Strona główna/Wreszcie przyszliście

Wreszcie przyszliście

Wzajemna pomoc podczas konfliktu polsko-ukraińskiego w latach czterdziestych XX wieku. Doświadczenia projektu «Pojednanie przez trudną pamięć: Wołyń 1943».

Idea projektu jest prosta. Młodzi Polacy i Ukraińcy wspólnie zbierają wspomnienia świadków zbrodni na ludności cywilnej, do jakich doszło w latach 40. XX w. na Wołyniu i starają się przy tym zwracać szczególną uwagę na przypadki udzielania pomocy[1]. Interesują nas mikrohistorie, bezpośrednie ludzkie doświadczenia i sposób, w jaki funkcjonują w pamięci świadków. Szukamy odpowiedzi na pytanie: Jak wtedy było?, z perspektywy świadków wydarzeń. Interesuje nas całościowy kontekst doświadczeń osobistych, ale szukamy przy tym postaw szlachetnych i sprawiedliwych, przypadków pomocy udzielanej drugiemu człowiekowi na przekór szalonym okolicznościom.

Okoliczności te spowodował okupacyjny terror II wojny światowej, ale też „antypolska akcja” – czystka etniczna zorganizowana przez OUN – UPA w 1943 roku, mająca na celu pozbycie się polskiej ludności z Wołynia. Zginęło w niej, z rąk oddziałów dowodzonych przez ukraińskich radykalnych nacjonalistów, ok. 40-60 tysięcy Polaków. W rozpętanym piekle ginęli też Ukraińcy – kilka tysięcy osób zginęło z rąk oddziałów polskiego podziemia. Cywilne ofiary były też zabijane przez Polaków i Ukraińców służących w niemieckiej policji pomocniczej czy sowieckich oddziałach partyzanckich. Obszar wzajemnych zbrodni rozszerzył się też na Galicję, wschodnią Lubelszczyznę i Podkarpacie. Według szacunków Grzegorza Motyki[2] oraz Ihora Iliuszyna[3] – w całym konflikcie polsko-ukraińskim podczas II wojny światowej, zginęło ok.100 tysięcy Polaków i 10-25 tysięcy Ukraińców.

Powyższemu opisowi można wiele zarzucić, lecz właściwie każdy opis tej sytuacji jest w jakiś sposób kontrowersyjny. Wołyńską rzeczywistość lat 40. XX wieku w Polsce i Ukrainie opowiada się w zupełnie inny sposób. Rzeź, tragedia, ludobójstwo, czystka etniczna, wojna – każdorazowe użycie tych terminów niesie za sobą określoną treść ideową.
Przygotowując się do ekspedycji, rozmawiając z ekspertami[4], od początku zderzaliśmy się z brakiem wspólnego języka – z tym, co Grzegorz Motyka opisuje jako “polsko-ukraiński konflikt pamięci”[5]. Skupienie się na mikrohistoriach i losach osobistych pozwala w dużym stopniu uniknąć przesadnej ideologizacji, ale nie da się tego problemu całkowicie zneutralizować.

Zastanawialiśmy się – co będzie? Jak ludzie na nas zareagują, czy w ogóle będą chcieli mówić, a jeśli tak, to na ile usłyszymy ich historie osobiste, a na ile jakiś przekaz ideologiczny?
Ilu jest jeszcze ludzi, którzy pamiętają lata 40. XX wieku i są w stanie o tym opowiedzieć? Jaka będzie reakcja na wywiady robione przez mieszane grupy polsko-ukraińskie? I wreszcie – czy sami ze sobą znajdziemy wspólny język czy też “polsko-ukraiński konflikt pamięci” rozsadzi także naszą grupę i cały projekt[6]?

