W DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI LITWY. Niebezpieczne nurty nadbrzeża Niemna
Nikodem Szczygłowski
„Dzisiaj, widząc, jak Rosja morduje Ukrainę, rozumiemy: niepodległa Litwa to nie jest coś, co jest nam dane raz na zawsze, ale odpowiedzialność, do której w końcu dorośliśmy, aby ją przyjąć. Sam fakt, że świętujemy dwa dni niepodległości, przypomina nam o naszej niekompletnej historii” – mówi Karolis Kaupinis, reżyser filmowy, jeden z inicjatorów powstania Kultūros Asamblėja (Zgromadzenia Kultury). Dziś, kiedy za nieco ponad miesiąc Litwa będzie obchodzić 36 lat od momentu restytucji niepodległości, a przed tym 16 lutego świętować 106. rocznicę deklaracji niepodległości kraju, te słowa mają wyjątkową wartość i znaczenie.
Druga połowa ubiegłego roku przebiegła na Litwie pod znakiem masowych protestów, których ten kraj nie widział od dawna. Podłożem ku temu stała się dość znacząca zmiana sceny politycznej kraju po wyborach do Sejmu w 2024 roku, które wyłoniły zwycięstwo LSDP – Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej. Od samego początku sytuacja ta wywoływała wielkie emocje i pogłębiła podziały w społeczeństwie. Vilija Blinkevičiūtė, popularna polityczka i europosłanka, ciesząca się znaczącym poparciem wśród wyborców lewicowych, była de facto twarzą partii podczas kampanii wyborczej i niedwuznacznie obiecywała, że w razie wygranej stanie na czele rządu – jednak po wyborach wolała pozostać na bezpiecznym stanowisku w Brukseli. Szefem rządu został więc szerzej nieznany ogółowi Gintautas Paluckas, a głosy oburzonych taką zamianą zwycięzcy socjaldemokraci ucięli wówczas, kwitując, że wyborcy przecież głosowali na partię, więc to partia zadecyduje, kto ma stanąć na czele rządu.
Rząd Paluckasa nie utrzymał się jednak długo i upadł po ośmiu miesiącach od zaprzysiężenia, kiedy pod koniec lipca 2025 roku premier został zmuszony podać się do dymisji, jednocześnie rezygnując ze stanowiska przewodniczącego partii. Decyzję tę Paluckas podjął w związku z licznymi kolejnymi aferami dotyczącymi jego przeszłości, powiązań biznesowych i podejrzanych transakcji ujawnianych przez media w ciągu poprzedzających tę decyzję miesięcy.
Na czele kolejnego, 20. rządu Republiki Litewskiej stanęła po długich poszukiwaniach odpowiedniego kandydata (LSDP cierpi na dotkliwy brak kadr) Inga Ruginienė, 45-letnia działaczka związków zawodowych bez większego doświadczenia politycznego, pełniąca funkcję ministry opieki społecznej i pracy w rządzie Paluckasa.
Głęboki kryzys polityczny wynikł jednak nawet nie tyle wskutek nieudolności socjaldemokratów i braku kadr oraz charyzmatycznych postaci w ich szeregach, lecz ze względu na utworzenie przez nich koalicji rządowej, do której domontowano partię Remigijusa Žemaitaitisa Nemuno Aušra (Świt Niemna), która w wyborach 2024 zdobyła wynik 14,99%. Lidera tego ugrupowania w dużym uproszczeniu można uznać za pewien odpowiednik Grzegorza Brauna, jest politykiem skrajnie populistycznym i w znacznym stopniu sięgającym po głosy tzw. „antysystemowych” wyborców, mobilizując ludzi o różnych skrajnych poglądach – antyszczepionkowców, przeciwników Unii Europejskiej, często o (zazwyczaj niegłoszonych otwarcie) poglądach prorosyjskich itp. Ciężko jest jednoznacznie określić usytuowanie tej partii po którejś stronie sceny politycznej, z wyjątkiem radykalnego populizmu Świtu Niemna nie cechuje jakaś wyraźna ideologia, choć sam Žemaitaitis chętnie mówi m.in. o „wartościach tradycyjnych” i „dumie narodowej”, co w jego przypadku łączy się chociażby z niespecjalnie ukrywanym szowinizmem.
Od samego początku udział tej formacji w rządzie wzbudzał niesmak i skrajne uczucia w znacznej części społeczeństwa litewskiego. Žemaitaitis, który został pozbawiony mandatu Sejmu poprzedniej kadencji za złamanie konstytucji i przeciwko któremu toczy się postępowanie karne w kontekście jego wypowiedzi o charakterze antysemickim, zdołał jednak na potrzebę wyborów stworzyć listy partyjne, składające się przeważnie z postaci, które nie znalazły dla siebie miejsca w innych partiach i/lub kierowani są wyłącznie chęcią szybkiego zaistnienia w polityce bez względu na okoliczności. Sklecona w ten sposób partia w samej nazwie i symbolice mocno odwołuje się do prymitywnie rozumianej ludowości (wykorzystuje między innymi wzory ze strojów ludowych przypominające te, które widnieją w reżimowej fladze Białorusi) i z przekąsem nazywana jest na Litwie „niemeńską kiełbasą”, w domyśle „wyborczą”, ale to też gra słów – aušra (zorza,świt) i dešra (kiełbasa). Twardo domagała się należnych jej tek ministerialnych w zamian za lojalność wobec socjaldemokratów już w rządzie Paluckasa, natomiast zresetowanie rządu we wrześniu 2025 stworzyło sytuację, którą Žemaitaitis postrzegł jako możliwość podbicia stawki. W ramach porozumień z LDSP przedstawiciel NA Ignotas Adomavičius został we wrześniu 2025 mianowany ministrem kultury, pomimo zdecydowanego sprzeciwu środowiska kulturalnego i akcji protestacyjnej przeciwko jego kandydaturze. Należy zaznaczyć, że tekę ministerstwa kultury przekazano osobie bez żadnych kompetencji w tej dziedzinie, ale dla odmiany skoligaconej rodzinnie z liderem partii Žemaitaitisem.
Prezydent Nausėda zaapelował, aby „dać mu szansę”, z kolei Žemaitaitis, słusznie uważany za najbardziej osobliwą postać na obecnej litewskiej scenie politycznej, w sposób dla niego charakterystyczny cynicznie oświadczył, że nic nie poradzi na to, że ma „liczną rodzinę w całym kraju” (Adomavičius jest krewnym jego żony).
