Strona główna/Przyszłość wiedzy

Przyszłość wiedzy

Co czeka uniwersytety w związku z rozwojem wiedzy i co możemy z tym zrobić?

Przyszłość staje się leitmotivem teraźniejszości, bo po raz pierwszy w historii są one tak blisko siebie. Nigdy wcześniej zmiany na świecie – nie licząc katastrof i wojen – nie były równie szybkie jak dziś, ale też nigdy wcześniej nie dysponowaliśmy odpowiednią wiedzą, aby je programować lub się do nich zawczasu dostosowywać. Taką mniej więcej tezę głosi dr Piotr Celiński w książce Kultura wiedzy (s. 74 – spis treści poniżej). Celiński wymyślił i zredagował tę publikacje wspólnie z prof. Janem Hudzikiem. Obaj naukowcy pracują na Wydziale Politologii UMCS i obaj odpowiadali za dział „Kultura Wiedzy” w aplikacji Lublina do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

Źródeł inspiracji do powstania tego działu można szukać zarówno w akademickim charakterze miasta, ale przede wszystkim w coraz bardziej splątanym rozwoju tych dwóch dziedzin. Zauważa się, że miasta rozwijają się dzięki kulturze, że kluczowa dla innowacji tzw. „klasa kreatywna” to ludzie bardzo aktywnie w kulturze uczestniczący, ale wciąż nie udaje się zmierzyć tych zależności. Dlatego kultura jest kuszącą propozycją dla badaczy. Z drugiej strony, organizowanie kultury w coraz większym zakresie zależy od wiedzy: o potrzebach odbiorców, o efektywności wydawanych na kulturę pieniędzy. Droga do kultury w coraz większym stopniu prowadzi przez umiejętność obsługi skomplikowanych urządzeń technicznych (i opanowania związanych z nimi nowych zwyczajów), które nie tylko budzą w animatorach kultury zawodowe zainteresowanie, ale przede wszystkim są dla nich obiektem fascynacji. Skoro więc kultura i wiedza tak bardzo mają się ku sobie, nie pozostawało nic innego, jak urządzić im podczas ESK huczne zaręczyny.

Wszechobecna kultura

Niemniej trzeba przyznać, że kulturę ostatnio odmienia się przez wszystkie przypadki i łączy do znudzenia ze wszystkim: kultura tego, kultura tamtego. Można się nawet zirytować, że powstała nowa, bezmyślna moda, ale to nieprawda. Chęć „ukulturalnienia” rzeczywistości wynika z przemyślanej potrzeby skoordynowania różnorodnych działań na rzecz publicznego dobra i nie ma to nic wspólnego z dyktaturą artystycznego proletariatu. Kultura jest sztuką cywilizowania egoizmów i w tym właśnie znaczeniu kojarzy się ją z wiedzą, przestrzenią, przedsiębiorczością itd.

Kultura wiedzy to stricte lubelski głos w tej debacie. „Pewną przesadą byłoby stwierdzenie, że temat ten zelektryzował środowisko akademickie” – czytamy we wstępie do książki (s. 9). Jednak wydanie jej świadczy, że są ludzie, którzy tę sprawę traktują serio. I nie mogłoby być inaczej w Lublinie, gdzie ¼ mieszkańców to studenci, a największym pracodawcą w regionie jest uczelnia. Poważna i przyszłościowa dyskusja o społecznej odpowiedzialności uniwersytetów jest tu bardzo na miejscu, a zbliżenie wiedzy do kultury bardzo jej sprzyja, ponieważ obecnie to kultura – nie akademia – jest polem twórczej debaty. „Kultura – pisze prof. Tadeusz Sławek – jest siłą umożliwiającą człowiekowi specyficzny rodzaj krytycznego uczestnictwa w świecie” (s. 93).

Wśród dziewięciu artykułów, które składają się na Kulturę wiedzy znajdziemy m.in. doskonały tekst pt. Kultura i kształt miasta wspomnianego prof. Sławka, szefa katowickich starań o tytuł ESK 2016, którego wypowiedzi cechuje charakterystyczny dla tego konkursu temperament intelektualny. Autor tłumaczy ludzkim językiem m.in. zależności między kulturą a miastem, które jawi się jako symbol poukładanego stanu wiedzy. „Dla ocalenia miasta – pisze Sławek – niezbędne jest odrzucenie wszelkiego poczucia samozadowolenia z jego ‘kształtu’” (s.89). Również z perspektywy ESK pisze Grzegorz Kondrasiuk, redaktor naczelny KulturyEnter.pl. Jego tekst ESK, wiedza kultury, instrumentalizacja jest jednym z najlepszych syntetycznych tekstów o konkursie na Europejską Stolicę Kultury.