Miałem za sobą doświadczenie prowadzenia wywiadów z Polakami i Ukraińcami, którzy w czasie II wojny światowej pomagali Żydom[7] i w trakcie tych nagrań wielokrotnie spotykaliśmy się z problemem lęku i niechęci do opowiadania swoich historii. Obawialiśmy się podobnych reakcji w odniesieniu do wspomnień o konflikcie polsko-ukraińskim.
Okazało się, że ludzie opowiadają chętnie. Liczyliśmy na to, że zbierzemy około czterdzieści relacji, zebraliśmy niemal sto pięćdziesiąt[8]. W zdecydowanej większości przypadków nie było problemów z otwartością w rozmowie. Niemniej zdarzali się rozmówcy, a czasem nawet całe wsie, które nie chciały nam wydać swoich tajemnic. Kilkakrotnie zderzyliśmy się z ewidentną zmową milczenia przykrytą płaszczem dobrosąsiedzkich sloganów typu “a co tu opowiadać, wszystko było dobrze, ludzie tu żyli zgodnie i żadnych konfliktów nie było” i niechęcią do wchodzenia w szczegóły jak to “dobrze” wyglądało w danej wsi[9]. Zdecydowanie częściej ludzie dzielili się z nami swoimi opowieściami chętnie i otwarcie. Zdarzyło się nam usłyszeć słowa “wreszcie przyszliście”, tak jakby rozmówca czekał kilkadziesiąt lat, aż przyjdą ludzie, którzy zechcą wysłuchać jego historię.

Tłem wspólnym dla większości zebranych wywiadów jest strach, wspomnienie poczucia lęku i wszechstronnego zagrożenia, co jest dosyć typowe dla relacji historii mówionej dotyczących II wojny światowej. Strach przed Niemcami i Sowietami, ale też Polakami i Ukraińcami. Przed partyzantami, także “swoimi”, ukraińskimi albo polskimi. Przed bezkarnością zwykłych bandytów. Ludzie sympatyzowali zazwyczaj z którąś ze stron konfliktu, jednym pomagali chętniej, a drugim pod przymusem i czasem to „pomaganie partyzantom” nie różniło się niczym od bycia obrabowanym, ale bali się wszystkich.

Stukali w okno. A kto wiedział kto stuka, czy to banderowcy czy Sowieci? Otworzysz, to będą się czepiać, że komunistom otwierałaś. Ciężko było.[10]

Pamiętam jak mama wieczorem mówiła: Dzieci, pomódlmy się do Boga, bo może tej nocy nas wymordują” Noc przeżyliśmy wstaliśmy, rozwidniło się, mama mówi: Dobrze dzieci, podziękujmy Bogu, że przeżyliśmy.
A mieliśmy jedno prosiątko, chcieliśmy już je zabić za jakiś miesiąc. To oni przyjechali, zastrzelili prosię w nocy, wzięli na swój wóz i zawieźli, kto wie gdzie ?
Kto to był?
Banderowcy
A Pani ich wtedy rozróżniała?
Trochę rozróżnialiśmy, a trochę ludzie podpowiadali, że „u nas to jest taki a taki”. O, to – mówimy – i u nas tacy byli.[11]

W niemal co trzeciej z zebranych opowieści pojawiają się historie o pomaganiu . Pomoc udzielana przez Ukraińców Polakom, a także pomoc udzielana przez Polaków Ukraińcom, miała, ze względu na inną specyfikę zagrożenia, inny charakter niż pomoc udzielana Żydom. Rzadko były to przypadki długotrwałego ukrywania, nie było takiej potrzeby, zazwyczaj chodziło o noc, dzień lub kilka dni ukrycia, przynoszenie jedzenia albo o ostrzeżenie przed atakiem na wioskę[12].

Bywało, że pomoc była obustronna. Jak powiedział nam jeden z respondentów ze wsi Zaborol – „zdarzało się, że biją Polacy, sam się chowasz do Polaków, Polacy do Polaków nie zajdą. Jadą Ukraińcy bić Polaków to miejscowi Ukraińcy wtedy tych ratują.[13]

Podobną opowieść o ratunku wzajemnym zarejestrowaliśmy we wsi Uhły (powiat kowelski). Kiedy ukraińscy partyzanci po spaleniu i wymordowaniu sąsiedniej polskiej kolonii Gaj przyszli zabić kilka polskich rodzin mieszkających w Uhłach, ukraińscy mieszkańcy wsi zebrali się razem i nie pozwolili skrzywdzić swoich polskich sąsiadów. Za to później, kiedy przez wieś szła polska grupa odwetowa na ulicę wyszli polscy mieszkańcy wsi i opowiadając o postawie swoich sąsiadów obronili wieś przed spaleniem.[14]
Niestety nie było to regułą. Ojciec Darii Danyluk ze wsi Czerniejów (rejon turzyski) ukrywał polską rodzinę, ale nie uchroniło go to przed śmiercią z rąk Polaków. Odwet zazwyczaj był ślepy, trafiał w niewinne osoby i nakręcał spiralę wzajemnej nienawiści.