„Kultura nie jest kartą przetargową polityków!” – pod tym hasłem odbył się pierwszy protest przed pałacem prezydenckim w Wilnie, na Placu Teatralnym w Kłajpedzie i w wielu innych miastach na Litwie. Kultūra – tai ne chaltūra! – skandowali uczestnicy protestu. Żargonowym wyrazem chaltūra określa się fuchę, ale też coś, co się robi byle jak.
Remigijus Žemaitaitis na protesty zareagował m.in. takim komentarzem na platformie X:
„Kultura była w niebezpieczeństwie od 35 lat!
Dopiero teraz, tu i dziś możemy ochronić KULTURĘ!
Ochrońmy:
KULTURĘ
NASZE TRADYCJE
JĘZYK
HISTORIĘ
Najwyższy czas stanąć do wspólnego celu za nasze państwo!
Państwo bez własnego języka, historii i kultury stanie się [własnością widocznie] niewolników i cudzoziemców!
Przyjdą i odbiorą to, co dla nas jest drogie.
Dziś jest ten moment przełomowy, kiedy możemy stanąć w obronie wartości, które były tworzone przez naszych rodziców, dziadków, pradziadków…
Moi drodzy, murem za kulturą, którą nam chcą odebrać wolnomyśliciele libertyni.”
Wybrana przez kontrowersyjnego polityka retoryka nie jest bynajmniej przypadkowa. Žemaitaitis konsekwentnie buduje swój przekaz na rzekomym „patriotyzmie” i „obronie tradycji”, a także „trosce o zwykłego człowieka”, przeciwstawiając go rzekomo „zdegradowanym” i „oderwanym od rzeczywistości” „elitom wileńskim”. Przekaz ten jest prosty – wręcz prymitywny czasami – ale, jak się okazało, dość skuteczny. Polityk jest niezwykle aktywny w docieraniu do elektoratu, któremu bez trudu udaje się wmówić, że jest „zapomniany” przez „panów z Wilna”.
Choć w wyniku protestów Adomavičius musiał ustąpić, a jego tekę ostatecznie przejęła ministra od socjaldemokratów, nastrojów to nie uspokoiło.
Droga sukcesu
Litwa jest bez wątpienia krajem, któremu udało się przejść długą drogę od biednej republiki związkowej ZSRR do w miarę zamożnego kraju UE, o dobrze funkcjonującej gospodarce i stosunkowo wysokiej stopie życiowej. Skala przemian, która zaszła na Litwie od momentu restytucji niepodległości 11 marca 1990 roku do dziś rzeczywiście jest imponująca.
Na początku transformacji Litwa, podobnie jak sąsiednie Łotwa i Estonia, względem pozostałej Europy – nawet większości krajów tzw. demokracji ludowych – znajdowała się na znacznie gorszych pozycjach i była na szarym końcu krajów, które zaczynały reformy wolnorynkowe. Przykładowo PKB per capita rzędu 2,7 tysiąca dolarów w przypadku najbogatszej wówczas Estonii (Litwa miała niecałe 2 tysiące) jest bardzo wymownym wskaźnikiem, jeśli porównamy go do chociażby innych krajów w tym samym czasie: Słowenia – 10,7 tysiąca dolarów, Chorwacja – 4,9 tysiąca dolarów, Czechy – 5,8 tysiąca dolarów, Węgry – 4,5 tysiąca dolarów. Tymczasem w 2025 Litwa znalazła się właściwie w czołówce wszystkich krajów postkomunistycznych, a dysproporcje rozwojowe pomiędzy nią a pozostałymi krajami dawnego ZSRR są znacznie większe niż były w 1995 roku.
Dzisiejsza Litwa jest absolutnym liderem wzrostu i dogłębnych przemian gospodarczych (ale też ustrojowych) spośród wszystkich krajów regionu. W ciągu trzech dekad nie tylko wyprzedziła Łotwę i Polskę oraz prawie wyrównała dystans dzielący ją do Estonii, ale też ze swoim obecnym wskaźnikiem PKB per capita (30,8 tysiąca dolarów) i minimalnym wynagrodzeniem brutto 1,1 tysiąca euro (przeciętne wynagrodzenie sięga 2,1 tysiąca euro) praktycznie dorównuje obecnie najbogatszym krajom regionu jak Czechy (33 tysiące) i Słowenia (35,3 tysiąca), a także znacząco wyprzedza Grecję (25,7 tysiąca), nieznacznie Portugalię (30 tysięcy) i jeśli chodzi o poziom dochodów i życia, ma znacznie bliżej do Hiszpanii czy Włoch niż do Rosji czy Białorusi.
Zresztą, właśnie porównanie tych dwóch sąsiadujących ze sobą krajów – Litwy i Białorusi – które w 1995 roku znajdywały się na dość podobnym poziomie rozwoju (Litwa z PKB per capita rzędu 1,9 tysiąca dolarów i Białoruś z wynikiem tysiąca dolarów) wygląda dziś chyba najbardziej spektakularnie. PKB per capita Białorusi (7,9 tysiąca dolarów) jest prawie czterokrotnie mniejsze niż Litwy (30,8 tysiąca dolarów).
Wbrew temu, co też stereotypowo się sądzi (i co intensywnie próbuje wmawiać m.in. propaganda rosyjska poprzez swoje środki przekazu), Litwa już od co najmniej pięciu lat jest krajem raczej masowej imigracji niż masowej emigracji. W ciągu każdego kolejnego roku, zaczynając od 2020, więcej osób do Litwy przyjeżdża niż z niej wyjeżdża.
Przy czym zjawisko to dotyczy zarówno reemigracji obywateli litewskich (w szczególności ze Zjednoczonego Królestwa), jak i imigracji obywateli krajów trzecich – poza Białorusią i Ukrainą w większości krajów kaukaskich i Azji Środkowej, ale też coraz więcej nad Niemnem jest obywateli Indii, Turcji i innych.
