Strona główna/Ukraińska perseweracja

Ukraińska perseweracja

dw31Historyczna hipokryzja

W Perejasławiu, na placu Chmielnickiego, stoi wypielęgnowany pomnik trzystuletniej jedności Rosji i Ukrainy (1654-1954): „Na wieki razem. Na wieki z rosyjskim narodem” – głosi napis. Na cokole stoją dwie kobiety. Ukraina z konstytucją w dłoni i mądra Rosja w długiej sukni. Rosja jedną ręką obejmuje Ukrainę z tyłu i prowadząc ją, drugą wskazuje kierunek w dali. Miasto przygotowywało się do święta 1000-lecia pierwszej wzmianki literackiej o nim. Główne uroczystości miały się odbyć na placu pod pomnikiem upamiętniającym rozwiązanie siczy zaporoskiej, czyli zlikwidowanie przez Katarzynę II rodzącego się państwa ukraińskiego na drodze zawartej tu ugody perejasławskiej. W tym samym czasie, w Odessie, ku oburzeniu części społeczeństwa, miano odsłaniać pomnik tej samej carycy w uznaniu dla jej zasług w budowie państwa ukraińskiego.

Lenin na złom

Artiom, podobnie jak jego znajomi, twierdził, że jemu perejasławski pomnik nie przeszkadza. Zadałem więc pytanie bardziej precyzyjnie, czy czuje się Ukraińcem, a jeśli tak, to czy nie przeszkadza mu pomnik poddaństwa i poniewierki jego narodu, które przez tę samą kobietę z cokołu, czule obejmującą Ukrainę, było prowadzone na pomór z głodu, za druty gułagu, na śmierć w białomorskich kanałach i w donbaskich szybach? Artiom był człowiekiem spokojnym i wyważonym. Raz jeszcze odparł beznamiętnie, że nie. Nie przeszkadza. Pomyślałem wtedy, że taki spokój, ten stopień ataraksji historycznej, błogiej demencji narodowej, może posiąść tylko ten, który nie wie, jakiej spuścizny, jakich doświadczeń jest spadkobiercą. Dobrze. Może wiedział. Ale co z wiedzy, która jest nieuświadomiona. Bo gdyby umoczyć koniuszek języka choćby w kropelce istoty sprawy, to zawyje człowiek do nieba, i kości jego gorliwie zadrżą. Artiomowi pomnik nie przeszkadzał i nie widział potrzeby jego usuwania. Dla niego był on symbolem upamiętniającym minione czasy, pamiątką historyczną po tym, co było. Takim „krzyżakiem”, którego kupuje się w kiosku z pamiątkami w Malborku. Takim „na pamiątkę” kawałkiem berlińskiego muru. Zestawem do zabawy „Mały Inkwizytor”, grą komputerową „Wietnamcy kontra żabojady”. Kiedy zasugerowałem Artiomowi, żebyśmy dokonali w nocy małego sabotażu i zawiązali Rosji oczy, a Ukrainie w miejsce konstytucji włożyli podręcznik alfabetu Braille’a zamieniając w ten sposób rolę obu kobiet, Artiom oburzył się.

Po 89 roku Polacy swój gniew i radość mogli wreszcie zamanifestować publicznie. Co uczynili burząc pomniki obalonego ustroju. Jeszcze wczoraj święte z namaszczenia urzędu stały się symbolem hańby i wszelkiej niesprawiedliwości z jaką walczyli, dlatego musiały natychmiast zniknąć. Przeszkadzały do tego stopnia, że osoby prywatne łożyły z własnej kieszeni na ich rozbiórkę (np. w Lublinie). Dlaczego te same symbole totalitarnej władzy i stalinowskich zbrodni przeciw ludzkości (do których Rosja wciąż nie chce się przyznać vide Katyń, wielki głód) nie przeszkadzają Ukraińcom? Być może dlatego, że nie ma dostatecznej wiedzy, że pamięć historyczna jest zideologizowana. Może dlatego, że prawie 40% obywateli uznaje ugodę perejasławską za dobre wydarzenie, że ta sama połowa społeczeństwa, która cieszy się z uzyskania przez Ukrainę niepodległości, biada nad rozpadem ZSRR. Że nie ma na Ukrainie chyba ani jednej postaci historycznej i jednego historycznego wydarzenia, co do których istniałaby powszechna, zgodna ocena.[1] Być może dlatego, że – ku zażenowaniu Saszy z Chmielnickiego – na Ukrainie partia polityczna bez żenady może nazwać się „Komunistyczną”. Że nie przeszkadza ta upiorna scheda, jeśli tak do końca nie wie się kim się jest. Że ludzie czują wciąż na karku rosyjski oddech i jedni po prostu boją się, lub są wobec tych kwestii obojętni, drudzy zaś nie dadzą szargać przegniłej już mocno (ale „swojej”) świętości.

