Strona główna/Kompleks Kaziuka Wileńskiego

Kompleks Kaziuka Wileńskiego


W czasie jakiejś z prywatnych dyskusji o kondycji polskiej kultury na Litwie, jeden z dyskutantów stwierdził, czy raczej doszedł do wniosku, że miejscowi Polacy nie są w stanie stworzyć nic wielkiego czy oryginalnego. Nie powiedział wprost, ale z jego słów dało się wyczuć, że Polacy na Litwie to dla niego zaścianek kulturowy i teoretycznie mają dwie możliwości: albo asymilacja, albo skansen.

Pierwszym moim odruchem, jak najbardziej naturalnym, była złość z powodu ewidentnie kłamliwych tez mojego oponenta: przecież mamy wielu poetów, pisarzy, muzyków, malarzy – Polaków na Litwie, którzy tworzą po polsku lub działają nie kryjąc swego pochodzenia! Po dłuższym namyśle doszedłem jednak do wniosku, że zarzuty wobec nas nie są całkiem bezpodstawne. Z całym szacunkiem do piszącej, grającej, malującej i muzykującej braci artystycznej, współcześni Polacy litewscy nie wydali nikogo swoją rangą dorównującego Czesławowi Miłoszowi, Teodorowi Bujnickiemu czy braciom Mackiewiczom, czy nawet kresowiakom, którzy tworzyli lub nadal tworzą w powojennej Polsce, że wymienię tylko pisarza i reżysera Tadeusza Konwickiego, reżysera Stanisława Lenartowicza, autorkę Bożej Podszewki Teresę Lubkiewicz – Urbanowicz, zmarłych przed kilkoma laty Czesława Niemena i Ryszarda Kapuścińskiego. Ktoś powie: przecież nasi twórcy cały czas wydają swoje książki, koncertują w kraju i zagranicą, są nagradzani. Jest to jednak tylko połowa prawdy. Gdy się z bliska przyjrzymy „laurom” naszych twórców, zobaczymy, że zazwyczaj są to imprezy serwowane przez byłych kresowiaków lub towarzystwa sentymentu do ziem wschodnich. Jeśli więc „repatrianci” mogli się odnaleźć w nowych warunkach, nowej rzeczywistości, w oderwaniu od korzeni, dlaczego my, którzy tutaj zostaliśmy, nie wydaliśmy swego Wojaczka czy Stachury? Przecież kultura jest jednym z ważniejszych jeśli nie najważniejszych, czynników, które kształtują świadomość narodową. Kultura nie może stać w miejscu i musi się ciągle rozwijać.

Kultura narodowa w pełni może rozwijać się tylko i wyłącznie razem z własną państwowością narodową – twierdzą niektórzy po pobieżnej analizie życia kulturalnego Polaków na Litwie. Dla ludzi, którzy znają historię choćby i na poziomie szkoły podstawowej, taka teza jest jednak nie do przyjęcia. Nie chcę tutaj rozwodzić się na temat stosunków polsko-litewskich, bo nie o politykę mi chodzi, tylko o kulturę. Nawet, jeśli przyjmiemy, że w dziedzinie przestrzegania praw mniejszości narodowych na Litwie jest jeszcze sporo do zrobienia, w żaden sposób nie tłumaczy to braku wśród nas twórców oryginalnych, nowatorskich i kontrowersyjnych. Ludzi, którzy swoimi utworami, mogliby wywołać sensację, jak to było w wypadku Doroty Masłowskiej, czy wcześniej Marcina Świetlickiego.

Przez ponad 100 lat Polska była wymazana z mapy świata. Jednak nie zważając na ucisk władz zaborczych, XIX wiek był Złotym Wiekiem polskiej kultury. To wtedy powstały polski romantyzm, pozytywizm, Młoda Polska. Pod zaborami, wbrew niesprzyjającym okolicznościom, powstało coś, co pomogło nam przetrwać całe te ponure lata i sławić Polskę i Polaków na całym świecie. Zresztą Polska w tej kwestii nie jest żadnym wyjątkiem. Jest cała rzesza narodów, które tworzyły pod okupacją. Niektórzy, jak na przykład Irlandczycy, utracili nawet własny język, ale zachowali tożsamość.

