KIJÓW. Żyć, modlić się i złorzeczyć
Andrij Bondar
Z języka ukraińskiego przełożył Tomasz Sikora
Kijów w czasie wojny nauczył się modlić. Być może dlatego w większości przypadków ma szczęście — tak jak miał szczęście gmach rządu z „Iskanderem”, który nie wybuchł, lub szklany most Kłyczki, w który 10 października 2022 roku omal nie trafiła rakieta. Na wojnie oczywiście nie zawsze i nie wszyscy mają szczęście, ale ci, którzy tu żyją, mają komu dziękować. Kijów uczy się być introwertykiem-flegmatykiem, choć dla wszystkich wokół wydaje się być rozbrykanym i sytym cholerykiem, który żyje swoim najlepszym życiem, rozkoszując się butikami, salami koncertowymi i restauracjami. Bo kiedy mówi się o tych, dla których wojna nie istnieje, mieszkańcy Kijowa są wymieniani niemal jako pierwsi — właściwie jako ludzie, którzy żyją na cudzy rachunek. Na mieszkańcach Kijowa zawsze spoczywa przede wszystkim wina, a w drugiej kolejności — misja. Jako pierwsi wychodzą na Majdan, ale są winni wszystkich grzechów „stolicocentrycznego” kraju, jako najbardziej rozpieszczanej przez los i komfort.
Po części to prawda — ale tylko pozornie. Wojna dotknęła tu wszystkich — nawet unikających poboru w swoich norach, podstarzałych watników i skorumpowanych urzędników w gabinetach władzy. Okupacja północnej części obwodu kijowskiego i terror rakietowy ostatnich trzech lat nauczyły stolicę i jej mieszkańców pokory. Kijów potrafi zgasić światło i schować się jak mysz pod miotłą. Kijów wie, gdzie jest najbliższe schronienie, kiedy niepokojące relacje zapowiadają nocną masakrę kilkuset śmiercionośnych uderzeń, ale jako fatalista wybiera zazwyczaj korytarz lub łazienkę. Kijów nie narzeka na kilkudniowe przerwy w dostawie prądu i już dawno przyzwyczaił się do harmonogramów wyłączania światła.
Kijów dobrze wie, że Chersoniowi, Charkowowi i Konstantynówce wraz z Kramatorskiem jest znacznie gorzej niż jemu. Kijów w większości nie narzeka i znosi wszystko. Nawet kijowskie psy nauczyły się unikać zawałów serca i nie drżeć, gdy nad głową przelatuje ze świstem „Kindżal”,
i posłusznie i na poważnie przestrzegają zasady dwóch ścian. Ich modlitwy najwyraźniej również wysłuchuje Pan, który kocha je tak samo jak nas. Siedzimy w korytarzach i liczymy szahedy, tak jak Piotruś Piatoczkin z kreskówki liczył słoniątka. „Teraz zasnę” – mówimy z ulgą, gdy o świcie ustaje histeryczny pisk nad naszymi głowami. Irańskie drony stały się dla nas tak samo zwyczajne, jak północno-wschodni wiatr znad Dniepru. Do złego, tak samo jak do dobrego, człowiek przyzwyczaja się równie szybko, żyjąc we własnej traumie, jakby w wynajmowanym mieszkaniu, z którego nie ma wyjścia.
Gdyby można było zmienić słowa w starych piosenkach, w lirycznym hymnie stolicy należałoby zastąpić przynajmniej jedno słowo w ostatniej zwrotce. Teraz brzmiałby on tak: „Namodlone miasto śpi spokojnym, łagodnym snem”. Nieważne, że sen ten często nie jest spokojny i już dawno nie jest łagodny, jednak w Kijowie nikt nie zaprzeczy, że miasto od prawie czterech lat jest miejscem modlitwy, jak jedna wielka podziemna świątynia. Bo Kijów, nawet przy swojej całkowitej świeckości
i hałaśliwości, zawsze zachowywał i pielęgnował swoją podziemną naturę. Chodzimy po historycznym Kijowie śladami zmarłych z przeszłości, dobrze wiedząc, że w dawnych czasach, podobnie jak my dzisiaj, potrafili dobrze się ukrywać w jaskiniach Kitajewa i Peczerska.
Dziwna rzecz: ludzie zazwyczaj modlą się do nieba – tam, w górnych sferach, jakby siedział ten, kto zawraca od nas rosyjskie rakiety i kieruje kijowską obronę przeciwlotniczą na wrogie cele – podczas gdy w Kijowie Boga najczęściej przywołuje się w korytarzach, schronach i pod ziemią, gdzie, jak wiadomo, siedzi diabeł w paszczy wiecznego przekleństwa. Paradoks polega więc na tym, że właśnie
z nieba spada na nas rosyjska śmierć, a pod ziemią znajduje się nadzieja na życie. Jakby nieczysty
i Wszechmogący zamienili się miejscami. Chociaż tak nie jest — wszyscy są na swoich miejscach. Bóg w niebie z zastępami aniołów i duszami świętych, a budowniczy pustych przestrzeni diabeł ze swoją kremlowską świtą — w ognistej piekielnej otchłani. Tam, gdzie ich miejsce.
A tak naprawdę są one w samym człowieku. Bo wojna to sprawa człowieka, którego stworzył Bóg,
a diabeł skusił. Po prostu zabijają nas ludzie skuszeni kwestią ukraińską. Najczęściej – kiedy śpimy, czyli kiedy jesteśmy najbardziej bezbronni. To bardzo przypomina loterię lub „rosyjską ruletkę”, ponieważ w ostatnich tygodniach w Kijowie między ogłoszeniem alarmu, a pierwszymi wybuchami balistyki mija zaledwie kilka minut i nawet największy miłośnik życia nie zdąży dobiec do najbliższego schronu.
