Strona główna/LUBLIN. Dobrze, ale nie w domu

LUBLIN. Dobrze, ale nie w domu

Lesia Stepowyczka
Fragmenty z książki opublikowanej w Mieście Lublin pt. Polsko, siostro moja (Lublin 2025)

Niektórzy Ukraińcy w Ukrainie myślą, że uchodźcy za granicą spoczywają na laurach, żyjąc jak w raju lub na Marsie. Tak naprawdę większość uchodźców jest pracowita. Pracują za granicą i na dwie zmiany, płacą podatki, wydają pieniądze na żywność i odzież, wzmacniają cudzą gospodarkę (i płacą dość wysokie odsetki za transfer środków do domu). Ukraińscy inżynierowie, lekarze, nauczyciele, ekonomiści, artyści są zaangażowani i pracują z reguły nie w swoim zawodzie, sprzątają pokoje w hotelach, zmywają naczynia w restauracjach, opiekują się chorymi w łóżkach, zbierają ogórki i truskawki za pensję całkiem przyzwoitą w porównaniu do krajowej.

Za 10-godzinny dzień zbierania ogórków można dostać 200 złotych, czyli około 2 000 hrywien, czyli czyjąś minimalną ukraińską emeryturę. Ale to piekielna praca! Uchodźcy zdobywają doświadczenie, uczą się języka polskiego, żeby dostać lepszą pracę. Uchodźcy nie przestają myśleć o swoim domu, który pozostał w Ukrainie nienaruszony, zbombardowany lub okaleczony przez okupantów. Uchodźcy nieustannie dzwonią do domów, przyjaciół i znajomych.

Próbując zaadaptować się w nowym miejscu, nie przestają marzyć o powrocie, o remoncie domu, o rozwoju i edukacji dzieci, niektórzy o biznesie. A w czasach, gdy cały świat sympatyzuje z ukraińskimi uchodźcami, ci, którzy pozostali w Ukrainie, nie bardzo im współczują. I z tego powodu uchodźcy nadal noszą w sobie poczucie winy.

Chciałabym wierzyć, że większość uchodźców powróci w Ukrainę wzbogacona o nowe doświadczenia życiowe, a ich dzieci z europejskimi dyplomami i nową wiedzą pojadą na odbudowę nowej powojennej, europejskiej Ukrainy, która zadała śmiertelny cios wrogowi, wyzwoliła wszystkie swoje terytoria, wygrała straszliwą, brutalną wojnę, a która później stanie się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i NATO. O to żołnierze Sił Zbrojnych Ukrainy walczą dziś z raszystami na froncie, składając swoje zdrowie i życie na ołtarzu Niepodległości Ukrainy.

To będzie jutro. A dzisiaj – ku uwadze czytelnika historie ukraińskich uchodźców w Lublinie, mniej lub bardziej szczęśliwych lub zmartwionych, których poznałam i z którymi rozmawiałam na kursach języka polskiego, w szpitalach, w kolejce w sklepie spożywczym Caritasu, w „Baobabie”, na koncertach lub po nabożeństwach, a czasem po prostu na ulicach miasta. Ich geografia obejmuje całą Ukrainę. Jedni podali swoje imiona i nazwiska, inni woleli pozostać anonimowi. Jako autorka książki dziękuję im za szczerość.
Łesia Stepowyczka

„Lublin to miasto, w którym mieszkają bardzo przyjaźni ludzie…”

11 marca 2022 roku mój ukochany mąż wysłał nas i dwójkę dzieci z Dniepru specjalnym pociągiem ewakuacyjnym do Warszawy, a już następnego dnia pojechał bronić naszego kraju. Na froncie od roku. Dzięki Bogu, żyje!

I dotarliśmy do Lublina, i mamy się dobrze. Dzieci chodzą do szkoły, córka jest w trzeciej klasie, a syn w szóstej klasie. Słyszę, że wieczorem przygotowują lekcje i rozmawiają ze sobą po polsku, znają się na tym lepiej niż ja. I staram się za nimi nadążać. I choć nie znam dobrze języka polskiego, to pracuję w magazynie fabrycznym, sprzątając. A w domu pracowałam jako inżynier.