Kolejny mit, który jest kultywowany wśród wileńskich Polaków, to przekonanie, że stagnacja kulturalna jest skutkiem repatriacji. Faktycznie w latach 40. – 50. XX wieku z terenów wschodnich byłej RP wyjechało mnóstwo Polaków. Wyjechała większość inteligencji, czyli ta część społeczeństwa, która ma za zadanie dźwigać na swych barkach brzemię tworzenia kultury. Pozostali natomiast chłopi, czyli grupa społeczna daleka od aspiracji artystycznych. Spójrzmy jednak na sąsiednie narody – Litwinów, Łotyszy czy Białorusinów. Ich elita, inteligencja ma rodowód chłopski. Większość litewskich klasyków, nawet działających po II wojnie światowej, pochodzi z prowincji. Do niedawna raczej daremnie było szukać jakiegoś literata litewskiego, który urodził się w Kownie, Wilnie, Kłajpedzie czy Szawlach. Tomas Venclova w jednym ze swoich tekstów nazwał litewską literaturę mianem „rolniczej”. Być może litewscy poeci, czy pisarze nie mają tak dużego wzięcia na świecie, jak chociażby polscy, ale tacy twórcy jak zmarły już Sigitas Geda, czy Jurga Ivanauskaitė, nie mówiąc już o wspomnianym Tomasie Venclovie, są znani również za granicą. Na marginesie trzeba zaznaczyć, że my przecież nie tworzymy jakiejś odrębnej kultury wileńskiej, tylko jesteśmy częścią kultury polskiej.

Oczywiście ta nieliczna grupa inteligencji, która została po wojnie w Wilnie lub twórcy, którzy zaczęli działać już za sowieckiej okupacji mieli ograniczone pole do manewru. Nie mieli stałego kontaktu z Polską, z ówczesnym życiem artystycznym. Z awangardą kulturową, która ukierunkowuje i nadaje kształt przyszłym prądom literackim, malarskim, teatralnym czy filmowym. Kontakty ograniczały się albo do „oficjałki”, albo do relacji rodzinnych. Nowinki literackie trafiały na Litwę z dużym opóźnieniem i w szczątkowej formie. Nie patrząc na to, gdy się porozmawia z ludźmi, którzy działali w tamtej epoce, to mimo tych wszystkich trudności znali dokonania Mrożka, Miłosza czy Barańczaka. Zresztą szukanie inspiracji i natchnienia tylko i wyłącznie w kulturze narodowej, również jest pewnym ograniczeniem myślowym. Stanisław Przybyszewski wzorował się na niemieckich modernistach i początkowo pisał tylko po niemiecku. Proza Czyngiza Ajtmatowa, chociaż nie pozbawiona elementów etnograficznych, wzorowała się przede wszystkim na współczesnej prozie rosyjskiej i zachodniej, stąd właśnie popularność jego książek w Europie. Mając ograniczony dostęp do polskiego świata artystycznego, wileński Polak miał dostęp (kto oczywiście chciał) do dokonań twórców rosyjskich czy litewskich, a trzeba pamiętać, że lata tzw. „zastoju”, schyłkowa epoka komunizmu, wydały całą plejadę artystów oryginalnych. Niestety polscy twórcy nie skorzystali z dorobku artystów działających tuż obok, świadomie wybierając drugo-, czy trzeciorzędną pozycję w szeregu. Zamiast „rozwoju” wybrali „przetrwanie”. Sytuacja nie zmieniła się również po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, kiedy kontakty z Macierzą stały się i możliwe, i nieograniczone. Większość miejscowych artystów uderzyła w ton patriotyczno-sentymentalny. Myśląc raczej o wymogach „specyficznego” wydawcy w Polsce, który publikował ich dzieła, niż o czytelniku tu. Po krótkotrwałej euforii patriotyczno-narodowej, którą niektórzy socjologowie i historycy, nazywają „jesienią ludów”, ludzie mieli zwyczajnie dość arcypatriotycznych tematów i motywów. Stało się tak zarówno na Litwie, jak i w Polsce.

