Strona główna/Kobiety z zamku

Kobiety z zamku

Tu – można okazywać emocje. Tam – nie. Tu można powiedzieć: „mam dziś słabszy dzień”, „tęsknię za czymś lub kimś”. Spróbuj coś takiego powiedzieć tam… Tam emocje się ukrywa. To minimum wiedzy, którą musi mieć animator kultury przekraczający więzienne mury. Inaczej nie zrozumie, dlaczego widzi przed sobą niewzruszone twarze.

Co jeszcze powinien wiedzieć zanim przekroczy (z dreszczem, a jakże) otwierane elektronicznie stalowe drzwi? Otóż, że więzienie to budynek, albo określenie kary pozbawienia wolności, używane w naszym kraju do lat 70 ubiegłego wieku, kiedy to w prasie można było przeczytać, że „Jana W. gwałciciela z Białołęki skazano na 5 lat więzienia”. Język oficjalny operuje Zakładem Karnym, zaś więzień to zatrzymany, osadzony, bądź skazany, w zależności od etapu prowadzonego przeciwko niemu postępowania karnego. By zadość uczynić etykiecie powiedzmy, że opisywane poniżej działania warszawska fundacja Objazdowy Dom Kultury prowadzi wśród kobiet osadzonych w Areszcie Śledczym na Grochowie. Uczestniczą w nim osadzone w systemie półotwartym („półotworek” – tak mówi kadra) oraz zamkniętym, czyli „z zamku”.

Masz kalkę w głowie

Co powinien wiedzieć animator decydujący się na działania za kratami oprócz tego, że wyrażanie emocji sentymentalnych, tu będących normalnym przejawem ekspresji, tam jest stabuizowane? To zdaje się być najważniejsze dla niego samego. Inaczej może wrócić do domu z poczuciem klęski. Musi zdawać sobie sprawę, że obraz więźnia i więzienia, który ma w świadomości, jest kalką filmowych historii, a także języka używanego przez media poruszające tematy o „tamtym miejscu”. Swego czasu wszystkimi wstrząsnął film Konrada Niewolskiego „Symetria” (historia niesłusznie skazanego za napad młodego nauczyciela geografii, który trafiwszy do więzienia aspiruje do grupy grypsujących git ludzi). Wszystkimi, poza pracownikami służby więziennej. – Widziałam w tym filmie tyle półprawd i nieścisłości, że aż mnie rozbawił – opowiada Agnieszka, wychowawczyni z Grochowa. – Pierwsze sceny to kuriozum. W polskim więzieniu człowieka skazanego po raz pierwszy nigdy nie wsadzi się na „dzień dobry” do celi z grypsującymi. Służba więzienna nie składa się z idiotów nie znających przepisów – podkreśla z naciskiem.

Aspekty – podobne i wybrane

W jaki sposób język mediów wypacza obraz „tam”? Marta Jarosz, medioznawczyni, badaczka zjawiska i języka podkultury, pisała o tym w pracy Więzienie w krzywym zwierciadle mediów. Dowodzi w niej, że media wpływają (sic!) na myślenie o więzieniu ludzi, którzy nigdy w nim nie przebywali, a dziennikarze opisują tylko podobne wybrane aspekty więziennej rzeczywistości. Zauważmy – wielu z nas, choć nie zamieniło nawet słowa z kimś stamtąd, o życiu tam wie niemal wszystko. Zacytujmy artykuł Jarosz, w którym streszcza ustalenia ze wspomnianej pracy. „Czytając teksty o więzieniu publikowane w mediach, odnosi się wrażenie, że dominującymi właściwościami życia po drugiej stronie muru są dynamika, ciągła zmiana i ruch. To odczucie nie jest zupełnie mylne. Odwiedzając kolejne zakłady karne i wchodząc do pawilonów, w których znajdowały się oddziały o charakterze półotwartym, musiałam angażować wszystkie zmysły, aby zaczerpnąć z tej niezwykłej atmosfery jak najwięcej. Skazani chodzący po korytarzach, wędrujący od celi do celi, prowadzący bardzo głośne rozmowy, nierzadko przekrzykujący się z całych sił, dźwięki muzyki dochodzące z głośników, głosy z odbiorników telewizyjnych, a do tego mieszanina miliona zapachów i ogrom „bibelotów” stanowiących wyposażenie cel – obserwując to wszystko, trudno było odmówić więziennemu światu „żywotności”. Jednak wystarczyło wejść do celi i spojrzeć na tych, którzy nie mają siły ani ochoty na chodzenie po korytarzach, aby przekonać się, że dynamika tego życia to tylko ułuda”. I dalej… „To przekonanie zaczęło we mnie dominować, gdy wizytowałam zakłady karne o charakterze zamkniętym. Korytarze w budynkach były zupełnie puste, a kiedy otwierano przede mną drzwi celi, widziałam w zasadzie tylko postaci siedzące na łóżkach lub stojące w pobliżu okna i wpatrujące się w to, co można było za nim zobaczyć, czyli zwykle mur otaczający jednostkę. Przyglądając się temu wszystkiemu i słuchając opowieści osadzonych o ich życiu, wydarzeniach, które sprawiały, że na własnej skórze sprawdzili, co oznacza pobyt w zakładzie karnym, zaczęłam rozumieć, że więzienie to, mówiąc nieco kolokwialnie, przede wszystkim ludzie”.

