Strona główna/SZTUKA. Monachijczycy w Lublinie

SZTUKA. Monachijczycy w Lublinie

Wiesława Turżańska

Atenami nad Izarą zaczęto nazywać w XIX wieku Monachium. Stolica Królestwa Bawarii zyskała to miano dzięki rządom rodu Wittelssbachów, którzy niemal od zera stworzyli bogatą infrastrukturę artystyczną. Powstały wtedy Monachijskie Towarzystwo Sztuk Pięknych (Kunstverein), Stara i Nowa Pinakoteka, gromadzące kolekcje sztuki dawnej i współczesnej, oraz Akademia Sztuk Pięknych, ciesząca się opinią bardzo liberalnej. Nic więc dziwnego, że po hekatombie roku 1863 zaczęli licznie przyjeżdżać tam polscy artyści, w tym uczestnicy powstania: Maksymilian Gierymski, Adam Chmielowski, Ludomir Benedyktowicz czy Antoni Kozakiewicz. Miasto oferowało im znakomitą edukację, gdyż poza bezpłatną ASP działało wiele niedrogich prywatnych szkół i pracowni oraz galerii, co stwarzało możliwość prezentacji dzieł i ich sprzedaży. Co więcej, mieszkańcy byli przychylnie nastawieni do obcokrajowców, co zapewne przekładało się na niewysokie koszty utrzymania. A od lat 70. Polacy stanowili najliczniejszą grupę narodowościową wśród cudzoziemców.

Ich twórczość przypomina kolejna ważna wystawa w Muzeum Narodowym w Lublinie: Monachijczycy. Gierymscy, Stryjeńska, Wierusz-Kowalski, Chełmoński i inni. Dyrektorka placówki, Katarzyna Mieczkowska, 21 listopada na briefingu przed wernisażem podkreśliła rolę Monachium w życiu polskich malarzy w XIX wieku, zwłaszcza po klęsce powstania styczniowego, stwierdzając: „Szukali tam po pierwsze edukacji. Na początku nie były to może czasy dla nich wspaniałe – nieraz pisali między sobą o zamarzających paletach farb, więc ten czas na pewno nie był łatwy, ale powoli […] stawali się coraz bardziej rozpoznawalni, znani, i ich obrazy po prostu zaczęły się sprzedawać”.

Wprawdzie nie wszyscy zyskali sławę, lecz warto dodać, że między rokiem 1832 a wybuchem I wojny światowej w Monachium przebywało około 600 polskich artystów. Dlaczego cezurę stanowi rok 1832? Otóż wtedy do księgi immatrykulacyjnej Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych wpisano pierwszego polskiego malarza, Jana Baniewicza. W latach późniejszych polscy artyści bądź osiedlali się w Monachium na stałe, jak Brandt czy Wierusz-Kowalski, bądź wyjeżdżali dalej, najczęściej do Paryża, jak Boznańska i Chełmoński, bądź wracali na ziemie polskie i odwiedzali miasto w związku z wystawami. Zarazem ich liczebność sprawiła, że w literaturze przedmiotu funkcjonuje określenie polska szkoła monachijska, choć nie stanowili grupy programowej, a ich sztukę cechowała różnorodność stylistyczna. Natomiast utrzymywali ze sobą kontakty, mieszkali w tych samych dzielnicach, uczęszczali do tych samych pracowni, spotykali się w Café Tambosi lub w atelier Józefa Brandta, wspólnie przygotowywali wystawy.

Można też pokusić się o wskazanie znamiennych dla ich malarstwa kręgów tematycznych. Początkowo dominowała, pełna emocji, utrzymana w duchu romantycznym, tematyka patriotyczna, związana z dramatem narodowowyzwoleńczym lub wydarzeniami historycznymi. Jednakże dość szybko głównym nurtem stał się realizm, stąd pojawiły się sceny rodzajowe, np. polowania, kuligi, jarmarki. Zarazem był to realizm nasycony romantyczną nastrojowością i subtelnymi efektami świetlnymi. Co szczególnie było widoczne w pejzażach, przedstawiających mazowieckie błotniste równiny pod szarym niebem lub krajobrazy Podola i Wołynia. Toteż podczas wernisażu kurator, dr Andrzej Frejlich, stwierdził: „Jest takie żartobliwe powiedzenie, że Polacy związani z Monachium wprowadzili piąty żywioł do sztuki – błoto. Rzeczywiście ten krajobraz polski charakteryzował się nostalgią, tematyką osadzoną w jesieni i w zimie. I zapewne owa egzotyka spowodowała, iż ich obrazy były nie tylko rozpoznawalne, ale też chętnie kupowane przez marszandów i kolekcjonerów”.

