Strona główna/ZARZĄDZANIE KULTURĄ: Tatary potrzebują mitu

ZARZĄDZANIE KULTURĄ: Tatary potrzebują mitu

Wśród tematów skutecznego zarządzania kulturą zaczęły być modne inicjatywy sprzyjające decentralizacji kultury, co oznacza odejście od dużych imprez i programów miejskich w śródmieściach i od scentralizowanej linii instytucji publicznych na rzecz przestrzeni nieoczywistych, na rzecz dzielnic, podwórek i miejsc zapomnianych. To tam mieszkańcy i użytkownicy kultury mogą faktycznie wziąć sprawy w swoje ręce. Nie jest to łatwy proces, ale odpowiada na realny potrzeby lokalnej społeczności. Podczas V Kongresu Inicjatyw Europy Wschodniej (29 września‒1 października 2016) w Lublinie przewidziano osobną linię tematyczną z panelami poświęconymi decentralizacji kultury. Na potrzeby artykułu jako studium przypadku niech posłuży dzielnica Tatary, z jej mikrohistoriami, w tym z wątkiem nieznanego polsko-ukraińskiego sojuszu i szlakiem Jagiellońskim.

Na Tatarach

Jest jeszcze wcześnie rano, ale na słońce wylegają zmęczone twarze. Dawno nie widziałam tylu szarych postaci naraz, ile zobaczyłam dzisiaj na przystanku przy ulicy Motorowej. Może to specyfika okolicy albo skutek tego, że rzadko korzystam z komunikacji miejskiej i sporadycznie bywam w tych rejonach Lublina. Studentka, mieszkająca tu od urodzenia, zagaduje mnie.

‒ Na Tatarach ludzie znają się i jest familiarnie. To duży plus.

Chodzę po dzielnicy: od warzywniaka do piekarni, od piekarni do ciuchlandu, od ciuchlandu do kiosku, od pawilonu do domu kultury, od domu kultury do biblioteki.

‒ Kiedyś było na dzielnicy kino „Przyjaźń”, coś się działo w Dworku Graffa, ale teraz nic tu nie ma – konstatuje moja rozmówczyni.

Dzięki pomocy aktywnie działających bibliotekarek, pracujących w osiedlowej filii Miejskiej Biblioteki Publicznej (MBP), mogę zagadnąć mieszkańców: jak widzą Tatary, jak spędzają tu wolny czas, czy czują się bezpiecznie, co by zmienili? Moimi rozmówcami są głównie osoby starsze. W tych poszukiwaniach axis mundi dzielnicy nie kieruję się żadnym kluczem ani metodą. Zdaję się na przypadek, na wszystko co wyniknie z niespiesznego wędrowania z mieszkańcami. Dzięki temu po raz pierwszy mogę spojrzeć na dzielnicę ich oczami. Dzielnicę nie brudną, jak często się ją często postrzega, ale dobrze zarządzaną, nie wyludnioną i z przewagą osób starszych, ale zamieszkaną przez młode małżeństwa, dzielnicę z potencjałem, którego nikt poza mieszkańcami zdaje się nie zauważać. Przyznaję – też przybyłam jak konkwistador, obciążona opowieściami „o najstraszniejszej dzielnicy lubelskiej”. Na szczęście mieszkańcy Tatar pomogli mi te stereotypy przełamać.

Ludzie potrzebują mitu

Tatary przez dekady nie cieszyły się – mówiąc delikatnie − najlepszą opinią. Być może gdyby mieszkańcy lepiej znali historię swojej okolicy, choćby tę najdawniejszą, poczuliby się dowartościowani. Tymczasem nie ma żadnej dużej publikacji ani strony internetowej, w których można by z dumą wskazać palcem smaczki historyczne i ciekawe postaci związane z tym rejonem miasta.

Wizytówką Lublina jest dziś Stare Miasto. Jednak zanim tą wizytówką zostało, jeszcze pod koniec lat 80. dzielnica uchodziła za niebezpieczną. Sześć lat temu, oprowadzając po Starym Mieście izraelskiego pisarza Amira Gutfreunda, opowiadałam mu o historii lubelskich Żydów i lokalnych miejscach pamięci. Gutfreund, mimo że był potomkiem ocalonego z Holokaustu, wydawał się słabo zainteresowany dziejami polsko-żydowskiej koegzystencji. Ożywił się dopiero na rzuconą mimochodem uwagę.

