Strona główna/Zakładając czerwone trzewiki

Zakładając czerwone trzewiki

„Czerwone trzewiki” – angielskim „Apocalypsis cum Figurus”? Absurdalna propozycja! Być może jednak warta rozważenia…

„Czerwone trzewiki” to prawdopodobnie najsłynniejszy film Michaela Powella i Emerica Pressburgera, którzy jako duet „The Archers” stworzyli być może najznamienitsze dzieła filmowe w historii brytyjskiego kina. Powell był Anglikiem z zagranicznymi aspiracjami, Pressburger był węgierskim Żydem desperacko próbującym zasymilować się i stać Anglikiem. Ich filmy powstałe a latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego stulecia były strzałem w dziesiątkę. Jako dziecko zawsze kiedy oglądałem któryś z filmów „The Archers” wiedziałem, że czeka mnie dwugodzinna histeria kolorów.

Nadal kocham ich filmy. Dlaczego? Są moralnie złożone i wyszukane wizualnie – łamią zasady. „Czarny Narcyz” to film o żeńskim anglikańskim zakonie, którego członkinie popadają w szaleństwo w haremie położonym w Himalajach. „Sprawa życia i śmierci”, film o pilocie wojskowym, który został uwięziony w wielkiej ruchomej windzie kursującej z Ziemi (Technicoloru) na tamten (monochromatyczny) świat. „Życie i śmierć pułkownika Blimpa”, epicka, pełna miłości, mityczna satyra na „starą gwardię”, z którą chciał się rozprawić Churchill.

Często kontrowersyjni, zawsze eksperymentujący „The Archers” cierpieli długi okres odrzucenia zanim zostali ponownie odkryci w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. W Europie i Ameryce reżyserzy tacy jak: Martin Scorsese, Brian de Palma, Terry Gilliam, Neil Jordan, Derek Jarman, Sally Potter, Francis Ford Coppola, George Romero, Bernardo Bertolucci i Steven Spielberg znaleźli w ich filmach pasję, kolor, ironię i dowcip.

Według mnie najbardziej udanym eksperymentem „The Archers” była ich idea „filmu skomponowanego” – filmu stworzonego ze scen zainscenizowanych, zaprojektowanych i skonstruowanych w pogoni za organiczną całością zainspirowaną muzyką. Czy nie jest to bliskie dźwiękowym filmom Eisensteina? Czy nawet Grotowskiemu i tak zwanej „tradycji Grotowskiego” w polskim teatrze?

Najsłynniejszym przykładem „filmu skomponowanego” są „Czerwone trzewiki” – prawdopodobnie szczytowe osiągnięcie powojennej kinematografii brytyjskiej – pierwszorzędny, mityczny, histeryczny, transcendentny film. „Opowieści Hoffmana” – być może najbardziej zuchwały film – zdumiewająco pomysłowo zekranizowana opera… Mój ulubiony? „Oh…Rosalinda!” – kiczowaty i dziwaczny balet oparty na operetce Johanna Straussa „Die Fledermaus”. Ludmila Tcherina promieniuje sex-appealem, a farba wystroju wnętrz Heina Heckrotha zdaje się nigdy nie wysychać.

Rozpocząłem ten artykuł porównaniem „The Archers” do Grotowskiego, ale to, co za chwilę wyznam będzie bliskie herezji – cenię „The Archers” bardziej niż Grotowskiego. Dlaczego? Nie tylko zrealizowali wszystko do czego przystępuje polski awangardowy teatr , ale zrobili to dla masowego odbiorcy. Nigdy nie byli elitarni – nie rozkoszowali się niejasnością. „The Archers” nie byli intelektualistami, ale stworzyli inteligentne filmy – nie potrzeba tytułu magistra kulturoznawstwa by uchwycić mityczny wymiar „Pułkownika Colonela”.

Dziś „The Archers” są sercem tradycji romantycznej angielskiego kina – bez nich nie byłoby Kena Russella ani Dereka Jarmana. Nie powiedziałbym, że moje serce przepełnia duma narodowa, ale jestem dumny, że pochodzę z kraju, który dał światu „The Archers”!

Daniel Bird
przekł. Jakub Wydrzyński

Kultura Enter
06.07.2008