Strona główna/Kontrrewolucja Janukowycza

Kontrrewolucja Janukowycza

janukowycz-karykaturaWraz z wyborem Wiktora Janukowycza na prezydenta 7 lutego 2010 roku, na Ukrainie oficjalnie zakończyła się „pomarańczowa era”, definiowana przez pięcioletnią kadencję Wiktora Juszczenki. Sześćdziesięcioletni Janukowycz, postrach narodowego poruszenia zwanego „Pomarańczową Rewolucją”, wrócił na scenę polityczną i przeobraził się z „polityka czasu przeszłego”, za jakiego uznawano go w roku 2005, w „męża stanu” roku 2010. Od razu opanował dźwignie władzy, umieścił na kluczowych stanowiskach swoich zwolenników i pozbył się większości pozostałości po prezydenturze Juszczenki. Ponadto Janukowycz oświadczył, że ideowy kurs na eurointegrację i rozwój dobrych stosunków z USA, pragnąłby zastąpić polepszeniem stosunków z Rosją.

Zwolennicy Janukowycza podtrzymują fascynacje władzy radosnymi rozmowami z Moskwą, niemniej jednak niemała część ukraińskiego społeczeństwa jest nimi zaniepokojona. Niektórzy są zatrwożeni powrotem do radzieckiego typu rządzenia, inni dostrzegają przeobrażanie się Ukrainy w rosyjskiego wasala, kolejni zaś przewidują, że Janukowycza spotka ten sam los, co Juszczenkę.

Kontrrewolucja Janukowycza

Janukowycz wygrał dzięki niewielkiej przewadze, dlatego wielu jest takich, którzy oczekują od niego ostrożnych i powolnych działań oraz miękkich rządów. Na początku tak było. Gdy w marcu jego pomocnicy w Radzie Najwyższej usunęli premier Julię Tymoszenko, mieli jednocześnie trzydzieści dni na sformowanie nowej koalicji rządowej. Ten fakt legł u podstaw negocjacji z NU-NS [Наша Украина – Народна самооборона” – przy. tłum.], która popierała Juszczenkę. Ich siedemdziesiąt dwa głosy, wspólnie ze stoma siedemdziesięcioma dwoma głosami „regionałów” [deputowanych Partii Regionów – przyp. tłum.], umożliwiły koalicji przekroczenie progu dwustu dwudziestu pięciu deputowanych, koniecznego dla zdobycia większości w Radzie Najwyższej. NU-NS uznało, że jeśli koalicja nie zostanie sformowana w najbliższym czasie, będzie krytykowana i nie warto ryzykować w następnych wyborach i stracić miejsce w Radzie, wysunęło też nierealny poziom żądań, domagając się zestawu stanowisk z funkcją premiera na czele.

Partia Regionów doprowadziła 4 marca do, najprawdopodobniej niekonstytucyjnych, zmian regulaminu Rady Najwyższej, umożliwiających tworzenie koalicji rządowej przy udziale pojedynczych deputowanych. Dla Partii Regionów oznaczało to możliwość stworzenia koalicji po dołączeniu do stu siedemdziesięciu dwóch głosów swojej frakcji, dwudziestu siedmiu deputowanych z partii komunistycznej, dwudziestu z Bloku Łytwyna i „planktonu” – uciekinierów z innych partii.

Chociaż Sąd Konstytucyjny pod koniec 2008 roku wyraźnie stwierdził, że zgodnie z prawem koalicję można sformować tylko na bazie frakcji partyjnych, a nie dzięki pojedynczym deputowanym, Partia Regionów nie zważała na to dobrze wiedząc, że Sąd Konstytucyjny nie zdecyduje się z nią walczyć.

W skład koalicji „Stabilizacja i Reformy” – tak, jak przypuszczano – oficjalnie weszli: „regionałowie”, komuniści i blok Łytwyna oraz szesnastu uciekinierów. Razem dwieście trzydzieści pięć głosów.

