Strona główna/Zaginanie czasoprzestrzeni – rozmowa z Danielem Chlibiukiem, Wojciechem Sieńko i Markiem Żmudą – kuglarzami

Zaginanie czasoprzestrzeni – rozmowa z Danielem Chlibiukiem, Wojciechem Sieńko i Markiem Żmudą – kuglarzami

UCIEKŁEM Z CYRKIEM

Grzegorz Kondrasiuk: W kulturze funkcjonuje taki lejtmotyw, symboliczna przypowieść o cyrku, który przyjeżdża do jakiegoś miasteczka, i o człowieku, który podejmuje w jednej chwili decyzję, i z tym cyrkiem ucieka. Znacie to?

Wojciech Sieńko: Ja nawet w sposób dość dosłowny. Śmiało mogę to powiedzieć – uciekłem za cyrkiem. Z wykształcenia jestem politologiem, ale to nudziarstwo i nigdy mi się nie podobało. Przez trzy lata pracowałem jako handlowiec, ponieważ kocham współpracę, rozmowy, bliskie kontakty. Teoretycznie praca mi to umożliwiała, ale w swojej istocie polegała na sprzedawaniu, oszukiwaniu ludzi i zamykaniu się w małym, szarym pokoiku. Nic więcej… Wtedy niespodziewanie w moim życiu pojawiła się żonglerka. Świat nabrał barw! Teraz mówię – zaginajmy czasoprzestrzeń, zacznijmy latać! Dotychczasowe życie nagle straciło sens i pojawiła się decyzja: rzucić wszystko, iść do przodu nową drogą. I tak zrobiłem, zwolniłem się z pracy, wyprowadziłem z domu i zacząłem intensywnie trenować – to wszystko w półtora roku. W środowisku kuglarzy moja historia to pewien fenomen, bo wszystko przyszło tak szybko. Dla mnie to powód do dumy.

Daniel Chlibiuk: W Lublinie trwa aktualnie taki teatralny projekt „33 dni z życia”, w którym codziennie jedna osoba opowiada i odgrywa jakieś wspomnienie ze swojego życia. Ja wybrałem właśnie ten moment, kiedy usiadłem, i sobie uświadomiłem: „Kurczę, no chyba już jestem tym kuglarzem”. Ale jest mi z tym dobrze i postaram się z tego żyć, bo podoba mi się to, co robię. To zajęcie mnie nie ogranicza: dzisiaj mogę żonglować, a jutro prowadzić warsztaty, pojutrze jeszcze coś innego.

Dojście do tego punktu nie było łatwe. Studiowałem animację, musiałem pisać pracę na podstawie wtłaczanej tam wiedzy, która nijak miała się do tego, co znałem z praktyki. Wyjeżdżałem na projekt, prowadziłem warsztaty, a potem wracałem i nakręcony opowiadałem na zajęciach o tym, że jeszcze nie skończyłem studiów, formalnie nie mam zawodu, ale już pracuje jako animator, że to już działa. Wtedy dowiadywałem się, że nie mam wymaganej frekwencji i nie mogę zostać dopuszczony do egzaminu… To mają być studia z animacji? Rozumiem, że obowiązują przepisy, prawa i regulaminy, ale nie ma kogoś takiego jak animator-teoretyk! Strasznie mnie to frustrowało, rzuciłem te studia. Miałem dosyć.

Marek Żmuda: Na początku problem stanowi określenie, kim się właściwie jest, wpisanie sobie w rubrykę zawód słowa „żongler”. Kiedyś, na jakiejś imprezie uświadomiłem sobie, że jednak nie będę uczył dzieci tego angielskiego, tak jak to zakładałem wcześniej. Po dwóch latach studiowania zrobiłem sobie przerwę, zszedłem z wyznaczonej ścieżki życiowej: podstawówka – gimnazjum – liceum – studia – praca – dom – rodzina – dzieci. Potem trzeba było ogłosić tę decyzję całej rodzinie, powiedzieć: „Słuchajcie, będę żonglerem”, przedstawić swoje motywacje. Będą potrzebowali czasu, żeby się z tym oswoić, zrozumieć – to długotrwały proces. A kiedy wchodzi się w kuglarski świat, to okazuje się, że to nie jest jedna, ale wiele dróg do wyboru: można prowadzić warsztaty, zająć się pedagogiką cyrku, zarabiać pieniądze na komercyjnych pokazach lub tworzyć autorskie etiudy… Teraz sytuacja zmusza mnie do chwilowego powrotu na studia i do „normalnego” życia… Nie potrafię sobie tego wyobrazić.