‒ Mogłabyś powtórzyć. Ludzie potrzebują mitu, żeby im się lepiej żyło? ‒ zapytał wyraźnie zaciekawiony.

‒ Tak, o to mi chodziło, ale nie pamiętam, co dokładnie powiedziałam.

‒ Nieważne, chodzi o mit ‒ uciął Amir Gutfreund i zanurzyliśmy się w głąb nieznanego lądu po drugiej strony Bramy Żydowskiej [tj. Bramy Grodzkiej ‒ przyp. red.].

Historia trudna

Tatary, podobnie jak kilka innych lubelskich dzielnic, również mają tragiczną historię okresu II wojny światowej. Kiedy w marcu 1942 roku Niemcy likwidowali żydowską ochronkę przy ul. Grodzkiej na Starym Mieście, dzieci przywieziono ciężarówkami właśnie na Tatary i tu rozstrzelano. Obecnie nieopodal stoją kolorowe wieżowce. Przy czym dokładne miejsce ludobójstwa można wskazać jedynie w przybliżeniu. Mimo to zarówno nauczyciele z pobliskiej szkoły, jak i mieszkańcy (przynajmniej niektórzy) chcieliby upamiętnić los żydowskich dzieci. Od wielu lat w okolicach 24 marca, którą to datę uważa się za najbardziej prawdopodobny dzień zbrodni, ludzie włączają się w rocznicowe obchody organizowane przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”.

Mordu dokonano w okolicy skrzyżowania dzisiejszych ulic Łęczyńskiej i Kresowej. Dorośli mieszkańcy Tatar domagają się dokładnego wyznaczenie miejsca zbrodni i jego wyraźnego oznakowania, choćby postawienia pamiątkowej płyty lub kamienia. Są gotowi w tym uczestniczyć, chcieliby się włączyć w taką lokalną inicjatywę, tyle że wyraźnie nie wiedzą, jak zacząć. Pytanie, kto powinien ich wesprzeć? A przecież nawet jeśli najbliższa przestrzeń jest naznaczona ponurą historią, warto o niej pamiętać, ponieważ jest to część wielkiej historii europejskiej.

Tatary mają wciąż niezapisaną księgę miejsc do zrekonstruowania i budowania nowych opowieści. Na docenienie czekają: dawny dworzec (gdzie jeszcze nie tak dawno temu miało powstać centrum nauki), amfiteatr, bulwar nad rzeką z panoramą starego miasta, wąwóz z miejscem pamięci i przede wszystkim ludzie, będący największym potencjałem każdego miejsca.

Myślenie mityczne wpisane jest w dzieje każdej społeczności. Czasem ludzie tęsknią nie tyle za idealnym obrazem świata, co za wizją, regułą, zasadnością istnienia. Stąd być może wynika to żywe zainteresowanie mieszkańców Tatar historią dzielnicy. To potrzeba przydania okolicy znaczenia.

Oswajanie miejsc

A co z bezpieczeństwem? Sprzedawczyni podnosi głowę znad krzyżówki i uśmiecha się w odpowiedzi na pytanie o to, czy się boi.

‒ Mieszkam tu czterdzieści lat i nie zamieniłabym tego miejsca na żadne inne. A ci, którzy tu kiedyś rozrabiali, dawno nie żyją.

‒ A obcokrajowcy? Czy bywają tu? – dopytuję.

Ku mojemu zaskoczeniu dzisiaj mieszka tu grupa Wietnamczyków, kiedyś widywało się Gruzinów, Czeczenów, teraz więcej Ukraińców.

− Zgodnie jest, nie było incydentów przeciwko cudzoziemcom ‒ mówią jednogłośnie tutejsi.

Ale przecież nie jest idealnie, bo nigdzie nie jest. I na mapie Tatar znajdą się miejsca, których lepiej unikać. Działania kulturalne, aktywność mieszkańców mogą przydać nowych znaczeń takim miejscom, oswoić je, sprawić, by stały się przyjazne i bezpieczne.