Najpierw ojca naszego zamordowali. Pierwszą furę naszą zabili; ojciec jeszcze podniósł ręce i mówi: „Panie,wasi jesteśmy!” – że niby się poddaje, myślał, że może jacyś czernihowscy Polacy są, że powiedzą: „Nie ruszaj go, bo on chował [Polaków]”. […] Jeść im ojciec nosił. U nas w sieni był taki loch i Żydów [też] w lochu [przechowaliśmy].[…] [Ale] ten pierwszy [Polak] zastrzelił [ojca].[15]

Historie ratunku są zazwyczaj skomplikowane i niejednoznaczne. Bywało, że członkowie tej samej rodziny i ratowali i byli prześladowcami.

Myśmy uciekli do lasu, był blisko. Jak kto stał, tak uciekał. [] Obok były łąki i rów, za tym rowem oni szli na wszystkie wioski, żeby wybić wszystkich Polaków.[] Był Ukrainiec, dobrze z nim żyliśmy, bo mama była krawcową. Przyjechaliśmy do tego Ukraińca, mama mówi, że męża nie ma i nie wie, co robić z dziećmi. Oni zaraz do stodoły wóz zaciągnęli, nas wszystkich do mieszkania [wzięli]. [On] mówi: „Tak, ale nasz syn w tym jest”. Nazywał się Maksym ten gospodarz, a jego syn – Oleg, Kola. I oni właśnie, jak myśmy tam zajechali, wracali z tego poboju [rzezi]. Przyjechał cały wóz do domu, a siostra jego [gospodarza] miała malutkie dziecko, no i mama miała malutkie dziecko, więc ona położyła na łóżko dziecko mamy i swoje, i sama się położyła z brzegu. A my tam gdzieś pod łóżkami – dzieci te starsze. I matka jej mówi: „Oj, taka Ola mocno chora, co chcecie?”. „No, dawaj kiełbasy jeść, wódki, bo my jedziem dalej!” Ona szybko podawała, pozabierali i pojechali. Myśmy byli prawie tydzień tam pochowani.[16]

Kto zaczął tą wojnę, czy Polacy, czy Ukraińcy? Ja tego nie wiem. To była rzeź, to było straszne. To nie można było ni zasnąć, niczego spokojnie, to wszystko było w trwodze. Jedni drugich bili, zarzynali i… krwi były pełne domy. Jak zaczęli bić Polaków, u nas był Polak, na jednej kolonii. Teofil jego nazwisko, jak teraz pamiętam. Wielka u nich rodzina była. Czworo dzieci, mąż, żona i mama jego była. I jak to za czasów Polski, to tutaj była taka organizacja, ukraińska „jaczejka” i w tej „jaczejce” mój ojciec był sekretarzem. Gromadziło się dużo osób w naszym domu, przychodzili mężczyźni. Ich było dużo. Tą „jaczejkę” wykryli. I Polacy, żeby nie wsadzić ich do więzienia, bo to było jeszcze za Polski, to odprawiali Ukraińców do Ameryki, jedźcie sobie i tam protestujcie. Między innymi odprawiali mojego ojca tam. Ten Teofil poręczył za ojca i ojciec został tutaj na miejscu. Jak zaczęła się wojna, Polaków zaczęli bić, ten Teofil z rodziną przyszedł do nas, do ojca, żeby ojciec przechował ich. [] W naszym domu mieścił się sztab. Nie można było mówić: „Ja was nie przyjmę, bo to…”. I jeszcze w sąsiedzkim domu był sztab, byli ci naczelnicy, już powstańcy. Jak przyszedł ten Teofil prosić ojca, żeby ojciec go przechował, ojciec nie mógł mu odmówić. On uratował ojca od Ameryki. W domu byli powstańcy, a w chlewie, gdzie zwierzęta, na podniesieniach było siano, i tam w tym sianie ojciec zrobił taką budę. Oni tam byli [polska rodzina]. Trzeba było nakarmić całą rodzinę, żeby oni [powstańcy] w domu nie widzieli, bo inaczej i ojcu koniec, i im koniec. Matka, jakoby to nosiła świniom jedzenie, nagotuje zupy, czy barszczu. Do wiadra weźmie i jakoby niesie. I z chlewu podawali jedzenie im.[17]