W konsekwencji, działając przeciwko przedwyborczym obietnicom Janukowycza głoszącym że władza trafi w ręce zawodowców i umiarkowanych reformatorów, koalicja zrobiła dokładnie na opak, przekazując ją konserwatystom i radykałom.

Premierem został prawdziwy przyjaciel Janukowycza – Mykoła Azarow – sześćdziesięciotrzyletni biurokrata, który na początku lat dziewięćdziesiątych wsławił się niszczącymi stawkami podatkowymi, popieraniem korupcji rządowej i wrogością do „małego biznesu”. Do rządu Azarowa weszło dwudziestu dziewięciu ministrów, o czterech więcej niż liczył sobie i tak rozdęty gabinet Tymoszenko. Taka liczba gwarantuje niezdolność rządu do podjęcia sensownych decyzji. Ponadto w rządzie nie ma żadnej kobiety (Azarow rzekł nawet, że reformy to nie kobieca sprawa) a państwową kompanię radiowo-telewizyjną oddano w ręce działacza show-biznesu, co tylko wzmacnia wrażenie że rządowa elita to klub niezdolnych do działania reprezentantów jednej kasty.

Co gorsza niezwykle ważne posady ministrów ekonomii i finansów oddano dwóm ludziom ekonomii niegodnym: Wasylowi Cuszce i Fedorowi Jaroszence. Czterdziestosiedmioletni Cuszko otrzymał rolnicze wykształcenie, był dyrektorem sowchozu a potem zdobył antydemokratyczną reputacje na stanowisku ministra spraw wewnętrznych w krótkotrwałym gabinecie Janukowycza [w 2006 – przyp. tłum.]. Sześćdziesięciojednoletni Jaroszenko także czuje na plecach oddech rolniczej edukacji, pracował w sektorze agroprzemysłowym, ma także sześcioletnie doświadczenie działalności w skorumpowanej państwowej służbie fiskalnej. Obaj nie są ani fachowcami-ekonomistami, ani technokratami. Optymiści spodziewają się wsparcia dla sprawnego reformowania ze strony nowoutworzonego Komitetu Reform Ekonomicznych, który pozostaje pod formalnym kierownictwem prezydenta Janukowycza, ale zajmuje się nim sprawna ekonomistka – pierwszy zastępca kierownika administracji prezydenta – Iryna Akimowa, która w 2009 roku była zastępczynią przewodniczącego Komitetu Rady Najwyższej ds. polityki ekonomicznej. Niemało nadziei pokłada się również w Serhiju Tihipce. Co prawda, trudno sobie wyobrazić jak tenże komitet mógłby swoje reformy wprowadzić w życie we współpracy z dwoma niekompetentnymi ministrami. Komitet obciążony jest zatem „błędem założycielskim”; przemieszaniem kilku sprawnych fachowców z grupą politycznych pomazańców, w ogólnej liczbie dwudziestu sześciu, co zapewne przeobrazi go w bazar i doprowadzi do tego, że każda stworzona w nim dobra idea pozostanie jedynie na papierze i zaginie.

Tihipko oświadczył, że opuści Komitet za kilka miesięcy, jeśli nie zostanie wprowadzony jego projekt reform i możliwe, że postanowi wtedy kandydować na mera Kijowa.

Pierwszych kilka miesięcy janukowyczowych rządów pokazuje także, że obiecanego przed wyborami umiarkowania w kwestii etnicznej nie będzie. Juszczenkowe aktywne propagowanie języka ukraińskiego, ukraińskiej kultury i tożsamości, rozdrażniło rosyjskojęzycznych Ukraińców oraz etnicznych Rosjan na wschodzie i południu kraju. Większość ekspertów spodziewała się, że Janukowycz, z uwagi na jedność, pragmatycznie nie zaryzykuje zwiększenia napięcia między nim a ukraińskim „pomarańczowym elektoratem”, że zapanuje neutralność: ani promowanie, ani zaprzeczanie ukraińskości.