Kilku autorów książki próbuje wydedukować teoretyczne znaczenie terminu kultury wiedzy, jednak większość uznaje, że nie tędy droga i sugeruje po prostu potrzebę łączenia wiedzy z codzienną praktyką jej użytkowników poza murami uczelni. W artykule O kulturze wiedzy kilka uwag językoznawczych i pragmatycznych prof. Anna Pajdzińska daje przykład kultury języka, która oznacza przecież praktyczne kompetencje władania językiem w życiu codziennym (s. 133) a prof. Ewa Rewers w Kulturowej ekonomii miast wspomina o „urbanizmie codziennym” (s. 84), który łączy badania naukowe z działaniami kulturalnymi. Interdyscyplinarność wiedzy to drugi główny postulat książki. Prof. Jerzy Nikitorowicz, rektor Uniwersytetu w Białymstoku uważa, że wszyscy zamieszkujemy obecnie coś w rodzaju globalnego pogranicza, a ponieważ – jak sugeruje tytuł tekstu Kultura wiedzy o sobie i innych – kultura nigdy nie jest abstrakcją, lecz zawsze należy do kogoś, dlatego „ponowoczesna gra z różnicą powinna się przekształcić w autentyczny dialog” (s. 125). Prof. Anna Zeidler-Janiszewska w tekście O pożytkach ze współpracy refleksji z wyobraźnią słów kilka zwraca uwagę na ciekawą strategię „jak można nadać symboliczną skuteczność krytycznym analizom różnych aspektów współczesności” poprzez łączenie wiedzy z aktami artystycznymi (s. 51). Gdyby badacze potrafili współpracować nie tylko w grupach interdyscyplinarnych ale także interdziedzinowych – artystyczno-naukowych – mogliby komunikować rezultaty swoich analiz w podwójny sposób.

Ważnym tematem książki Kultura wiedzy jest związek między wiedzą a popularną technologią, która kształtuje kulturę, bo służy do codziennej komunikacji. W zaczepnym artykule Społeczeństwo oparte na wiedzy, czyli o genezie i granicach kolejnej utopii prof. Roman Kubicki pisze z gorzką ironią: „We współczesnym społeczeństwie opartym na wiedzy przyczyn naszego niezrozumienia szukamy coraz częściej w serwisach gwarancyjnych kolejnych gadżetów technologicznych, dzięki którym próbujemy intensyfikować nasze spotkania z innymi ludźmi”. Przewodnikiem w tej materii jest tekst Medialne wyobraźnie i alfabetyzmy wspomnianego wyżej dr. Piotra Celińskiego będący swoistym leksykonem słów opisujących nasze uczestnictwo w mediosferze. Zdaniem autora, stoimy dziś przed historyczną szansą: „Po raz pierwszy mamy możliwość nie tylko jako jednostki, ale i jako wspólnoty, w ‘czasie rzeczywistym’ definiować kierunki rozwoju technologii medialnych, nadawać im kształty i definiować ich społeczne sensy, programować zarówno same media, jak i naszą wyobraźnię w kontakcie z nimi” (s. 74). Celiński zastrzega jednak, że do tego trzeba „dojrzałych kulturowo, czyli myślących krytycznie, aktywnych użytkowników, społeczności i kultur.”

Wiedza chora na komunikację

Badacz głosi tu jednocześnie dwie tezy: po pierwsze, że stosując wiedzę o mediach możemy dziś świadomie tworzyć dla publicznego dobra nowe strategie medialne, a po drugie, że do stosowania wiedzy o mediach potrzebna jest kultura. Obie te tezy możemy uogólnić: pierwszą na wszystkie strategie komunikacyjne (wiemy jak efektywnie się porozumiewać, więc róbmy to), a drugą na każdą wiedzę (do stosowania jej zawsze potrzeba kultury). Co do pierwszej, choć Celińskiego interesują stricte technologie medialne, to przecież ten sam problem – czy też raczej ta sama szansa – dotyczy w ogóle sposobów komunikacji, niezależnie od nośnika. Medium jest przecież nie tylko internet czy komórka ale także gestykulacja i architektoniczna dominanta krajobrazowa. Co do drugiej tezy, wydaje się ona zarazem odkrywcza i oczywista. Odkrywcza, bo przyzwyczajeni jesteśmy myśleć, iż do aplikacji wiedzy, potrzebna jest… wiedza, więc wskazanie na kulturę uwalnia nas z tej łopatologii. Oczywista, bo intuicyjnie czujemy, że owa metawiedza potrzebna do stosowania wiedzy ma jednak jakąś bardziej złożoną naturę. Z obu tez wynika, że kultura jest potrzebna do skutecznej komunikacji, bo jest potrzebna do aplikacji wiedzy o tej komunikacji. Stąd kultura wiedzy. Można jednak zadać pytanie, czy twórcy wiedzy w ogóle powinni się przejmować jej zastosowaniem? Może to nie do nich należy, a więc i kultury wiedzy nie potrzebują?