Lubelska wystawa umożliwia wniknięcie w tamten świat, poznanie dzieł znanych, mniej znanych lub zapomnianych Monachijczyków. Ale też warto wspomnieć, iż polscy muzealnicy nie raz o nich przypominali, np. w 2005 roku w Muzeum Okręgowym w Suwałkach można było obejrzeć wystawę Malarze polscy w Monachium. „I po co myśmy tam jechali!”, rok później w Muzeum Historii Katowic miała miejsce wystawa Pejzaż w twórczości polskich monachijczyków w II połowie XIX wieku, na której zaprezentowano 80 obrazów. Zaś na przełomie lat 2012 i 2013 Muzeum Regionalne w Stalowej Woli pokazało ponad 30 dzieł malarskich na wystawie Brandt, Chełmoński, Gierymski… W Monachium, w Paryżu, w Orońsku. Także w przeciągu kilku lat odbyło się kilka wystaw monograficznych, w tym Olgi Boznańskiej, Józefa Brandta, braci Gierymskich, a ostatnio Józefa Chełmońskiego.

Natomiast lubelska ekspozycja to wydarzenie wyjątkowe nie tylko z tego powodu, że na powierzchni prawie 700 metrów kwadratowych znajduje się ponad 250 dzieł 67 polskich Monachijczyków. Zarówno dyrektorka muzeum, Katarzyna Mieczkowska, jak i kuratorzy, dr Beata Skrzydlewska, dr Andrzej Frejlich i Eliza Ptaszyńska, kustoszka w Muzeum Okręgowym w Suwałkach, podkreślali, iż po raz pierwszy w Polsce pokazano w takiej skali prace wypożyczone z Muzeum Polskiego w Rapperswilu. Ze 170 obrazów znajdujących się obecnie w magazynach możemy zobaczyć aż 76, zgrupowanych w jednej sali. Podczas oprowadzania kuratorskiego dr Beata Skrzydlewska opowiedziała pełne zawirowań losy tego miejsca, toteż warto przywołać choć kilka szczegółów. A historia muzeum wiąże się z inicjatywą emigranta, hrabiego Władysława Platera, który po wydzierżawieniu i wyremontowaniu XIII-wiecznego zamku nad Jeziorem Zuryskim zgromadził tam liczne polonica. Zaś w 1881 zapisał zbiory polskiemu społeczeństwu, kiedy odzyska niepodległość. Tak też się stało i w 1927 roku trafiły do Polski, niestety podczas wojny uległy prawie całkowitemu zniszczeniu.

Natomiast w 1936 roku w zamku, należącym nadal do Polski, powstało tzw. II Rapperswil, czyli Muzeum Polski Współczesnej. Jednakże po II wojnie światowej polski rząd chciał przekształcić placówkę w ośrodek propagandowy, w odpowiedzi miejscowe władze wypowiedziały dzierżawę zamku, co potwierdził w 1951 roku sąd federalny. Muzeum przestało istnieć, a zbiory wywieziono do Polski i włączono do kolekcji różnych muzeów. Polskie środowiska emigracyjne oraz sympatyzujący z nimi Szwajcarzy, nie mogąc pogodzić się z tym faktem, w 1975 roku doprowadzili do otwarcia tzw. III Rapperswil. Zbiory, pochodzące zgodnie z tradycją z darowizn, umieszczono na pierwszym piętrze zamku. Zaś trzy lata później powołano Polską Fundację Kulturalną „Libertas”, opartą na szwajcarskim prawie. Jednak od 2008 roku placówka była zagrożona likwidacją przez lokalne władze. Wprawdzie w 2020 roku odbyły się obchody jej 150-lecia, ale po dwóch latach muzeum musiało opuścić dotychczasową siedzibę. Obecnie zbiory przechowywane są w należącej do „Libertas” kamienicy w Rapperswilu i w czterech wynajmowanych magazynach.