Zjawisko masowej migracji jest nowe dla Litwy, społeczeństwo dopiero uczy się z nim oswajać i wywołuje to już dziś pewne napięcia społeczne oraz poszukiwania rozwiązań. Przykładowo od stycznia bieżącego roku wszyscy migranci zarobkowi z krajów trzecich mają obowiązek wykazania się udokumentowaną znajomością języka litewskiego. Zaś obecność nad Niemnem wyjątkowo licznej społeczności nowych migrantów – zarówno politycznych, jak i zarobkowych – z Białorusi oraz uchodźców wojennych z Ukrainy wywołuje burzliwe dyskusje na temat używanego przez nich przeważnie języka rosyjskiego i możliwości ich integracji społecznej opartej o znajomość języka litewskiego. W przypadku Białorusinów dodatkowo rozgrywana przez poszczególnych polityków i aktywistów społecznych jest karta tzw. „litwinizmu“ – czyli w skrócie dość marginalnej pseudonakowej teorii o rzekomym wyłącznie białoruskim rodowodzie Wielkiego Księstwa Litewskiego, na podstawie której Białorusini mieliby mieć pretensje do dziedzictwa WKL na wyłączność. Wszystko to wywołuje liczne napięcia w społeczeństwie litewskim, wykorzystywane przez skrajnych polityków, zwłaszcza Žemaitaitisa.
Działać na dobro Litwy (sowieckiej)
W odróżnieniu od elit, odwołuje się on nie tyle do symboliki 11 marca 1990 i ofiary 13 stycznia 1991, co do haseł o „stabilności”, „tradycji” i chętnie mówi o ludziach, którym transformacja „nie przyniosła ani dobrobytu, ani poczucia pewności dnia jutrzejszego”, pogłębiając w ten sposób podział w społeczeństwie oparty na różnej interpretacji epoki Litwy radzieckiej.
Dla większości Litwinów był to okres radzieckiej okupacji, który wiązał się też m.in. z sowieckimi represjami wobec narodu litewskiego, krwawym stłumieniu zbrojnej powojennej rezystencji, masowymi zsyłkami w głąb ZSRR, przymusową kolektywizacją, sowietyzacją życia społecznego i rusyfikacją obyczajową. Część społeczeństwa jednak akcentuje, że również wtedy – używając słów Algirdasa Brazauskasa – można było „działać dla dobra Litwy”. W uproszczeniu chodzi więc wciąż o walkę dwóch skrajnie odmiennych postaw – reprezentowanych równie symbolicznie przez Vytautasa Landsbergisa i właśnie wspomnianego wyżej Algirdasa Brazauskasa.
Na tym tle dyskusja chociażby o upamiętnieniu w Wilnie Justinasa Marcinkevičiusa – znanego utalentowanego poety, który świadomie zdecydował się służyć sowieckiemu reżimowi – która ostatnio rozgorzała na nowo, stała się symboliczną kolejną linią podziału.
„W gruncie rzeczy każda grupa mówi o swoich własnych postawach egzystencjalnych i znajduje w Marcinkevičiusie odbicie własnych wyborów czy własnych wartości. Jest on dla nich jak lustro, w jego biografii widzą – lub nie widzą – samych siebie. Dlatego też takie dyskusje są bardzo emocjonalne, a osoby w nie zaangażowane z reguły nie są skłonne do ustępstw. Uważają, że Marcinkevičius i jego twórczość są – lub nie są – integralną częścią ich własnej tożsamości. Z tego powodu te dyskusje zwykle mocno elektryzują przestrzeń publiczną. Politycy, którzy to obserwują, doskonale zdają sobie sprawę z symbolicznej mocy, znaczenia i wartości tej postaci” – mówi mi dr Aurimas Švedas, dyrektor Litewskiego Instytutu Historii.
„Opowieści o wspólnych doświadczeniach historycznych, ich znaczeniu i wartości dla naszego życia są jedną z najsilniejszych więzi łączących społeczeństwa. Proces takich dyskusji i poszukiwania konsensusu komplikuje fakt, że historia jest wykorzystywana do różnych celów polityki, handlu, dyplomacji kulturalnej, nauki, sztuki i tworzenia tożsamości. Z reguły ludzie zaangażowani w debatę na temat znaczenia historii dla naszego życia nie zastanawiają się nad tym, że »prawda« historyka może znacznie różnić się od »prawdy« polityka. A taka refleksja jest po prostu konieczna, gdy próbujemy się nawzajem zrozumieć i dojść do porozumienia. Na Litwie wciąż uczymy się mówić o takich rzeczach i czasami nam się to udaje, a czasami nie jesteśmy w stanie uniknąć instrumentalnego, selektywnego podejścia do historii” – konkluduje historyk.
Zdaniem reżysera Karolisa Kaupinisa źródeł podziałów społecznych, które zaostrzyły się ostatnio i są paliwem dla populistów, należałoby szukać w przymusowej kolektywizacji, będącej znaczącym filarem powojennej sowietyzacji Litwy. Według słów reżysera, zniszczyła ona całkowicie istniejący od setek lat mikrokosmos litewskiej wsi, odebrała litewskiemu rolnikowi jego własność i zniszczyła poczucie odpowiedzialności za nią, a także zrujnowała tę tradycyjną wspólnotę, pozostawiając ludzi całkowicie zdemoralizowanymi i zdezorientowanymi.
„W końcu to okupanci i ich kolaboranci wygrali powojenne walki rezystencji – mówi Kaupinis – z kolei po odzyskaniu niepodległości w 1990 roku nie przeprowadzono w kraju normalnej lustracji. Dawna sowiecka nomenklatura stała się nową klasą posiadaczy kapitału trzymającą władzę na prowincji litewskiej. Litewska wieś w wielu miejscach pogrążyła się w stagnacji, prawdziwe możliwości finansowe poprawiły się dopiero dzięki funduszom UE, ale wolne, zamożne przedwojenne chłopstwo, które było filarem pierwszej republiki, jako warstwa społeczna już się nie odrodziło. Wiele regionów prowincji litewskiej pozostało w moralnym zamrożeniu »kołchozu«. Ten zakonserwowany miejscami model polityczny przypomina osobliwą mieszankę dworu Wielkiego Księstwa Litewskiego i radzieckiego kołchozu. Dla odmiany miasta litewskie dość szybko stały się wolne, otwarte, w znacznym stopniu się zeuropeizowały i zmodernizowały. W ten sposób powstały dwa różne światy, które przede wszystkim dzieli różne podejście do egzystencji państwa litewskiego. Czy jest ono jedyną gwarancją naszej wolności i niepodległości, którą należy bronić za wszelką cenę? Czy też tylko tymczasowym tworem, którego bronić nie warto, a dbać należy tylko o swoje osobiste dobro? Te dwie postawy wciąż ścierają się ze sobą w naszym społeczeństwie”.