Formułując moje zarzuty wobec polskiej mniejszości na Litwie, czyli de facto także wobec siebie, mam pełną świadomość, że dwustu-, czy trzystutysięczna społeczność nie jest w stanie wydać Nobla co kilka lat. Wiele narodów, kultywujących kulturę we własnych państwach, dotychczas nie mają swoich laureatów szwedzkiej nagrody. Chodzi mi jedynie o wyjście poza zaistniały schemat, które mówi, że albo nam się nie udaje, albo po prostu nie chcemy by nam się udawało (można znaleźć argumenty na poparcie tak jednej, jak i drugiej tezy). Dlatego warto przyjrzeć się Rosjanom mieszkającym na Liwie, których liczba jest zbliżona do mniejszości polskiej. Na początku lat 90-tych miejscowi Rosjanie, czy rosyjskojęzyczni stworzyli dosyć prężną scenę rockową i alternatywną, później wielu jej uczestników stało się przedstawicielami litewskiego show biznesu. Trzeba jednak podkreślić, że rosyjska scena muzyczna nie była odseparowana od litewskiej i nie tworzyła muzycznego getta. Koncerty rosyjskich zespołów odbywały się razem z zespołami śpiewającymi po litewsku. Zespół Spichki, którego członkowie deklarują się jako „rozyjskojęzyczni Europejczycy”, chociaż jest zespołem niszowym i raczej nie usłyszysz go ani w radiu, ani w telewizji – dosyć często koncertuje poza granicami Litwy, zwłaszcza w Niemczech. Profesor Alfredas Bumblauskas, jeden z największych litewskich autorytetów w dziedzinie historii, w jednej ze swych cotygodniowych audycji w telewizji publicznej wyznał, że Litwę na świecie znają z dwóch powodów: z pomnika Franka Zappy oraz z zespołu SpichkI. Oczywiście taka wypowiedź profesora jest swoistą prowokacją, jednak pokazuje, że nawet tworząc gdzieś na marginesie można być zauważonym, o ile robisz coś oryginalnego.

Na pozór niby wszystko jest OK, my także mamy własne zespoły, związki, imprezy kulturalne. W większości wypadków to wszystko jednak reprezentuje poziom, który nie może zainteresować nie tylko wileńską młodzież (nie mówiąc już o młodzieży z Polski), ale w ogóle nikogo poza samymi twórcami. Nieprawdziwe też jest twierdzenie, że tworzymy to, czego oczekują od nas w Macierzy, bo większość naszych inicjatyw kulturalnych jest finansowana przez RP. RP finansuje, bowiem to, co my jej proponujemy. A co możemy zaoferować współczesnej Polsce? Kaziuka wileńskiego? Kolejną książkę o marszałku i/lub Mickiewiczu? Wiązankę wierszy o Rossie i „ojców kości”? Być może hiperbolizuję, jednak nie da się ukryć, jeśli się coś o nas pisze w polskiej prasie (pomijam tematy polityczne) to dotyczy to kilku arcypatriotycznych tematów, a najlepszym naszym towarem eksportowym jest festiwal w Mrągowie z Wincukiem i Franukową na czele. Bądźmy realistami: czy naprawdę (z ręką na sercu) sądzimy, że to może zaciekawić współczesnego Polaka bez kresowych korzeni? Nie twierdzę, że tematyka akowska czy syberyjska, kresowa, patriotyczna czy folklorystyczna nie jest interesująca. Najlepszym dowodem, że może być nie tylko interesująca, ale i popularna, są piosenki Lao Che o Powstaniu Warszawskim, albo sukcesy Brathanków, Zakopowera. Każdy temat jest ciekawy, o ile jest odpowiednio oryginalnie podany.