Nas wyzwolili Karasie. Nie wiem, dlaczego to do nas wszyscy ludzie, sąsiedzi zbiegali się, jak Polacy napadali. Do domu, do chaty. Przyjechali Polacy, po cywilu. Jeden Niemiec był. I zaszli Polacy do chaty, a kobieta, sąsiadka, Priśka się nazywała, Ukrainka, upadła na kolana w tym pokoju, co teraz jest, w tym pokoju ikony wisiały. Uklękła, złożyła ręce i modli się. „A – mówi [ten, który przyszedł]– psia krew! Kiedyś my modliliśmy się przed wami, a teraz przed nami się modlisz. Wszystko jedno, wystrzelajem wszystkich, wszystkich!”– tak powiedział. I koniec. Ale przychodzi syn Karasia. Mówi: „Nie, nic ci ludzie nie winni. Nie trzeba ich strzelać”. I tak o, zawróciło się wszystko, siedli i zabrali się, i pojechali. Wszyscy zostaliśmy przy życiu.[18]

Zarejestrowaliśmy historię kilkuletniej polskiej dziewczynki, przypadkowo uratowanej z masakry polskiej kolonii, wychowanej przez ukraińską rodzinę jak swoją własną córkę.

To sąsiad – już nie żyje – przywiózł, po tym, jak gnali do zakopywania trupów. I w stodole zaczął się płacz. I oni otworzyli stodołę – tak mi opowiadali rodzice – dziecko wychodzi. Jeszcze dwaj chłopcy byli zabici i dziadek. A ono gdzieś było w sianie, pewnie spało. Jak je znaleźli – nie wiem. Posadzili [na wóz] do jednego dziadka – milicja czy kto zdecydowali ich nie zabijać, bo ludzie stali – może ktoś weźmie? Przywieźli do wsi, a szli właśnie moi rodzice. Ojciec do matki mówi: „Bierzemy, stara!”. A siostra mieszkała oddzielnie. Jak się zaczęła wojna, to mąż jej poszedł na front,więc przyszła do nas – nie miała dzieci – i tak ją przysposobiła, za mąż wydała. Ona była dla nas jak z naszej rodziny. [19]

Interesującym doświadczeniem podczas ekspedycji były spotkania z byłymi członkami UPA , nagrane dzięki kontaktom użyczonym przez Bractwo Weteranów UPA z Łucka. Co prawda, siłą rzeczy, żyją dziś już tylko ludzie zaangażowani w działalność młodzieżową, ale i tak bardzo zaskakującym doświadczeniem było spotkanie byłego członka organizacji ukraińskich nacjonalistów zaangażowanego dziś w organizowanie wspólnych, polsko-ukraińskich obozów harcerskich, albo sympatia dla kultury polskiej wyrażane przez weterana UPA poprzez wieloletnią prenumeratę polskiej prasy.

Według założeń projektu wywiady były nagrywane przez zespoły mieszane narodowościowo, złożone ze studentów polskich i ukraińskich. Mogło to spowodować, że narracja jaką otrzymywaliśmy była bardziej ostrożna, wyważona w osądach i te przejawy sympatii do polskiej kultury nie pojawiły by się, gdyby nagrywali tylko Ukraińcy, otrzymalibyśmy wtedy być może ostrzejszy obraz uprzedzeń i pamięci o byciu stroną w konflikcie. Jednak to postawienie respondentów wobec grupy mieszanej, niejako symbolizującej proces pojednania, stawiało także przed nimi wyzwanie mówienia językiem neutralnym, możliwym do zaakceptowanie przez oba narody