To właśnie stąd pochodzą obrazy, które możemy kontemplować w pierwszej sali wystawowej. Są wśród nich m.in. także prace Brandta, trzech Kossaków, Wyczółkowskiego, Fałata, a ciekawostkę stanowi dwustronny Portret Boznańskiej. Bez wątpienia dla zwiedzających atrakcję stanowi, prezentowany tylko w tej części wystawy, liczny zbiór dzieł Zofii Stryjeńskiej, która z powodu nieprzyjmowania na uczelnię monachijską kobiet, rozpoczęła w roku 1911 studia jako Tadeusz von Grzymała. W Lublinie możemy podziwiać osiem kolorowych litografii z cyklu Gusła polskie oraz dwadzieścia z cyklu Stroje polskie, a także dwa obrazy olejne. Patrząc na te barwne prace, pełne ekspresji i witalizmu, ze smutkiem myśli się o ostatnich latach artystki spędzonych w biedzie w Genewie.

Kuratorzy wystawy zadbali też o przywołanie ówczesnego klimatu. W części poświęconej Rapperswil znajdują się wieloformatowe fotografie zamku nad Jeziorem Zuryskim oraz autentyczny plakat z 1923 roku promujący muzeum. Zaś w łączniku – fotografie Monachium w XIX wieku i Café Tambosi. W drugiej części wystawy atmosferę tamtych czasów przywołują zrekonstruowane dwie pracownie malarskie. Z Muzeum Okręgowego w Suwałkach, mieście urodzin Alfreda Wierusza-Kowalskiego, sprowadzono m.in. oryginalne sztalugi, palety, fotel, szafkę malarską. Podobne artefakty znajdujemy w pracowni urodzonego w Lublinie Władysława Czachórskiego, a pochodzą one z Muzeum im. ks. Stanisława Staszica w Hrubieszowie. Zwiedzający zatrzymują się często przy palecie z dziesięcioma miniaturami namalowanymi przez polskich Monachijczyków, podarowanej Juliuszowi Kossakowi z okazji jego 65. urodzin.

Dwuczęściowy układ wystawy zarazem utrudnia poznanie historii polskiej szkoły monachijskiej, gdyż oprócz Stryjeńskiej, prace wielu malarzy pokazywane są w obu salach. Warto więc wybrać się do muzeum dwukrotnie i nie pominąć oprowadzania kuratorskiego. Na przykład dr Skrzydlewska zwróciła także uwagę na losy dwóch uczestników powstania styczniowego, Ludomira Benedyktowicza i Adama Chmielowskiego. Pierwszy z nich był niedoszłym leśnikiem i na drugim roku studiów w Instytucie Leśnictwa w Broku wyruszył do powstania. Kiedy podczas jednej z potyczek z Kozakami stracił obie ręce, postanowił poświęcić się swojej pasji, czyli malarstwu. Zaprojektował metalową obręcz, zakładaną na kikut prawej ręki. Do przymocowanej w niej tulei wkładał, przy pomocy zębów, przybory artystyczne. Determinacja i talent sprawiły, że został przyjęty do monachijskiej Akademii. A lubelska wystawa przywraca pamięć o tym zapomnianym artyście.

Co znamienne, Adam Chmielowski, czyli św. Brat Albert, również był niedoszłym leśnikiem i studiował razem z Maksymilianem Gierymskim w Instytucie Politechnicznym Rolnictwa i Leśnictwa w Puławach. Zbiór jego prac możemy oglądać dzięki udostępnieniu ich przez Zgromadzenie Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim i Zgromadzeniu Braci Albertynów z Krakowa. Są wśród nich nie tylko obrazy o tematyce religijnej, ale również świeckiej, jak np. Nad rzeką. Niestety, ze zrozumiałych względów, nie mógł dotrzeć do Lublina najsłynniejszy obraz, czyli Ecce homo, znajdujący się w ołtarzu kościoła – sanktuarium św. Brata Alberta w Krakowie. Natomiast Szkicownik Chmielowskiego możemy obejrzeć w całości, gdyż każda ze stron została sfotografowana. A postać artysty przybliża nam jego portret pędzla Leona Wyczółkowskiego, z którym przyjaźnił się i przez pewien czas mieszkał we Lwowie.