Gdy jechaliśmy do Polski, po drodze byliśmy wstrząśnięty tym, co nas spotkało – wojną, wysiedleniami, nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Ale Lublin to miasto, w którym żyją bardzo sympatyczni ludzie. Tę życzliwość czujemy już od roku. Dziękujemy wszystkim mieszkańcom Lublina, wolontariuszom, za to, że czujemy się tu dobrze.
Ludmiła, Dniepr

„Jak dobrze, że my, uchodźcy, mamy ubezpieczenie medyczne…”

Jesteśmy ze Lwowa. Do Lublina przyjechałam z dwójką dzieci w marcu 2022 r. Nie mam męża, zerwaliśmy z nim. Moja ośmioletnia córka Antonina choruje na cukrzycę i dobrze, że jesteśmy uchodźcami, mamy ubezpieczenie zdrowotne, prawo do lekarza rodzinnego. Pokazałam jej dokumenty lekarzowi rodzinnemu, który skierował nas do endokrynologa.

Córka została zbadana i zarejestrowana. Wszystko to jest dla nas bezpłatne. A państwo przeznacza dla nas środki na leki. Antonina ma się dobrze. Ona, podobnie jak mój dwunastoletni syn Myrosław, chodzi do polskiej szkoły. Jednocześnie dzieci przez cały rok uczyły się w szkole internetowej we Lwowie. Sama z zawodu jestem muzykiem, uczyłam bandury w dziecięcej szkole muzycznej. Nie pracuję tutaj, ponieważ mam niepełnosprawne dziecko. Otrzymujemy środki od państwa polskiego, które robi wszystko, aby życie Ukraińców było spokojne i bezpieczne.
Zoriana, Lwów

„Polska ma przede wszystkim spokojne niebo…”

24 lutego 2022 r. Charków. Obudziłam się o piątej rano w domu po eksplozjach.

Mój mąż powiedział: „Bombardowanie!” Włączyłam telewizor – zaczęła się inwazja na pełną skalę. Najstarszy syn obudził się: „Co się dzieje?” Wojna. Mąż kazał się spakować i udać do metra. Ukryj się tam. Zabrałam najważniejsze rzeczy, obudziłam najmłodszego syna i poszłam do metra.

Siedzieliśmy tam aż o piątej wieczorem. Zadzwoniła do mnie koleżanka i zaproponowała, żebyśmy do niej przyszli, bo ona mieszka na pierwszym piętrze i przy wejściu, w piwnicy, gdzie zlokalizowano centrum fitness, właściciele tego centrum udostępnili mieszkańcom w domu, żeby się tu ukryć. Ogólnie mieszkaliśmy tu przez tydzień. Kiedy trzeciego dnia, w którym bombardowanie stało się jeszcze silniejsze, jedna z matek w naszej grupie tak napisała: „Aktywne matki” (grupa rodzin, które mają dzieci niepełnosprawne), możliwa ewakuacja do Polski”. Że jakieś hospicjum z Polski i hospicja Charków i Lwów organizują ewakuację rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi. Trzy dni wahaliśmy się – jechać czy nie jechać? Ale kiedy bombardowanie było jeszcze większe i nasiliło się i rakieta uderzyła w asfalt w pobliżu domu, w którym się ukrywaliśmy i nie eksplodowała, postanowiliśmy jechać. W dniu, w którym mieliśmy wyjechać, nie zdążyliśmy na nasz pociąg, bo od 6 rano do 8 rano nie mogliśmy zamówić Taxi. Nikt nie odebrał telefonu, bo w nocy było ciężkie bombardowanie, więc sami uciekaliśmy z miasta. Ale znajomi mojego znajomego z jakiegoś kościoła, zabrali nas i zabrali na stację kolejową. Dojazd do stacji zajmuje 15 minut, ale jechaliśmy około godziny, bo dwa razy musiałem się zatrzymać i gdzieś schować, bo tam były bombardowania. Na stacji wolontariusze zabrali nas do innych rodzin z niepełnosprawnościami i kazali czekać. Około piątej wieczorem wsiedliśmy do pociągu, który tam stał.

Pociąg był pełen ludzi i udał się do Lwowa. Spędziliśmy dwie noce w Dziecięcym Szpitalu w Czarnobylu, który również pomógł nam w ewakuacji. 5 marca pojechaliśmy do Polski. Mojego najstarszego syna nie wpuszczono na granicę, bo miał już wtedy 18 lat. I podjęliśmy decyzję, z którą się zgadzam młodszy syn jedzie do Polski, a mąż i starszy syn zostają razem w Ukrainie. Jarczyka i mnie do jego samochodu wsadził uśmiechnięty ojciec Filip i zawiózł nas do Lublina, do swojego hospicjum.