Na tym przykładzie widać jak bardzo jednowymiarowa jest nasza wiedza o tamtym świecie. Powtórzmy: więzienie to ludzie; ludzie, którzy – według ustaleń Jarosz – rzadko opisywani są w mediach przez pryzmat psychiki. A ich psychika to prawdziwe tornado. Zanim znalazła się w miejscu, gdzie niczym kulturowe pogotowie przybył animator, formowała się w patologicznej rodzinie, lub zupełnie bez niej, z dala od kultury, ale z dostępem do narkotyków i alkoholu. Jej agendą socjalizacyjną nie była szkoła z rytuałem egzaminów na ogół podnoszących samoocenę, tylko proces sądowy. Dowiedziono, że tenże odbierany jest przez sądzonych jako seria rytuałów wykluczenia, aż w końcu osądzony znalazłszy się w gronie tak samo wykluczonych, staje się częścią kultury polegającej na odrzuceniu tych, którzy ich odrzucili, czyli reszty społeczeństwa. Taki mechanizm procesu sądowego opisali Amerykanie Lloyd W. McCorkle i Richard Korn w Resocialisation within walls.

Adrenaliną można się zaj…

Tej psychice trzeba dostarczyć alternatywę w postaci kultury. Inaczej w odruchu buntu przeciwko wykluczeniu zasklepi się w mrocznym świecie, bo nie zna innego. Dla osadzonego świat dzieli się na tych, którzy przestrzegają prawa i tych, którzy je łamią. Ci drudzy to… ludzie. Żadnych odcieni innych treści, choćby tych płynących z kultury, gdyż takowa jest reglamentowana na przekór art. 73 Konstytucji RP. Warto przypomnieć, że ów artykuł (rozdz. „Wolności i prawa ekonomiczne, socjalne i kulturalne”) gwarantuje każdemu m.in. wolność korzystania z dóbr kultury. Tymczasem…

– Nieco ponad 1000 zł – odpowiada kpt. Elżbieta Krakowska, rzecznik prasowy Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Warszawie, zapytana, jaki jest budżet na działania edukacyjno-kulturalne jednostek w jej okręgu.

– Na miesiąc?.

– Nie. Na rok – odpowiada pani kapitan.

Konstytucyjny dezyderat ciężko dyszy.

Pracownik Zakładu Karnego w Iławie, anonimowo i ze złością. – W zeszłym roku dostaliśmy nowe wytyczne od ministerstwa odnośnie pewnych wskaźników. Nie będę tłumaczył szczegółów. Powiem tyle: zmuszeni byliśmy zlikwidować osadzonym siłownię i zrobić z niej celę, żeby te wskaźniki były takie, jak życzy sobie władza. Niestety władza za warszawskimi biurkami nie wie, że osadzony to najczęściej silny, zdrowy mężczyzna, który zaj… albo siebie, albo kogoś nadmiarem adrenaliny, jeśli nie będzie miał gdzie ćwiczyć!

Dla tych, co pracują…

Więzienie to monotonia.

6.15 – pobudka

6.15 – 7.00 – zajęcia porządkowo-higieniczne

7.00 – 7.15 – apel

7.15 – 8.00 – śniadanie (zgłoszenia do lekarzy i pracowników administracji)

8.00 – 8.15 – wyjście do pracy (dla tych, co pracują)

13.15 – 13.45 – obiad

13.45 – 15.45 – praca (dla tych, co pracują)

15.45 – 16.00 – powrót z pracy (dla tych, co pracują)

16.00 – 17.30 – spacer, zajęcia własne, kulturalno-oświatowe i sportowe

19.00 – 19.15 – apel wieczorny

19.15 – 22.00 – zajęcia własne i porządkowo higieniczne

22.00 – 6.15 – cisza nocna

Tak wygląda dzień w Areszcie Śledczym dla kobiet na warszawskim Grochowie. Monotonia nie do zniesienia, choć trzeba przyznać, że kadra tej jednostki stara się, żeby była jak najmniej odczuwalna. Z pomocą przychodzą fundacje, stowarzyszenia. – Działania podejmowane przez organizacje pozarządowe, to bardzo pomocna dłoń – podkreśla kpt. Krakowska.

