Strona główna/Zimbardo i clowni. Rozmowa z Murmuyo y Metrayeta, chilijskim duetem artystów ulicy

Zimbardo i clowni. Rozmowa z Murmuyo y Metrayeta, chilijskim duetem artystów ulicy

„Kultura Enter” (Grzegorz Kondrasiuk, Rafał Sadownik): Dlaczego zrywacie niepisaną umowę, w myśl której klaun musi zabawiać publiczność?

Murmuyo i Metrayeta: Skądże znowu! Nie byliśmy śmieszni?

Byliście, byliście. Ale obserwowałem publiczność na obu waszych ulicznych przedstawieniach zagranych w centrum Lublina, i choć panowało ogólne rozbawienie, podejrzewam że paru osobom nie było do śmiechu, i to nie tylko tym, które wyciągaliście na plac gry, aby się z nich ponabijać. Przemoc, poniżanie poprzez wyśmiewanie błyskawicznie dostrzeżonych wad – to raczej mało zabawne sprawy? Ten miejscowy żulik, gdyby nie obecność ochrony, pewnie rzuciłby się na was z pięściami…

Chcemy po prostu rozśmieszać ludzi. Nasza władza nad ludźmi polega na tym, że prowokujemy pewne zachowania, ale jednocześnie kontrolujemy sytuację. Staramy się nie przekraczać pewnej granicy. Tak pracujemy, prowokacja to dla nas rzecz naturalna.

Nie ma w tym żadnych założeń politycznych?

Nie. Wykorzystujemy naszą władzę tylko do tego, żeby ludzie się śmiali.

Jak wyznaczacie granicę dozwolonej prowokacji, poza którą nie można się posunąć?

Granica powstaje wtedy, gdy napotykamy przeszkodę, jakiś zdecydowanie negatywny odzew ze strony widzów. Wtedy wiemy, że nie możemy kontynuować sceny, i staramy się zamienić tę negatywną reakcję na coś pozytywnego. Dążymy wtedy do sytuacji, żeby widz ponownie zaczął się śmiać, żeby przestał się na nas gniewać.

Prowokacje przez was stosowane wyzwalają wiele negatywnych emocji. Widać, jak łatwo podczas widowiska wyciągnąć z ludzi nie tylko to, co najlepsze, ale najgorsze. Czy kiedy podczas jednego z przedstawień, gdy dzielicie ludzi na dwie grupy, aby za chwilę ich zantagonizować, myśleliście o tej pracy jako o świadomym eksperymencie psychologicznym z tłumem, takim clownowskim odpowiedniku słynnego doświadczenia Zimbardo?

Nie jest to czysty eksperyment, w tym sensie, że idziemy na żywioł i patrzymy co się zdarzy. W każdej chwili zdajemy sobie sprawę z tego, jakie mogą się pojawić reakcje. Bazujemy na swoim doświadczeniu ulicznym, wiele lat występowaliśmy jako soliści, i doskonale wiemy, czego możemy się spodziewać. Jeśli jakaś reakcja negatywna jest zbyt poważna, zaczyna się robić niebezpiecznie, wycofujemy się. Kontrolujemy każdą reakcję widowni.

Na obydwu waszych występach była ochrona. Czy graliście kiedyś bez niej, i czy to coś zmienia? Czy jej obecność sprawia, że czujecie się bezpieczniej, możecie sobie na więcej pozwolić?

Obecność ochrony nie ma żadnego znaczenia, poza zapewnieniem ludziom bezpieczeństwa. Chodzi mi tu głównie o przedstawienie „Su-seso Taladro”, gdzie wchodzimy w ruch uliczny i stawiamy siebie w sytuacji pojedynku z maszyną. Kiedy człowiek siada za kierownicą, to ma władzę. My rozbijamy tą sytuację, wkraczamy w ruch uliczny i odbierając kierowcy pełną kontrolę nad pojazdem. Gdzieś w Hiszpanii akcję z samochodami graliśmy na całej długości ulicy, gdzie liczna publiczność zgromadziła się jej po dwóch stronach. Żeby zapewnić dobrą widoczność graliśmy tylko w jednej części ulicy, na jej środku. Ci, którzy niewiele widzieli, wchodzili na ulicę i zupełnie nie zwracali uwagi na samochody. Wtedy musiała interweniować policja. Akurat przy tym spektaklu zależy nam, żeby cały czas ulicą jechały auta, autobusy, żeby to był normalny ruch uliczny. Często policja w tym przeszkadza, bo zatrzymuje niektóre samochody. Kiedy zaczynaliśmy w Chile zdarzało się tak, że przyjeżdżała policja i zabierała nas do więzienia. W całej Ameryce Południowej tak było, bo nie można tam robić żadnych przedstawień ulicznych dezorganizujących ruch.