Nie pracuję, bo muszę opiekować się Jarczykiem. Jarczyk ma wodogłowie wewnętrzne o charakterze progresywnym, zastawkę w głowie i kilka współistniejących diagnoz. Nie może samodzielnie stać i chodzić. Niedawno już to zrobił operację prawej nogi. Niedługo gips zostanie usunięty i przejdziemy wzmocniona rehabilitacja. Lewa noga również wymaga operacji. Nie mogę powiedzieć, że coś mi się w Lublinie nie podoba. Jesteśmy tutaj chronione, zapewnione mieszkanie, żywność, opieka medyczna, spokój.

Zmywamy truciznę spożywczą pomoc, płatności gotówkowe. Yarchyk i ja mieszkamy razem, dlatego mamy wszystko wystarczająco. Tutaj,
w Lublinie, poznałam wielu nowych przyjaciół, m. in. Ukraińców, a także Polaków. Polscy przyjaciele podarowali mi muzyczny prezent, instrument i możliwość robienia tego, co kochasz – grania i śpiewania. Muzyka ratuje mnie od strasznej rzeczywistości. Straciłam w tej wojnie brata Ołeksija, który od samego początku, jeszcze w 2014 roku, chciał wstąpić w szeregi Sił Zbrojnych, lecz wówczas nie został przyjęty ze względu na stan zdrowia. I ten raz, od pierwszych dni inwazji na pełną skalę, Oleksij zapisał się do służby wojskowej miasto Browary. A w maju – w szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy. W lipcu otrzymał obrażenia, doszło do kontuzji (dowiedziałam się o tym już po jego śmierci, kiedy ponownie przeczytałam jego dokumenty). Potem w lipcu po szpitalu doszedł do siebie w mieście Semeniwka, obwód Czernihowski, gdzie wszyscy mieszkaliśmy i gdzie mieszkamy teraz. Mieszka tam rodzina i matka mojego starszego brata.

Nasza mama jest ciężko chora. I całe wakacje Ołeksij spędził z matką w szpitalu. Następnie powiedział: „Ja boję się, że już nie zobaczę mamy”, ale miał na myśli, że moja mama jest bardzo słaba. Wszyscy wtedy bardzo się o nią martwiliśmy i obawialiśmy się najgorszego. Oleksiej zginął 9 listopada 2022 roku podczas wykonywania misji bojowej pod dowództwem płk w Bachmucie. O jego śmierci dowiedziałam się 12 listopada. Potem nadeszło potwierdzenie do mojego starszego brata. Nie mogłam wtedy przyjechać na pogrzeb Ołeksija. Moi krewni z Ukrainy i przyjaciele z Polski odmówili mi. Ponieważ planowałam jechać z Jarczykiem, nie mogłam go zostawić samego. I w tym czasie rozpoczęła się także silna fala bombardowań w Ukrainie. Teraz bardzo mi przykro, że nie pojechałam do Oleksija, w jego ostatnią podróż…

Nie mam planów na przyszłość. Jeszcze przed wrześniem-październikiem 2022 roku byłam pewna, że wrócę do Charkowa i już chciałam wrócić do Ukrainy, ale mąż mi odmówił. Poprosił, żebym przeczekała przynajmniej do zimy. A kiedy w listopadzie zginął Ołeksij, wszystko pękło we mnie. Świat przewrócił się do góry nogami. Wszystko się zmieniło. Jarczyk i ja przyjechaliśmy w Ukrainę w grudniu 2022 roku na pięć dni, zobaczyć męża i syna. Byliśmy bardzo przestraszeni. Nigdy nie wchodziłam do domu z takim strachem, nigdy w życiu nie czułam takiego strachu. Chciałem jak najszybciej wrócić do Lublina. A kiedy w kwietniu 2023 roku z Jarczykiem pojechaliśmy w Ukrainę (Lwów–Kijów–Semeniwka–Charków–Lublin), w sumie chyba umarłam w środku. Chodziłam po ziemi, na której zginął mój brat, było nieznośnie przerażająco i boleśnie, nie kłamię… Nie mam planów na przyszłość, nie wiem, gdzie będę i jak będę…

