Strona główna/Provinz ist überall. Patrząc z Zachodu na Wschód

Provinz ist überall. Patrząc z Zachodu na Wschód

Rzeczy nabierają tutaj swoistego charakteru. Zwykłe istoty umierają z biegiem czasu, inne zyskują wraz z wiekiem szczególną żywotność.

Alfred Döblin

Niemiecki pisarz napisał to zdanie o Lublinie podczas swojej dwumiesięcznej podróży w 1924, która zaprowadziła go do Warszawy, Wilna, Lwowa, Krakowa, Zakopanego, Łodzi oraz do Lublina i którą obszernie udokumentował w książce „Podróż po Polce”. Zadziwiające, jak trafnie ujął charakter miasta, w którym spędził zaledwie kilka dni. Wydaje się, że miasta mają swoją własną osobowość, wiele z tego, co wówczas zastał, jest nadal żywe i rozpoznawalne.

Powodem jego podróży były dramatyczne wydarzenia w Berlinie, zapowiedź późniejszej katastrofy. Pochodząc z zdeklasowanej rodziny żydowskiej, w której religia nie odgrywała już żadnej roli, Döblin chciał uzyskać jak najwięcej informacji o społeczności żydowskiej, o której mówiono mu, że jako prawdziwa, nieskażona zachowała się jeszcze jedynie na Wschodzie.

Skrócić dystans

Od dawna zamierzałam nauczyć się jakiegoś języka słowiańskiego, ale z braku czasu ciągle odkładałam realizację tego pomysłu. Poza tym chciałam wyraźnie zaprzeczyć uprzedzeniom występującym nadal w moim kraju w stosunku do Wschodu. Uprzedzenia te mają szczególnie absurdalny wydźwięk w takim mieście jak Wiedeń, gdzie wystarczy zajrzeć do książki telefonicznej, by przekonać się, że przeważają tam nazwiska słowiańskie.

Udało mi się przez to wywołać pewne zamieszanie, bo w Austrii nadal ludzie nie potrafią zrozumieć, dlaczego ktoś chce się uczyć właśnie polskiego – sądzono, że mam polskie korzenie, co nie jest prawdą. Zadawano mi różne pytania, jak choćby: „Co ty właściwie robisz w Polsce, pewnie znasz tam jakiegoś szykownego Polaka, którego odwiedzasz!”
Jasne, cóż innego można robić w kraju, w którym, jak wiadomo, ludzie mieszkają na drzewach lub w chatach krytych strzechą?

Jak widać, prowincja jest wszędzie, kwitnie również w tak zwanych metropoliach.
Jednak nie tylko w domu musiałam tłumaczyć się z mojego zamiłowania do Polski, także w Lublinie było to na początku podejrzane i obok niezwykłej gościnności spotkałam się wielokrotnie z rezerwą i nieprzychylnością. Zadawano sobie chyba pytanie, czego akurat w takiej dziurze jak Lublin szuka ktoś ze „złotego Zachodu”?

Döblin miał także podobne doświadczenia: „W tym mieście nikt nie ma dla mnie czasu.” Wtedy, jak i w dzisiejszych czasach, był to najprostszy sposób zachowania dystansu wobec nieznanego, obcego. Do tego jeszcze bariera językowa, Döblin nie znał języka polskiego. Porozumienie z Żydami było z pewnością łatwiejsze, gdyż jidysz jest podobny do średniowiecznego niemieckiego. Określał ich jako żywych, „ostrych”, jednocześnie jako nieufnych i konserwatywnych, szczególnie nieprzychylnych w stosunku do wszystkiego, co obce. Były to cechy, które Żydzi przejęli ze swego chłopskiego otoczenia.

Nauka języka miasta

W roku 1999 przyjechałam po raz pierwszy do Lublina, nie mając pojęcia, że miasto to już nigdy mnie nie wypuści. Przypadkowo (czy przypadki się zdarzają?) znalazłam w gazecie ogłoszenie KUL-u zachęcające do nauki języka polskiego i zapisałam się na kurs wakacyjny.