Historia najdawniejsza

Co z dawnymi Tatarami? Już w dokumentach z XV wieku znajdują się wzmianki o wsi Tatary graniczącej z Bronowicami. Ale trzeba się natrudzić, żeby znaleźć o tym informacje. Pasjonatom lokalnej historii brakuje porządnej strony internetowej i poważnego omówienia historycznego. I nie chodzi o fakty na wagę mitu założycielskiego, ale raczej o ciekawostki, które pozwoliłyby przełamać stereotyp dzielnicy robotniczej i marginesu społecznego, dzielnicy bez historii.

Zasługi na tym polu ma pani Jolanta Niedzińska, kierowniczka jednej z filii Miejskiej Biblioteki Publicznej.

‒ W tym roku obchodzimy stulecie włączenia wsi Tatary do Lublina. Nazwa związana jest z podaniem, według którego na okolicznych polach miał stoczyć walkę Kazimierz Wielki z Tatarami i Rusinami. Tu mogli być osadzeni jeńcy tatarscy. Ludność tatarska osiedlała się tutaj, jak i w innych rejonach Polski, jeszcze za Władysława Jagiełły. Wieś Tatary leżała na ważnym szlaku komunikacyjnym ze wschodu na zachód, na tak zwanym szlaku Jagiellońskim. 3 marca 1787 roku, o czym donosi biskup Adam Naruszewicz, na nocleg we dworze u starosty lubelskiego, właśnie we wsi Tatary, zatrzymał się król Stanisław August Poniatowski. Dlaczego by o tym wszystkim nie przypominać?

Pani Jolanta jest pełna pasji, którymi zaraża. Chętnie też wchodzi w dialog z pomysłami podsuwanymi przez innych. Jako mieszkanka dzielnicy od ponad trzydziestu lat świetnie zna okolicę i potrzeby sąsiadów.

‒ Ludzie zaczęli się interesować historią dzielnicy. Mieszkańcy Tatar potrzebują nowego mitu. Ile można się dołować? Jak długo da się żyć w przekonaniu, że jesteśmy gorsi, że żyjemy w biednej i szarej płycie betonowej?… Ludzie chcą wiedzieć, skąd pochodzi nazwa dzielnicy i co tu było wcześniej, przed PRL-em.

Laboratorium Sztuki Społecznej

W ostatnich latach Urząd Miasta Lublin skierował wiele wydarzeń o profilu kulturalnym do mieszkańców dzielnic peryferyjnych. Instytucje miejskie i animatorzy kultury wpisują się w pomysły sprzyjające decentralizacji kultury, obejmujące działania nie tylko w centrach i śródmieściach, ale także na obrzeżach. Takimi projektami, realizowanymi cyklicznie, są na przykład Dzielnice Kultury i Noc Kultury, organizowane i koordynowane przez Warsztaty Kultury w Lublinie. Na społeczności lokalnej skupione jest również Laboratorium Sztuki Społecznej (LSS), prowadzone przez animatorkę i kuratorkę Agatę Will. W tym projekcie artyści (reprezentujący różne dziedziny sztuki), naukowcy, urbaniści podejmują działania angażujące mieszkańców lubelskich dzielnic, przy aktywnym wsparciu lokalnych animatorów kultury. Chodzi o odwrócenie ról: artyści z kreatorów zamieniają się w nauczycieli sztuki, natomiast mieszkańcy z biernych obserwatorów – w twórców kultury.

Pierwsza pogłębiona część LSS polegała na konsultacjach społecznych w jednej z najstarszych dzielnic lubelskich – na Kalinowszczyźnie. W latach 2014‒2015 przeprowadzono wywiady środowiskowe z mieszkańcami tej dzielnicy, po to, aby zrozumieć ich faktyczne potrzeby kulturalne.

‒ Chcieliśmy poznać potencjał miejsca, ale i deficyty, potrzeby mieszkańców oraz ich wyobrażenia na temat zamieszkiwanej przestrzeni – tłumaczy Agata Will.

Kilkuetapowa diagnoza pokazała pełniejszy obraz Kalinowszczyzny, długo uważanej w Lublinie za dzielnicę, podobnie jak Tatary, niebezpieczną. Okazało się, że przez mieszkańców postrzegana była jako urokliwa, głównie ze względu na bogactwo terenów zielonych. Prawdziwą bolączką okazał się natomiast brak miejsc publicznych, w których mogłaby się spotykać tutejsza młodzieży. To do „Kaliny” często porównują się dzisiaj mieszkańcy Tatar.