Do historii – zarówno tej najnowszej, jak i sprzed stu lat, Karolis odwołuje się również w swoich filmach. W filmie Nova Lituania snuje on opowieść o międzywojennej Litwie, posiłkując się przykładem postaci wizjonera Kazysa Pakštasa, który przekonywał o potrzebie stworzenia „Litwy zapasowej” gdzieś na odległych wyspach w obliczu zagrożenia unicestwieniem państwa przez potężnych sąsiadów. Natomiast najnowszy jego film, Badautojų namelis (Śniadanie głodujących), opowiada o wydarzeniach z 13 stycznia 1991, kiedy Wilno zostało spacyfikowane przez sowieckie jednostki specjalne i wojskowych, z nieco nietypowej perspektywy, proponując widzowi historię strajku głodowego trzech osób przed budynkiem LTV zajętym przez żołnierzy radzieckich.
Czym jest ta data dla Litwinów? Aby zrozumieć dzisiejszą Litwę, konieczne jest zrozumienie znaczenia 13 stycznia.
Do dziś pamiętam ten chłód
Oskaras Koršunovas, wybitny reżyser teatralny, w ten sposób podsumował swoje refleksje na temat tamtych dni na Facebooku:
Aby zrozumieć znaczenie 13 stycznia, należy zrozumieć ówczesną sytuację na Litwie. Teraz, gdy świętujemy 11 marca [restytucja niepodległości 1990], wydaje nam się, że od razu nadeszło światło i dobrobyt taki, jaki mamy obecnie. Ale tak nie było. Sowieci nie uznali niepodległości Litwy – w ogóle uznało ją tylko kilka krajów: Mołdawia, która sama była jeszcze pod Sowietami, Islandia, Dania, Chorwacja i Słowenia. Wielki świat milczał. Prawdziwe i powszechne uznanie Litwy nastąpiło dopiero po upadku puczu w Moskwie w sierpniu 1991 roku. Tak więc ten cały ten rok od 11 marca [1990] do 13 stycznia [1991] był wyjątkowo trudny. W końcu większość naiwnie wierzyła, że po 11 marca od razu zaczniemy żyć jak Szwedzi. Ale tak się nie stało. Armia radziecka nigdzie się nie wycofała. Nadal funkcjonował rosyjski rubel. [Tymczasowe litewskie pieniądze] Vagnorki pojawiły się dopiero we wrześniu 1991 roku. Rozpoczęła się blokada. Do dziś pamiętam ten chłód. Teatry prawie przestały funkcjonować. Pamiętam widzów owiniętych w płaszcze na widowni, z których ust wydobywała się para. Wszechobecna inflacja, upadek przemysłu, masowe bezrobocie. Produktów spożywczych nie przybywało, a tylko ubywało. Na ulicach byli zwolennicy Jedinstva [promoskiewska organizacja sprzeciwiająca się niepodległości Litwy]. No i oczywiście przestępczość – to był ich czas, liczne wymuszenia, grabieże i tak dalej. Nic więc dziwnego, że ludzi ogarnęło głębokie rozczarowanie i pesymizm. Optymizm z czasów Sąjūdisu rozproszył się jak mgła. Ten rok to był niczym biblijna pustynia, po której wędrowali Żydzi, a wielu z nich straciło wiarę w Ziemię Obiecaną. I oto wszystko zaczęło się w czasie, gdy duch narodu wydawał się już być złamany. Sowieci popełnili jednak błąd, podobnie jak Rosjanie popełnili błąd w stosunku do Ukraińców. W decydującym momencie naród potrafił się zjednoczyć i stanął w obronie swojej wolności. Pamiętam przerażone oczy pancernych, gdy ludzie zatrzymywali ich czołgi gołymi rękoma. Strzelali w powietrze i ściany budynków (byłem przy gmachu LRT), tynk i cegły spadały ludziom na głowy, ale nie ustępowali. Nie można nic zrobić ludziom, dla których wolność jest cenniejsza niż ich własne życie. Na własne oczy widziałem, jak czołg wjechał w tłum ludzi blokujących wejście do gmachu LRT. Nie cofnęli się – nie cofnęli się nawet wtedy, gdy spadochroniarze tłukli ich kolbami kałasznikowów. Wtedy wszystko było tysiąc razy bardziej beznadziejne niż teraz. Wtedy nie było jeszcze czego bronić – tylko wolności. Teraz mamy czego bronić, dlatego nie boję się ani obecnego pesymizmu, ani podziałów, ani godziny X, ponieważ miałem okazję być tam 13 stycznia. Nawiasem mówiąc, miałem okazję być również na Majdanie, gdzie widziałem to samo. Wiem, że w decydującym momencie Litwa zjednoczy się tak samo jak wtedy, 13 stycznia. Nie widziałem tyle światła, nadziei, bezkompromisowej odwagi, poczucia wspólnoty i siły, jak właśnie wtedy, tej najciemniejszej nocy. Właśnie wtedy, 13 stycznia, nastąpił punkt zwrotny, który zadecydował o późniejszym upadku puczu w Moskwie i przyniósł wolność narodom.
Jak wydostać się z wrzącego garnka?
Co z tego uczucia zostało dziś? Karolis Kaupinis jest przekonany, że całkiem sporo, twierdzi, że należy przede wszystkim rozmawiać z ludźmi, próbować dialogu, docierać do każdego człowieka, nie zamykać się w swojej bańce i swojej racji, nawet wtedy, gdy jest to trudne. Nie pogłębiać podziałów, zwłaszcza w rodzinach, w społeczeństwach lokalnych, gdyż właśnie na tej płaszczyźnie działa Žemaitaitis i jego partia, na wszelki sposób próbując wywoływać resentymenty i budować schematy typu „my–oni”.
„Z drugiej strony nie możemy pozwolić na działania otwarcie wymierzone w funkcjonowanie naszego państwa, jego egzystencję – a właśnie to teraz widzimy, angażowane są ku temu wszelkie środki i mobilizowane wszelkie siły, które koncentrują się dokoła NA, widząc w tej formacji okno możliwości” – przekonuje reżyser.
