Strona główna/Wołyńscy świadkowie – jedna rozmowa

Wołyńscy świadkowie – jedna rozmowa

Poniższy wywiad (pochodzący z archiwum projektu „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943″) ukazuje skomplikowane wątki historyczne, w których mieszają się losy ocalonych Polaków i Ukraińców – obustronnych ofiar, niosących sobie wzajemną pomoc w różnych momentach historycznych. To niepublikowana dotąd rozmowa z małżeństwem ukraińskim – Lidią Herasymowną Kołodeć (z domu Kochaniewicz) i Wołodymyrem Iwanowiczem Kołodeciem – o pochodzeniu, wyznaniu, pomocy innym narodowościom. Odbyła się w lipcu 2012 roku we wsi Błażowe, położonej w rejonie rokitniwskim w obwodzie rówieńskim. Opowieść rozmówców dotyczy różnych miejscowości w rejonie Rokitna. To na tym terenie rozpoczęły się napady oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii na polskie wsie[1], tutaj też zorganizowano polską samoobronę wchodzącą ostatecznie w skład Obwodu AK „Sarny”. To właśnie w pobliżu Rokitna na początku stycznia 1944 roku Armia Czerwona przekroczyła przedwojenne wschodnie granice Polski[2]. (oz)

Jarosław Borszczyk: Jesteście państwo Ukraińcami?

Razem: Ukraińcami.

Wcześniej byliście państwo

Lidia Herasymowna Kołodeć: Wcześniej… Chyba jeszcze Białorusinami!

Wołodymyr Iwanowicz Kołodeć: Do 1939 roku…

L.K.: Do Stalina.

Proszę opowiedzieć, jak to w waszej wsi za Polski się żyło?

W.K.: Za Polski młyny były. Ale jak w 1939 roku rozpoczęła się wojna, to już Polski nie było. Rosja u nas pobyła do 1941 roku, do 23 czerwca. (…) Już nie było ani młynów, ani niczego tam już nie było. Już się przystosowywaliśmy, mieliliśmy w żarnach. Trudny czas był! Zaczęli się partyzanci.

L.K.: Rodzice zmarli, а myśmy zostali sieroty. Mieliśmy dziadka Filipa i wujka Stepana, to oni trochę pomagali. Mój najmniejszy brat miał rok i 3 miesiące, jak matka umarła.

W.K.: Mieliśmy ziemię, było czym orać, były woły. A potem już zaczęli chodzić banderowcy. Przyszli, jednego woła zabrali, jeden został. To jak było jednym wołem orać?

A proszę powiedzieć, czy jak żyliście za czasu Polski, to był ucisk? Czy Polacy jakoś was krzywdzili?

L.K.: Nie, nie można powiedzieć, żeby krzywdzili.

W.K.: Ziemia za Polski była już rozdzielona. Każdy miał swoją parcelę. Jak kto obrobił, tak żył. (…) Życie było, można powiedzieć, obrażać się za Polski nie było na co.

Chodziliście państwo do szkoły „za Polski”?

W.K.: Nie, za Polski nie chodziłem. Mieliśmy prawie 4 kilometry. W chutorze nie mieliśmy szkoły, a we wsi była za Polski szkoła. Zacząłem w 1940 roku… No, jedną klasę.

L.K.: Ja nie chodziłam. Rodzice poumierali, trzeba było samej prząść i tkać. (…) Jestem taka niepiśmienna.

A kościół katolicki był we wsi?

L.K.: We wsi nie było [kościoła]. Cerkiew była, komuniści zrównali.

W.K.: Gdzieś w 1968 roku porozrzucali. Zamknęli, a potem przyjechały wojskowe samochody…

L.K.: Ciągnikiem zrównali. Zrobili cerkiew, nową już.

W.K.: Był dom modlitwy. Jesteśmy zielonoświątkowcami. Chodzimy na zbory.

A za Polski byli już tu zielonoświątkowcy?

L.K.: Byli.

Mieli tutaj dom modlitwy?

W.K.: Tu nie mieli. W Rokitnem. Po chatach zbierali się!

I Polaków to nie obchodziło?