Nie miałam wówczas zbyt wiele bagażu i szłam pieszo z dworca w kierunku centrum, widząc w oddali, jakby unoszące się nad zielonym morzem, wieże katedry. Od razu stanął przede mną widok bardzo znajomy dla kogoś kto pochodzi z kraju, gdzie w krajobrazie dominuje wiele barokowych pielgrzymkowych kościołów. W ogóle jest to chyba mieszanina Znanego z Nieznanym, która stanowi o uroku i czarze Lublina.

Döblin wielokrotnie podkreślał prowincjonalność tego miasta, jednak nigdy w kontekście pejoratywnym: „To jest prowincja. Wielkie miasta uprawiają politykę, na prowincji panuje powolna religia.” Tak, niezmienne siły trzymają się mocno, życie płynie tutaj wolniej i nie jest to wadą, taki styl życia jest bardziej odpowiedni dla człowieka. Kiedy mieszkańcy Lublina skarżą się na nadmierny stres, mogę się tylko uśmiechać!

Spotkanie z Widzącym z Lublina

Lublin z całą pewnością nie otwiera się dla turysty będącego przejazdem, który chce tylko otrzymać dające się szybko skonsumować widoczki pocztówkowe, lecz wymaga czasu. Stara architektura ma, oprócz ornamentów i zdobień, pewne wytrawne, surowe piękno, którego emanacja nie jest na szczęście tłamszona tak popularnym na Zachodzie „meblowaniem miasta”, tymi wszechobecnymi ławeczkami i doniczkami z kwiatkami zakłócającymi aurę starówki, która zupełnie nie potrzebuje takiego kiczowatego upiększania. Przeszłość wydaje się mieć tutaj wyjątkowo współczesny charakter, nadal w tajemniczy sposób czuje się obecność duchów dawnych mieszkańców miasta, tych wszystkich kombatantów, anarchistów, ekscentryków, bibliofilii i bibliomanów, arian, żydowskich handlarzy, nosiwodów, cudownych rabinów. Nie zdziwiłabym się, gdybym któregoś szarego listopadowego wieczoru zobaczyła spacerującego we własnej osobie rabina Horowitza idącego od strony Teatru Starego w kierunku ulicy Złotej. Do tej pory taki cud nie spotkał mnie jeszcze, ale na pocieszenie rzeczywistą jest postać klikona – miejskiego krzykacza, który w barokowym szlacheckim stroju obwieszcza mieszkańcom ważne nowiny.

Kanaan

Wyrobiona, wykształcona świadomość historyczna to specyficzna cecha Wschodu, gdzie teraźniejszość była często zbyt trudna, przyszłość zbyt niepewna, a jedynie przeszłość znana i bezpieczna, stanowiąc swego rodzaju kotwicę. Zachód szybko zapomina, wybiega wzrokiem w przyszłość, a wszystko, co należy do przeszłości, ludzie, przedmioty, idee, bez sentymentów zostaje zepchnięte na wysypisko historii. Przeszłość odrzuca się, bo jest balastem hamującym euforię postępu, chyba że można na niej zbić kapitał, choćby poprzez turystykę. Niedoskonałości, degeneracja są wstydliwe, bieda i nędza, zresztą takie same jak wszędzie, muszą być kamuflowane, zabetonowane, wyparte, usunięte, wygładzone, wysterylizowane, zdezynfekowane, a tam, gdzie nie jest to możliwe, ukryte przed spojrzeniami. Dla wszystkiego, co ubogie i zużyte nie ma miejsca w nowoczesnym społeczeństwie przemysłowym. Na szczęście nie wszędzie udaje się znanym architektom klasycznego modernizmu zrealizować plany likwidacji średniowiecznych zabytków i tych zakątków miast, łącznie z katedrami, które utrudniają postęp urbanistyczny, kłócą się z koncepcją „Miasta – maszyny”.

W Lublinie ludzie i rzeczy mogą jeszcze starzeć się z godnością i nie są oceniane jedynie względem ich wartości użytkowej. Są tutaj jeszcze: pochylone stare domy, całe dzielnice w sidłach starego miasta, zaniedbane, zapuszczone dziedzińce, sutereny przesiąknięte odorem pleśni i uryny, klatki schodowe pokryte wiecznym listowiem jesiennym (Jurij Andruchowycz, „Moja Europa”). Małomiasteczkowy świat dziedzińców, suteren, zrośniętych w jeden organizm, powiązanych ze sobą, można odkryć już w centrum miasta.
Na niewielkiej, ciasnej przestrzeni występują tu całkowicie odmienne biotopy i mikroklimaty.