Na Litwie dość wyraźne jest przekonanie o tym, że wobec słabości socjaldemokratów scenariusz osłabienia państwa lub wręcz „odwrócenia sojuszy” na sposób węgierski lub według scenariusza gruzińskiego jest realny i możliwy.
W tym celu Zgromadzenie Kultury – które jako swój symbol wybrało znak drogowy „nabrzeże lub brzeg rzeki” z wyrazem kultūra w miejscu auta – na początku grudnia ubiegłego roku zorganizowało międzynarodowe forum pod wymownym tytułem Jak wydostać się z wrzącego garnka, zapraszając na Litwę liderów opinii z różnych krajów regionu, które borykają się z podobnymi problemami niszczenia instytucji demokratycznych.
W Wilnie przez dwa dni debatowali delegaci z Łotwy, Estonii, Gruzji, Mołdawii, Ukrainy, Chorwacji, Słowacji, Czech, Węgier, Słowenii, Rumunii i Chorwacji, a także Polski – profesor Paweł Machcewicz podzielił się z uczestnikami doświadczeniami polskimi, opowiadając o okolicznościach przejęcia przez PiS Muzeum II Wojny Światowej oraz o instrumentalnym wykorzystywaniu historii przez populistycznych polityków w Polsce.
„We wrześniu zdaliśmy sobie sprawę, że niczym metaforyczna żaba znaleźliśmy się we wrzącym garnku, w którym od pewnego już czasu gotują się społeczeństwa wielu krajów europejskich. Litewskie Zgromadzenie Kultury uznało, że jego główne żądania wobec rządu mają być sformułowane na podstawie doświadczeń kolegów z Gruzji, Mołdawii, Węgier i Słowacji – krajów, w których proces »gotowania się« jest już bardzo intensywny. Ich doświadczenia pomogły nam jasno zrozumieć i nazwać zagrożenia, jakie radykalny, dzielący społeczeństwo, prokremlowski populizm stanowi dla kultury danego kraju, a tym samym dla jego demokracji, wolności i bezpieczeństwa” – powiedział, otwierając forum, Karolis Kaupinis.
Obserwując podobne procesy o różnym nasileniu w krajach sąsiednich, litewskie Zgromadzenie Kultury postanowiło podjąć inicjatywę i zaprosić do Wilna dziennikarzy, aktywistów i praktyków kultury z państw, w których zachodzą te procesy – nie tylko po to, aby przedstawili litewskiej publiczności sytuację w swoich krajach, ale także po to, aby podzielić się z nimi litewskimi doświadczeniami i wnioskami.
„Szerszy kontekst wschodnioeuropejski i antydemokratyczne metody, które są powtarzane w różnych krajach w sposób zbliżony, mogą pomóc nam zrozumieć, jak daleko jesteśmy w procesie »gotowania się« w porównaniu z innymi krajami” – mówi Kaupinis. „Organizując to forum, staraliśmy się przynajmniej częściowo wypełnić ogromną lukę w wiedzy, która istnieje nie tylko na Litwie, ale także wśród naszych sąsiadów, dotyczącą rozwoju sytuacji politycznej w pobliskich państwach”.
Walka o LRT
Luka w wiedzy, o której mówi Kaupinis, rzeczywiście istnieje, i to nie tylko na Litwie. Na domiar złego instytucja, której zadaniem jest ją zmniejszać – litewski nadawca publiczny LRT – sama znalazła się na celowniku populistów, właśnie w tym samym czasie, kiedy odbywało się forum.
Frakcja NA wspólnie z członkami frakcji Lietuvos valstiečių ir žaliųjų sąjunga (Litewskiej Partii Chłopskiej, LVŽS), Krikščioniškų šeimų sąjunga (Partii Zielonych i Unii Chrześcijańskich Rodzin, LLRA-KŠS) złożyli w Sejmie wniosek o uproszczenie procedury odwołania dyrektora LRT z powodu wotum nieufności, dążąc w ten sposób do zapewnienia kontroli nad działalnością LRT i, jak zaznaczają we wniosku, „większej przejrzystości”. Žemaitaitis, który wielokrotnie krytykował działalność nadawcy publicznego, wraz z kolegami zaproponował ustalenie, że dyrektor generalny LRT może zostać odwołany z powodu braku zaufania przed upływem kadencji w tajnym głosowaniu, jeśli za takim odwołaniem opowie się co najmniej połowa wszystkich członków rady LRT.
Obecnie prawo stanowi, że dyrektor generalny nadawcy publicznego może zostać odwołany ze stanowiska przed upływem kadencji z powodu braku zaufania tylko w przypadku, jeśli rada LRT uzasadnia brak zaufania interesem publicznym i jeśli za takim brakiem zaufania opowiada się co najmniej ⅔ wszystkich członków rady.
Zarówno środowiska dziennikarskie, jak i sejmowa opozycja, określają te działania jako próbę przejęcia kontroli nad publicznym nadawcą. W tym samym czasie platforma Rady Europy ds. ochrony dziennikarstwa i promowania bezpieczeństwa dziennikarzy wyraziła ostatnio zaniepokojenie sytuacją LRT. Według niej kilka inicjatyw podjętych obecnie na Litwie zagraża niezależności i skuteczności działania LRT. Zaniepokojenie tymi zmianami wyraziła już Europejska Unia Nadawców (EBU).
Dyrektor największego portalu informacyjnego Delfi, Vytautas Benokraitis, odniósł się na Facebooku do powyższego, pisząc, że nie popiera obecnych prób zmian zaproponowanych przez rządzących, i podkreślając, że nie rozwiązują one problemów związanych z zarządzaniem LRT:
Należy wreszcie uporządkować system zgodnie z wymogami prawa europejskiego i orzeczeń sądowych – w sposób profesjonalny, całkowicie zdepolityzowany i zgodny z zachodnimi standardami. Obecne procesy polityczne dotyczące LRT to tylko kolejne przypomnienie, że model zarządzania i finansowania LRT musi zostać zasadniczo zdepolityzowany! Wystarczy przypomnieć sobie, jak przebiegały wybory dyrektora LRT: długie tury, zakulisowe walki, napięcia i manipulacje. To wyraźnie pokazało, że obecna Rada LRT nie jest zewnętrzną niezależną instytucją – działa ona jako wewnętrzny organ zarządzający, w którym wpływ polityczny i intrygi są nadal bardzo wyraźne. Problem ten potwierdziła również kontrola przeprowadzona przez Państwową Kontrolę. Zalecenia audytorów dla Rady LRT były jasne: wzmocnienie pozycji niezależnych członków, zrównoważenie składu komisji i stosowanie dobrych praktyk w zakresie ładu korporacyjnego, gdzie niezależni członkowie stanowią większość.