Z reguły im opowiadana historia była bardziej osobista, tym mniej w niej było uprzedzeń i nienawiści. Nagrywałem w Łucku wywiad z weteranką UPA, która wprost stwierdziła, że żadnej przyjaźni pomiędzy Polakami i Ukraińcami być nie może, bo Polacy to podstępni i zdradliwi wrogowie narodu ukraińskiego. Momentami jej wypowiedzi brzmiały jak cytaty z materiałów propagandowych OUN. Przy czym niewątpliwie mówiła szczerze i wierzyła w swoje słowa. Taka zinternalizowana ideologia z pewnością pomogła jej przetrwać bardzo ciężkie czasy powojenne, kiedy znalazła się w więzieniu i na zesłaniu na Syberii. Ale kiedy odwoziliśmy ją do domu, zaczęła ciepło opowiadać o swoich polskich i żydowskich przyjaciółkach ze szkoły, jakby dopiero w samochodzie, przy wyłączonym dyktafonie, zdjęła ideologiczną maskę.

W rozmowach często przewijał się wątek Chełmszczyzny jako ogniska konfliktu, miejsca w którym spirala zbrodni zaczęła się nakręcać. Charakterystyczne jednak było to, że wypowiedzi te padały z ust osób, które Chełmszczyzny nigdy nie widziały. Rozmawialiśmy też z kilkunastoma mieszkańcami Wołynia wypędzonymi z Chełmskiego. W ich opowieściach było dużo bólu i tęsknoty spowodowanych utratą małej ojczyzny, ale krwawe historie, które jakoby wywołały antypolską akcję na Wołyniu, w ich wspomnieniach nie pojawiły się. Nie żebyśmy nie usłyszeli opowieści o polskich zbrodniach na tzw. Zakerzoniu[20]. Usłyszeliśmy i nagraliśmy także takie historie, ale były to opowieści np. o masakrach wsi Sahryń i Szychowice, krwawych i bezsensownych, ale które wydarzyły się już w 1944 roku, kiedy Wołyń od dawna już spływał krwią[21].

Pozytywnym zaskoczeniem było dla nas także nagrywanie rozmów z byłymi polskimi mieszkańcami Wołynia[22]. Przyzwyczajony do wojowniczej retoryki organizacji kresowych spodziewałem się podobnego nastawienia w rozmowach prywatnych. Tymczasem okazało się, że relacje wielu wołyniaków, choć zawierające bardzo bolesne wspomnienia, to w warstwie osobistej są pozbawione nienawiści. Bardzo często starsi ludzie, sami, nie pytani o to przez nas, zaczynali mówić o ukraińskich sąsiadach, którzy pomogli ich rodzinie, albo o Ukraińcach z którymi do dziś utrzymują kontakt.

Ta cecha była wspólna dla respondentów polskich i ukraińskich – z im bardziej osobistej perspektywy opowiedziana jest historia, tym więcej w niej szczegółów, a mniej uprzedzeń. Im większy stopień uogólnienia, tym częściej pojawiało się zacietrzewienie i nienawiść.

Wspólny dla większości naszych rozmówców był też rodzaj zdziwienia, niedowierzania – „jak to wszystko było możliwe ?”. Dominował ton, „co było złe to złe, ale teraz na szczęście między naszymi narodami panuje zgoda”.

Żeby oni już nie widzieli tego, co my. Niech sobie żyją w pokoju i spokojnie, i w miłości, i jeden drugiego nie wytyka, że ten taki albo siaki. Niech sobie żyją jak najlepiej, żeby młodzi nie przeżyli tego, co my. Niech będą zdrowi…[23]

Zebrane przez nas relacje są niestety „późne”. Dystans czasowy od opowiedzianych zdarzeń to 70 lat. Nasi rozmówcy byli w latach 40. XX wieku dziećmi, w najlepszym przypadku młodymi dorosłymi. To sprawia, że ich narracje są specyficzne. Bardziej pokazują jak wydarzenia wołyńskie są pamiętane niż to jak w rzeczywistości wyglądały. Weryfikacja tych opowieści jest trudna, nierzadko niemożliwa. Na osobiste losy nakładają się często filtry przekonań politycznych czy narracje wymuszane przez zmieniające się polityki historyczne, pełne ideologicznych uproszczeń i przemilczeń.