Kijów w czasie wojny nauczył się złorzeczyć. Złorzeczy z rozmachem i z zasady, automatycznie i świadomie, racjonalnie i emocjonalnie. Złorzeczy za swoje zabite dzieci i za spalony samochód. Złorzeczy za zmarłego przyjaciela i swój zły nastrój w pracy. Przeklina z całą mocą wszystkich swoich wiedźm, upiorów i demonów – martwych, żywych i nienarodzonych”.. Złorzeczy, kiedy nie modli się, choć czasami wydaje się, że modlitwa i złorzeczenie w Kijowie są teraz tym samym. Jak różne strony jednej monety — rewers i awers. Bo obok dobrego i bogobojnego Kijowa żyje Kijów infernalny i zawzięty w swoim gniewie, Kijów przedchrześcijański, mieszkający na słynnych górach — Chorywicy, Uzdychalnicy, Szczekawicy i Jordance.
Baba Luba z piątego piętra już czwarty rok wytrwale plecie siatki maskujące i produkuje świece do okopów i schronów. Stary pijaczek przy stacji metra „Mińska” zaczepia każdego młodego mężczyznę zadając mu niezmienne pytanie: „Dlaczego jeszcze nie jesteś na wojnie? Biegnij do TCK! [Terytorialnego Centrum Kompletacji – red.]”. Rosyjskojęzyczne „babuszki”, sprowadzone z rosyjskiej strefy nieczarnoziemnej w latach 60., stały się rozgorączkowanymi nienawiścią banderówkami. Bo „russkij mir”, który cię stworzył, każdej nocy spada ci na głowę, wywołując odrazę do własnych historycznych korzeni. Bo po prostu Kijów to takie miejsce, gdzie od czasów Jurija Dołhorukiego (Jerzego Długorękiego), zwanego przez kijowskilud Przeklętym, potwory bagienne o rybich oczach chcą zabić wszystkich ludzi. Bo zmieniają się epoki i cywilizacje, a najważniejsze pozostaje niezmienne — tranzytowy charakter: między Wschodem a Zachodem, od Waregów do Greków, między Książęcym Grodem a Podołem, między miastem a wsią, między niebem a ziemią, między życiem a śmiercią.
Dlatego Kijów to nie tylko korytarz, w którym chowają się śpiące dzieci, ale zawsze punkt przeładunkowy, przejście podziemne, dworzec. Przede wszystkim kolejowy — czyściec przed bramą piekła lub raju. Właśnie tam, na kijowskim dworcu kolejowym, mieszkają anioły nadziei i demony rozpaczy. To właśnie tam — najbardziej rozmodlone i przeklęte miejsce, gdzie ludzie spotykają się, aby żyć do końca, i żegnają się, aby nigdy więcej się nie spotkać. Tam czekają na swoje pociągi ci, którzy jadą na front, i ci, którzy z niego wracają. Bo w Ukrainie wszystko przechodzi przez Kijów.
Jesteśmy zarówno matką miast jak i dworcem, targowiskiem, metrem, jaskinią, skorumpowaną elitą, kijowskimi górami, gdzie zbierają się wiedźmy, zwracając szalone oczy ku niebu, oraz kijowskimi jaskiniami, gdzie skamieniały prawosławni święci, modląc się do ziemi. Tak to u nas działa: tutaj spotykają się Waregowie z Chazarami i Kipczacy z Grekami. Obecnie również modlą się i złorzeczą— tak jak zawsze tutaj bywało. Razem z nami, Ukraińcami, którzy przejęli od Waregów państwo, od Chazarów — tolerancję religijną, od Kipczaków — anarchiczny model wolności, od Greków — wiarę.
Wszyscy jesteśmy tu gośćmi – nie ma tu rdzennych mieszkańców. Na pograniczu nie może być inaczej. Jedynymi tubylcami są tu stada kruków na Szczekawicy i Jordance — potomkowie tych, którzy pamiętają wszystkie fakty i legendy dotyczące naszego powstania i wiecznego powrotu. To właśnie w nich tkwi ciało i krew „mieszkańców Kijowa i gości stolicy”, którzy zawsze byli pożywieniem dla ich przodków. To właśnie one pamiętają pierwotną klątwę tego miasta, jego rodową winę istnienia. Dlatego strzegą go jak ptaki prorocze. Nie bez powodu symbol Kijowa, skrzydlaty archanioł Michał, jest nie tylko patronem wojskowych, ale także obrońcą dusz zmarłych.
Miasto żyje i opiera się, bawi się i wstrzymuje oddech, klęka przed procesją pogrzebową i wspiera finansowo armię.
Miasto idzie na wojnę i powiewa niebiesko-żółtymi flagami na cmentarzach. Miasto żyje jednym dniem i jednocześnie „na skrzydłach nadziei”. Miasto śpi i śni o jutrze, które na pewno nadejdzie. Choć nie dla wszystkich. Zawsze nie dla wszystkich. Miasto o tym wie, ale wierzy, że to kiedyś się skończy. Że to już dobiega końca, kończy się, schodzi na psy. A psy także śpią — między dwiema ścianami — cichym, spokojnym snem. Psom śnią się spacery po słonecznym parku — Hołosijiwskim, Maryjskim lub Natalką, gdzie pluskają fale Dniepru, a niebo spotyka się z ziemią. A obok nich ich właściciele — i martwi, i żywi, i nienarodzeni.
Redakcja dziękuje magazynowi „The Ukrainians”, gdzie ukazał się oryginał.
Kultura Enter 2026/01
nr 117 (4. ROK WOJNY)