Moim zdaniem Rada LRT powinna stać się zewnętrzną, niezależną instytucją z prawdziwego zdarzenia, w której politycy stanowią mniejszość. Od ponad 10 lat Litwa posiada jasno funkcjonujący system ładu korporacyjnego w przedsiębiorstwach państwowych – stosunek 40/60 lub 30/70 między członkami zależnymi i niezależnymi zarządu jest standardem. LRT jest tutaj ostatnią lub jedną z ostatnich instytucji zarządzanych przez państwo, w których ta dobra praktyka nie została dotychczas zastosowana. Członkowie Rady powinni być wybierani na podstawie kompetencji i/lub delegowani przez różne grupy interesów społecznych, ale w oparciu o kryteria profesjonalizmu, niezależności i reputacji, a nie porozumienia polityczne. Jednocześnie musi funkcjonować niezależny, zewnętrzny nadzór (Rada LRT jest organem wewnętrznym!) – podobny do modelu RRT, gdzie profesjonalna rada ma rzeczywiste uprawnienia do oceny, czy LRT realizuje swoją misję, jak wykorzystuje środki publiczne i czy nie zajmuje pozycji dominującej w obszarach, w których naturalnie działają również inni uczestnicy rynku.
Część parlamentarzystów należących do koalicji rządzącej przygotowała projekt rezolucji Sejmu „w sprawie niedopuszczalnej ingerencji Parlamentu Europejskiego w sprawy wewnętrzne Republiki Litewskiej”. W rezolucji wyrażono zaniepokojenie przyjętą przez Parlament Europejski rezolucją w sprawie zmian w litewskiej telewizji i radiu publicznym, a także wezwano do powstrzymania się od „ingerencji w procesy legislacyjne i polityczne, które należą do kompetencji Sejmu Republiki Litewskiej”.
W projekcie rezolucji Sejmu wyrażono zaniepokojenie, że rezolucja PE „może wywołać nieuzasadnione wrażenie systemowych zagrożeń dla demokracji na Litwie i w ten sposób podważyć reputację państwa członkowskiego”. Podkreślono, że za jakość ustawodawstwa, ochronę wartości konstytucyjnych, regulacje prawne dotyczące działalności nadawcy publicznego oraz kontrolę parlamentarną odpowiedzialny jest wyłącznie Sejm Republiki Litewskiej.
Parlamentarzyści, którzy podpisali się pod rezolucją (m.in. również Ignas Vėgėlė – prawnik, znany ze swoich poglądów antyszczepionkowych – oraz Vytautas Sinica – populista, zwolennik licznych teorii spiskowych i „demokracji suwerennej”), zauważają, że rezolucja PE w sprawie LRT „wykracza poza zakres jego kompetencji i jest niezgodna z zasadą pomocniczości”.
„Z politycznego punktu widzenia jest to kolejny dowód na to, że litewscy socjaldemokraci są częścią antysemickiej i antyeuropejskiej skrajnie prawicowej koalicji” – twierdzi Dainius Žalimas, były przewodniczący Sądu Konstytucyjnego i kandydat na prezydenta w ostatnich wyborach.
„Rezolucję zainicjowali bowiem dwaj inni partnerzy koalicji. Ma ona charakter iście orbanowskiego suwerenizmu – dotyczy rzekomej ingerencji UE w sprawy „suwerennego państwa”. Właściwie to samo, często wręcz te same słowa, słyszymy od skrajnej prawicy, gdy PE rozpatruje rezolucje dotyczące sytuacji na Węgrzech, Słowacji lub w Gruzji. W ten oto sposób przedstawiciele litewskiej socjaldemokracji w PE sprzymierzają się z broniącymi Rosji i popierającymi Trumpa „patriotami” i „suwerenistami”. Na Litwie zaś, oprócz partnerów koalicyjnych (w tym prezydenta), popierają ich jeszcze rozmaici cynicy.
No cóż, jak mogliby ich nie poprzeć – w końcu jest to dobra okazja do rozpowszechnienia neonazistowskiej narracji o rzekomym „podobieństwie” UE do ZSRR, wyrażonej w projekcie rezolucji Sejmu. Ironicznie można jednak zauważyć, że autorzy projektu sami kierują się logiką totalitarnych reżimów sowieckich i współczesnych reżimów autorytarnych, ingerując w „sprawy wewnętrzne” poprzez ogłoszenie rezolucji PE w sprawie demokracji i praw człowieka.
Patrząc obiektywnie z prawnego punktu widzenia, przedstawiony projekt rezolucji Sejmu jest po prostu rażąco nieprofesjonalny. Zasada pomocniczości, której naruszenie zarzuca się PE, ma zastosowanie do stanowienia prawa, a rezolucja PE nie jest aktem prawnym. Tymczasem poszanowanie podstawowych wartości UE i przestrzeganie prawa UE zawsze było i jest kwestią kompetencji PE, zarówno w zakresie przyjmowania rezolucji niebędących aktami prawnymi, jak i nadzorowania działalności Komisji Europejskiej jako strażnika traktatów UE”.
„Taki brak profesjonalizmu i retoryka, jaką emanuje projekt rezolucji Sejmu, są prawdziwą kompromitacją Sejmu i całej Litwy” – napisał u siebie na Facebooku Žalimas.
Emocje o poligon na granicy
Po kulturze i LRT kolejnym „polem walki” stały się lasy na południowym zachodzie kraju. Ministerstwo obrony podjęło decyzję o budowie poligonu w pobliżu niewielkiej miejscowości Kapčiamiestis (Kopciowo), liczącej niecałe 500 mieszkańców i strategicznie położonej w odległości 10 kilometrów od granicy z Polską i 7 kilometrów od granicy z Białorusią, gdzie po stronie białoruskiej odbywają się między innymi manewry „Zapad”, podczas których modelowany jest atak na kraje bałtyckie i Polskę.