Nikitorowicz przypomina, że kultura cała „jest komunikacją” (s. 113). Zatem kultura wiedzy byłaby szczególną strategią komunikacji naukowej możliwą – zgodnie z tezą Celińskiego – do zaplanowania w oparciu o znajomość komunikacyjnych praktyk kultury. Czy to znaczy, że naukowcy mają się zamienić w animatorów, trochę według przykładów Zeidler-Janiszewskiej? Niekoniecznie. Nikitorowicz nie precyzuje, czy istnieje komunikacja poza kulturą, ale z jego tekstu można wysnuć wniosek, że kultura jest tożsama z komunikacją. Czyli kultura istnieje tylko wtedy, gdy zachodzi komunikacja (nawet jeżeli adresat komunikatów jest nieznany, a więc kiedy implikowany czytelnik jest jedynie konstruktem lub jest nim sam autor) i na odwrót – komunikacja zachodzi tylko wtedy, kiedy istnieje kultura. Czyli taką mamy kulturę, jaką mamy komunikację i vice versa. Komunikacja i kultura służą sobie nawzajem za kompetencyjne i techniczne zaplecza. Innymi słowy, twórcy wiedzy potrzebują kultury, przez sam fakt, że używają komunikacji.

Termin „kultura wiedzy” znaczy więc tyle co „komunikacja wiedzy”, ale z dodatkowym zastrzeżeniem. Nikitorowicz podkreśla, że „kultura jest zawsze czyjąś kulturą” i przypomina określenie Leona Dyczewskiego: „kultura stanowi platformę społecznego kontaktu” (s. 113). Zatem chodzi o to, aby wiedza naukowa również stała się częścią „platformy społecznego kontaktu”, była przedmiotem dialogu, komunikacji interpresonalnej. W tym ujęciu strategia komunikacyjna „kultury wiedzy” polegałaby na dzieleniu się wiedzą nakierowanym na drugiego człowieka, z uwzględnieniem jego potrzeb. Te intuicje są zgodne z klasycznym rozumieniem pojęcia wiedzy, która jest czymś więcej niż dane i informacje. Wiedza to dane, których wartość weryfikujemy w odniesieniu do konkretnego kontekstu i użycia – czyli właśnie potrzeb odbiorcy. Wiedza to informacja przydatna, którą potrafimy użyć. To ostatecznie rozstrzyga kwestię autonomii tworów wiedzy rozumianej jako ich niezależność od jej aplikowania. Badacz, który tylko bada, jest co najwyżej twórcą informacji. Mianowanie się człowiekiem wiedzy związane jest z odpowiedzialnością za to, jak i do czego owe informacje są stosowane w praktyce, a więc i jak będą komunikowane.

Jeśli więc wiedza = kultura wiedzy, to po co wymyślać nowe określenie i mnożyć byty? Może dlatego, że o wiedzy nikt tak z reguły nie myśli. Przeważa „werbalizm i encyklopedyzm”, który Pajdzińska wytyka szkole (s. 135). Temat kultury wiedzy wynikł najwidoczniej stąd, że naszej wiedzy tej kultury – czyli „ludzkiej” komunikacji – po prostu brakuje. Potrzeba kultury wiedzy świadczy o tym, że nasza wiedza choruje na komunikację.

Podzwonne ery profesora

Objawy – lub inaczej: skutki – tej choroby opisują słowa Pawła Kostrzewy, głównego bohatera powieści Jacka Dukaja Linia oporu: „Dyplomy i tytuły to atrapy kompetencji. Stosuj, dopóki nie masz rzeczywistego dorobku” (Jacek Dukaj, Linia oporu, w: Król bólu, Kraków 2010, s. 101). Paweł Kostrzewa jest wziętym „kreatywem” czyli deweloperem narracji w rzeczywistości wirtualnej, które w przyszłości pomagają ludziom spędzać wolny czas. Mimo że Kostrzewa nie skończył nawet podstawówki, firmy komputerowe biły się o niego, bo miał świetną reputację, którą wyrobił sobie niezależnie od systemu oświaty, po prostu działając od dziecka w internecie. Dukaj to czołowy polski futurolog, następca Stanisława Lema. Jednak żeby dojść do podobnych wniosków, nie trzeba geniuszu – wystarczy być absolwentem szukającym pracy. Pracodawcy nie dbają o to, ile masz fakultetów. Interesuje ich przede wszystkim nabyte doświadczenie. Wizja przyszłości według Dukaja spełnia się na naszych oczach: uniwersytety przestają dawać studentom reputację wystarczającą do znalezienia pracy. Jest kwestią czasu, że co bystrzejsi licealiści zaczną szukać innych niż studia sposobów kształcenia i awansu przez wiedzę.

