dźwięk. Nadal pozostaje otwarte pytanie o podmiot; oraz o to, na ile jest muzyka nadawaniem sensu, a na ile – znieczulaniem na bezsens. Tu narzuca się ponowoczesna odpowiedź – „to bez znaczenia, to rozróżnienie jest jedynie pozorne”. …Jeśli nawet – tym bardziej muzyka jest kreowaniem świata. „W idealnej wizji świata-strumienia drugi człowiek jest partnerem w społecznym tańcu; w realnej wizji świata późnej nowoczesności drugi człowiek jest już tylko „czynnikiem ryzyka”.” [18] Niewiele pozostało po tych kilku stronach z owej „idealnej wizji” i trolejbus stał się dla nas wierną, choć smutną ilustracją powyższych słów. Może pora, by odnaleźć i dołączyć do tego obrazu inne postaci, inne głosy?

[szukanie tabu: cisza]

„Czy słucham mptrójek? Już nie słucham, izolują i uzależniają. Zatracasz umiejętność bycia z własnymi myślami w ciszy.” Słowo „cisza”. Dziwi, wszak mówimy nie tylko o muzyce, ale o muzyce w zatłoczonym tramwaju. A jednak można mówić o niej i w takim kontekście. O ciszy wewnętrznej, bezwzględnej, niezależnej od wszystkich hałasów świata. Nie wszyscy mamy dziś potrzebę (i umiejętność) odnajdywania tej wewnętrznej ciszy. A jednak słowo „izolacja” może wciąż zabrzmieć jako zarzut. Jeśli nie chcę izolować się od siebie, to akceptuję się (lub pragnę akceptować). To nie zgadzam się na usypianie moich dyskomfortów, lęków, sztuczne regulatory. Jeśli nie chcę izolować się od świata, to znaczy, że akceptuję ten świat, że postrzegam jako ważną rzeczywistość, w którą jestem wrzucona. Że pozwalam, aby ona na mnie wpływała, a więc kształtowała mnie, a jednocześnie nie chcę stracić z nią kontaktu, chcę zachować choć trochę kontroli. Jeśli nie chcę izolować się od ludzi, to znaczy, przede wszystkim, że postrzegam ich jako ludzi. „Uzależnienie”, które rozumiem jako ograniczenie wewnętrznej wolności, pokazuje, ze można dostrzegać w rozważanych przez nas zachowaniach zupełnie inne aspekty. Sugeruje, jak się zdaje, że rezygnacja ze słuchawek w uszach jest pewnym wysiłkiem, którego brak rozleniwia. Zdaje się więc zakładać milcząco, że warto (lub że powinno się) podejmować wysiłek pozostawania w kontakcie. Z sobą, ze światem. Nie mam zamiaru, rzecz jasna, konstruować tezy o szkodliwości odtwarzaczy mp3. Jest jednak coś niezwykłego, coś niesłychanie znaczącego w tym, że pojawiają się osoby, które świadomie rezygnują z tego gadgetu. Które decyzję tę traktują niezwykle poważnie. Umiejętność i wola odnalezienia w sobie ciszy, tej wewnętrznej, w tramwajowym zatłoczonym popołudniu, bez sztucznego odgradzania się od ludzi, pozostając uważnym na świat, ma w sobie coś duchowego. I jest w zasadzie nadawaniem duchowego wymiaru prozaicznej czynności przemieszczania się. Pojęcie ciszy jest samo w sobie pojęciem religijnym. Jeśli uświadomimy sobie, że – o ile przywiązujemy jakąś wagę do wewnętrznego rozwoju – wszelki wysiłek jest doskonalący, to odnajdywanie tu tej ciszy także przestaniemy postrzegać jako drobiazg. Paradoksalnie – podobnie jak słuchanie muzyki – jest powiększaniem obszaru wewnętrznej wolności. Jest odzyskiwaniem siebie na własność.

[zakończenie: mieć dość siły i przestrzeni]

Nasze rozważania prowadziły od analizy przestrzeni i czasu aż po współczesny obrzęd, kreację i autokreację. Prowadzą też do pytań o dzisiejszą jednostkowość i wspólnotowość (lub ich brak). Zauważyliśmy, że słuchanie może być tak samo budujące jak destrukcyjne, może być afirmacją bądź ostateczną zgodą na dezintegrację. W końcu – może wynikać z prostej nieumiejętności bycia ze sobą, bycia w ciszy. Te pytania i problemy pozostają otwarte, nie jest moją intencją stawianie diagnozy. Chyba jest jednak motyw, który powtarzał się wystarczająco często, by nazwać go „symptomatycznym”. Niezależnie od tego, którym z tropów pójdziemy, jedno nie ulega wątpliwości – ten dźwięk, który niesiemy ze sobą wychodząc z domu, który towarzyszy nam w codzienności, jest furtką i to nie byle jaką – furtką ku wolności. Wszelkie przytoczone wypowiedzi, dostrzeżone kategorie zdają się zmierzać ku tej jednej konkluzji. Chcemy być wolni. Jesteśmy osaczeni, tak czy inaczej, przez sieć celów, terminów, sekundników i trolejbusowych barierek. Oczywiście, staramy się w tym wszystkim ułożyć jak najwygodniej, i w większości przypadków nam się to udaje. Jednak bywa i tak, że męczy nas ograniczenie, ciasnota, bezczynność. I to, co wybieramy w tej chwili, (czy będzie to muzyka czy cisza – lecz niech będzie to wybór!) przywraca nam wrażenie sprawczości. A cóż znaczy dzisiaj „być wolnym”? Jeszcze raz przychodzi nam z odpowiedzią Yi-Fu Tuan. Pisze: „Być wolnym – znaczy mieć dość siły i przestrzeni do działania.”[19]


[1]Y. Tuan, Przestrzeń i miejsce, Warszawa, 1987, s. 224-247.

[2] http://www.73urbanjourneys.com/socimag_nonplace.html      (22.10.2003)

[3] J. Brodski, Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście, Warszawa, 2003, s. 33-34.

[4] Y. Tuan…, s. 164.

[5] X. Stańczyk, Łaźnia duszna, rzeźnia cielesna.  „(op.cit.,)”, nr 35, 2007.

[6] Tamże, s. 24.

[7] Tamże, s. 25.

[8] A. Bielik-Robson, Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości, Kraków, 2000, s. 22-33.

[9] N. Klein, No logo, Izabelin, 2004, s. 82.

[10] Tamże.

[11] P. Sloterdijk, Pogarda mas, Warszawa, 2003, s. 13.

[12] Tamże, s.14.

[13] P. Sloterdijk…, s. 17.  I dalej, co potwierdza naszą intuicję dotyczącą pogo: „Tylko w rzadkich chwilach, gdy na popularnych festiwalach uszczęśliwiona masa stapia się w ekstatyczne ciało kolektywne, przez ponowoczesne apatie przebłyskuje raz jeszcze iskra politycznych dionizjów i zgromadzeń rozbudzonego, wyraźnie określonego tłumu – zwłaszcza gdy tonizująca muzyka pop podaje zebranym ekstazę i jej wyraz w postaci gotowej do użytku”

[14] Tamże, s. 50.

[15] A. Bielik-Robson…, s. 63-64.

[16] Zupełnie pomijam w tej pracy audiobooki, mimo ich rosnącej popularności; nie będę snuć przypuszczeń na ile ich wpływ jest zbliżony, a na ile różny od wpływu dźwiękowych plików mp3.

[17] A. Bielik-Robson…, s. 72-73.

[18] Tamże, s. 158.

[19] Y. Tuan…, s.72.

Kultura Enter
2010/03 nr 20