L.K.: Polacy trochę zabraniali. (…) Bo już mieliśmy radziecką władzę, to już trochę rygorystyczniej było. Zaczęli uciskać nasze dzieci. Nie dawali się uczyć nigdzie! Jak [ktoś] nie był komsomolec, to i na szofera nie mógł się uczyć.

Polacy tutaj mieszkali, w waszych wsiach?

W.K.: W Błażowie może sześć rodzin [było]. W Załawiu żyliśmy w sąsiedztwie. Tam byli u Polaka chłopcy w moim wieku. Zaganiali bydło na popas. Do rzeki tam, na łąkę. My z nimi tam. Gruszki [sobie] nosiliśmy. Nie czepialiśmy się jedni drugich.

L.K.: A już jak zaczęli banderowcy…

A Ukraińcy napadali na Polaków?

W.K.: Tak.

W jaki sposób napadali?

W.K.: Zabierali [co kto miał], a kto się odezwał, to zabili. To oni [Polacy] rodzinami się wydostawali [uciekali]. U nas w Bielsku w chacie mieszkali. U nas był Koziński Józik. Jeszcze w tym roku przyjeżdżał na Zielone Świątki. Mieszkał u mojego ciotecznego brata. Przyjeżdżał każdego roku tutaj. I jeszcze przyjeżdża.

A Polacy rozmawiali w ukraińskim języku?

L.K.: Po polsku mówili. (…) Mówili po naszemu.

A proszę powiedzieć jeszcze o JózikuJak pański brat cioteczny się nazywał, co go uratował?

W.K.: Kołotewicz Tymofij Jakowlewicz[3].

I ukrywał u siebie Polaka.

W.K.: No. On cały czas przyjeżdżał do niego [po wojnie]. Osiem dusz [osób] było we Wryłużu… Polak Tofel Koziński i jego dzieci. (…) Ukraińcy napadali na polskie chaty. [Więc] oni mieszkali u rodziny.

To on ich w zasadzie ukrywał?

W.K.: Przechowywał. Potem ich wołami zawieźli do Rokitnego i już [stamtąd pojechali] do Polski.

Gdyby wiedzieli, że pański kuzyn tam Polaków trzyma, to mogliby go za to zabić?

W.K.: Jego ojca też zastrzelili…

A jak miał na imię jego ojciec?

W.K.: Jakow Nikitowicz Kułakewic. Polacy się wydostali, a za nim przyszli do chaty.

A za co?

W.K.: Bo wojna już się kończyła…Zatrudnił się. Partyzantom szył spodnie… Przyszli do jego chaty. Banderowcy! Swoi, niby ci, co byli razem, prawie – można powiedzieć – sąsiedzi. Przyszli i znęcali się w chacie, bo ojciec jeszcze był. Jak się tak znęcali w chacie, to ojciec powiedział, że leżał na piecu i mówi: „Nie pójdę… Zabij mnie razem z nim”. To oni ojca nie ruszali, a jego wyprowadzili tak ze dwadzieścia metrów od chaty… Pod brzozą rozstrzelali…

Zdarzało się, że do was Polacy uciekali i trzymaliście ich u siebie – tam, gdzie wcześniej mieszkaliście?

L.K.: Rodzina u nas była.

W.K.: Ona z innej wsi, a my w chutorze [futor, osiedle] mieszkaliśmy…

Tam nie było Polaków na chutorze?

W.K.: Nie. Żydzi się ukrywali.

U was w chacie chowali się Żydzi?

W.K.: Chowali się.

Jak się nazywali?

W.K.: Pinia, i Oszer, i Bejnasz.

Przeżyli wojnę?

W.K.: Przeżyli. Uciekli już z Rokitnego.

Jak już Sowieci drugi raz przyszli, to oni byli jeszcze?

W.K.: Tak, oni nawet u nas w chutorze tym samym byli. Trochę niesłusznie zrobili. W 1943 roku sąsiad Marinicz Petro Arsentiowicz dał im jeden pokój i tam chowało się sześcioro Żydów. Ale zabierano mężczyzn w grudniu 1943 na front. Chłopina nie poszedł na front. Miał iść on i syn.

To Niemcy zabierali?