Rozmowy z ukraińskimi i polskimi Wołyniakami pokazały nam rzecz zaskakującą. Na poziomie wspomnień o osobistych doświadczeniach narracje polskie i ukraińskie są w zasadzie niesprzeczne. Różnice pojawiają się dopiero wówczas, gdy respondenci zaczynają uogólniać, wprowadzać szerszy kontekst, kiedy w miejsce pamięci osobistej wchodzi pamięć społeczna. Relacje zebrane podczas projektu „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943 ” zdają się mówić, że nie ma polsko-ukraińskiego konfliktu pamięci, jest tylko konflikt dyskursów narodowych.

Ostatnio, rocznicowo, w mediach i parlamentach zaroiło się od znawców tematyki wołyńskiej. Niestety, w huku walki na propagandowe hasła mało kogo interesuje co mają do powiedzenia jacyś tam wiejscy staruszkowie. Jednak, jak pokazuje doświadczenie naszej ekspedycji, wciąż jeszcze jest bardzo wiele nieopowiedzianych historii, pokazujących różne odcienie naszej skomplikowanej, wspólnej historii. I ważne, żeby ktoś ich wysłuchał.

Emil Majuk


[1] Więcej informacji o projekcie można znaleźć na stronie: pojednanie.pk.org.pl

[2] Motyka G. Od rzezi wołyńskiej do akcji Wisła, Warszawa 2012

[3] Iliuszyn I., UPA i AK. Konflikt w Zachodniej Ukrainie, Kijów 2009

[4] Częścią projektu były m.in. polsko-ukraińskie seminaria naukowe zorganizowane w maju 2012 w Lublinie oraz w lipcu 2012 w Łucku.

[5] Motyka G., Polsko-ukraiński konflikt pamięci. Czy możliwy jest wspólny podręcznik historii, WIĘŹ 2009 nr 10. http://laboratorium.wiez.pl/teksty.php?polskoukrainski_konflikt_pamieci_czy_mozliwy_jest_, oraz Cień Kłyma Sawura. Polsko-ukraiński konflikt pamięci, Gdańsk 2013

[6] W zbieraniu relacji brało udział 26 osób, (w tym 11 Ukraińców i 15 Polaków), w większości byli to studenci z Lublina i Łucka.

[7] Nasz projekt wykorzystywał po części m.in. doświadczenia projektu „Światła w Ciemności – Sprawiedliwi wśród Narodów Świata” zrealizowanego przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” http://teatrnn.pl/sprawiedliwi/ua/node/259/Na_Ukrain%C4%99

[8] Podczas projektu zostały zebrane 145 wywiadów ze 161 osobami ( w tym 17 Polaków, dawnych mieszkańców Wołynia i 11 Ukraińców wypędzonych z Chełmszczyzny) Podczas ekspedycji odwiedzono ponad 50 miejscowości

[9] Było tak np. we wsi Chrynów w rejonie nowowołyńskim. gdzie większość rozmówców pominęła najbardziej tragiczne epizody. A jednak i tak zarejestrowaliśmy jedną relację, która dość szczegółowo opisała masakrę dokonaną na okolicznych Polakach, Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943 / red. Aleksandra Zińczuk. Lublin: Panorama Kultur, 2013, str 106.

[10] Maria Jacuk, Buda, relacja z: Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943 / red. Aleksandra Zińczuk. Lublin: Panorama Kultur, 2013, str. 97

