POLITYKA. Boję się o Poczobuta
Rozmowa Aureliusza Marka Pedziwola z Pawłem Łatuszką
„Jeżeli dla polityków europejskich ważniejsze są ich interesy i nie chcą karać Łukaszenki, bo może się im jeszcze przydać, to ja zaczynam wątpić w taką demokrację”, mówi Paweł Łatuszka*.
Ta rozmowa zaczyna się od pytań o los Andrzeja Poczobuta, który kilka dni wcześniej, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, wrócił do ojczyzny. We wtorek, 11 września, gdy oczekiwaliśmy na autoryzację wywiadu, nadeszła wiadomość, że Poczobut znów jest w Polsce. Postanowiliśmy jednak niczego nie zmieniać, bo przecież Poczobut w każdej chwili może ponownie powrócić do swego kraju. A wtedy wszystkie obawy wyrażane przez naszego rozmówcę będą aktualne.
Aureliusz Marek Pędziwol: Andrzej Poczobut powrócił na Białoruś. Co Pan na to?
Paweł Łatuszka: On jest bohaterem. Tak go postrzegają Białorusini walczący o demokrację i wolność w naszym kraju, i tak go widzi wielu Polaków.
To ryzykowna decyzja. Myślę, że Łukaszenka nie odważy się go aresztować, dopóki negocjuje z USA.
Ale jest też druga strona tego medalu. Odwołam się do czasu, gdy byłem ambasadorem w Warszawie. Białoruskie KGB postanowiło wtedy zdelegalizować Związek Polaków na Białorusi. Usiłowałem do tego nie dopuścić, bo każdemu ambasadorowi zależy na normalnych relacjach z krajem, w którym pracuje. Wielokrotnie interweniowałem w tej sprawie, a do ministra spraw zagranicznych wysłałem telegram z ośmioma przykładami prób zerwania spotkań na wysokim i najwyższym szczeblu przez KGB. Byłem nawet oskarżany o to, że dbam o interesy Polski, a nie Białorusi.
Pamiętam zatrzymanie Andżeliki Borys na granicy, wracającej z Litwy do kraju przewodniczącej Związku Polaków na Białorusi. Miała rzekomo przewozić narkotyki. Byłem wtedy głęboko przekonany, że to była próba zerwania spotkania przewodniczących parlamentów Białorusi i Polski i że stało za nią zarówno białoruskie KGB, jak i służby rosyjskie.
Dlatego boję się o Poczobuta. Obawiam się, że nawet jeżeli Łukaszenka nie chce dziś wsadzać go za kraty, bo to by zablokowało rozmowy z Amerykanami, to coś złego mogą mu zrobić Rosjanie.
Spodziewa się Pan prowokacji?
Oczywiście mam nadzieję, że do niczego takiego nie dojdzie, ale ryzyko jest duże. Jestem pewny, że białoruscy agenci pilnują teraz Poczobuta 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Nie tylko dlatego, że chcą wiedzieć, co robi. Z pewnością obawiają się też działań służb rosyjskich.
Ale nie miejmy iluzji. Powrót Poczobuta nie oznacza zmiany represyjnej polityki Łukaszenki. Totalitarny reżim nie pozwala na żadną niezależną działalność. Przez ostatnie dwa lata zlikwidował ponad dwa tysiące organizacji pozarządowych. Setki ludzi wracających z Polski trafiły do więzień. Trzeba na to patrzeć jak na grę Łukaszenki, być pragmatycznym w jego ocenie i wymuszać na nim zmiany systemowe.
Jak?
Poprzez sankcje. Łukaszenka bardzo chce ich zniesienia i prosi Amerykanów o naciski na Brukselę, żeby je zniosła. Ale odpowiedź powinna być moim zdaniem taka, jak we Wnioskach Rady Europejskiej (Council Conclusions) z 2024 roku. Reżim ma najpierw rozpocząć dialog ze społeczeństwem obywatelskim i siłami demokratycznymi, a potem zorganizować demokratyczne wybory parlamentarne.
Czyli wydać sam na siebie wyrok?
Niekoniecznie. Myślę, że i nomenklatura wokół Łukaszenki życzyłaby sobie, żeby Białoruś była niepodległa i suwerenna, żeby nie była wciągana do wojny i żeby jej armia nie była wykorzystywana przeciw Ukrainie.
Ostatnio byliśmy świadkami spektakularnych zwolnień białoruskich więźniów politycznych, w tym właśnie Poczobuta. Ale ludzie nadal siedzą w więzieniach z powodów politycznych. Ilu ich jest?
Według danych organizacji obrony praw człowieka DISSIDENTBY jest teraz 944 więźniów politycznych, Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiosna” ocenia zaś ich liczbę na 886. Każdego dnia możemy przeczytać informacje o kolejnych aresztowaniach, a zatem te liczby się zmieniają. Ale można powiedzieć, że na Białorusi wciąż jest blisko tysiąc więźniów politycznych.