W.K.: Nie, partyzanci nasi, jeszcze Niemcy u nas byli tutaj. Jeszcze w Rokitnem Niemcy byli… To on się zabrał, pojechał do Rokitnego do Niemca. To ci Żydzi, ci sami, którzy siedzieli w tej chacie, to oświadczyli [stacjonującym w pobliżu] partyzantom, że Petro uciekł do Niemca. To oni przyjechali, ojca zabrali na front (…) Co tam było, to pozabierali…

Sowieccy partyzanci?

W.K.: No, partyzanci, Ruscy. (…) I partyzanci przyjechali do tej chaty i pozabierali, co było, a chatę podpalili. Okno wybił, bo stałem [i widziałem] Woły od nas zabrali gdzie… Dziadek taki był starszy, to dziadka za woźnicę wzięli.

A czego oni tamtą chatę spalili?

W.K.: Oświadczyli [tamci Żydzi], że on poszedł do Niemca. Oświadczyli, że wtedy on przecież już ich nie chował.

To oni go właściwie wydali?

W.K.: No, oni poszli i wydali.

W tych rejonach było tak, że Polacy napadali na Ukraińców?

W.K.: Było tak…Tutaj po sąsiedztwie, w Cechach, moja ciotka była – Diuszka. Daryna teraz mówią. Na Syberię ich wysłali. Córka sama została. Mąż taki spokojny był. To tamci banderowcy chodzili i Polakom robili szkodę. A tamci Polacy poszli też tam, do tej wsi – Cechy. (…) Mojej ciotki zięć mówi: „Nikomu niczego nie zrobiłem!” I nie poszedł uciekać. To oni przyszli do niego, wzięli, odprowadzili od chaty i odrąbali głowę. Aleksiej Kozak [nazywał się].

Polacy żenili się z Ukraińcami?

L.K.: Żenili się…

W.K.: Franko przecież nie pojechał. Ożenił się, wziął Ruską.

L.K.: A Tymon już też wziął Polkę i ożenił się. Polacy pozostawali ci, którzy się ożenili. Franko Michajłowicz Kułakewicz.

W.K.: Waleriana Pawłowna? Jego żona była ruska. Też Kułakewicz. A on Polak. Ich dzieci tu zostały, a ich już nie ma.

Dlaczego do tego doszło, jeżeli za Polski ludzie tak zgodnie żyli? Mówicie państwo, że nie było wrogości. Więc jak do tego doszło, że takie morderstwa się zaczęły?

W.K.: My wierzący jesteśmy, jeden psalm mówi: „Im większy żal, tym bliższy Bóg”. Ludzie żyjący w biedzie bardziej jeden do drugiego skłaniają się. Miałem wujka, który mówił, że ludzie i bydło są jednakowi. Dokąd bydło zaganiasz na młodnik – gdzie nie ma nic, ot igliwie – to jedno staje bliżej drugiego. A kiedy zagnać na [piękną] trawę, to pasą się, że jedno drugie kołysze.

Czy przyjaźniliście się państwo z Polakami?

L.K.: My żyliśmy zgodnie, i z Żydami [też].

W.K.: I Polakom, jeżeli żyli biednie, pomagaliśmy, i Żydom. Chowali się u nas. Ciemno, [ktoś] siedzi w lesie, a jak już ściemniało, to przyjdzie, i kartofli mu damy, i chleba damy, i pójdzie sobie [dalej], wieczorem przyjdzie, posiedzi, ogrzeje się.

L.K.: A u nas była taka Luśka. Dziewczynce pięć latek było. Została po rodzicach – gdzieś czy ubili czy co. Ona została, to w naszych rodzinach i wyrosła! Już odpuścili Niemcy i przyszła radziecka władza, to ją zabrały Żydy do Rokitnego, gdzie ją wywieźli, zabrali i do Palestyny powieźli. Tę Żydóweczkę.

To wasz dziadek ją krył?

L.K.: Dziadek, dziadek, dziadziuś… Kochaniewicz Filip Michajłowicz.

Jak ta Żydówka mała na imię?

L.K.: Lucia. [Nazwiska] nie pamiętam. Gdzie dzieci dużo było, to ją tam [chowaliśmy między nimi] – żeby nie poznali, bo włosy miała czarne. Bardziej zawinięte [chustką] włosy miała, żeby nie poznali, że to Żydziątko.