[11] Halina Boguszewska, Bilsk, jak wyżej, str.110

[12] Romuald Niedzielko wyróżnia następujące typy pomocy:
1) ostrzeżenie przed napadem, zaplanowanym na konkretny moment lub nieokreślonym w czasie;
2) wskazanie drogi ucieczki w trakcie napadu;
3) ukrycie zagrożonych przed spodziewanym atakiem, udzielenie im schronienia w trakcie napadu lub po nim;
4) wprowadzenie napastników w błąd, np. przez zapewnienie, że poszukiwany jest Ukraińcem – członkiem rodziny lub znajomym, a nie Polakiem; zatajenie miejsca ukrycia poszukiwanych; zajęcie napastników (wszczęcie rozmowy, ugoszczenie), by ścigani zdążyli się ukryć lub uciec; skierowanie pościgu w inną stronę;
5) przewiezienie z kryjówki w bezpieczniejsze miejsce (np. do miasta) bądź użyczenie konia czy furmanki;
6) pierwsza pomoc rannym, przetransportowanie ich do lekarza lub szpitala;
7) zaopatrywanie ocalałych w żywność, a dla ułatwienia ucieczki – w ukraińskie ubranie;
8) informowanie bliskich o okolicznościach śmierci członków ich rodzin (zwłaszcza przez jedynych świadków zbrodni), wskazanie, gdzie znajdują się zwłoki;
9) pośredniczenie w kontaktach między ukrywającymi się a poszukującymi ich członkami rodzin;
10) objęcie opieką sierot lub dzieci zagubionych po napadzie;
11) pomoc w pochówku zamordowanych, zwłaszcza gdy udział w pogrzebie groził zastrzeleniem; opieka nad grobami, stawianie krzyży itp.;
12) niewykonanie rozkazu zabicia członka własnej rodziny (żony/męża/rodziców/dzieci);odmowa wykonania, wspólna ucieczka, ukrycie osoby skazanej na śmierć;
13) odmowa udziału w napadzie, pacyfikacji lub innej akcji represyjnej;
14) publiczny protest (na wiejskich zebraniach, z kościelnej ambony) przeciwko zbrodni i stosowaniu przymusu;
15) darowanie życia ofiarom napadu, skazanym na śmierć lub wytropionym wskutek pościgu (np. przez upozorowanie egzekucji, umyślne „przeoczenie” osoby bądź kryjówki);
16) uwalnianie aresztowanych.,
zob. Kresowa Księga Sprawiedliwych 1939-1945, red. R.Niedzielko Warszawa 2007, str.114

[13] Anton Leontijowicz, Zaborol relacja z: Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943 / red. Aleksandra Zińczuk. Lublin: Panorama Kultur, 2013, str. 96

[14] Zofia Machniuk, Uhły jak wyżej, str. 114

[15] Daria Danyluk, Czerniejów, jak wyżej, str.147

[16] Irena Zając Dymitrówka/Stefankowice, jak wyżej, str.123

[17] Eugenia Kropewniuk, Serkizów, jak wyżej, str.129

[18] Jurij Semeniuk, Zaborol, jak wyżej, str. 122

[19] NN, jak wyżej, str.103, historia ta została opisana szczegółowo w reportażu Witolda Szabłowskiego w Gazecie Wyborczej, który powstał w oparciu o informacje i kontakty zdobyte przez nas w trakcie ekspedycji. http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127823,14133229,Jestes_znajda_po_Polakach.html

[20] Zakerzonie – nazwa nadana przez część historyków ukraińskich ziemiom leżącym na zachód od tzw. linii Curzona (wytyczonej w 1919 linii demarkacyjnej sygnowanej nazwiskiem brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Curzona, na podstawie której oparto przebieg granicy polsko-sowieckiej po II wojnie światowej), które w średniowieczu należały do Rusi Kijowskiej. Termin „Zakerzonie” obejmuje wschodnie części obecnych województw lubelskiego i podkarpackiego oraz drobną część małopolskiego . Nazwę „Zakerzoński Kraj” nosiły w strukturze organizacyjnej OUN tereny znajdujące się w pojałtańskich granicach Polski.

[21] Więcej na ten temat można przeczytać m.in. w Polska-Ukraina: Trudne pytania. Materiały XI międzynarodowego seminarium historycznego „Stosunki polsko-ukraińskie w latach II wojny światowej” Warszawa 26-28 kwietnia 2005, Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej-KARTA-Wołyński Uniwersytet Państwowy im. Łesi Ukrainki, Warszawa 2006. Jednak jak dotąd brak jest całościowej publikacji na temat konfliktu polsko-ukraińskiego na Chełmszczyźnie i zbrodni popełnianych w tym czasie przez odziały polskiego i ukraińskiego podziemia.

[22] W ramach projektu nagrano 17 relacji z byłymi polskimi mieszkańcami Wołynia.

[23] Maria Hadomska, Niskienicze, relacja z: Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943 / red. Aleksandra Zińczuk. Lublin: Panorama Kultur, 2013, str. 93