„Wiedzieć – pisze prof. Jan Hudzik w otwierającym książkę artykule Wariacje na kulturę wiedzy– to tyle, ile umieć stosować informacje w decydowaniu i działaniu” (s. 14). Standardy rozpowszechniania tak pojętej wiedzy są daleko w tyle za standardami rozpowszechniania informacji. Wiedzę, którą można było zdobyć kiedyś jedynie na uniwersytecie, dziś można uzyskać samodzielnie. Co więcej, dziś samemu – czytając artykuły, dyskutując na specjalistycznych forach – można posiąść wiedzę, której nie znajdziemy na uniwersytetach. Żyjemy, komunikujemy się, zdobywamy wiedzę coraz szybciej. Stosunek wiedzy i czasu potrzebnego na jej zdobycie staje się na uczelni anachronicznie niekorzystny wobec innych sposobów edukacji, a jak pisze Sławek, odpowiedzialność władzy „to odpowiedzialność za jakość niepowtarzalnego, obdarzonego ograniczonym horyzontem czasowym życia jednostki” (s. 93). Czy władze uczelni czują się odpowiedzialne za czas, jaki owe jednostki im oddają będąc studentami?

A może wolą tego tematu nie tykać? Jeśli, według cytowanego przez Hudzika Jing Liu, wiedzieć to znaczy „umieć brać udział w procesie, który czyni wiedzę znaczącą” (s. 14), weryfikacją wiedzy byłaby owa umiejętność „brania udziału” i zaangażowanie. Deficyt wiedzy polegałby natomiast na braku tej umiejętności. Czyli – trawestując myśl Sokratesa „wiem, że nic nie wiem” – byłby on równoznaczny z postawą „nie wiem, że wiem i nie chcę wiedzieć”. Można to przetłumaczyć jako: nie obchodzi mnie, czy to, co traktuję jako wiedzę, może pełnić jakąś rolę w decydowaniu i działaniu i nie chcę brać udziału w procesie, który miałby tę kwestię wyjaśnić.

Na pewno chcą ją wyjaśnić autorzy książki, dla których kultura wiedzy staje się krytycznym postulatem wobec uniwersytetów, których status wydaje im się zagrożony. Cytowany przez Hudzika Jean-François Lyotard pisze jakby z pewnym żalem do świata: „Delegitymizacja i prymat skuteczności stanowią podzwonne ery profesora: nie jest on bardziej kompetentny od komputerowych zasobów pamięci, by przekazać ustaloną wiedzę i nie jest bardziej kompetentny od interdyscyplinarnych zespołów, by wymyślać nowe posunięcia i nowe gry” (s. 28). Trudno o dobitniejsze słowa, a jednak Hudzik pyta wprost: „Co z uniwersytetem organizacyjnie anachronicznym i skostniałym, uwikłanym w dyscyplinarne podziały nauki, coraz bardziej nieprzystające do zmieniającej się na zewnątrz rzeczywistości?” (s. 13).

Zaorana wiedza

Jak się ta rzeczywistość zmienia według badaczy z Kultury wiedzy? Na to pytanie odpowiadają Nikitorowicz, Pajdzińska i Hudzik. Po pierwsze, „W ostatnim okresie nastąpiły szybkie i dynamiczne postępy w komunikacji w komunikacji i łączności – pisze Nikitorowicz – istnieją jednak i powstają nowe problemy, bariery i zakłócenia w komunikowaniu się ludzi. Mamy do czynienia z rynkiem informacji, ich szybkim przekazem, a w komunikowaniu się ludzi nie ubywa nieporozumień i niedoskonałości”. O tym wspomina też Kubicki w wypowiedzi cytowanej powyżej. Istnieje w codziennej komunikacji niebezpieczeństwo przerostu techniki i komercji nad kulturą. Jeśli „cywilizowanie egoizmów” nie nadąża za rozwojem innych sektorów, możemy spodziewać się nieciekawych efektów, zgodnie z programistyczną zasadą „śmiecie na wejściu, śmiecie na wyjściu”.

„Wykreowany mit globalnej globalnej wioski, o którym marzył kiedyś Mashall McLuhan – kontynuuje Nikitorowicz – w kontekście rewolucji medialnej wydaje się zupełnie nie odpowiadać rzeczywistości współczesnej. Dzisiaj wyraźnie widoczna jest nietrafność tej metafory, gdyż istotą wioski są naturalne więzi, domostwo, wydeptana przez najbliższych ścieżka, osobnicza znajomość, ciepło i intymność, znajomość wszystkich i wszystkiego, przestrzeganie praw natury i praw stanowionych przez społeczność i życie zgodnie z nimi, wpółprzeżywanie i współdźwięczenie, empatia”. Orędownicy tzw. „społeczności internetowych” i różnych post-ludzkich scenariuszy przyszłości mogliby argumentować, że te naturalne relacje są juz nieaktualne, zgodnie z tym, co pisze Dukaj o swoim bohaterze: „Nie ma Paweł rodziców. Nie miał, nie ma i nie będzie miał ojca matki sióstr braci siostrzeńców kuzynów ciotek szwagrów synów córek wnuków żon mężów teściów, zięciów. Ma znajomych” (s. 97, interpunkcja oryginału).