Spacer

Stojąc przed nobliwym placem katedralnym, idziemy w dół ulicą Żmigród i już wkraczamy na przedmieście – z lewej strony mozaika małych szop, klatek na króliki, niemalże wieś ozdobiona kolorowym przepychem kwiecia, jak w wiejskim ogrodzie. Dalej, na rogu ulicy Bernardyńskiej i Żmigrodu dawny bar Kanaan. Ileż słonecznych popołudni spędziłam w tej Ziemi Obiecanej z podręcznikiem gramatyki w ręku, a przede mną stała szklanka „Perły”, w nozdrzach zapach oparów wydobywających się z pobliskiego browaru. W ogóle ulica Bernardyńska pełna jest atrakcji. Daleko w górze, vis-a-vis szkoły Vetterów, wznosi się jakby architektoniczne echo „Malborka“ – tutaj mieszkają emerytowani księża – mury są naprawdę godne pozazdroszczenia! Dalej cudownie schyłkowy pałac, naprzeciwko szereg sympatycznych małych sklepików, między nimi zakład fryzjerski, któremu jestem wierna od lat. Dalej w dół ulicą Wyszyńskiego. Po lewej odnowiony budynek seminarium, następnie ulica Zamojska i nagle znowu biedna dzielnica, zniszczone, poczerniałe od sadzy i starości elewacje budynków, zardzewiałe, niebezpiecznie wystające balkony, ale ulica żyje, ludzie stoją grupkami, rozmawiają, nie mijają się w pośpiechu. Idąc polną drogą obok browaru dochodzimy do ogromnej wolnej przestrzeni, niewykorzystanego kawałka ziemi, dzikiego obszaru, porośniętego chwastami i wysoką trawą, w samym środku miasta, niesamowite! Stąd rozciąga się piękny widok na sylwetkę szarego starego miasta. Żaden Disneyland, bez faceliftingu, wszystko autentyczne!

Lubię szczególnie ulicę Lubartowską, która, jak przypuszczam, w znacznym stopniu zachowała swój przedwojenny charakter, z tym wyjątkiem, że dzisiaj na tej zamieszkałej dawniej przez ludność żydowską ulicy mieszkają Polacy. Ach, żeby udało się tym wszystkim małym zakładom zegarmistrzowskim, szewskim, krawieckim i sklepikom długo jeszcze sprostać konkurencji Obi, Tesco, Lidla, Plazy, Mediamarktu, Leclerca itd.!

Duchowość miasta

Cechą charakterystyczną tego miasta jest także to, że w oczywisty sposób dopasowuje się ono do naturalnego ukształtowania terenu – droga wiedzie to pod górę, to w dół. Przechodząc przez Bramę Grodzką idziemy pod górę, w kierunku zamku, który zasiada na tronie wysoko ponad miastem i spogląda na nie z góry. W Lublinie już sam układ miasta objawia jego szczególną charyzmę – to nie symbole ziemskiej władzy znajdują się w centrum. Miasto okresu przedwojennego jest jakby spięte klamrą – z jednej strony KUL-em, a z drugiej żydowską uczelnią Jesziwa Chachmej Lublin. Zamek znajduje się wprawdzie na niewielkim wzniesieniu, sprawia jednak wrażenie ukrytego w niezwykły sposób w łonie miasta. W oddali widoczna natomiast jest trójca: Katedra – Bazylika – Wieża Trynitarska.