Zresztą, popularne w tamtych czasach malarstwo portretowe jest dość licznie prezentowane na wystawie. Warto choć na chwilę zatrzymać się przy Portrecie aktora Maurycego Gottlieba, należącego do pierwszej generacji artystów polskich wyznania mojżeszowego. Obraz, na którym wyraźnie zaznacza się wpływ Rembrandta, został namalowany na rok przed śmiercią artysty, zmarłego w wieku 23 lat. Uwagę zwiedzających przykuwa Portret chłopczyka w czarnym płaszczyku Olgi Boznańskiej, prezentowany wcześniej na wystawie „Co babie do pędzla?!”. Artystki polskie 1850-1950. Szkoda jedynie, że choć okres monachijski malarka uważała za najważniejszy w życiu, gdyż wtedy stworzyła swój indywidualny styl, w Lublinie możemy podziwiać tylko cztery jej obrazy. Są to, oprócz wspomnianych wcześniej, W pracowni Wnętrze pracowni, na którym widzimy też jej narzeczonego, Józefa Czajkowskiego.

Wprawdzie Monachijczycy to nie tylko mężczyźni, lecz ze względów obyczajowych jest to grono zmaskulinizowane. Poza Boznańską i Stryjeńską mamy tylko dwie artystki: Otolię Kraszewską i Emilię Dukszyńską-Duksztę, jedną z pierwszych Polek, które odniosły sukces na polu profesjonalnej sztuki. Jedyny prezentowany na wystawie jej obraz, Portret dziewczynki z koszem jabłek, pochodzi prawdopodobnie z okresu monachijskiego. Właśnie w Monachium przez siedem lat mieszkała i studiowała w prywatnych pracowniach. Dobrze się stało, że w Lublinie przypomniano, również zapomnianą, pochodzącą z hrabiowskiej rodziny Otolię Kraszewską, rysowniczkę, ilustratorkę i malarkę, która po studiach na ASP w Petersburgu wyjechała na stałe do Monachium. Tam w piśmie „Jugend”, uznawanym za organ secesji, zamieszczała ilustracje, i właśnie cztery z nich możemy obecnie zobaczyć. Przedstawiają one sceny z życia polskiej kolonii monachijskiej, skupionej wokół Józefa Brandta.

Oglądając olejne obrazy Brandta i jego szkice, nie sposób przeoczyć słowa Henryka Sienkiewicza z listu do malarza: „[…] otwarcie wyznaję, że Waszemu mistrzostwu i Waszemu niezrównanemu poczuciu rycerskiego i stepowego życia dawnych Polaków zawdzięczam niejedno natchnienie, niejeden pomysł i niejedną scenę z mojej Trylogii”. A wypowiedź egzemplifikują Parada ciężkiej jazdy polskiej czy Odpoczynek w stepie. Warto wspomnieć, iż Brandt wyjechał do Monachium w styczniu 1863 roku i dość szybko zdobył tam uznanie. Kiedy po klęsce zrywu powstańczego zaczęli przybywać inni artyści, jak Józef Chełmoński, Adam Chmielowski, Julian Fałat, bracia Gierymscy, Alfred Wierusz-Kowalski, Stanisław Witkiewicz, stał się niekwestionowanym liderem, ale też otoczył przyjezdnych kuratelą. Zarazem, jak możemy zobaczyć na wystawie, każdy z nich wykształcił swój indywidualny język artystyczny. Na przykład obrazy Alfreda Wierusza-Kowalskiego, tak chętnie kupowane przez niemieckich kolekcjonerów, cechowało mistrzowskie oddanie scen zimowych, pełnych ruchu i dramatyzmu, przy jednoczesnych zastosowaniu stonowanej palety barw. A wyróżniającym je motywem były wilki, niekiedy całe watahy czyhające na myśliwych, jak Napad wilków. Mnie zaś utkwiły w pamięci dwa obrazy: Wilk Wilki w nocy, w których pod zimowym bezruchem i ciszą kryje się dramatyzm.