WS: Jesteśmy kuglarzami i ta pasja sprawia, że nie możemy robić już niczego innego.

DC: Można powiedzieć, że dzięki żonglerce, kuglarstwu otwierają się szerzej oczy, okazuje się, że nie ogarniamy systemu szkoły, pracy… Ważne staje się wyłącznie to, że chcemy tworzyć.

GK: Co było na początku tej drogi?

MŻ: Często śmiejemy się, że jest to tak zwane wczesne mroko-koko (śmiech).

GK: ?

MŻ: Można je uznać za odrębny gatunek sztuki. Każdy od tego zaczynał, to etap przedszkolny, który trzeba przejść. Pierwsze, co człowiek robi jak dostanie do ręki pojki, to zakłada czarną koszulę i spodnie, żeby mama nie widziała, kiedy się pobrudzą, puszcza Rammsteina…

WS: I kręci sprzętem jak najszybciej, żeby odfrunąć. (śmiech)

DC: Im więcej mroku, tym lepiej!

WS: Każdy z nas zaczynał od czegoś innego. Ja – od ognia, potem doceniłem jednak inne rekwizyty, którymi można manipulować czy podrzucać. Z czasem żonglerka i fireshow przestały mi wystarczać. Wziąłem się za szczudła, balansowanie, chodzenie po taśmach – byle wyżej, byle dalej. To są rzeczy, które pobudzają, dają dużą radość. Ale traktuję je jako dodatkowe sprawności, bo nadal specjalizuję się w fireshow (głównie w poi). W pewnej chwili przyszedł czas na założenie własnej grupy – „Sawitar”. Weszliśmy do „Sztukmistrzów” i pchamy ten wózek dalej, teraz już wszyscy razem jako jedna wielka szczęśliwa rodzina… (śmiech)

MŻ: Zetknąłem się z żonglerką w szkole średniej, a prawdziwy start i wejście na wyższy poziom odbyło się tutaj, w Lublinie, dzięki wsparciu Fundacji „Sztukmistrze”. Potem kolejne edycje Carnavalu Sztukmistrzów, teraz EJC…

DC: Zacząłem ponad 7 lat temu, w Parczewie, małym miasteczku niedaleko Lublina. Zobaczyłem pokaz fireshow i uznałem że to fajna sprawa. Nie miałem wtedy internetu, ani kontaktów, więc samemu zrobiłem sobie prowizoryczny sprzęt i zacząłem intuicyjnie ćwiczyć. Znajomi stwierdzili, że też im to odpowiada i dołączyli do mnie. W efekcie stworzyliśmy grupę „Sigillum Ignis”. Nazwę wymyśliliśmy trzy minuty przed pierwszym pokazem, kiedy pojawiła się potrzeba jakiegoś zapowiedzenia naszego występu. Śmiejemy się z tego do dziś.

GK: Cóż, nazwa wpisuje się w paradygmat „wczesnego mroko-koko”… Bardzo patetyczna.

DC: Dokładnie (śmiech). Jak mówiliśmy – każdy przez to przechodzi. W końcu coraz więcej ludzi przychodziło na nasze warsztaty. Był jeden podstawowy problem: nie mieliśmy sprzętu. Postanowiłem więc szukać wsparcia w miejskim Domu Kultury. Tam powiedziano mi żebym poszedł na piwo, a nie kombinował z jakąś sztuką kuglarską. „Chłopaku, dorośnij!”. Ale udało się i bez nich. Zrobiliśmy kilka pokazów, kupiliśmy sprzęt. Przypadkowo w Hołownie, poznaliśmy Monikę Kalinowską, która opowiedziała nam o „Klanzie”. Zaczęliśmy żonglować, coraz częściej wyjeżdżać na pokazy, wzbogacać je, było nas wtedy 15 osób! Później cześć osób poszła na studia, część nie, skład się zmniejszył. W Lublinie poznałem kolejne osoby, Rafał Sadownik wyszedł z propozycją festiwalu „Sztukmistrzów”, wszystko zaczęło się układać.

PROFESJONALIZM?

GK: Sprofesjonalizowaliście się?

DC: Przez te wszystkie lata nauczyliśmy się wielu rzeczy. Dziś inaczej podchodzimy do pracy i inaczej budujemy nasze pokazy. Staramy się pokazywać fireshow w sposób, którego ludzie jeszcze nie znają.