Niezapomnianym pozostanie dla mnie przeżycie, którego doświadczyłam w Kościele Kapucynów. Kiedy wodziłam wzrokiem po obrazach i ołtarzach pewna stara kobieta wzięła mnie za rękę i wskazując na hostię wystawioną na bocznym ołtarzu szepnęła: „Pan Jezus”. Było dla niej zupełnie oczywiste, że moje błądzące spojrzenie szukało tylko JEGO! Niemalże zawstydzona zrozumiałam, że tutaj kościoły nie są muzeami, lecz należą do modlących się. I w ogóle kościoły! Tak wiele kościołów na tak niewielkim obszarze i jak różnych od siebie! Katedra w triumfalnym, teatralnym, światowym, typowo włoskim stylu baroku jezuickiego, bazylika z niezwykle zawiłymi barokowymi rzeźbami, niezwykły, pozbawiony wieży kościółek św. Wojciecha z archaiczno-prymitywnymi ornamentami stiukowymi i okazałymi renesansowymi ołtarzami, kościół Kapucynów ze spartańsko, właściwie brzydko urządzonym wnętrzem. Jedne wnętrza zapraszają, to te ciemne groty, w których można czuć się bezpiecznie, inne odpychają – zimne, nieprzyjemne, jakby zaimpregnowane cierpieniem i strachem, emanującym z kolejnych pokoleń wiernych.

Döblin, sceptyczny, miejski, oświecony Berlińczyk, agnostyk na miarę swoich czasów, bez reszty przepadł urzeczony duchowością tego miasta i stał się obrońcą religii. Chłonął żywoty świętych i legendy o wielkich żydowskich osobowościach, które opowiadał mu stary Żyd, Słuchał tych opowieści, tak jak słucha się faktów, podziwiał także ekumeniczną, naiwną pobożność polskich chłopek i podzielał ją. Był świadkiem zburzenia cerkwi na Placu Litewskim. Skomentował to w następujący sposób: Cóż ma znaczyć to zaplanowane demolowanie kościołów? Powinno się je zostawić w spokoju. Cóż oferowane jest w zamian? Głupota, nienawiść i nonsens. Wzdrygam się z odrazą. W obliczu doświadczenia tego nowego tajemniczego świata Döblin poddał w wątpliwość postawę tych, którzy skłaniają się ku teraźniejszość i ślepemu postępowi. Jego wrażenia z podróży po Polsce były żywe jeszcze przez wiele lat. Na emigracji całkowicie odseparował się od społeczeństwa żydowskiego, które dawno stało się mu obce, zdawało się być zbyt hermetyczne i nacjonalistyczne. W roku 1940 przeszedł na chrześcijaństwo.

W pępku świata

Po trzech latach nauki języka w Lublinie, zapragnęłam na własną rękę, bez jakiegoś określonego planu spędzić tutaj urlop. Wynajęłam pokój w hotelu Bystrzyca – była to swego rodzaju podróż w czasie, wstecz, do komunistycznej Polski. Potem w przewodniku turystycznym znalazłam informację o pokojach gościnnych w Domu Rekolekcyjnym na Podwalu. Absolutnie szczęśliwy zbieg okoliczności. Tolerowano tam moją obecność nawet w okresie nieustannych prac renowacyjnych. Tutaj mogłam naładować swoje akumulatory, te duchowe i fizyczne. (Tak na marginesie dodam, że pomagają w tym cudownie autentyczne towary z targu, bezkonkurencyjny polski chleb, nieopisanie smaczne przetwory mleczne z małej mleczarni z okolicy, świeże owoce, te wszystkie dobre, proste rzeczy, których już dawno nie ma na Zachodzie).

Sam budynek Domu Rekolekcyjnego usytuowany jest w wyjątkowym miejscu. Stoi dokładnie na granicy oddzielającej niegdyś chrześcijańską i żydowską część miasta, zaraz za rogiem ulicy Szerokiej 28, w „pępku świata”. Nieopodal stoi Bazylika Dominikanów, gdzie w wysokim ołtarzu znajduje się prawdopodobnie wyjątkowej mocy czakram. Po przejściu przez bramy klasztorne, przechodząc wzdłuż murów porośniętych bluszczem docieramy do zacisznego dziedzińca. Tynk odpada od muru, w jednym narożniku rosną bujne malwy – czas wstrzymał tutaj swój bieg. Idziemy dalej, do katedry, przed cudowny obraz Matki Boskiej, która – jak mówią – płakała w 1949 roku.