Burzyć ale po co?

W jednej z ukraińskich gazet trafiłem na krótki artykuł, w którym poruszono tę kwestię. Zapytano dlaczego na Ukrainie, w której socjalizm dawno już zmienił się na kapitalizm, popiersia Lenina do dziś w większości miast i wsi zajmują poczesne miejsca? I dlaczego władze ich nie usuwają? Ministerstwo Kultury w odpowiedzi przypomniało, że już od dawna istnieje zgoda na działania w tym kierunku z wyłączeniem pomników będących wybitnymi dziełami sztuki, a odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponoszą terenowe odziały i urzędy kultury, które już dawno temu winne były je zdemontować: „Ale jakoś wszędzie ręce nie sięgają” – kwituje elokwentnie ministerstwo. Wiktor Niebożenko – dyrektor Ukraińskiego Barometru – dodaje, że do tej delikatnej kwestii należy podchodzić z rozwagą: „Oczywiście, że każdy pomnik będący symbolem minionej epoki, drażni nową władzę i nowe pokolenia. Jednak do ich likwidacji należy podchodzić rozważnie. Nie można za jednym zamachem przekreślić ogromnego fragment historii – powstanie próżnia, rozdarcie. Myślę, że pomniki przeszłości, w tym także przywódcy światowego proletariatu, powinny pozostać gdzieś na peryferiach i obok budynków, w których gromadzą się zwolennicy minionego ustroju. Powinny jednak zniknąć z reprezentacyjnych placów większych miast. Należy je demontować bez krzyku i demonstracji i już, oczywiście nie po to, żeby natychmiast na ich miejscu postawić brązowe posągi Szuchewicza, czy Bandery” – kończy Niebożenko. I w tym chyba problem. Że nie wiadomo po co?

Świecie! Bądź wdzięczny Rosji!

„Na imię mam Nikołaj! Tak samo, jak wielki, mocny car. Nikołaj!” – powiedział z dumą około czterdziestoletni, rosły jegomość i podbił z emfazą ostatnią zgłoskę, wyrzucając do nieba dłoń w agitatorskim geście. „Ale nazwisko mam prawdziwie ukraińskie, bo jestem prawdziwym Ukraińcem i dla Ukrainy zrobię wszystko!” – oświadczył uroczyście Nikołaj Kiełbasa. Prawdziwy Ukrainiec ze Wschodu. Z Nowopetriwki nad Morzem Azowskim. Zatrzymałem się tu na nocleg w drodze do Bierdiańska, w gospodarstwie matki Nikołaja – Haliny, która wynajmowała skromne kwatery, jak zresztą czyni większość mieszkańców nadmorskich miejscowości.

Nikołaja ciekawiło, jak żyje się Polakom po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Sam był sceptyczny, co do przystąpienia do Unii Ukrainy. Nikołaj prezentował dość często spotykany wśród Ukraińców pogląd na ten temat. Ów sceptycyzm jest swoisty i nie jest on wypadkową jakiejś samooceny chęci, pragnień, czy możliwości. Bierze się stąd, że wielu Ukraińców to dzisiaj zakompleksieni introwertycy, którym w ogóle w głowie nie mieści się coś takiego. Wstąpienie do Unii jest w ich mniemaniu rzeczą najzwyczajniej nieosiągalną. Jest to tak nieprawdopodobne, pozbawione wszelkiej realności i racjonalności, że właściwe raczej sferze wiary lub niewiary, a rozmówcy pytani o Ukrainę w Unii elektryzują się, reagują permanentnym zaskoczeniem i zdziwieniem: „My? W Unii?” – zaśmiał się pobłażliwie Andriej z Zaporoża i spojrzał wyrozumiale na człowieka naiwnego. Kiedy tym samym rozmówcom przypominam o Euro 2012, jako wyraźnym znaku zachęty i oceny ukraińskich możliwości, konsternują się: „Może rzeczywiście jest to możliwe? Ale kiedy to będzie?”.