WS: Publiczność też chce czegoś więcej, a my możemy im to dać.

GK: Czy działacie w dwóch nurtach – komercyjnym i artystycznym – równolegle?

DC: Szczerze mówiąc: tak to właśnie jest. To rozróżnienie jest konieczne, jeśli chcemy sprzedać pokaz. Są różne imprezy, np. festyny czy wesela, czyli wiadomo – muzyczka, zabawa… Musimy z czegoś żyć. Komercyjne pokazy pozwalają się utrzymać. Program musi być inny, bo ludzie chcą się przy nich po prostu dobrze bawić. My też się świetnie bawimy tworząc takie pokazy. Podczas ostatniej Nocy Kultury zrobiliśmy pokaz disco z przebojami z lat 80. Ludzie bawili się genialnie.

GK: Kiczowy pastisz?

DC: Tak. Ale mamy też choreografie, które nie są tak bardzo komercyjne – między innymi „Tango”. Najpierw było samo tango – przez pół roku uczyliśmy się tańczyć – dopiero potem połączyliśmy to ze sprzętem. Mamy ten pokaz w ofercie, ale jest wybierany rzadziej.

Jeśli chodzi o tzw. chałturę, to czy jest jakaś granica, za którą nie możecie wyjść?

MŻ: Jeśli jest dobra impreza, gdzie jednak są mniejsze środki na zaproszenie nas, to mimo wszystko nie wybierzemy lepiej płatnego wesela czy „święta kiełbasy”. To jednak strasznie zaangażuje nas fizycznie, psychicznie i emocjonalnie. Jeżeli faktycznie ktoś chce pokazać coś ambitnego i estetycznego, to możemy się tylko cieszyć. Odpoczywamy od totalnej komercyjnej chałtury. Mamy namiastkę tworzenia sztuki.

DC: Chodzi głównie o wesela – jeśli mamy jechać gdzieś i wystąpić za tak zwaną czapkę drobnych, wódkę i kiełbasę, to często wolimy wyjść na ulicę i dać dobry pokaz tam.

MŻ: To komfortowa sytuacja, jeśli możemy czasem zrezygnować, powiedzieć, że mamy zajęte wszystkie terminy – nawet jeśli to nieprawda.

WS: Mimo wszystko uważam, że komercja jest poboczną częścią naszej działalności, pozwala nam realizować pasję.

DC: Obecnie przygotowujemy duży występ komercyjny, który będzie jednak na dość wysokim poziomie.

GK: Inwestujecie w jakość?

DC: Tak.

MŻ: To jest też eksperyment ze środkami przekazu. Mamy pokazy i choreografie, które potrafimy zrobić w nocy o północy, ale trzeba też robić coś dalej i lepiej. Może to oznaczać na przykład pokaz w innym stylu muzycznym, wystroju, z większą ilością występujących osób.

GK: Czy nie macie ciągot, żeby chronić swoje umiejętności, ukrywać sekrety przed innymi twórcami? Stanowicie przecież dla siebie konkurencję.

DC: Nie, absolutnie. Każdy podchodzi do tego indywidualnie, ale my nie chcemy z nikim konkurować.

MŻ: Dzięki temu możemy robić warsztaty i uczyć się od siebie, pokazywać sobie nawzajem różne triki.

DC: Musimy wręcz Marka powstrzymywać, żeby nie pokazywał wszystkiego wszystkim. (śmiech)

MŻ: Kuglarstwo to bardzo szeroka dziedzina, jest cała masa sprzętu i dzięki temu można kombinować z przekazem: bardziej lub mniej artystycznym. Możemy włączać do tego światło, ogień, wodę… wszystko.

DC: Pomimo że mamy dwie grupy, często robimy projekty wspólnie. Razem możemy robić efektowniejsze rzeczy. Chodzi nam o tworzenie jak najlepszych ulicznych show, bo wtedy wszyscy jesteśmy zadowoleni – widzimy, że zrobiliśmy coś wartościowego.

WS: Lubimy ze sobą współpracować. Pociąga to za sobą także korzyści finansowe. Wspólnie tworzymy większy spektakl, który możemy drożej sprzedać, bo im więcej profesjonalistów pracuje razem, tym lepszy efekt mogą osiągnąć. To zdrowa konkurencja, bo sami podnosimy swój poziom.

GK: Co uliczny artysta kuglarz porabia w zimie?

 DC: Występujemy nie tylko na ulicy. Jest wiele zamkniętych przestrzeni w których działamy. Możemy organizować pokazy i warsztaty chociażby w szkołach. Dysponujemy też sprzętem ledowym, a więc technologia nas wspiera.