Naszym największym wrogiem nie są więc ani złe warunki, ani złe traktowanie ze strony władz, czy brak zainteresowania ze strony Polski, naszym wrogiem jest kompleks niższości i kompleks ofiary, które cechują nasze społeczeństwo. Tym właśnie kompleksom zawdzięczamy ostrą krytykę miejscowego establishmentu wobec wszystkiego co nowe. Każdy krok w bok, negujący dotychczasowe wzorce, podręcznikowe prawdy był i nadal jest odbierany jako akt zdrady narodowej. Na początku lat 90. krytykowano nagminnie Radio Znad Wilii, za to, że lansuje zachodnie piosenki, podobno obce polskiemu społeczeństwu; następnie niewinne młodzieżowe pisemko Chaos nazwano „bredom sedoj kobyły”, tylko dlatego, że próbował przybliżyć wileńskim czytelnikom twórców offowych, nieobecnych w żadnych lokalnych mediach; wreszcie nagonka na Słowo Wileńskie, Gazetę Wileńską, na wszystko, co próbowało zmienić, odświeżyć, unowocześnić polską społeczność na Litwie. Każdy z przypadków był inny i był skierowany do trochę innej grupy docelowej. Jednak ich twórcy pragnęli odnaleźć jakąś alternatywę wobec zaistniałych schematów. Te kompleksy bez wątpienia mają swoje podłoże historyczne. Lata sowieckiej okupacji, zatargi na tle narodowościowym w latach 90. zrobiły swoje. Postawa obronna jest czymś naturalnym w przypadku każdej mniejszości. Bronić się można jednak w dwojaki sposób. Można stworzyć skansen, zamknąć się w sobie i krzyczeć „nas biją”, lub walczyć i iść na przód, pracować i tworzyć, świecić przykładem, tak jak w XIX w. Woda stojąca po pewnym czasie zaczyna trącić zgnilizną. Kultura w stanie stagnacji – również. Taką właśnie sytuację mamy na Wileńszczyźnie i jeśli chcemy być traktowani po partnersku, to przede wszystkim musimy zachowywać się jak partner. Bo trudno mieć zaufanie do ciągle narzekającego dziwoląga w krakowskich strojach.

Nie wierzę również tym, którzy twierdzą, że po prostu nie mamy odpowiednich ludzi. Odsetek ludzi utalentowanych w każdym społeczeństwie jest mniej więcej taki sam. Niestety osoby nie mogące realizować się we własnym społeczeństwie, wybierają „asymilację”. Nie przestają być Polakami – nadal rozmawiają po polsku, czytają polskie książki, chodzą na polskie msze, a nawet głosują na polską partię. Po prostu polskość redukuje się u nich do czegoś absolutnie prywatnego, tak, jak ktoś w domowym zaciszu uprawia jogę, czy praktykuje buddyzm. Jednak jako twórcy realizują się w ramach innej kultury.

Powtórzę jeszcze raz: cały problem tkwi w strachu. Strachu, że „nas nie zrozumieją”, że „nasze społeczeństwo tego nie zrozumie”, że to, co „dobre w Polsce, u nas się nie sprawdzi”. Ba, jeszcze nie tak dawno słowo „Europejczyk” było u nas czymś nagannym i obraźliwym. Ale przecież ci, którzy nawet angażują się na przykład w działalność zespołu folklorystycznego, po zdjęciu kostiumu, idą na nowy film europejski albo amerykański; kupują książkę autora, który jest na topie; idą na występ popularnego wykonawcy. Może nie każdy, jednak procentowo niczym się w tej kwestii nie różnimy od Litwinów czy Rosjan.

Trudno mieć pretensje do Polski, że nadal nam przysyła podstarzałe gwiazdy z ubiegłego wieku, na których bezpłatny koncert przychodzi od siły kilka tysięcy osób. Sami sobie zrobiliśmy taki image. A przecież jest wiele tematów i zjawisk, które można opisać i które mogą być interesujące nie tylko dla nas. Jednak, aby coś takiego ujrzało światło dzienne, musi powstać odpowiedni klimat. Odpowiednia myśl, która pokieruje działaniem. Nie mówię, że krytyka jest czymś złym. Odwrotnie jest czymś bardzo pozytywnym. Podobno, gdy Mickiewicz wydał swoje Ballady i romanse cała ówczesna wileńska śmietanka z Jędrzejem Śniadeckim na czele śmiała się nad tą nieporadną próbą „polskiego Goethego”. Jednak historia rozstawiła wszystko na swoje miejsca, nie wyrzucając na śmietnik ani Śniadeckiego, ani Mickiewicza. Później przyszli pozytywiści krytykujący poprzedników za zbytni mistycyzm i mesjanizm. Z kolei za kilkadziesiąt sami zostali skrytykowani przez modernistów za zbyt racjonalne pojmowanie świata. Nasi przodkowie mieli świadomość, że nic nie może stać w miejscu. Wydaje mi się, ze właśnie tej świadomości nam dzisiaj brak.

Antoni Pacuk Radczenko

Kultura Enter
2009/06/07 nr 11/12