Dowódca Naczelny Litewskich Sił Zbrojnych Raimundas Vaikšnoras wyjaśnił, iż potrzeba powstania poligonu w tym miejscu jest „bezpośrednio związana z utworzeniem nowej dywizji i rosnącą liczbą wojsk sojuszniczych na Litwie”:
„Mówiąc prościej, pełna zdolność operacyjna dywizji nie jest możliwa, jeśli jednostki nie mają gdzie trenować – to samo dotyczy obecności sojuszników na Litwie, ponieważ jednym z podstawowych warunków ich obecności jest zapewnienie możliwości przeprowadzania rzeczywistych ćwiczeń.
Południowa Litwa znajduje się na terytorium stanowiącym swoisty dylemat bezpieczeństwa NATO – tzw. korytarzu suwalskim, którego zajęcie pozwoliłoby odizolować kraje bałtyckie od pozostałej części sojuszu. Co to oznacza w praktyce? Ograniczono by możliwości przybycia sił NATO z pomocą.
W czasie pokoju poligon miałby być miejscem szkolenia, które ma na celu utrzymanie wysokiego poziomu gotowości bojowej oddziałów, ale jednocześnie daje możliwość fortyfikacji terenu poprzez utworzenie parków inżynieryjnych. W przypadku konfliktu lub prowokacji pozwala to na szybsze przeniesienie sił do obszaru operacji, a połączenie środowiska naturalnego – lasów – z zaporami inżynieryjnymi pozwala na lepsze przygotowanie się do odparcia ataku.
Wojna w Ukrainie pokazała, że Rosja zaczyna działania wojskowe właśnie od ćwiczeń na poligonach, a po osiągnięciu odpowiedniego poziomu gotowości przechodzi do działań konwencjonalnych. Właśnie dlatego poligon w pobliżu Kopciowa jest szczególnie istotny, ponieważ tuż przy naszej granicy znajduje się poligon Hoża, który bacznie obserwujemy podczas ćwiczeń „Zapad”.
Tymczasem Remigijus Žemaitaitis stwierdził, że koalicja „nie omawiała kwestii utworzenia poligonu w Kopciowie”, który jego zdaniem „jest po prostu zbędny”, a bezpieczeństwo kraju „należy zapewnić raczej poprzez inwestycje w nowoczesny sprzęt”. Kwestia poligonu dała politykowi kolejny temat na kilka spotkań w różnych miastach Litwy, gdzie tłumaczył, że „ze zdaniem zwykłych ludzi nikt się nie liczy” i manipulował opinią publiczną, twierdząc, iż rzekomo nie przewidziano należytych mechanizmów kompensacji dla właścicieli terenów leśnych i kilku nieruchomości, które miałyby się znaleźć na terytorium przyszłego poligonu.
W samym mieście, które słynie m.in. z muzeum Emilii Plater, bohaterskiej powstańczyni, która zginęła w pobliżu Kopciowa 23 grudnia 1831, zorganizowany został masowy protest przeciwko poligonowi wspierany przez polityków NA. Natomiast sam Žemaitaitis odbył kolejny pokaz siły –jego ochroniarze wyrzucili ze spotkania z wyborcami w Kownie grupę młodzieży licealnej, która próbowała protestować przeciwko temu wydarzeniu. Przedtem podobne incydenty miały miejsce podczas spotkań w Olicie (Alytus), Ucianie (Utena) i innych miastach.
Krótka historia Litwy, która się nie wydarzyła
Litwa, która pod rządami koalicji Tėvynės sąjunga (Związku Ojczyzny) próbowała prowadzić tzw. politykę wartości, odgrywając rolę forpoczty zachodu, czasami odważnie grając ponad swoją kategorię wagową, obecnie coraz bardziej grawituje w kierunku Realpolitik.
„W XX wieku często mówiliśmy z perspektywy czasu, że przecież były wyraźne oznaki, dlaczego ich wtedy nie dostrzegliśmy, nie doceniliśmy. Teraz nie możemy już ignorować takich oznak. Nie możemy tolerować populistów i antypaństwowców. Zwłaszcza gdy widzimy, co się dzieje wokół nas” – mówi mi Norbertas Černiauskas, historyk związany z Uniwersytetem Wileńskim, autor książki 1940. Paskutinė Lietuvos vasara (ukazała się w przekładzie polskim jako 1940. Ostatnie lato na Litwie nakładem wydawnictwa KEW) oraz Fado. Trumpa neįvykusi Lietuvos istorija (Fado. Krótka historia Litwy, która się nie wydarzyła). Oznaki są również teraz.
Biuro Swiatłany Cichanouskiej przeniosło się z Wilna do Warszawy, przy czym ze strony rządzących nie zostało to właściwie w jakiś wyraźny sposób skomentowane. Lotnisko w Wilnie przez cały okres końca roku borykało się z licznymi zakłóceniami ruchu z powodu balonów przemytniczych masowo wypuszczanych z terytorium Białorusi. Do dziś w żaden sposób nie został rozwiązany problem z aresztowanymi przez reżim białoruski ciężarówkami przewoźników litewskich w odpowiedzi na zamknięcie przez stronę litewską przejść granicznych, które z kolei było reakcją na balony przemytnicze. Premier Ruginienė ostatnio powiedziała, że decyzja o otwarciu w Wilnie przedstawicielstwa dyplomatycznego Taiwanu „było błędem”, dając w ten sposób do zrozumienia chęć resetu relacji z Chinami.
Impas polityczno-społeczny trwa. Słaby rząd, którego najbardziej aktywnym elementem jest mniejszościowy partner na czele z kontrowersyjnym politykiem populistą, coraz bardziej podzielone społeczeństwo, które próbuje jeszcze bardziej polaryzować Žemaitaitis i jego zwolennicy. Linie podziałów, które czasami nie poddają się prostemu opisowi lub wręcz logice.