SZTUKA?

GK: Co powiecie na taka etykietkę – „teatr ognia”?

DC: Ogień to ciężka materia, jeśli chodzi o sztukę. To zbyt duże słowo, żeby naszą działalność nazywać teatrem. Niektóre pokazy niosą określoną treść, ale są jednak przede wszystkim estetyczne. Możemy poprawiać technikę i sprawić, żeby nasz występ zachwycał. Jednak nadal nie jest to teatr. Niektórzy ludzie mówią, że robimy „teatr ognia”. Mówię wtedy, żeby pokazali mi w tym chociaż gram teatru. To jest raczej widowisko.

GK: Na ile można wasze widowisko teatralizować?

DC: Można robić teatr używając technik fireshow, ale nigdy na odwrót. Ludzie starają się czasem iść wbrew tej regule – najpierw tworzą fireshow, a później usiłują dodawać do tego teatr. Nie wychodzi z tego nic ciekawego. Publiczność też bywa zdezorientowana, bo przyszła na fireshow, a okazuje się, że ktoś przez 20 minut gania płomyk po asfalcie i opowiada historię elfa, który zgubił się w lesie. (śmiech)

Kiedy obmyślam choreografię, to owszem, uważam, że fajnie byłoby ją lekko uteatralizować, próbować ograć, ale to nigdy nie będzie prawdziwy teatr. Można wprowadzać elementy teatru, zwłaszcza w występach ulicznych, buskerskich. Tam nie chodzi tylko o ogień, który podrzucamy. Wtedy rozmawiamy z publicznością i wtedy można trochę grać. Buskerstwo moim zdaniem bardzo często jest teatrem improwizowanym – nigdy nie wiadomo, co się stanie. Możemy nauczyć się konkretnych sekwencji, trików żonglerskich ale kontakt z odbiorcami ma więcej wspólnego z teatrem niż fireshow. Fireshow to przede wszystkim choreografia, więc bardziej można by porównywać je do tańca. O ile fireshow ciężko steatralizować, to z żonglerką jest znacznie łatwiej. Powstają niesamowite spektakle Nowego Cyrku, które opowiadają całe historie opierając się na manipulacji rekwizytem. Niektóre z nich widziałem na Carnavalu Sztuk-Mistrzów, jak na przykład genialny występ grupy EaEo.

Mam też swoje typy w tej domenie. Emiliano Alessi, tancerz i żongler z Argentyny, „Pochwała zarostu” francuskiej akrobatki i brzuchomówczyni Jeanne Mordoj… Rzeczy oparte też na znakomitym aktorstwie, plastyce, reżyserii, które obronią się na każdym światowym festiwalu.

DC: To nam uświadamia, że nie mamy żadnych ograniczeń, możemy rozwijać się w dowolnym kierunku. Oczywiście jest to strasznie absorbujące i ciężko jest robić nazbyt wiele rzeczy na raz.

GK: Szukaliście wsparcia teatralnych profesjonalistów, na przykład choreografów?

DC: Uczestniczyliśmy w warsztatach ruchowych z tancerzami, między innymi z Wojtkiem Kaproniem. Uczyliśmy się lepiej ruszać na scenie, tańczyć, liznęliśmy trochę teatru. Jednak samych choreografii nie układał dla nas nikt z zewnątrz. Od zawsze wspólnie myślimy o każdym o show w oparciu o pewien pomysł..

GK: To są te pytania, na przykład – kim jest dzisiaj zawodowy artysta? Wy przeszliście na zawodowstwo, jednak nie mieścicie się w definicji artysty-profesjonalisty, który ukończył odpowiednie szkoły. Nie jesteście też amatorami, bo amator nie wykonuje wszystkiego tak precyzyjnie.

DC: Też zastanawiałem się nad tym – w sumie nie można nas uznać za profesjonalistów, bo nie ukończyliśmy szkół aktorskich czy cyrkowych. W pewnym sensie jesteśmy buskerami, którzy utrzymują się z tego, że występują na ulicy.