To prawda, że przysłowiowy Facebook i inne podobne serwisy fenomenalnie intensyfikują niektóre z relacji międzyludzkich (np. z wymienionych przez Nikitorowicza: współprzeżywanie, intymność, znajomość wszystkich i wszystkiego), ale upośledzają inne („wydeptaną przez najbliższych ścieżkę”, osobniczą znajomość, ciepło, przestrzeganie praw natury i praw stanowionych przez społeczność – na forach prawo stanowi admin). W ten sposób działają niektóre herbicydy. Powodują przyśpieszenie niektórych funkcji życiowych, prowadząc do zaburzenia równowagi metabolizmu, deformacji i śmierci rośliny. Nikitorowicz potwierdza, że globalizm zbliża wszystko do siebie, ale nie prowadzi to do automatycznego ładu, lecz do powstania totalnego pogranicza, które należy dopiero zagospodarować dialogiem. Ów dialog zaś – warto dopowiedzieć – wcale nie musi prowadzić do globalnego porządku lecz np. do wielu porządków lokalnych. Bo co prawda globalizacja daje człowiekowi dostęp do niezliczonej ilości możliwych relacji, ale pojemność relacyjna ludzkiej uwagi i życia jest mniej więcej taka sama jak przed globalizacją.

Pajdzińska zwraca uwagę na inny aspekt „rozlewania się” wiedzy: „w przeszłość odchodzi tradycyjny podział życia na odrębne okresy: okres dzieciństwa i młodości, przeznaczony na zdobywanie wykształcenia, okres działalności zawodowej i okres emerytury” (s. 134). Dlatego też młodzież na studiach powinna nie tylko zdobywać zasób wiedzy dotyczący określonego tematu, ale „rozwijać umiejętność uczenia się, formułowania problemów i ich rozwiązywania, wreszcie adaptacji do zmieniających się warunków. Innymi słowy absolwenci powinni być otwarci na wiedzę, kreatywni i gotowi do innowacji, przekraczania tego, co jest, do zmiany” (s. 134).

Oboje badaczy zwraca uwagę na przewartościowanie naszego wyobrażenia o wiedzy, którą współczesność „zaorała”, likwidując jej „miedze” i punkty orientacyjne. Intensyfikacja przepływu informacji, globalizacja jego zasięgu i rozciągnięcie okresu nauki na całe życie sprawiają, że posiadana wiedza jest zawsze w jakiejś mierze niekompletna i niewystarczająca. Współczesny człowiek potrzebuje więc metawiedzy o wiedzy. Jeśliby porównać wiedzę do mapy, nie chodzi już o to, aby znaleźć się pożądanym miejscu (bo jest ich wiele, a o większości nie nie wiemy), lecz umieć po niej nawigować wedle potrzeb, używając kompetencji dialogicznych, ciekawości, pomysłowości itd. Jeżeli wyobrazimy sobie wiedzę w ten sposób, właściwego wymiaru nabierze idea „żeglarzy, nawigatorów współczesności” między wyspami wiedzy, której dość dużo miejsca poświęca Hudzik: „nauka, moralność, sztuka, technika – są niczym wyspy archipelagu, między którymi sprawnie może się poruszać tylko ktoś, kto ma odpowiednie zdolności żeglarskie i orientację topograficzną; zna zawiłe szlaki morskie, prądy wodne, mielizny i przyjazne porty” (s. 21).

Żeglarze i wyspiarze

Hudzik nazywa ich „theoresami”, na wzór greckich „theosów”, czyli uczestników uroczystego poselstwa. Jest to bardzo trafny termin, bo jednocześnie kojarzy się z teoretykami i herosami. Są to ludzie, którzy pożegnali się z „twardym lądem w postaci ‘-izmów’”, co pozbawiło ich „dogodnych pozycji dotychczasowych teoretyków”, ale i dało przywileje takie jak nietykalność (s. 22). Mowa tu konkretnie o tzw. „wielkich nazwiskach” (Michael Foucault, Jean Baudrillard, Zygmunt Bauman, Ulrich Beck), ale także o bezimiennym podróżniku, który „w różnych celach opuszcza rodzimą wyspę, nie zapomina o niej, ale ciekaw jest też innych, trafia do nich, tłumaczy, skąd i dlaczego przybywa, oferuje im – sam będąc obdarowanym – nowe przedmioty i pojęcia, obrastające (w nowych kontekstach) w nowe funkcje i znaczenia” (s. 22).