Przybywa Objazdowy Dom Kultury

Jeśli jakiś artysta zdecyduje się wystąpić w Zakładzie Karnym, bądź Areszcie Śledczym to dlatego, że chce zrobić coś dla przysłowiowej idei, nie dostanie honorarium. – Artyści robią to wyłącznie w ramach wolontariatu, ale niezbyt często – mówi pani kapitan. Dobra kultury będące w zasięgu ręki człowieka „na wolności”, dla osadzonych są luksusem. Ich niedostępność pogłębia stygmatyzację. Kultura z definicji jest obszarem bez granic, tymczasem dla osadzonego staje się kolejną barierą, kolejną bolesną aspiracją. Człowiek w głębi siebie może pragnąć się zmienić, ale jak ma tego dokonać odcięty od dobrych wzorców i wiedzy o świecie?

Z drugiej strony kadra więzienna nie patrzy na tę sytuację z założonymi rękoma. Przykładem jest właśnie Areszt na warszawskim Grochowie, prowadzący dla osadzonych wiele programów readaptacyjnych, na które pieniądze zdobywa z funduszy europejskich. W ciągu ostatnich kilku lat zrealizowano tam kilkadziesiąt takich działań. Władze Aresztu otwarte są na współpracę z organizacjami pozarządowymi. Jesienią zeszłego roku podpisały porozumienie z warszawską fundacją Objazdowy Dom Kultury (ODK), która zaproponowała swój autorski edukacyjno-artystyczny projekt działań multikulturowych dla kobiet. Na ich realizację ODK dostał dotację z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od kwietnia do października osadzone kobiety wezmą udział w 10. warsztatach prezentujących kultury mniejszości zamieszkujących Polskę. Zaplanowano dwa cykle (w każdym po pięć zajęć) dotyczące kultur: afrykańskiej, arabskiej, ormiańskiej, romskiej oraz żydowskiej.

Okna w świetlicy Aresztu na Grochowie zasłaniają świat gęstą siatką krat, jakby utkaną ręką kowala. Na szybach kolorową farbą niewprawną ręką namalował ktoś kwiaty, między którymi latają smutne motyle. Ponad 20 kobiet patrzy z zaciekawieniem na senegalskiego prelegenta Mamadou Diouf w narodowym stroju, ale w ich spojrzeniach więcej jest nieufności niż poznawczego głodu. Niektóre ubrane są w ciemnobeżowe więzienne bluzy i mają lekko pomalowane oczy. Ten oszczędny makijaż bardziej wydobywa ich zmęczenie niż urodę.

Wyróżnia się wśród nich Dorota – drobna, wyglądająca na 20 lat brunetka. W bejsbolowej czapce i niebieskim dresie z profilu wygląda jak facet. Po bokach głowy wygolona do skóry, z tyłu ma bujną, czarną kitę. Ma najbardziej nieufne, wręcz wrogie oczy ze wszystkich słuchaczek, sprawia wrażenie agresywnej z założenia…

Mamadou Diouf ma 49 lat. Po studiach weterynaryjnych w Polsce nie wrócił do ojczyzny. Ożenił się i przyjął nasze obywatelstwo. Jest znakomitym dziennikarzem radiowym, promotorem afrykańskiej kultury, autorem książki „Jak mówić polskim dzieciom o dzieciach Afryki”. Niestrudzenie, w ramach założonej przez siebie fundacji walczy ze stereotypem „Murzynka Bambo”. Chętnie zgodził się na zajęcia w więzieniu. Cierpliwie wciąga swoje słuchaczki w dialog. Tu, podobnie jak w szkołach, krąży Murzynek Bambo, głód, bieda, upał, dzikie zwierzęta, etc. Skojarzenia, które Afryka wywołuje w świadomości więźniarek są takie same jak wśród dzieci z młodszych klas szkolnych. Kobiety zaczynają być zaciekawione, gdy Mamadou opowiada, że mimo ubóstwa senegalskie dziecko zajmuje godne miejsce w społeczeństwie, że w senegalskiej rodzinie nie ma miejsca na życie w samotności. – Ku…, to lepiej niż u nas – komentuje cicho jedna z osadzonych. – Wariactwem jest żyć samemu – cytuje Mamadou senegalskie przysłowie i obserwuje, że pęka niewidoczna tama między nim a słuchaczkami. Nieufność pryska. Padają pytania, zaczyna się ożywiona dyskusja, żarty. Mamadou zasiada przed bębnami. Zaczyna intonować senegalską pieśń, wystukując rytm.