MŻ: Ja widzę w tym wielowiekową spuściznę kulturową. (śmiech) Zawsze o tym mówię: jeżeli w średniowieczu ktoś nie miał krzepy, nie był silny to nie mógł być wojownikiem, jak nie potrafił czytać i pisać, nie mógł być duchownym. Ale jeśli nie potrafił łowić, rzeźbić, czy robić czegokolwiek innego, to wtedy zostawał kuglarzem, bo miał dwie lewe ręce do roboty. Ale patrzył na świat kreatywnie, miał zręczne palce i pokazywał sztuczki, a ludzie rzucali mu za to pieniądze. Chodził tak od miasta do miasta, czasem wraz z innymi tworzył wędrowne trupy. Z nami jest trochę podobnie, bo nie jesteśmy aktorami, nie mamy warsztatu aktorskiego, ale nie jesteśmy też dziećmi, które zajmują się tym na chwilę, a potem pójdą do szkoły. Jesteśmy się w stanie utrzymać z tego, co robimy: działamy w szarej strefie artystycznego świata.

DC: Zajmujemy się kuglarstwem, ale nie ograniczamy się wyłącznie do tego. Na moim własnym przykładzie: działam też w teatrze, mam doświadczenie w zakresie techniki i obsługi imprez. Nie jest więc tak, że przez lewe ręce zostaliśmy kuglarzami (śmiech), powiedziałbym raczej, że mamy niesamowicie szeroki rozstrzał, bardzo wiele umiejętności koniecznych, aby radzić sobie z tym, co robimy.

MŻ: Żonglujemy naszymi umiejętnościami. Jeśli trzeba, to człowiek jest malarzem pokojowym, potem idzie do biura fundacji i jest organizatorem festiwalu, a wieczorem wychodzi na ulicę i zarabia do kapelusza.

DC: To, co robimy, traktujemy zawodowo, ale ogromna liczba osób uznaje kuglarstwo wyłącznie za swoje hobby. Żonglerka sama w sobie nie przynosi wielkich dochodów, ważniejsza jest satysfakcja z tego, co się osiąga.

MŻ: Znamy zupełnie poważnych ludzi – biznesmenów, prawników, którzy poza pracą w zawodzie mają tę pasje. Zakładają własne grupy co roku jeżdżą na kuglarskie festiwale. Ściągają garnitury i włączają się w cyrkowy świat, bo on po prostu cieszy.

GK: Dotyczy to tylko Zachodu, czy w Polsce też już są tacy ludzie?

MŻ: Są takie przypadki i u nas. Mój wykładowca ze studiów pracuje teraz jako informatyk, ale równolegle fascynuje się żonglerką. W swojej firmie rozkręca klub żonglerski.

KODEKS

Ciężko zrozumieć komuś z zewnątrz, że widowisko ogniowe ma swój język artystyczny, ale także – niepisany kodeks.

DC: Bardzo dużo ludzi, zwłaszcza początkujących, łamie różne zasady dotyczące bezpieczeństwa… Właściwie żadnego „kodeksu obsługi ognia” nie ma, ale niektórzy ignorują ogólną wiedzę. Nie mają pojęcia jak należy postępować z ogniem, jak przygotować poi, jak dbać o środowisko. Podam przykład z niemieckiego podwórka – to jest przepaść w porównaniu z sytuacją u nas: parafina nie ma prawa nigdzie chlapnąć, a już w żadnym wypadku na ludzi. My już przyjęliśmy te standardy i przekazujemy je dalej, ale zawsze w pracy z początkującymi zdarzają się takie rzeczy.

MŻ: Podstawa to zachowanie zdrowego rozsądku w każdej sytuacji.

DC: Na wszystkich etapach. Zaczynamy od przygotowania występu. Oczywiście podstawą są umiejętności – to dzięki nim człowiek czuje się pewnie podczas pokazu. Następna kwestia dotyczy odzieży. Zawsze staramy się używać ubrań wykonanych z naturalnych materiałów. Trzeba też zadbać o przygotowanie całego zaplecza technicznego, odpowiednie rozstawienie wszystkich materiałów i zabezpieczenie. Obowiązkowo musi być gaśnica. Nigdy co prawda nie musieliśmy je użyć, ale powinna być na wszelki wypadek. Kolejny krok to przygotowanie terenu, odgrodzenie go od widowni. Potrafimy opanować ogień, ale są miejsca, w których musimy ogrodzić się taśmą. Dotyczy to na przykład wydarzeń suto zakrapianych alkoholem, podczas których ciężko przewidzieć zachowania ludzi. Nie zawsze jest to konieczne. Mamy też sceniczne sposoby na to, żeby publiczność stała spokojnie, nie wkraczała w strefę gry. Następna kwestia dotyczy paliwa, w którym maczamy sprzęt. Nie da się zapobiec jego rozchlapywaniu. Często wylewa się z poi czy kija i leci w stronę publiczności. Zawsze staramy się tak operować sprzętem, żeby tego uniknąć, ale odrobina zawsze gdzieś wycieknie. Widzieliśmy jednak mnóstwo grup, którym paliwo lało się ze sprzętu, a mokrzy od niego ludzie sami uciekali z widowiska.