Miasto bliżej nieba

W Lublinie niebo jest niżej, zasłona do innego świata jest tutaj odsłonięta nieco szerzej. Nigdy nie postawiłabym stopy na Kamieniu Nieszczęścia! Obrazy i zapachy: wilgotna ziemia, mokre liście, próchno, stara, stęchła woń kadzidła, wszystko to odporne jest na wszelkie zabiegi restauracyjne. Na niebie wciąż zmieniające się nastroje, w nocy widać gwiazdy. Döblin był tym zauroczony: Jeszcze raz niebo, monstrualne. Jednak dzisiaj tak bliskie, niczym niezakłócone, nacierające zgiełkiem gwiazd z chłodnej nocy. Bliskość tej masy gwiazd. Kolosalnie stłoczone, osobiście odczuwa je moja twarz, moje całe ciało.
Tak. Jest to przeżycie, którego nie można doświadczyć w dużych miastach na Zachodzie, w których niebo zakryte jest przed wzrokiem przez gęstą kotarę smogu, w których noc stała się obca, nieobecna, bowiem rozprasza ją niegasnące światło.

W oryginalnym stanie zachowały się także bramy i ścieżki na cmentarzu przy ulicy Lipowej. Do moich rytuałów należy składanie kwiatów na grobie Czechowicza. Czasami, po ulewnym deszczu albo w czasie wiosennych roztopów można zapaść się tutaj aż po kostki w mokrej, grząskiej ziemi.

Poza głównym rytmem

Lublin to Wschód, to kresy, to krawędź Europy, Ukraina niedaleko, czuje się bliskość dzikiego, nieokiełznanego krajobrazu. Mentalność Wschodu z jego skłonnością do bierności i pewnego rodzaju letargu, tak często wytykanych np. przez korespondentów prasowych, mogą doprowadzić tych niecierpliwych do zwątpienia. Ale można te cechy odbierać także pozytywnie, jako spokój, opanowanie. Mogą one być oznaką swego rodzaju mądrości, polegającej na pozostawieniu rzeczy ich naturalnemu biegowi, zaniechaniu ciągłej ingerencji we wszystkich i wszystko.

Każdy człowiek wrażliwy na piękno, na sztukę, musi się tutaj czuć jak ryba w wodzie, zwłaszcza jeśli pochodzi z kraju, gdzie niechęć wobec sztuki, wyhodowana w domu obsesja na punkcie czystości i porządku są coraz powszechniejsze. Mogłabym jeszcze na wielu stronach wychwalać, choćby egzotyczne knajpki i restauracje. Jasne, jest MacDonald’s, ale jest także bar Piotruś Pan (Fundacja Szczęśliwe Dzieciństwo) przy ul. Kowalskiej, jest Karczma Słupska – restauracja, w której panuje obowiązek korzystania z szatni, a kelnerki, które najwyraźniej zaczynały swoją karierę jeszcze w czasach PRL-u, sprawują tam totalitarne rządy. Naprzeciwko Słupskiej znajduje się bar Tip Top, tak informuje nas napis na elewacji – wspaniałe lata sześćdziesiąte. Przynajmniej wnętrze odnawiane raz na jakiś czas (aktualnie symfonia koloru pomarańczowego i zielonego). Jest to bar, który przodował aż do lat siedemdziesiątych i chyba z chęci zatrzymania smaku dawnej glorii, pozostał w stylistyce z okresu świetności do dziś, razem ze stosowną muzyką w tle.

Tak, Lublin jest prowincją i to dobrze, bo jakość życia jest tutaj wyższa niż gdziekolwiek indziej. Lublin jest miejscem swoistym i jako takie nie musi się z niczym i z nikim porównywać. Prowincjonalność wcale nie oznacza zaściankowości. Nie obawiam się tego, że Lublin mógłby stać się Frankfurtem lub Chicago, nawet gdyby niektórzy sobie tego życzyli. O to bowiem, zadba już duch opiekuńczy tego tajemniczego miasta, duch który w razie potrzeby ześle Anioły Zemsty na betoniarki i stalowe rusztowania. Wszak na cuda można w Lublinie zawsze liczyć!

Doris Walaschek

Kultura Enter
2008/07 nr 00