„Podam ci przykład” – mówi mi Karolis Kaupinis. „W Zgromadzeniu mamy działaczkę, która jest skonfliktowana z bratem, gdyż uważa on, iż siostra należy do »elit wileńskich«, które jego zdaniem i zgodnie z retoryką Žemaitaitisa są »oderwane od potrzeb ludu«. Paradoks polega na tym, że jemu akurat żyje się znacznie lepiej niż jej, ma własny dom, sporą działkę, drogie auto i tak dalej. Tymczasem ona mieszka w wynajętym mieszkaniu w Wilnie. Nie ma to jednak większego znaczenia, gdyż liczy się tylko przyjęta perspektywa na podstawie narzuconej narracji” – konkluduje Karolis.
„W październiku [2025], kiedy rozpoczęły się protesty środowiska kultury, wielokrotnie powtarzaliśmy, że oczekiwania, iż litewski system polityczny powstrzyma formację Nemuno Aušra, są naiwne. To nie system pożre Žemaitaitisa, tylko to właśnie on pożera nasz system polityczny, przy czym pożera wielkimi kęsami. Za każdym razem, gdy pokazuje, że nie ma dla niego żadnych nienaruszalnych zasad, socjaldemokraci i prezydent wzruszają jedynie ramionami. I w ten sposób krok za krokiem normalizują coraz gorszy upadek” – napisał Karolis w poście na Facebooku, tłumacząc, jakie są cele Zgromadzenia Kultury.
Republikanie również mieli nadzieję, że uda im się okiełznać Trumpa, którego przyjęli do swoich szeregów, ale to Trump „pochłonął” najpierw partię, a potem całą kulturę polityczną USA. List prezydenta Stanów Zjednoczonych do premiera Norwegii o treści „nie dacie mi Pokojowej Nagrody Nobla – zabiorę Grenlandię” był jeszcze kilka lat temu nie do wyobrażenia. Teraz stało się to normą – „no bo przecież to Trump”. Jego brednie są normalizowane, usprawiedliwiane potencjalnymi korzyściami. Jeśli się nie wypowiemy, przemilczymy, możemy liczyć na ich łaskę. Będą nas bronić.
Otóż nie będą nas bronić. Musimy bronić się sami. Przede wszystkim przed zaprzeczaniem temu, co oczywiste. Jeśli nasz wczorajszy sojusznik zamienia się w imperium – bez względu na to, który to kraj – musimy szukać sojuszników wśród tych, dla których nie jest to normalne. Historia Litwy z 1941 roku doskonale pokazuje, do jakich okrutnych kompromisów moralnych możemy być zmuszeni, jeśli ciągle będziemy je usprawiedliwiać tym, że być może w ten sposób będzie dla nas bezpieczniej. Stracimy zarówno sumienie, jak i to wyobrażane bezpieczeństwo. A po kilkudziesięciu latach znów będziemy pytać: „A cóż mogliśmy wtedy zrobić?”. I to w najlepszym przypadku.
A co my możemy zrobić? Przede wszystkim musimy powiedzieć „nie”, gdy widzimy, że dzieje się coś ewidentnie szalonego. Jeśli psychopata, który nie panuje nad sobą, jeździ po całej Litwie i manipuluje ludźmi, to każdy, kto przychodzi na jego spotkania i głośno mu to mówi, jest odważnym człowiekiem i zasługuje na uznanie. Bo akurat nie mają odwagi tego powiedzieć ci, od których oczekiwaliśmy, że to usłyszymy. To już jest linia, której nie możemy przekroczyć. Dalej już nie. Ale widzimy właśnie, że ta linia wciąż jest przesuwana. Z kolei z reakcji prezydenta i socjaldemokratów wynika, że będzie przesuwana tak długo, aż pozostanie już tylko jedno: „teraz już nic nie możemy zrobić”. Tak jak stało się to w czerwcu 1940 roku.
Zgromadzenie Kultury jest oskarżane o to, że organizowane przez nas protesty wzmacniają jedynie głosy antysystemowe. Ale przykładowo taki Grzegorz Braun w Polsce w ciągu niecałego ledwie roku uzyskał trzykrotny wzrost swojej popularności. W przyszłych wyborach do Sejmu RP jego ugrupowanie może liczyć nawet na trzecie miejsce. Nie było przeciwko niemu żadnych masowych protestów. Wszystko osiągnął sam. Žemaitaitis nie pojawił się z powodu protestów. To protesty wynikły z powodu Žemaitaitisa. Z powodu jego działalności i terroryzowania litewskiego systemu politycznego nie da się już dalej chować głowy w piasek. Ta siła musi zostać wyeliminowana, ponieważ nie pozwala ona żyć w zgodzie, dialogu i demokratycznym porozumieniu. Już podczas swojej kampanii wyborczej pokazała, w jaki sposób traktuje przeciwników. Teraz przewodniczący partii pokazuje to naocznie w swojej nowej kampanii przedwyborczej.
Od czasu przywrócenia niepodległości nasz system partyjny nieustannie oscylował między socjaldemokratami a konserwatystami, a do tego dochodził trzeci głos – protest przeciwko samemu systemowi. W 2028 r. może być trzeci raz, kiedy ten głos protestu przeciwko samemu systemowi wzrośnie na sile na tyle, że po konsolidacji uzyska większość rządzącą i zacznie burzyć sam system i państwo. Po trzecim razie może już nie być odwrotu. Wybory samorządowe w 2027 roku będą preludium do tej niszczycielskiej próby.
Tym razem Litwa i jej demokracja nie pójdą jednak jak barany na rzeź. Nie pozwoli na to społeczeństwo litewskie, nawet jeśli zezwolą na to obecne władze Litwy. Powiedzieliśmy, że będziemy przeprowadzać kolejne pokazy nieposłuszeństwa obywatelskiego wobec oczywistej niegodziwości, kłamstw, dezinformacji i przemocy. I będziemy to robić dalej, niezależnie od tego, w jakiej formie się one tutaj pojawią. A tych, którzy się z tym nie zgadzają, zapraszamy do zjednoczenia się i podjęcia razem kroku w imię innej Litwy. Nie ma już nikogo, kto zrobi to za nas. Jesteśmy sami. Sami musimy to zrobić.
Litwini zbyt dobrze pamiętają tragiczne doświadczenia ze swojej historii XX wieku, aby móc sobie pozwolić na powtórkę podobnych scenariuszy. Pytanie, czy wszyscy w podzielonym społeczeństwie oceniają je tak samo, wciąż jednak pozostaje otwarte.
11 marca 2026
Kultura Enter