To ją sąsiedzi zabierali do siebie na trochę?

L.K.: Tak. Tydzień w tej rodzinie pobędzie, drugi tydzień w tamtej rodzinie pobędzie.

To państwa sąsiedzi byli?

L.K.: U Kułakewicza Jakowa Nikitowicza[4] tam się chowała, u Kochaniewicza Stepana Filipowicza, u nas, u Herasyma Filipowicza, u jego rodziny, była długo. Jak Niemcy poszli, to już ją do Rokitnego zabrali. Była rodzina Oszyrunży, w lesie miał dwie córki i żonę. To on tak przyjdzie, tą tak przytuli, pożałuje tej Żydóweczki i ona tak u naszych rodzin zostawała. No tak, było – minęło, mówią. Już nie pamiętamy, już niby starzy jesteśmy.

Na wasze chaty Polacy napadali? Musieliście przed nimi do lasu uciekać?

L. K.: Przed nikim nie uciekaliśmy, ani przed partyzantami, ani przed Polakami.

W.K.: Ani przed banderowcami, ani przed Niemcem, przed nikim.

Dlaczego Ukraińcy napadali na Polaków?

L.K.: Nie wiemy dlaczego…

W.K.: Jak jest napisane przy potopie [w Piśmie Świętym]: jedli, pili, żenili się, za mąż wychodzili. Do dnia, póki przyszła zagłada na lud. Tak i teraz.

Czy tu jest jakiś cmentarz? Są groby jakichś Polaków?

L.K.: Tutaj, u nas, są pochowani na cmentarzu.

W.K.: Nie ma tam żadnych napisów, tylko ogrodzenie takie.

L.K.: W Liadzie chutory Polacy mieli. To „pański chutor” w Medynie [był], a w Liadzie były trzy rodziny.

W.K.: Tam też banderowcy jedną rodzinę polską zarąbali… Piętnaście dusz było.

Nazwiska państwo nie znają?

W.K.: Kopacz było ich nazwisko. Moi wujkowie: Stepan Filipowicz, Stepan Wasylowicz i Wasyl Tymofiejicz Paciukiewicz – zaprzęgli woły… i dwa razy odwozili [ciała] na cmentarz. Wtedy nie było nawet desek… Śmieciami założyli. Dół wykopali dla wszystkich i położyli, gdzieś zakopali.

Zechcieliby państwo czegoś życzyć polskiej i ukraińskiej młodzieży na przyszłość?

L.K.: Niech Bóg da, żeby żyli cicho, zgodnie, żeby nie było wojny. Żeby dał im Bóg błogosławieństwo. A my już w starości… To nasze życie…

W.K.: …ono odchodzi…

Dziękujemy państwu za wywiad.

Razem: Może herbaty się napijecie u nas? (…)

 

Przygotowała, opracowała i zredagowała Aleksandra Zińczuk. Na podstawie materiału archiwalnego projektu „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943” z 22 lipca 2012 roku. Nagrywali polscy i ukraińscy uczestnicy projektu – rozmowa: Jarosław Borszczyk, nagranie: Martyna Podolska.

 


[1] W nieodległej od Rokitna miejscowości Parośla oddziały UPA dokonały mordu na polskich obywatelach 11 lutego 1943. Datę tę traktuję się jako początek tzw. „rzezi wołyńskiej”. Zob. Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943–1947, Kraków 2011, s. 110, 126,132, 168, 285.

[2] Zob. Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”, dz.cyt., s. 185.

[3] Historię ratunku opowiada uratowany Józef Koziński w zebranych relacjach: Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943. Поєднання через важку пам’ять. Волинь 1943. Reconciliation through Difficult Remembrance. Volhynia 1943. Redakcja, wybór, wstęp: Aleksandra Zińczuk, tłum. zbiorowe, Lublin 2012, s. 118, 268.

[4] Fragment relacji uratowanej przez Polaka Ukrainki uciekającej w rokitniwskim rejonie przed Polakami podczas akcji odwetowych w publikacji: Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943. Поєднання через важку пам’ять. Волинь 1943. Reconciliation through Difficult Remembrance. Volhynia 1943, redakcja, wybór, wstęp: Aleksandra Zińczuk, tłum. zbiorowe, Lublin 2012, s. 105, 258.