Niemniej Janukowycz zadziwił wszystkich antyukraińskim demarche, symbolem którego stał się nieoceniony Dmytro Tabacznyk. Nie dziwi więc, że wielu Ukraińców zareagowało petycjami i demonstracjami skierowanymi przeciw Janukowyczowi, jak również wyznaczonemu przezeń ministrowi oświaty i nauki. Takie postępowanie obudziło znaczną część ukraińskiego społeczeństwa. Janukowycz na pewno wiedział, że będzie to niepotrzebna prowokacja, która jednocześnie uświadomi obywatelom, że juszczenkowska proukraińska polityka językowa i kulturalna zakończyła się oraz odwróci uwagę od zamierzonej centralizacji władzy.

Antyukraińskie wypowiedzi Tabacznyka wzmogły protesty przeciwko zawartej 21 kwietnia umowie pomiędzy Janukowyczem i Miedwiediewem, w której przedłużono stacjonowanie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Wielu Ukraińców dostrzegło w tym ostatni element antyukraińskich prowokacji.

Kruchość sułtanizmu

Polityczne zamiary Janukowycza zarysowały się wyraźnie już po kilku pierwszych tygodniach jego prezydentury. Ma on zamiar skoncentrować w swoich rękach sznurki władzy, na tyle mocno, na ile się tylko da. Krytycy mówią o powrocie do breżniewowskiego ZSRR albo o naśladownictwie putinowskiej Rosji. Przyczyn kursu centralizacyjnego możemy się jedynie domyślać. Niektórzy Ukraińcy rozmawiają o Janukowyczu jak o typowym polityku epoki radzieckiej, że zahartował go donbaski bezwład i po prostu teraz zachowuje się tak, jak ukształtowało go jego polityczne środowisko. Inni przypominają o jego dwóch, młodzieńczych pobytach w więzieniu za chuligaństwo i przypuszczają, że tak jak był wówczas człowiekiem szemranym, tak do dziś nim pozostał.

Natomiast jego zwolennicy uważają, że Janukowycz działa tak jak należy w sytuacji chaosu pozostawionego przez Juszczenkę. Jednakże pojawiły się dwa czynniki. Po pierwsze. Janukowyczowi udało się zdobyć więcej władzy niż quasi-reformatorowi Leonidowi Kuczmie, którego złe rządy doprowadziły do „Pomarańczowej rewolucji”. Po drugie, Janukowycz bezceremonialnie zrezygnował ze swoich haseł przedwyborczych, które prezentowały go jako polityka europejskiego. Ten drugi fakt jest bardzo ważny, bo prowadzi do postawienia pytań dotyczących uczciwości. Głównym motywem przedwyborczej kampanii Janukowycza było to, że można mu zaufać, jako politykowi kompetentnemu, profesjonalnemu, umiarkowanemu i demokratycznemu. Z uwagi na niechęć z jaką większość Ukraińców odnosiła się do prezydentury Juszczenki, Janukowycz, aby uzyskać ich poparcie, a co najmniej neutralność, musiał choć minimalnie udać, że posiada te cztery cechy polityczne. Po kilku tygodniach prezydentury okazało się, że jest jeszcze gorszy od Juszczenki.

Teraz wygląda na to, że Janukowycz tworzy system polityczny przypominający koło, w którego środku znajduje się on sam, a na średnicy umiejscowieni są bezpośrednio mu podporządkowani wykonawcy decyzji. Wielu z nich to politycy z Donbasu, z niewielkim doświadczeniem w samodzielnym podejmowaniu decyzji. Nie mają oni nawyku stosowania demokratycznych procedur i zwyczajów niezbędnych do tego, aby działać za pomocą uregulowanych mechanizmów społecznych, ekonomicznych i politycznych. Ich patron – Janukowycz, rozdaje przywileje, udziela dostępu do władzy i osobiście nagradza za pracę. Logicznym końcem takiego systemu jest jego przeobrażenie się w neofeudalny reżim, z jednym suzerenem, dominującym nad kręgiem służących mu wasali.

Tego typu sułtański reżim nie może być stabilny dzięki pewnej ilości mniej lub bardziej stabilnych czynników generowanych na samej Ukrainie.