Ów nowy typ bohatera jest też tłumaczem, którego praca polega na „łączeniu jednych bytów z innymi bytami, to znaczy na odnajdywaniu sieci” (za: Bruno Latour, s. 24). Sieciowanie jest dla Hudzika głównym aspektem kultury wiedzy i – jak się wydaje – obecnych zmian rzeczywistości, na które powinien zareagować uniwersytet. Nie jest to wniosek odkrywczy, ale istotne są płynące z niego implikacje, jakie badacz opisuje w odniesieniu do przyszłości wiedzy. „Walkę o lepsze – pisze w podsumowaniu autor – […] toczą umysły imaginacyjne, zdolne zachować swoją odrębność i zarazem poruszać się między różnymi dziedzinami/polami/grami kulturowymi, […] Umysły zdolne, dla wzmocnienia swej skuteczności, zawiązywać sieci podłączeń do innych podmiotów, sieci, które posłużą im za ramy odniesienia do prawdy, dla jej uzasadnienia i zdobywania” (s. 29). Dla Hudzika takie właśnie umysły kształtuje kultura wiedzy: „umysły imaginacyjne, zdolne łączyć różne dane uważane dotąd za niezależne od siebie” (s. 24). Kultura wiedzy to innymi słowy kompetencja jej sieciowania.

Sęk w tym, że sieci splatane przez żeglarzy-tłumaczy wcale nie muszą być atrakcyjne dla „wyspiarzy”, ponieważ „Sieci nie da się wyjaśnić za pomocą binarnych opozycji, które już to przeciwstawiałyby praktyki teoriom, już to ujmowałyby je przy zaangażowaniu teorii właśnie, w przeciwstawnych perspektywach mikro i makro. W sieci nic nie jest wyżej, ważniejsze, ani niżej, mniej ważne, nic nie jest większe ani mniejsze” (s. 24-25). Nie ma pewności, czy status bycia „ani wyżej, ani niżej” jest dla naukowców zadowalający. Lubią oni przecież stosować myślenie dialektyczne, ujmować sprawy tak, aby spolaryzować dyskusję i wykazać błąd w myśleniu drugiej strony. Uniwersytety są instytucjami z definicji zhierarchizowanymi, które konkurują na zewnątrz i wewnątrz. Luzie zaprawieni w takich bojach niekoniecznie muszą być zainteresowani oferowaniem „przyjaznych portów” i nietykalności obcym poselstwom.

Dylematy

Mimo, że autorzy książki opowiadają się za wiedzą „stosowną”, a kilkoro z nich ma ścisły kontakt z kulturą, w ich wypowiedziach pobrzmiewa także nieutulona tęsknota za „wiedzą jako taką” i wielka niechęć do metod prowadzenia „polityki naukowej” stosowanych przez władze. Kubicki pisze: „Choć wiedza nadaje poznaniu sens, hoduje go zarazem w klatce pragmatycznych rozstrzygnięć i oczekiwań. Cokolwiek próbuje się z niej wydostać, jest rozpoznane jako chwast kultury wiedzy […] bezlitośnie obcinany prze nożyce tak zwanej ekonomicznej racjonalności i przydatności” (s. 39). Pajdzińska: „za naprawdę istotne uważa się jedynie nauki stosowane, o nastawieniu prorynkowym, współpracujące z podmiotami gospodarczymi. Zupełnie marginalnie są traktowane nauki podstawowe […] służące przede wszystkim celom poznawczym” (s. 133). Hudzik pisze o dwóch spojrzeniach na dzisiejszy uniwersytet: optymistycznym i pesymistycznym. To pierwsze traktuje wiedzę jako system otwarty, pole innowacji, a to drugie traktuje naukę jako „zakładnika rachunku ekonomicznego”: „Liczą się tylko liczby – studentów oraz uzyskanych grantów […]. Zależność nauki od ekonomii według Tomasza Szkudlarka zamienia ją dziś w robotę, której wykonawcami nie są już profesorowie, lecz robotnicy wiedzy” (s. 27).

Najwięcej żalu i pogardy dla nowych czasów pobrzmiewa w słowach Lyotarda cytowanego w przypisie przez Hudzika: „idea interdyscyplinarności we właściwym sensie należy do epoki delegitymizacji i ekspansji empiryzmu. Wiedza nie jest już urzeczywistnieniem życia ducha ani emancypacją ludzkości, lecz stosunkiem między użytkownikami skomplikowanych narzędzi pojęciowych i materialnych, a tymi, którzy korzystają z ich osiągnięć. Ani jedni, ani drudzy nie dysponują metajęzykiem albo metaopisem koniecznym do sformułowania celu i właściwego wykorzystania wiedzy. Ale wszczynają brain storming, który pozwala zwiększyć jej skuteczność” (s.28).