‒ Tutaj jest inaczej niż na „Kalinie”. Tam jest ruch, ludzie spotykają się, coś załatwiają, a na Tatarach młodzi zamiast grać w piłkę na boisku, piją piwo ‒ mówi anonimowy przechodzień.

Fabryki czy ptaki

Warto wsłuchać się w głos mieszkańców. To oni potrafią wskazać miejsca przyjazne oraz te, które wymagają inwestycji lub zwykłej troski. Rok temu udało im się skutecznie zablokować budowę spalarni śmieci w okolicy. Zjednoczyła ich pamięć o stosunkowo niedawnej przeszłości. Przez cały okres PRL-u Tatary były noclegownią dla robotników z pobliskich zakładów przemysłu ciężkiego: Fabryki Samochodów Ciężarowych, Zakładów Metalurgicznych URSUS i kilku innych. Ich zlikwidowanie oznaczało bezrobocie dla dużej grupy osób, ale miało też dobre strony.

− Dziś jest lepsze powietrze, bo nie unosi się nad oknami smolisty dym. Wreszcie mamy czym oddychać ‒ mówią mieszkańcy.

Faktycznie tylu rozśpiewanych ptaków w gałęziach wysokich drzew jak przy ul. Motorowej dawno nie słyszałam na miejskich osiedlach.

Mieszkańcy doceniają poprawę jakości otoczenia, mimo że obiektywnie żyje im się teraz trochę mniej wygodnie. Za PRL-u główne ulice tętniły życiem. Teraz większość sklepów i zakładów usługowych zlikwidowano, bo czynsze są wysokie. Do zegarmistrza, szewca i pralni trzeba pojechać do śródmieścia. Dawniej lokalne centrum stanowił zatłoczony dworzec kolejowy i autobusowy. To wokół niego skupiały się najlepsze butiki, to tu krzyżowały się trasy mieszkańców i przyjezdnych. Dziś w tym miejscu przebiega droga łącząca Lublin z portem lotniczym w Świdniku. Nowa sytuacja to wyzwanie dla Rady Dzielnicy. Jej przewodniczący Józef Nowomiński wciąż szuka pomysłów, które pomogłyby zrewitalizować opustoszałe tereny i zjednoczyć wspólnotę mieszkaniową.

Działania wspólnie z mieszkańcami, nie dla nich

Mieszkańcy (nie tylko tej dzielnicy) nie zawsze chętnie uczestniczą w projektach proponowanych przez ludzi kultury, zwłaszcza kiedy osoby z zewnątrz narzucają jakiś model partycypacji społecznej. W Lublinie przez lata wypracowano obywatelską gotowość samodzielnego animowania własnej przestrzeni. Na taką postawę wpłynęły między innymi wspólne starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, a także budżety obywatelskie, zachęcające do indywidualnych inicjatyw. Takie „włączające” myślenie o kulturze sprawiło, że w obywatelach obudziła się chęć działania i przyłączania się do różnego rodzaju inicjatyw. Również mieszkańcy Tatar dostrzegli możliwość rozwoju swoich pasji na własnym podwórku. Teraz trzeba tylko wesprzeć te aktywne i chętne do pracy osoby, mając na uwadze, by organizować działania wspólnie z nimi ‒ nie! dla nich.

Na Tatarach prosty problem braku konsultacji społecznych ujawnił się podczas projektowania sieci rowerów miejskich.

‒ To najbardziej nietrafione miejsce na stację rowerową. Rzadko kto z niej korzysta, bo znajduje się po nieuczęszczanej stronie wiaduktu. Dlaczego nikt nie zapytał nas o podpowiedź ‒ pytają chórem mieszkańcy Tatar, objaśniając mi specyfikę ul. Hutniczej, przy której usytuowano stację rowerową.

Mieszkańcy przyznają, że czasem brakuje im determinacji. I że za mało interesują się budżetem obywatelskim.