Mam wyższe wykształcenie ekonomiczne, ale myślę, że już go nie mam. Nie w swojej specjalności pracuję od 2010 roku… Zajmuję się muzyką, śpiewam, piszę wiersze i pieśni, jest kilka utworów na fortepian. Do 2010 roku, kiedy mieszkałam w Semeniwce, pracowałam jako specjalista w Gospodarstwie Leśnym Semeniwka (księgowa, a następnie dyspozytor). W 2010 roku złożyłam rezygnację i odeszłam pracować jako dyrektor muzyczny w przedszkolu i wkrótce się przeprowadziłam do Charkowa. A w Charkowie pracowałam już w agencji reklamowej jako operator zestawów komputerowych i animator na wakacjach dla dzieci do 2014 roku, kiedy to urodził się Jarczyk. Od tego czasu już nie pracowałam, bo musiałam być cały czas z Jarczykiem, ponieważ urodził się w bardzo trudnym stanie, w wyniku czego został inwalidą. Mój mąż jest w Ukrainie. Służy. Nie mogę napisać więcej. A Wład, najstarszy syn, jest studentem. Czym jest dla mnie Polska? Przede wszystkim jest to spokój. Mam na myśli spokojne niebo, za co jestem szczerze wdzięczna. Bo nie mam spokoju w duszy. Ona cierpi za swoich bliskich, za Ukrainę, za wszystkich Ukraińców, za naszych obrońców, za mojego brata Ołeksija…
Natalia Makej, Charków, 28 września 2023

„Ta wojna będzie trwa długo…”

Do Polski przyjechaliśmy z małego miasteczka Czortków w obwodzie Tarnopolskim. Początkowo mieliśmy z mężem nadzieję, że ta wojna szybko się skończy. Mieszkaliśmy w domu przez trzy miesiące zmartwieni. A w czerwcu 2022 roku miasto zostało zbombardowane przez rosyjskie rakiety, budynki zostały zniszczone, a ludzie odnieśli obrażenia. I stało się jasne, że przebywanie z trójką dzieci w Ukrainie jest niebezpieczne i postanowiliśmy wyjechać do Polski. Nasza najstarsza córka uczyła się w liceum wojskowym i zaczęliśmy szukać w Polsce miasta, w którym znajduje się podobne liceum. Zatrzymaliśmy się w Lublinie. Przyjechałam tu z całą rodziną. Mój mąż został zwolniony z Ukrainy, ponieważ jest ojcem trójki dzieci. Osiedliliśmy się, zaczęliśmy zarabiać na życie. A potem okazało się, że liceum wojskowe w Lublinie ma inny profil wojskowy i nie pasuje córce. Dlatego poszła do zwykłej szkoły, w ciągu roku opanowała język i pomyślnie ukończyła jedenastą klasę. Teraz czekamy na Apostołkę – czyli uznanie jej dyplomu ukończenia szkoły średniej za ważną do dalszej nauki. Ma 17 lat, zamierza wstąpić do Instytutu Wychowania Fizycznego, a na razie pracuje na pół etatu w restauracji w kuchni. Średnia córka ma teraz 16 lat. Dobrze uczy się w polskiej szkole i planuje dalszą naukę na kierunku hotelarstwa. Moja najmłodsza córka ma dwa lata, siedzę z nią w domu, otrzymuję środki na dzieci w ramach programu „40+”.

Mój mąż zajmował się biznesem w Ukrainie, miał dobrą karierę. Z powodu wojny trzeba było porzucić ten biznes. Obecnie przebywa w Norwegii. To górzystym kraju, w którym ludzie jeżdżą jeepami. Mój mąż kupuje samochody jeepy w Norwegii i wysyła je na Ukrainę na potrzeby
Sił Zbrojnych Ukrainy. Wspieramy finansowo naszą rodzinę w Ukrainie. Po małym centrum powiatowym Czortkowie, które liczy 28 000 mieszkańców, wydaje nam się, że dotarliśmy do dużego, dziesięciokrotnie liczniejszego miasta, w którym jest nam ciekawie i wygodnie. Nasze dzieci się rozwijają, u nas wszystko w porządku i jesteśmy bardzo wdzięczni losowi, że sprowadził nas do Lublina.
Oczywiście tęsknimy za naszym rodzinnym starym Czortkowem, naszym mieszkaniem, które jest teraz wynajmowane lokatorom. I nie mamy pojęcia, kiedy wrócimy do domu. Mój brat służy w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Komunikujemy się z nim, a on pisze do nas, że ta wojna będzie się ciągnęła długo. I nie dlatego, że nie umiemy walczyć, ale dlatego, że Rosjan jest wielu. I będziemy musieli walczyć długo.
Olga, Czortków, kwiecień 2023