…Z twarzy Doroty znika napięcie. Zamyka oczy, kiwa się w rytm bębnów. Mamadou szaleje na bębnach, kobiety pomagają mu oklaskami. Już nie ma muru. Jest impreza. Dźwięki bębnów wpadają do głów jak dym z marihuany. – A teraz na was kolej! Zmienicie mnie przy bębnach – krzyczy Mamadou. Dorota dopada bębna jak szalona, wydaje się, że niepotrzebne jej instrukcje. Pierwszy raz w życiu gra. Nigdy nie miała w ręku instrumentu muzycznego. Wystukuje rytm z głębi siebie. Szaleje jak Phil Rudd. Na następne zajęcia o kulturze romskiej prowadzone przez Agnieszkę Caban, Dorota przychodzi uśmiechnięta i zaciekawiona.

Spotkać złamane życie

– Mocno przeżyłam spotkanie z kobietami, które nie miały do tej pory okazji uczestniczyć w kulturze – odpowiada Justyna Domasłowska-Szulc, wiceprezeska ODK, o swych doświadczeniach z pracy w grochowskim w areszcie. – Nikt wcześniej nie poświęcał im uwagi, czasu. To wstrząsające odczucie. Uczestniczki naszych zajęć w większości pochodzą z rodzin patologicznych, dysfunkcyjnych. Na początku nieufne, trochę prowokujące, w trakcie warsztatów otwierały się, podejmowały aktywność, zatracały się w niej.
Innym jej doświadczeniem, które określiła jako „bolesne”, było współodczucie złamanego życia. – Szczególnie w przypadku „zamka”, gdzie siedzą kobiety z dłuższymi wyrokami a nawet dożywociem – podkreśla Justyna. – Samotność w tłumie, poczucie bezsensu. Dlatego tym bardziej mam świadomość, że czas w zakładzie karnym należy wypełnić nauką, kulturą, ciekawymi działaniami, żeby nie był to czas stracony.

W każdych warsztatach udział bierze 20 kobiet, osadzonych zarówno „na zamku”, jak i w „półotworku”. Prowadzący je artyści i animatorzy wywodzący się z mniejszości nie ograniczają się do snucia opowieści o specyfice swych narodowości. Robią to tylko tytułem barwnego wstępu, prezentującego sztukę, religię i zasady społeczne danej kultury. Prelegenci ubrani w narodowe stroje wykorzystują multimedia i rekwizyty ze swego świata, by sugestywnie pokazać jego głębię i specyfikę. – Dla uczestniczek warsztatów to okazja do osobistego kontaktu z tymi ludźmi, co w wielu przypadkach pozwala zwalczyć uprzedzenia i ksenofobiczne poglądy płynące najczęściej z braku znajomości innych kultur – podkreśla Justyna Domasłowska-Szulc.

Po tej inspiracyjnej części zajęć panie same tworzą artefakty lub biorą udział w warsztatach tańców tradycyjnych. Na zakończenie zaplanowano wystawę prac uczestniczek warsztatów oraz warsztat sztuki kulinarnej w koszernej restauracji Tel Aviv prowadzonej przez Malkę Kafkę w Warszawie. Wezmą w nim udział kobiety z „półotworka”.

– Kobietom z „Grochowa” dajemy remedium na tęsknotę za rodziną, czy dojmujące poczucie izolacji – podkreśla Elżbieta Wrona, szefowa ODK.

Agnieszka jest wysoką, szczupłą blondynką, około 30-letnią. Z grupki kobiet idących na zajęcia z kultury romskiej wyróżnia się wyprostowaną sylwetką, zaciętym wyrazem twarzy. Nie chichocze, nie dowcipkuje. Ma niewzruszoną twarz, której rysy przypominają Catherine Denevue. Robiąc jej zdjęcia podczas zajęć widzę, że najchętniej rzuciłaby we mnie bluzgiem, ale nie może, więc z zaciśniętymi ustami przygotowuje według własnego pomysłu cyganeczkę z papieru. Po zajęciach podchodzę do niej, pokazuje zdjęcia w aparacie, wyjaśniam rzeczowym tonem, że ma bardzo interesującą, ale smutną twarz. Uśmiecha się słabo, mrużąc nieufnie oczy. – To wydrukuj mi jedno. Chcę zawsze pamiętać, że za głupotę w życiu zapłaciłam smutkiem.

– Oddział drugi ustawić się do wyjścia – pada komenda. Jest 13.00. Za kwadrans obiad.

Janusz Milanowski