Podobnie jak duża część zwiedzających, na dłużej zatrzymałam się przy słynnym Moście Ludwika w Monachium Aleksandra Gierymskiego, wypożyczonym z Muzeum Narodowego w Warszawie. Jednak szkoda, że nie udało się stamtąd pozyskać innego rozpoznawalnego dzieła malarza, czyli Żydówki z pomarańczami. Natomiast zaskoczyła wielu Przekupka. Handlarka warzyw Wacława Szymanowskiego, znanego jako twórca pomnika Chopina w warszawskich Łazienkach, lecz zapomnianego jako malarza. Przekupka powstała dwa lata po Pomarańczarce i wyraźnie do niej nawiązuje. Oba obrazy to realistyczne studia samotnych, biednych, zmęczonych trudami życia kobiet.

A zwiedzając lubelską ekspozycję warto przyjrzeć się dziełom właśnie tych mniej znanych czy zapomnianych artystów. Dla mnie odkryciem były obrazy Włodzimierza Łosia, urodzonego w majątku Sanguszków na Wołyniu i dzięki ich mecenatowi mogącemu podjąć studia w Krakowie. Zaś wsparcie Juliusza Kossaka umożliwiło mu wyjazd do Monachium, gdzie jak wielu innych, przystał do kręgu skupionego wokół Brandta, wyróżniając się malowniczym kozackim strojem i temperamentem. Jako miłośnik Podola i Wołynia malował wpisane w pejzaż sceny z codziennego życia, w których niemal zawsze pojawiały się konie. Jednakże jego obrazy, w odróżnieniu od Brandta, cechowała większa nastrojowość. Zresztą wielu Monachijczyków podejmowało w różnym ujęciu tematykę kresową, a Józef Brandt z Juliuszem Kossakiem, poszukując inspiracji, odbyli wyprawę na Ukrainę.

Na lubelskiej wystawie znajdziemy też kilka dzieł wskazujących na zainteresowanie Huculszczyzną. Są to obrazy mało znanych malarzy, jak np. Mały Hucuł Stanisława Dekiela czy Modlitwa Hucułki Juliusza Zubera. Uzupełniają one rozległość tematyczną polskiej kolonii monachijskiej, a lubelska wystawa uzmysławia, na czym polegał jej fenomen. Zaświadcza też, iż jej twórcy, znakomicie operując warsztatem, nie tylko wpisywali się w europejskie trendy, ale też wnieśli w nie szczególny wkład. W okresie popowstaniowym przypominali o dramacie zniewolonego narodu, wprowadzili również, egzotyczną dla Zachodu, tematykę związaną z obyczajowością i krajobrazami dawnej Rzeczypospolitej. Zdaniem większości historyków sztuki, wpłynęli na kształtowanie się kanonu polskiego malarstwa połowy XIX i początku XX wieku. Patrząc na obrazy, możemy skonfrontować różne osobowości artystyczne, ich style, techniki czy wątki tematyczne.

Zarazem wielość prac momentami przytłacza, więc warto zwiedzać niespiesznie, być może w ten sposób natrafimy na dzieło wzbudzające w nas silne emocje. Dla mnie był to obraz Władysława Czachórskiego Martwa natura z kurą, od którego nie mogłam oderwać wzroku. Wcześniej widziałam go w różnych podręcznikach, lecz nie robił większego wrażenia. Dlaczego teraz? Nie wiem. I nie chodzi tu o patriotyzm lokalny, który nie powinien mieć znaczenia w wartościowaniu sztuki. Przychodzą mi raczej na myśl słowa Pabla Picassa: „Dlaczego ludzie chcą koniecznie zrozumieć malarstwo? Przecież nie rozumieją śpiewu ptaków, a podziwiają go”.

Wystawie towarzyszy katalog, liczący prawie 500 stron i przygotowany pod redakcją dr Beaty Skrzydlewskiej i dr. Andrzeja Frejlicha. Obok obszernych tematycznych artykułów zawiera fotografie wszystkich prezentowanych prac. Co więcej, został wydany także wersji anglojęzycznej.

 

Kultura Enter 2026/01
nr 117 (4. ROK WOJNY)

Fotografie: Krzysztof Bąk, ekspozycja Muzeum Narodowego w Lublinie