Wszystkie posiedzenia sądów są zamknięte. Wiele wyroków wydają one pod nieobecność rzekomych sprawców, którzy albo zostali deportowani, albo uciekli za granicę. Zmuszenie setek tysięcy Białorusinów do opuszczenia kraju spowodowało, że prokurator Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze (MTK) wszczął postępowanie w sprawie możliwego popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości na narodzie białoruskim.
Czy prokurator sam z tym wystąpił?
Zainicjowała to Litwa, a nad strategią prawną pracował mój zespół. Mam nadzieję, że i Polska, i Niemcy, i inne kraje Unii Europejskiej, a także Wielka Brytania to wesprą. Bo naprawdę nie rozumiem, dlaczego kraje demokratyczne wciąż nie chcą karać Łukaszenki, choć jest on zbrodniarzem.
Jeżeli dla polityków europejskich ważniejsze są ich interesy i nie chcą karać Łukaszenki, bo może się im jeszcze przydać, to ja, walczący o demokrację w swoim kraju, zaczynam wątpić w taką demokrację.
Czy wśród więźniów politycznych są jeszcze jakieś znane osobistości, czy raczej są to ludzie nieznani, za którymi Stany Zjednoczone niekoniecznie będą chciały się wstawiać?
Stanom Zjednoczonym zależy na uwolnieniu wszystkich. Prezydent Trump powiedział to Łukaszence ponad rok temu. Jestem bardzo wdzięczny jego specjalnemu wysłannikowi Johnowi Cole’owi i w ogóle amerykańskiej dyplomacji, że o to walczą. Dziwi mnie oczywiście, że te rozmowy trwają już ponad rok i nie osiągnęły jeszcze celu – uwolnienia wszystkich więźniów politycznych.
Jeżeli Trump osobiście prosi o to Łukaszenkę, a potem ponawia tę prośbę w listach i na Truth Social, a Łukaszenka nie zwalnia wszystkich więźniów politycznych, to rodzi się pytanie, kto tu jest silniejszy. Chociaż przyznaję, że Łukaszenka jako dyktator jest trudnym rozmówcą.
Ilu więźniów wyszło z więzień?
Amerykanom udało się do tej pory uwolnić ponad 600 więźniów politycznych. To cieszy, bo w ten sposób uratowano wielu ludzi. Ale obrońcy praw człowieka podliczyli, że jednocześnie kolejnych 548 osób stało się więźniami politycznymi. To naprawdę wygląda jak karuzela.
Czyli ten bilans się nie zmienia?
Łukaszenka uwalnia więźniów, a potem wsadza nowych i zaczyna kolejny handel. Mam nadzieję, że Amerykanom uda się uwolnić znaczącą grupę więźniów. I mam nadzieję, że nie zostaną deportowani, bo zwolnieni w grudniu ubiegłego roku zostali wyrzuceni bez dokumentów na Ukrainę, do kraju, gdzie jest wojna. Tak postępuje tylko zbrodniarz.
Zajmowaliśmy się legalizacją tych osób i dziękuję tu serdecznie władzom Polski i Litwy za pomoc.
Ostatnio rozmawialiśmy o ukraińskich dzieciach uprowadzanych na Białoruś i że stało się to przedmiotem skargi do MTK w Hadze. Jak ta sprawa się rozwija?
Gdy opublikowaliśmy informacje o przekazaniu prokuratorowi MTK dowodów na nielegalne przemieszczanie sierot z okupowanych tymczasowo obszarów Ukrainy na Białoruś i ich późniejszej indoktrynacji, Łukaszenka ograniczył takie działania. Pewnie prawnicy mu powiedzieli, że naprawdę może być ścigany.
Ale nie mam dla niego dobrych wiadomości. Według naszej wiedzy prokurator MTK rozpoczął już analizę dowodów. Mam nadzieję, że wkrótce wyda nakaz aresztowania Łukaszenki za zbrodnie popełnione na narodzie białoruskim. Teraz pracujemy nad stworzeniem trybunału odpowiedzialności za agresję przeciwko Ukrainie. Jako członek Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy wniosłem poprawkę do stosownej rezolucji Rady Europy mówiącą, że Łukaszenka też niesie odpowiedzialność za te zbrodnie, bo udostępnił terytorium Białorusi armii rosyjskiej.
Tak więc na Łukaszenkę już wkrótce będą czekać trzy nakazy aresztowania.
Czy któreś z uprowadzonych dzieci wróciły do swego kraju?
Na prośbę strony ukraińskiej byliśmy w maju ze Swiatłaną Cichanouską w Kijowie. Spotkaliśmy się z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim i z ministrem spraw zagranicznych Andrijem Sybihą, a także w sztabie koordynacyjnym, który zajmuje się dziećmi uprowadzonymi przez Rosję na Białoruś. Na ich prośbę przekazałem wszystkie materiały, które były w naszej dyspozycji, żeby mogli korzystać z nich w rozmowach ze stroną rosyjską. Wiemy, że takie rozmowy trwają. Powstała koalicja państw wspierających powrót ukraińskich dzieci do ich kraju.