Nikołaj, jako pilny uczeń i doskonała inkarnacja rosyjskiego manicheizmu, po zastanowieniu, podbił swój stanowczy sprzeciw stwierdzając, że właściwie za nic w świecie nie chciałby być w Unii, wśród tych wszystkich państw, w tym parszywym Zachodzie i NATO. Że nie chciałby być w sytuacji mojej, w sytuacji Polski, która: „Jak służący, kłania się Ameryce” – oznajmił z wyższością i dozą pogardy. Nie byłem lepszy, gdy odpowiedziałem, że jeśli już się kłaniam, to wolę kłaniać się Amerykanom, niż Rosjanom. Niżby do ukłonu zmuszał mnie ciężar Workuty albo Kołymy. Na to Nikołaj zawyrokował z lekkością mówiąc, że Polacy powinni być wdzięczni tej Rosji za to, że nas wyzwoliła. Oskarżył Polaków o tchórzostwo i zupełny brak umiejętności walki i obrony, przez co Niemcy bez przeszkód wtargnęli na Ukrainę. Przypomniał mi, że to Armia Czerwona walczyła za Polskę, że to przecież czerwonoarmiści wygrali wojnę. Co mogłem powiedzieć? Że państwo podziemne jedyne w historii świata? Że armia polska na wschodzie? Że polscy lotnicy w Wielkiej Brytanii? Że bitwa pod Monte Cassino? Albo, że polska partyzantka? Miałem powiedzieć wobec takich zarzutów, że się myli? Podziękowałem armii Nikołaja za pakt Ribbentrop-Mołotow, za „awanturę warszawską”, za PKWN, za proces szesnastu i za to, że gdy jego armia do nas wlazła, tak wyjść nie mogła wyzwalając nas przez następne prawie 50 lat.

I miałem to usłyszeć jeszcze wiele razy, że Polska kłania się Ameryce i powinna być wdzięczna Rosjanom za wyzwolenie.

Trzymajmy się Rosji

Mówić, że Ukraina Wschodnia ma silne konotacje prorosyjskie to tautologia. Ważne było dla mnie odczucie tego faktu, mocne i wyraźne, wynikające z jakże różnego stosunku do spraw wspólnych, wspólnych odgórnie spajającą je klamrą historyczną i wspólnych tym rodzajem wspólności, która wcale nie łączy a dzieli. Jakże znamienne i wymowne dla tych doświadczeń są hasła, które głoszono w Doniecku podczas minionych wyborów prezydenckich: „Dla zadośćuczynienia oddajmy Ukrainę Zachodnią Polsce”, „Zbiór funduszy na uzbrojenie”, „Partia Regionów – Partia Patriotów”, „Przesiedlimy Hucułów do pieców hutniczych”. Ile w tych słowach szowinistycznego odrzucenia wszystkiego, co znajduje się po zachodniej stronie Dniepru. Tu właśnie najwyraźniej dostrzec można w postawach ludzkich coś, co nazwać można ukraińską perseweracją, w tym znaczeniu w jakim używa tego pojęcia psychiatria. Chodzi tu o to powracanie i kurczowe trzymanie się minionych, utartych schematów funkcjonowania, przeżywanych wcześniej doświadczeń i wyuczonych ról jakie się grało. Takie schematy funkcjonowania, jako minione, doświadczone, znane i przewidywalne dają obietnicę poczucia bezpieczeństwa, jakiejś stabilizacji, odnalezienia się i jakiejś normalności tym, których dotyka zaburzenie własnej tożsamości, którzy doświadczają wielkiej zmiany, w której czują się zagubieni. Takie zjawisko w skondensowanej formie obserwować można w postawach mieszkańców Wschodniej Ukrainy. W ich niechęci do zachodnich wzorców, które w silnie zsowietyzowanej i zateizowanej rzeczywistości sieją zamęt, w sprzeciwie, jaki wywołuje konfrontacja z innym spojrzeniem na tę samą historię, w ich przywiązaniu do pomników i w tęsknych westchnieniach za dawnym ustrojem. Przeraził mnie w tym trzydziestopięcioletni Sierioża z Nowomoskowska. Człowiek, który po swoich ciężkich doświadczeniach życiowych uwierzył głęboko w Boga.

Ciekawił go mój stosunek do komunizmu. Wprost, bez znieczulenia, rozgrzany rozmową odpowiedziałem, że to wielkie kłamstwo przywdziewające pozór prawdy kosztem tych, którzy musieli zginąć, bo byli zagrożeniem dla utrzymania tego pozoru. „Ja jestem komunistą” – powiedział z nieukrywaną żarliwością Siergiej i kontynuował: „Wydaje mi się, że błądzisz. Bo komunizm jest tym, co dobrze ukazuje pewna filmowa metafora. To ci żołnierze, którzy w nieludzkim mrozie pilnują na postoju pociągu ze zbożem. Ze zbożem, które jedzie do potrzebujących, prostych ludzi. I ci żołnierze, mimo że śmiertelnie głodni, ziarnka pszenicy do ręki nie wzięli. Stali, pilnowali i umierali”.

Potem zjedliśmy wspólną kolację.

Paweł Laufer

 


[1] Zob. Ukraina po pomarańczowej rewolucji – co zmieniło się w postawach i wartościach społeczeństwa, OSW, Warszawa 2006.