Ten cytat jest godny interpretacji właściwej prozie poetyckiej, tak wiele w nim aluzji i ukrytych napięć. Ścierają się tu dwie koncepcje wiedzy. Z jednej strony mamy negatywy: „interdyscyplinarność” i „delegitymizację”, „ekspansję empiryzmu” i brain storming, a z drugiej ideały: „urzeczywistnienie życia ducha”, „emancypację ludzkości” oraz potrzebę wspólnego metajęzyka i metaopisu. Wygląda na to, że „naukowcy Lyotarda” chcieliby pozostać wyłącznymi mistrzami swoich narzędzi i panować nad „właściwym” wykorzystaniem wiedzy. Stąd dystans do brainstormingu, który jest zabawową i nienaukową metoda szukania nowych rozwiązań. Może też stąd niechęć naukowców do Wikipedii, która pozbawia ich kontroli nad wiedzą: „[polscy] naukowcy i eksperci niechętnie angażują się w prace nad internetową encyklopedią, bo uważają, że przeczy ich etosowi profesjonalistów” (Edwin Bendyk, Napisz to sam, “Polityka” nr 14/2012).

Mędrca czucie i wiara

Utyskiwania naukowców na próby weryfikacji ich przydatności podejmowane przez technokratów nie są może dominującym wątkiem książki, ale razem z dyskusją medialną o kondycji polskiej nauki (kiepskiej według wskaźników cytowań, ilości patentów czy zdobytych europejskich grantach na badania) układa się on w pewną całość. Po pierwsze naukowcy boją się weryfikacji swojej wartości jak student egzaminu. Pokutuje w nich zwykła ludzka moralność Kalego: badać, to my a nie nas. Czytając Kulturę wiedzy można czasem odnieść wrażenie, że jej autorzy-naukowcy chcieliby krzyknąć za Wieszczem w twarz wszystkim techno- i biurokratom:

Czucie i wiara silniej mówi do mnie,

Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,

Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce;

Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!

Miej serce i patrzaj w serce!

Pomijając anegdotyczny wymiar „romantycznego nawrócenia” polskich naukowców, a także ewentualną stronniczość doboru cytatów w niniejszym artykule, warto tego ducha „wolnej wiedzy” wziąć za dobrą monetę i podtrzymywać. Jest on bowiem bardzo bliski „mieszkańcom świata kultury” jak ich ładnie nazywa książka. Jeśli więc naukowcom bardziej dziś po drodze z nimi niż z ekspertami od wskaźników, tabelek i PKB, to tym lepiej, bo i ludzie kultury żyją z tymi osobnikami na bakier. A nic tak dobrze nie jednoczy, jak wspólny wróg.

Co innego budzi niepokój, a mianowicie nieuregulowany stosunek naukowców do otwartości. Z jednej strony autorzy książki wzywają czytelnika (przede wszystkim po fachu) do „brania udziału”, do interdyscyplinarności i dialogu (Zeidler-Janiszewska, Nikitorowicz, Rewers, Pajdzińska) oraz bratania się z theoresami-żeglarzami. A z drugiej pobrzmiewa w nich ta tęsknota za czysta wiedzą (traktowaną sportowo-rekreacyjnie, a nie wyczynowo), za totalnym „metaopisem” i niechęć do „empiryzmu” oraz wręcz tej samej interdyscyplinarności (Lyotard). Z jednej strony mamy „tak” dla sieciowania, a z drugiej niechęć do „stosunków” z beneficjentami „skomplikowanych narzędzi pojęciowych i materialnych” (Lyotard). Lyotard nie jest autorem tej książki, ale to on wydaje ów fałszywy ton, który podważa wiarę, że naukowcy faktycznie są już gotowi na „dialog pogranicza”, który z pewnością w pierwszym spotkaniu podważy ich status quo i przyniesie powiew „empiryzmu”. I co wtedy powiedzą?