Czyli one są wciąż jeszcze są albo w Białorusi, albo w Rosji?
Nie mamy takiej wiedzy. Były niepotwierdzone informacje o adopcjach na Białorusi, ale tam nie możemy oczywiście prowadzić naszych działań śledczych. Wiemy, że ponad 3500 ukraińskich dzieci, sierot, było nielegalnie przemieszczonych z Ukrainy na Białoruś. Przekazaliśmy ich nazwiska – te, które udało nam się odnaleźć. Niestety także na stronach internetowych Rosji i w procedurze adopcji.
Jak wyglądają kontakty białoruskich władz na uchodźstwie z państwami Unii Europejskiej?
Unia nie zmieniła swojej polityki, wspiera nas nadal. 9 sierpnia, w dzień rocznicy wybuchu protestów po sfałszowanych wyborach prezydenckich na Białorusi z 2020 roku, Komisja Europejska zadeklarowała wsparcie dla nas, a władzom w Mińsku powiedziała, że powinny rozpocząć rozmawiać ze społeczeństwem obywatelskim i siłami demokratycznymi. Jeden z wysoko postawionych dyplomatów w rozmowie ze mną potwierdził twardą pozycję komisarz do spraw polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Kaji Callas wobec Łukaszenki.
Sankcje będą więc kontynuowane. I to może być sposobem na doprowadzenie w przyszłości do okrągłego stołu.
Mówi Pan o Komisji, o Unii, a ja pytałem o państwa.
Niektóre kraje europejskie faktycznie nie interesują się Białorusią i nie mają chęci na spotkania z białoruską opozycją. Wiemy też, że z różnych państw jeżdżą delegacje do Mińska. Na niskim dyplomatycznym szczeblu, ale jeżdżą. Skoro komunikują się z reżimem, a nie chcą rozmawiać z nami, to coś znaczy. Wybaczenie Łukaszence wszystkich zbrodni? Agresji? Wojny hybrydowej? Biznes as usual?
Zdradzi Pan, o których krajach Pan mówi?
Pierwszym z nich były Węgry Viktora Orbána. Po wyborach rząd się zmienił, ale Białoruś ma nadal ambasadora w Budapeszcie, a Węgry w Mińsku. Oczywiście napisałem list do nowej minister spraw zagranicznych Anity Orbán z prośbą o rozpatrzenie tej sprawy i dołączenie się do ogólnego stanowiska Unii Europejskiej, które było przyjęte w roku 2025 po kolejnych sfałszowanych wyborach na Białorusi. Tylko Węgry go wtedy nie podpisały.
Także Słowacja ma ambasadora w Mińsku, a mój były kolega Ihar Fisienka jest ambasadorem w Bratysławie. Mamy jednak nadzieję, że po wyborach na Słowacji będziemy rozmawiać z władzą, która nie będzie chciała uznawać Łukaszenki. Trzeba uznawać narody, państwa, ale nie tych, którzy w sposób przestępczy dochodzą do władzy. Przecież jesteśmy Europejczykami, musimy mieć jakieś wartości, prawda?
Dziękuję Panu bardzo za rozmowę.
Aureliusz M. Pędziwol
Rozmowa była prowadzona 9 września 2026 roku na XXXV Forum Ekonomicznym w Karpaczu
* Polityk i dyplomata Paweł Łatuszka (rocznik 1973) jest zastępcą Swiatłany Cichanouskiej, przewodniczącej Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego Białorusi, czyli białoruskiego rządu na uchodźstwie, a także szefem Narodowego Zarządu Antykryzysowego, członek Rady Koordynacyjnej (parlamentu na uchodźstwie).
Był ambasadorem w Warszawie (2002-2008), ministrem kultury (2009-2012), potem znów ambasadorem w Paryżu i przy UNESCO oraz w Madrycie, Lizbonie i Monaco (2012-2019), dyrektorem Narodowego Teatru Akademickiego im. Janki Kupały w Mińsku. Został zwolniony w 2020 roku, gdy publicznie poparł protesty przeciw sfałszowaniu wyborów prezydenckich. Wkrótce potem wyjechał do Polski, gdzie żyje na uchodźstwie do dziś. W 2023 roku został zaocznie skazany przez białoruski sąd na 18 lat więzienia.
Kultura Enter
22 września 2026
Paweł Łatuszka w Karpaczu w 2021 r. Zdjęcia: Aureliusz M. Pedziwol
Andrzej Poczobut, 2018, Wojnowice, KEW, Polska Polityka Wschodnia
Paweł Łatuszka w 2022 r. w Karpaczu (drugi od lewej, dalej Milinkiewicz Alaksandr)
Paweł Łatuszka (drugi od lewej) w 2023 r. na Europejskim Kongresie Samorządów w Mikołajkach, w panelu z Łukaszem Adamskim, od tego roku dyrektorem Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego
Łatuszka w 2023 r. na Forum w Karpaczu
Łatuszka w 2023 r. w Karpaczu
Łatuszka we wrześniu 2026 r. na Forum Ekonomicznym w Karpaczu