„Długo nie wypuszczano nas z Moskwy…”

Jesteśmy z Krzywego Rogu. Z wykształcenia jestem ekonomistą, ukończyłam ten sam Instytut Ekonomii i Technologii w Krzywym Rogu, co Wołodymyr Zełeński. Mój mąż miał firmę w Moskwie, gdzie mieszkaliśmy i pracowaliśmy przez długi czas. Kiedy w Ukrainie zaczęła się pełnoskalowa wojna, zdaliśmy sobie sprawę, że musimy natychmiast udać się w Ukrainę. Okazało się, że nie jest to takie proste. Nie chcieli nas wypuścić na granicę. Wzywali mnie i mojego męża na osobne przesłuchania, nagrywali nasze zeznania, jakbyśmy byli jakimiś przestępcami, potem coś sprawdzili, znowu pytali, dlaczego wyjeżdżamy. Mam na rękach małe dziecko, dwuletnie i jeszcze dwóch synów – sześcioletniego i siedemnastoletniego. I trzymano nas na granicy 48 godzin. Ledwo wydostaliśmy się z tej Moskwy. Pojechaliśmy do Krzywego Rogu odwiedzić moją mamę.

Ale życie tam było absolutnie niemożliwe, rakiety przylatywały po kilka razy dziennie. Mnóstwo ruin, cały czas syreny alarmowe. Uwagę wroga szczególnie przyciągało miasto, w którym urodził się i mieszkał obecny Prezydent Ukrainy. I pojechaliśmy do Polski. Lublin jest miastem niemal przygranicznym i cieszymy się, że tu trafiliśmy. Mój mąż pracuje na budowie, ja w punkcie dystrybucji żywności dla Ukraińców, pomagam tutaj. Jesteśmy zadowoleni ze wszystkiego, najważniejsze, że my i nasze dzieci są bezpieczne, że my jesteśmy bezpieczni.
Julia, Krzywy Róg, czerwiec 2023

„Życie w okupacji jest najgorszą torturą…”

Jesteśmy z Melitopola, Zaporoski obwód. Już 24 lutego widzieliśmy ten „russkij mir” na trasie naszego miasta. Już w pierwszych dniach wojny! Życie pod okupacją jest gorsze niż tortury. Ciągła walka o przetrwanie, dzień zaczynał się od znalezienia miejsca, gdzie można kupić jedzenie. Kiedy zaczęła się godzina policyjna, zaczynał się ostrzał. Życie z każdym dniem stawało się coraz trudniejsze. Zaczęto włączać rosyjską telewizję propagandową, nie było komunikacji, nie było Internetu, nie było pracy, dość często wyłączano też światło. Ludzie zaczęli znikać, ulice były stale sprawdzane pod kątem dokumentów. Razem z rodziną postanowiliśmy wyjechać na tereny kontrolowane przez Ukrainę. Droga była dość trudna, minęliśmy ponad 30 punktów kontrolnych raszystów, a przed każdym drżeliśmy ze strachu. Postanowiliśmy zatrzymać się w Zaporożu do czasu rozpoczęcia intensywnego ostrzału. Mam starszego syna, studenta, który od trzech lat studiuje w Polsce. Mój najmłodszy syn i ja przyjechaliśmy go odwiedzić. I mieszkamy w Lublinie, gdzie otrzymaliśmy mieszkanie socjalne i wsparcie finansowe. Wszyscy traktują nas dobrze. Jesteśmy bezpieczni, ale dusza pozostała w Ukrainie…
Tetiana, Melitopol, styczeń 2023

„Pokój w środku wojny…”