Inaczej jest w Europie Zachodniej, na przykład we Francji. Ludzie traktują nasze występy jak zwykły teatr, kiedy ich prowokujemy do jakiejś akcji, to po prostu biorą w niej udział.

A co możecie powiedzieć o Polakach?

Od początku jak tu przyjechaliśmy to od razu spotykaliśmy się z tym, że ludzie postrzegali nas jako dziwaków. Zastanawiające jest też to, że niektórzy kierowcy, kiedy nas widzieli, to zawracali i uciekali.

For privacy reasons YouTube needs your permission to be loaded.
Wyrażam zgodę

Czy zdarzyło się kiedyś, że ktoś pobił was podczas występu?

Mieliśmy dwie takie sytuacje: na Dominikanie podszedł do mnie mężczyzna i przyłożył mi pistolet do głowy. W Argentynie zatrzymaliśmy bardzo drogi samochód, a gość który w nim siedział, również wymierzył broń w naszą stronę. W takich sytuacjach publiczność zazwyczaj nam pomaga, staje w naszej obronie i stara się odciągnąć agresywną osobę. W Europie nie spotkaliśmy się z takimi reakcjami, jeśli się dzieje coś groźnego, to zawsze potrafimy przekształcić to w śmiech.

Odwołujecie się do jakiejś konkretnej tradycji cyrkowej?

Przede wszystkim jest to teatr uliczny, ale nie dlatego, że przyjeżdżamy z jakąś scenografią i rozstawiamy ją na ulicy. Scenografii praktycznie nie używamy, gramy na ulicy wykorzystując wszystko co nas otacza, słońce, wiatr, ludzi. Korzystamy też z umiejętności zdobytych podczas naszych wcześniejszych indywidualnych występów, mieszając pantomimę, teatr gestu, klaunadę. Nie chcemy się szufladkować, wpisywać w jeden nurt, ale jeśli już mamy się określić – to jest to przede wszystkim teatr uliczny.

Z czego się zrodziły te dwa charaktery – Murmuyo i Metrayeta, co oznaczają?

Dwanaście lat temu na pewnym festiwalu lalkowym spotkał się mim z clownem. Jeden z nich miał przyjaciela, który również lubił dziwnie się ubierać, malować się. To on w nich odnalazł postaci Murmuyo i Metrayety, nazwał je. Od tego momentu, od 2000 roku, jesteśmy jak bracia. Gramy razem i cały czas pracujemy nad naszymi postaciami. Są one związane z naszym prywatnym życiem, wyrażają nas. Tak jak my dojrzewamy, zmieniamy się, tak zmieniają się nasze postaci. Jesteśmy nierozłączni, Murmuyo i Metrayeta są w nas, a my jesteśmy częścią ich. Jeden jest bardzo żywy, ekspresywny, cały czas mówi, a drugi stonowany, cichy, spokojny. Wzajemnie się uzupełniają, jeden jest ogniem, drugi wodą.

Interesują nas tradycje, artyści, którymi się inspirujecie…

Wyszliśmy z dwóch różnych form, więc to, co prezentujemy, nie jest typową klaunadą a połączeniem dwóch technik, w których pracowaliśmy. Łączymy sztukę mimu ze sztuką uliczną dodając do tego pewną zawadiackość, „robienie z siebie idioty”. Zależnie od tego, w jakiej sytuacji się znajdujemy, możemy być charakterami dobrymi lub złymi. Inspiracje?

Pierwsze skojarzenie to Buster Keaton. Ale chyba najbardziej nas inspirowała moskiewska szkoła clownady. Kiedy byliśmy małymi chłopcami, do Chile przyjeżdżali artyści stamtąd, i chcieliśmy ich oglądać bez przerwy. Ciągle marzymy o tym, żeby pojechać do Rosji i ich spotkać. Bardzo ich podziwiamy. Natomiast wśród współczesnych artystów nie mamy takich, którymi byśmy się inspirowali.

Murmuyo i Metrayeta, Grzegorz Kondrasiuk, Rafal Sadownik

Tłumaczenie – Agata Will

Współpraca – Katarzyna Plebańczyk