Strona główna/FELIETON. Wolny wstęp

FELIETON. Wolny wstęp

Wiosna. Na ulice Mińska wyszli protestujący. Bohdan Zadura tych świąt nie spędza w domu,  ale w Ciechocinku (ten z deptakiem), skąd zamiast pocztówki przesłał nam felieton. Redaktor naczelna Kultury Enter zamieniła pióro na kulę u nogi (kontuzja kolana). Napotkana w Berlinie warszawska dziennikarka stacji, której nie wymienię, gubiąc kontrargumenty na pozytywne przykłady polsko-ukraińskiej współpracy kwituje: „bo wy na wschodzie inaczej to widzicie”. Świat do góry nogami się przewraca, więc jadę jeszcze dalej na wschód. Odetchnąć.  Co widzę? We Lwowie powstaje niepowtarzalne w skali europejskiej centrum imienia metropolity Andrija Szeptyckiego (więcej o tej postaci w następnym numerze). Widać już konstrukcje betonowe, projekty otwartych przestrzeni, otwarte umysły. Żal wyjeżdżać. Ale wracam do Lublina fetującego Wielki Jubileusz 700-lecia. Tutaj w Metropolitalnym Seminarium Duchownym, jedynym w Polsce miejscu, gdzie wspólnie studiują rzymskokatoliccy i grekokatoliccy klerycy, znajduje się barokowa kaplica z ikonostasem wykonanym przez Jerzego Nowosielskiego. Ukryte symboliczne miejsce, subtelnie nieodsłonięte, jak tożsamość tego artysty o dwóch sercach: polskim i ukraińskim, oraz gdzieś pośrodku z austriacką przegrodą.

W kolejną wolną niedzielę uciekam na bliski wschód. Remontują drogę 846, więc coraz na światłach trzeba zatrzymać się i  wtedy można dłużej popatrzeć na zieleniejące się już pagórki i jary Działu Grabowieckiego. Jeden z niezamierzonych przystanków przydarza się tuż obok budynku straży pożarnej w Kraśniczynie. Gdyby nie to przydrożne wahadło, być może nie byłoby mi dane zauważyć skupiska wysokich drzew przy ulicy Strażackiej. „Między tymi drzewami mogą być groby, wygląda to na kirkut” – mówię. „Widać coś stąd?”, pyta mój towarzysz spontanicznej, sobotniej eskapady za Lublin. „Stąd tylko jakieś ławki”. Potem trafimy jeszcze na stare cmentarze żydowskie albo prawosławne w Uchaniach, Jarosławcu, Wojsławicach (duch Jakuba Franka przenika nieustannie poza granice miasteczka, zagląda do tekstów kabalistów oraz semiotyków lubelskich). Często nieoznaczone, ukryte poza centralnymi placami i drogami, dobrze znane mieszkańcom i rozczochranym urwisom, którzy mimo wiatru wyszli w kusych bluzach zagrać w piłkę albo przejechać się na rowerze.

Dzięki dotacjom unijnym znowu naszym oczom ukaże się malowniczy krajobraz zepchnięty z głównej trasy na Hrubieszów, bowiem znak wskazuje zakaz przejazdu i znowu musimy zjechać z szosy, aby zabłądzić na polnej drodze. Zapach bazi miesza się z gnojówką. W Wólce Kraśniczyńskiej nad Wojsławką przed chatynką w brzozowym zagajniku przywitała nas siedząca przed domem gospodyni, zdawało się, że wrosła w ziemię w swoich zielonych łachmanach, przykucnięta przy ziemi jak cebula. Na pewno zna wiele ciekawych opowieści, lecz opowieść o ubóstwie, nędzy, w jakiej dziś żyje, nie wyda się atrakcyjna dziennikarzom, urzędnikom, ekspertom od rozwoju Europy Środkowo-Wschodniej, debatującym w szczelnie zamkniętych aulach. Na krańcu świata, a więc na początku Unii Europejskiej, na rzece Bug, która nie stanowi granicy dla bocianów i czapli, wije się wzdłuż licznych  starorzeczy droga zwana „nadbużanką”. W Strzyżowie tuż nad rzeką słychać z drewnianego kościoła – widać na pierwszy rzut oka – dawnej cerkwi, donośne organy i śpiew, który niosą się na drugą stronę rzeki… Ale usłyszą te dźwięki najwyżej obojętne czajki, bo ani Ukraińcy, ani Białorusini nie mają tego szczęścia, żeby zbliżyć się do brzegu Bugu, pójścia nad rzekę, popatrzeć na druga stronę. Ze Strzyżowa już blisko do celu naszej wyprawy. Oto już za siedem kilometrów będzie Horodło – to tutaj miało miejsce pierwszej unii polsko-litewskiej, ponad sześćset lat temu. To porozumienie zawarte na długo przed unią realną, Unią Lubelską. Poprzedzały ją jednak dwa inne porozumienia, jak  unia w Krewie z 1385 r. i unia wileńsko-radomska z 1401 r. A jednak jakoś na tym wschodzie mogliśmy się dogadać, przynajmniej była chęć…

Koniec świata w miejscu, gdzie miały początki osadnictwa. Na horodelskim wzgórzu, gdzie ziemia oddaje kształt grodziska, stoi biało-czerwony słup. Jeszcze kilka ławek zwróconych w stronę granicznej tafli wody. Za kępami drzew unosi się czarny duszący dym. Po ukraińskiej stronie znowu wypalają łąki. Kiedy latem do moich włodawskich okien zawiewa taki dym, nie wiem, czy przeklinać ukochanych sąsiadów ukraińskich czy białoruskich. Tutaj przynajmniej adresat jest określony.

Niebiesko-żółtej żołny, w jej nabużańskiej ostoi, nie zobaczyliśmy, flagi ze wszystkimi gwiazdami gwiazdozbioru granatowego tła też, a odbiornik radiowy zdołał tylko wyłapać rydzykową stację. Tradycyjnie, jak to ostatnimi czasy  czytaj: od mińskich pozorowanych (porozumień)   spotkaliśmy straż graniczną i gdzieniegdzie przemieszczające się wojsko. Przejechaliśmy od Strzyżowa do Horodła drogą, którą Niemcy w 1942 roku ułożyli z nagrobków żydowskich. Co się z nimi stało po wojnie? Czy zostały w ziemi?

I tak w tym numerze będzie trochę o tym, co pozostało na/w ziemi, w naszej pamięci, i o odczytywaniu znaków dziedzictwa pogranicza. A wszystko z perspektyw takich choćby jak: lokalna, wschodnia, ukraińska, białoruska, ormiańska, i zachodnia (brytyjska)…

Aleksandra Zińczuk