Jesteśmy z regionu Chersoń. Przez dwa miesiące byliśmy pod okupacją. Nieustannie się modliliśmy, komunikowaliśmy się z wierzącymi, protestantami, dyrektorami i nauczycielami Szkoły Biblijnej REMA. Zaproponowano nam, że jakimś sposobem dotrzemy do granicy Polski, gdzie zostaniemy przyjęci do projektu misjonarzy z Brazylii „Pokój w środku wojny”. Z pomocą wojska dotarliśmy do Kijowa. Tam pomogli nam wierzący baptyści z kościoła Almaz. Misjonarze z REMA Brazylia przywieźli nas z Chełma do Lublina, umieścili w hostelu „Irys”. Projekt zakończył się w sierpniu 2022 roku. Obecnie pracujemy z naszą córką, aby opłacić mieszkanie i wyżywienie. Dziękujemy także Polakom za schronienie i życzliwość wobec ukraińskich uchodźców.
Iryna, Chersoń, grudzień 2023

„Życzliwi Polacy stali się dla nas jak rodzina…”

Jesteśmy z Równego. W kwietniu, kiedy nasze miasto i cały nasz region zaczął być coraz częściej ostrzeliwany, postanowiliśmy z rodziną wyjechać.
Znajomi podarowali nam samochód i pojechaliśmy losowo, nie rozumiejąc gdzie i na jaki okres. Pojechaliśmy do Lublina, bo było najbliżej granicy i całej Ukrainy. Wierzyli, że nie potrwa to długo i że wojna wkrótce się skończy. Przez pierwsze dni aktywnie poszukiwaliśmy miejsca do życia i pracy. Kiedy pieniądze zaczęły się kończyć, a poszukiwania nic nie dały, postanowiliśmy wrócić w Ukrainę, bo wybór pomiędzy „umrzeć z głodu na ulicy” a „powrotem na bombardowanie, ale do mojego mieszkania” był oczywisty.

Jednak tego samego wieczoru podeszli do nas mieszkańcy hotelu z sąsiedniego pokoju. Okazali się wrażliwymi Polakami, którzy współczuli nam i naszej sytuacji i postanowili nam pomóc. Kupowali nam jedzenie, choć ich o to nie prosiliśmy i zdziwiło nas, że ktoś nam coś kupił i postanowił pomóc. Było to niewygodne, a nawet trochę wstydliwe, bo dla nas lepiej mieć pracę, dzięki której możemy sobie kupić potrzebne rzeczy, niż za darmo lub kogoś o coś poprosić. Ci Polacy wspierali nas moralnie jak mogli i znaleźli nam polską rodzinę, która zapewniła nam mieszkanie w ramach państwowego programu dofinansowania „40+”. Jesteśmy im nieskończenie wdzięczni i nadal utrzymujemy z nimi relacje i oddzwaniamy. Zapraszamy się w odwiedziny, bo stali się już dla nas, można by rzec, rodziną i pokazali, że nie jesteśmy sami ze swoimi przeżyciami i bólem. Po czterech miesiącach mieszkania z polską rodziną warunki życia Ukraińców w Polsce zmieniły się na poziomie legislacyjnym. 1 lipca 2023 r. przestał
działać państwowy program „40+”, a naszi gospodarze zaproponowali nam, żebyśmy zostali u nich dalej i płacili 2000 zł miesięcznie. Wiedząc ilu Ukraińców odmawia obecnie dalszego zakwaterowania i jak trudno jest znaleźć mieszkanie za 2000 złotych i nawet ze zwierzakami, oczywiście zgodziliśmy się i zostaliśmy. Ojcu udało się znaleźć pracę już po kilku miesiącach pobytu, gdyż ze względu na wiek miał trudności ze znalezieniem pracy. Niestety ja i mama nadal nie możemy znaleźć nic stałego. Tylko małe prace na pół etatu, a potem odpowiedź, że później. W Lublinie trudno jest znaleźć pracę, biorąc pod uwagę, że jest to miasto studenckie. Myślimy o przeprowadzce do innego miasta, ale czas pokaże. Generalnie jesteśmy wdzięczni miastu i Polsce, i Polakom. Czuje się ogromne wsparcie. Okres, w którym tu jesteśmy, zmusił nas do zdobycia doświadczenia, dorośnięcia, ponownego rozważenia naszych wartości i jeszcze bardziej pokochania naszego kraju. Chwała Ukrainie, siła i cierpliwość dla nas wszystkich! Wierzymy w zwycięstwo naszego kraju i szybki powrót do domu.
Oksana, Równe

Kultura Enter 2026/01
nr 117 (4. ROK WOJNY)

Pociąg z ukraińskimi rodzinami na dworcu w Lublinie. Fot. Zmicer Waynowski, 2022.