Wspólne, to znaczy czyje

Dziś głównymi problemami dzielnicy są: wiadukt, czyli jedyne przejście z osiedla Przyjaźni na osiedle Motor, nieoświetlony i bez windy dla osób starszych, a także bieda i alkoholizm, wynikające z bezrobocia. Niektórzy sugerują, że problemem może być także mentalność mieszkańców, wśród których tylko niektórzy czują się odpowiedzialni za swoją przestrzeń. Pozostałym wydaje się, że skoro coś jest wspólne, to znaczy niczyje, więc można niszczyć przystanki, dewastować klatki schodowe, zaśmiecać place zabaw i chodniki…

‒ Dzielnica kojarzy się z kibicami klubu „Motor” ‒ tak mówią młodzi.

‒ …lub z patologią i postawą roszczeniową utrwaloną poprzez możliwość korzystania z MOPS-u ‒ tak diagnozują dorośli.

Każda dzielnica ma swoje miejsca newralgiczne i każdy mieszkaniec zacząłby zmiany od czego innego. Pani Mariola proponuje metodę małych kroków. Akurat ją najbardziej irytują kościelne dzwony, które biją aż trzy razy dziennie, także w dni powszednie. Dla wszystkich problemem są zbyt drogie czynsze, co zabiło osiedlowe usługi i handel. Jednak mieszkańcom Tatar chyba najbardziej doskwiera to, że nie czują zainteresowania ze strony władz miejskich. Ani ze strony licznych fundacji, które znalazły siedziby w dawnym pasażu handlowym przy ul. Hutniczej. Pracownicy tych organizacji dojeżdżają na Tatary do pracy z innych osiedli. Z moich rozmów z nimi wynika, że większość tych osób nie czuje się związana z dzielnicą, w której tylko pracują.

Dzieci kwiaty na łąkach tatarskich

W latach 70. mieszkańcy Tatar mieli do dyspozycji osiedlowy amfiteatr, a także odkryty basen i plażę nad pobliską Bystrzycą − żeby zająć dogodne miejsce do plażowania w niedzielne popołudnie, trzeba było już o poranku przyjść z kocami. W amfiteatrze często zbierała się przy gitarach rozśpiewana młodzież. Dziś po tych obiektach praktycznie nie ma śladu. Planuje się odbudowanie amfiteatru, ale prace wciąż nie mogą się rozpocząć z powodu zawiłości prawnych. W dzielnicy działają wprawdzie dom kultury i biblioteki, ale te placówki nie dysponują dużymi przestrzeniami, amfiteatr umożliwiłby organizację imprez plenerowych, integrujących wszystkich mieszkańców.

Varia

Na początku stycznia 2016 roku młody ukraiński artysta Igor Stahniv przyjechał do Lublina, żeby ustalić nazwiska kilkudziesięciu petlurowców, którzy najpierw wsparli Polaków w walce z bolszewikami w 1920 roku, a potem osiedlili się w Lublinie i okolicy. Ich bezimienne groby znajdują się na lubelskim cmentarzu przy ul. Lipowej, po wschodniej stronie kaplicy prawosławnej. Do lipca 2016 roku Igor zidentyfikował 75 osób. Jeden z Ukraińców mieszkał przy ulicy Firlejowskiej. W pobliżu stoi wieża dawnej fabryki eternitu, z której zachowała się charakterystyczna piękna kopuła[i].  W tej przestrzeni właśnie Igor przygotował instalację artystyczną. Zakończeniem pracy ma być film. Zapewne znajdzie się w nim wyjaśnienie całej historii. W ten sposób mieszkańcy ulicy, i nasze polsko-ukraińskie relacje, zostaną wzbogacone o nową opowieść.

Takich wspomnień, artefaktów i ciekawostek, które pobudzają wyobraźnię i zachęcają do działania na rzecz własnej przestrzeni nie brakuje. Co ciekawe, często to goście lub nowi mieszkańcy odkrywają zapomniane fakty i nieznanych bohaterów. Ludzie i miejsca wciąż czekają na siebie.

Aleksandra Zińczuk

[i] Konstrukcję zaprojektował architekt Jan Witkiewicz-Koszczyc, siostrzeniec Witkacego, budowniczy Nałęczowa, konserwator wieży ariańskiej w Wojciechowie czy dworku w Adampolu koło Włodawy.