WS: Bezpieczeństwo widza jest zawsze na pierwszym miejscu, ale musimy też pamiętać o nas samych.

DC: Ryzyko jest wpisane w to zajęcie. Natomiast bezpieczeństwo widza, to nasz obowiązek.

WS: Kiedy prowadzimy warsztaty zawsze podkreślamy tę kwestię. Ale nie wszyscy biorą to sobie do serca.

MŻ: Zatrzymam się przy kwestii paliw i materiałów, które wykorzystują początkujący. Osoby, które są na etapie tak zwanego „wczesnego mroko-koko”, palą dosłownie wszystko co popadnie: ręczniki, dżinsy, koce azbestowe, koty, swetry… (śmiech) Koce azbestowe do tej pory nie wyszły całkiem z mody, mimo szkodliwości tego materiału. Jeszcze kilka lat temu na festiwalach ogniowych spotykało się ludzi, którzy mieli sprzęt z koca azbestowego namoczony w benzynie zakupionej gdzieś na stacji benzynowej na trasie przed występem. Jedyny sprzęt, którego my używamy, to taśmy kevlarowe – materiał wielokrotnego użytku. Genialna sprawa – płonie, ale się nie spala.

WS: Całe szczęście festiwale wprowadzają zakazy takich rzeczy, o których wspomniałeś przed chwilą. Na szczęście wszyscy zaczynają uznawać niepisane zasady za obowiązujące, pojawiają się regulaminy.

GK: Myślicie o przyszłości?

DC: Kilka marzeń, które mieliśmy 6 lat temu już się ziściło. Jeżeli jesteśmy na tyle uparci, że żyjemy z tego co zarobimy z naszych występów to czemu coś ma się nam nie udać?

GK: Strach czasem marzyć!

MŻ: Często jest tak, że żonglerzy czy kuglarze przestają robić to co kochają, bo nie pozwala im na to rzeczywistość. Dlatego marzę o stworzeniu specjalnego miejsca, żeby ratować tych artystów, enklawie odpoczynku dla wszystkich kuglarzy-uliczników, którzy znaleźli się w bardzo ciemnym zakątku. (śmiech)

GK: Spotkaliście się z opinią, że tworzycie wyizolowaną wysepkę szczęśliwości w szarym świecie?

DC: Chyba nie. Przynajmniej ja tego tak nie widzę. Raczej patrzymy na naszą działalność realistycznie. Nie zawsze wszystko dzieje się po naszej myśli, ale każdy problem jest kopniakiem motywującym, żeby robić coś innego, lepszego, rozwijać się w innym kierunku. Nie widzę w tym momencie problemów, których nie da się rozwiązać.

MŻ: Życie cyrkiem i w cyrku uczy nie tylko nowych trików. Jeśli nie idzie nam żonglowanie piłeczkami, można wziąć pojki i nauczyć się nowych rzeczy. Gdy nie mam żadnych zleceń i pieniędzy z tego co robię, muszę poradzić sobie w inny sposób, na przykład napisać projekt. Żeby napisać projekt, muszę dowiedzieć się, jak to robić. A jeśli mi się nie uda muszę pracować w barze i poznać obsługę kasy fiskalnej. Kuglarz, kiedy nie potrafi nauczyć się nowego triku, idzie na warsztaty i po problemie. Tak samo w życiu: nie potrafię czegoś – szkolę się, pytam innych, żeby wiedzieć więcej, przezwyciężyć to i iść dalej.

redakcja: Katarzyna Piwońska, Grzegorz Kondrasiuk

współpraca: Katarzyna Plebańczyk, Karolina Wysocka

widowisko grupy "Sawitar"

Parada Kuglarska 2012

widowisko grupy "Sawitar"

widowisko grupy "Sawitar"

widowisko grupy "Sawitar"

widowisko grupy Sigillum Ignis "Tango" 2011

Show Grupy "Sigillum Ignis" Pulp Fiction 2010

widowisko grupy Sigillum Ignis "Tango" 2011

Parada Kuglarska 2012

Parada Kuglarska 2012

Żonglerska Lubelska Konwencja (Żelka) 2012