Rozmowy niedokończone

Wygląda na to, że w naszym kraju nie przerobiliśmy jeszcze tej lekcji, którą przerobili nowocześni, innowacyjni gracze rynkowi Zachodu: wiedzą należy się bawić, żeby coś nowego wymyślić. Wiedza, która ma czemuś służyć, musi w pewnym momencie nie służyć niczemu, lecz być przedmiotem pasji, swobody kojarzenia jej na dowolne sposoby, często niezgodne z kanonem, metodą i w sposób pozbawiony prawidłowo zredagowanej bibliografii i przypisów. Właśnie tę energię i ten żywioł zapewnia kultura i kontakt z żeglarzami-tłumaczami, którzy kiepsko mówią w lokalnym języku, ale skutecznie pośredniczą w wymianie między wyspami wiedzy. Ludzie, którzy to wiedzą należą do różnych środowisk – naukowych, biznesowych, administracji publicznej – które na Zachodzie są już usieciowane wspólnotą celów ponad podziałami sektorowymi i tytułami. Jedni na wykładach z fizyki huśtają się na wahadłach, inni piszą podręczniki zarządzania innowacjami, jeszcze inni budują osiedla dla „klasy kreatywnej”. My wciąż tkwimy w oświeceniowo-romantycznej binarności typu albo-albo, która prowadzi do paradoksów: wobec jednych stosujemy argumenty o „czuciu” a wobec drugich o „szkiełku”, zależy jak jest wygodniej w danym momencie.

Ale chcemy zmian i często niezwykle wnikliwie i trafnie definiujemy związane z nimi problemy. Na przykład Sławek świetnie pokazuje, jak pozorny pragmatyzm podejścia do edukacji kończy się klapkami na oczach, które przecież w „płynnej rzeczywistości” mogą tylko szkodzić: „Mocno akcentowane wąsko pojmowane ‘praktyczne’ nachylenie kształcenia, często zresztą zwodniczo kreślące niekoniecznie nieprawdziwe perspektywy przyszłej kariery, wywołuje u uczących tendencję do odrzucania tego, co przydatne w kategoriach tejże domniemanej kariery nie jest. ‘Bez-interesowne’ […] jest odbierane jako balast przeszkadzający w szybkim opanowaniu niezbędnego programu” (s. 96). Hudzik dopowiada zaś sam sobie: „Nie, nie tylko liczby [studentów się liczą] – w polskich warunkach dochodzą do nich także reguły pracy etatowej, to znaczy pracy gwarantowanej do emerytury każdemu, komu udało się osiągnąć wymagane formalnie stopnie i tytuły naukowe. Hybryda zbudowana na asymetrii dwóch standardów racjonalności – ekonomicznej czy technokratycznej i etatystycznej – jest elementem państwa, które się zawęża, ogranicza swoje zobowiązania wobec edukacji i kultury, rezygnując z impulsu modernizacyjnego, jaki towarzyszył mu jeszcze po drugiej wojnie światowej” (s. 27).

Książka Kultura wiedzy jest wstępem do wiedzy potrzebnej, aby zaprogramować – zgodnie z uogólnionym postulatem Celińskiego – ów impuls modernizacyjny. Dodaje ona odwagi do skoku na głębię. Niestety, nie podpowiada, co robić dalej. Jak zaliczać studentom zajęcia z płodnej, ale nieobejmowalnej curricularnie bez-interesowności? Jak wpisać sprawdziany z nawigacji „po współczesności” w ścieżki kariery zawodowej? Kultura wiedzy podpowiada, że kiedy się myśli, jak coś zrobić, wydaje się to trudniejsze, niż kiedy się to zacznie po prostu robić. To też jest jakiś rodzaj empiryzmu, ale wynikający z zapomnianej uniwersyteckiej misji, jaką jest formacja młodych ludzi, o której pisze Pajdzińska: „wyniki osiągane przez nauki podstawowe też mogą okazać się ważne społecznie, a nawet gospodarczo. Nauki humanistyczne, zajmujące się człowiekiem i jego wytworami: językiem, literaturą, sztuką itd., opisują i wyjaśniają świat najgłębiej ludzki, przynoszą odpowiedzi na trudne pytania egzystencjalne, pośrednio wpływają na jakość życia i stosunków międzyludzkich, odgrywają rolę formacyjną” (s. 133).

Przywróćmy ją uczelniom. To dobry azymut.

 Marcin Skrzypek

Kultura wiedzy, red. Piotra Celiński i Jan P. Hudzik, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2012, 140 stron, format B5, okładka miękka.

SPIS TREŚCI

Słowo wstępne

Jan P. Hudzik, Wariacje na kulturę wiedzy

Roman Kubicki, Społeczeństwo oparte na wiedzy, czyli o genezie i granicach kolejnej utopii

Anna Zeidler-Janiszewska, O pożytkach ze współpracy refleksji z wyobraźnią słów kilka

Piotr Celiński, Medialne wyobraźnie i alfabetyzmy

Ewa Rewers, Kulturowa ekonomia miast

Tadeusz Sławek, Kultura i kształt miasta

Grzegorz Kondrasiuk, ESK, wiedza kultury, instrumentalizacja

Jerzy Nikitorowicz, Kultura wiedzy o sobie i innych

Anna Pajdzińska, O kulturze wiedzy kilka uwag językoznawczych i pragmatycznych