Aleksandra Zińczuk – działaczka społeczna, badaczka dziedzictwa ustnego pogranicza i m.in. relacji polsko-ukraińskich, realizatorka wystaw, sesji oraz festiwali o tematyce wschodnioeuropejskiej, autorka i redaktorka książek z zakresu literatury, historii współczesnej i historii mówionej.

 

Kultura Enter
2016/10 nr 74
Tatary, os. Motor: mural. Fot. Aleksandra Zińczuk (i wszystkie poniżej)

Tatary, os. Motor: mural. Fot. Aleksandra Zińczuk (i wszystkie poniżej)

Mural na os. Motor w kontekście

Mural na os. Motor w kontekście

Pod koniec XX wieku pasaż handlowy na os. Motor tętnił życiem. Dziś przyciągają tu tylko dom kultury i biblioteka. W opuszczonych lokalach handlowych siedziby znalazły fundacje i stowarzyszenia

Pod koniec XX wieku pasaż handlowy na os. Motor tętnił życiem. Dziś przyciągają tu tylko dom kultury i biblioteka. W opuszczonych lokalach handlowych siedziby znalazły fundacje i stowarzyszenia

„Strzeż się tych miejsc"... Tatary powoli oswajają niebezpieczne zaułki

„Strzeż się tych miejsc"... Tatary powoli oswajają niebezpieczne zaułki

Os. Motor: oswajaniu przestrzeni, budowaniu nowej historii miejsc służą m.in. murale, jak choćby ten o tematyce patriotycznej

Os. Motor: oswajaniu przestrzeni, budowaniu nowej historii miejsc służą m.in. murale, jak choćby ten o tematyce patriotycznej

Os. Motor: mural w kontekście

Os. Motor: mural w kontekście

Wiadukt, który łączy osiedla Motor i Przyjaźni, faktycznie dzieli przestrzeń, ponieważ jest trudny do pokonania dla osób starszych, niepełnosprawnych, matki z dziećmi...

Wiadukt, który łączy osiedla Motor i Przyjaźni, faktycznie dzieli przestrzeń, ponieważ jest trudny do pokonania dla osób starszych, niepełnosprawnych, matki z dziećmi...

Os. Przyjaźni: stacja rowerowa w miejscu, w którym bywają raczej przyjezdni niż mieszkańcy; przykład skutków braku konsultacji społecznych

Os. Przyjaźni: stacja rowerowa w miejscu, w którym bywają raczej przyjezdni niż mieszkańcy; przykład skutków braku konsultacji społecznych

LSS 2015: projekt Eleny Azzedin "Słowa Miasta". Fot. Bartek Nowakowski

LSS 2015: projekt Eleny Azzedin "Słowa Miasta". Fot. Bartek Nowakowski

"Słowa Miasta" - zoom. Fot. Bartek Nowakowski

"Słowa Miasta" - zoom. Fot. Bartek Nowakowski

Elena Azzedin z mieszkańcem ul. Lubartowskiej, na której realizowała projekt. Fot. Bartek Nowakowski

Elena Azzedin z mieszkańcem ul. Lubartowskiej, na której realizowała projekt. Fot. Bartek Nowakowski

LSS 2015: warsztaty komiksu. Fot. Marcin Pietrusza

LSS 2015: warsztaty komiksu. Fot. Marcin Pietrusza

LSS 2015: Muzeum Powszechne Dzielnicy Kalinowszczyzna. Na zdjęciu od lewej: Agata Will, Szymon Pietrasiewicz, z prawej Grzegorz Rzepecki. Fot. Ewelina Kruszewska

LSS 2015: Muzeum Powszechne Dzielnicy Kalinowszczyzna. Na zdjęciu od lewej: Agata Will, Szymon Pietrasiewicz, z prawej Grzegorz Rzepecki. Fot. Ewelina Kruszewska

Dzielnice Kultury 2015: cyrk na ul. Lubartowskiej 55 (22.07.2015Marcin Butryn

Praca z (nie)pamięcią. Projekt Igora Stachniva i instalacja przy ul. Firlejowskiej. Fot. Piotr Łucjan, liepiec 2016.

Praca z (nie)pamięcią. Projekt Igora Stahniva i instalacja przy ul. Firlejowskiej. Fot. Piotr Łucjan, lipiec 2016.