Po pierwsze: rządy osobiste są antytezą stabilnego państwa demokratycznego. Sułtanizm może nie stwarzać problemów w średniowiecznym państwie feudalnym z prymitywną, rolniczą gospodarką i społeczeństwem analfabetów, ale nie da się go pogodzić z nowoczesną gospodarką i społeczeństwem, którym można zarządzać tylko odpowiednimi i efektywnymi instytucjami. Po drugie, rządy osobiste są modelem niezbyt funkcjonalnym, albowiem wasale niezbyt często przejawiają jakąkolwiek inicjatywę osobistą. Aby propozycja nabrała mocy należy przedłożyć ją najwyższej władzy i to sułtan musi podjąć taką, a nie inną decyzję. Co więcej wasale, walczą między sobą o łaskę patrona, nie współpracują ze sobą, spiskują i nie dopuszczają do ucha władcy wiadomości podważających ich kompetencje jako rządzących. Po trzecie, bezwładny aparat państwowy Ukrainy nie może stać się bazą dla efektywnego reżimu autorytarnego. Używając ostrych słów, rozdęty do niemożliwości aparat biurokratyczny nic tu nie pomoże. Janukowycz może chcieć być Łukaszenką (który odziedziczył prawie niezmieniony radziecki aparat rządzenia) albo nawet Putinem (którego wspomagają służby mundurowe – armia i bezpieka), ale bez mocnej biurokracji i przymusu, nic mu się nie uda, przy tym ukraińska bezpieka i armia różnią się bardzo do rosyjskiej czy białoruskiej. Po czwarte, „Pomarańczowa Rewolucja” i pięć lat prezydentury Juszczenki, nauczyły mieszkańców Ukrainy pewności siebie, jakiej brakowało im przed rokiem 2004 i skonsolidowały energię społeczeństwa obywatelskiego: studentów, inteligencji pracującej, intelektualistów i biznesmenów, którzy nie boją się już żadnej władzy. Próby Janukowycza, dążącego do ustanowienia silnej, jednoosobowej władzy, zawsze spotkają się ze sprzeciwem i śmiechem ze strony większości społeczeństwa. Po piąte, Janukowycz poradziłby sobie z systemem rządów osobistych, gdyby był „królem – filozofem”. Tyle tylko, że nim nie jest. Cechująca go amabarasująca skłonność do przeinaczania faktów może skłonić co najwyżej do rozważań nad jego głęboką niezdolnością myślenia w sposób kompleksowy oraz brakiem umiejętności widzenia rzeczywistości „w szerokim ujęciu”. Janukowycz pomylił rosyjską poetkę Annę Achmatową ze znajomym miliarderem Renatem Achmetowem, żydowskiego pisarza Izaaka Babla z niemieckim socjalistą Augustem Beblem, Słowenię ze Słowacją i ludobójstwo z zasobem genetycznym. Janukowycz nazwał rosyjskiego dramaturga Antona Czechowa ukraińskim poetą, a Traktat z Helsinek Traktatem Sztokholmskim. Najbardziej znaną gafą Janukowycza jest wymówienie w roku 2004 słowa „ProFFessor”, co dziwi tym bardziej w kontekście deklarowanego przez niego posiadania magisterium z prawa międzynarodowego i doktoratu z nauk ekonomicznych (ostatniego z nieznanej uczelni). Janukowycz jakimś cudem znalazł czas na napisanie tychże dysertacji, kiedy pracował jako pełnoetatowy wice-gubernator i gubernator obwodu donieckiego, o największej na Ukrainie, czteroipółmilionowej populacji.

Niestabilność sułtanizmu

Pomimo niespodzianek tego rodzaju, eksperyment polegający na stworzeniu hiperscentralizowanego ustroju czyni Janukowycza osobliwie skłonnym do poważnych wpadek.

Pierwszą z nich okazało się być porozumienie z 21 kwietnia – gaz za bazę. Krytycy oskarżają Janukowycza o zaprzedanie ukraińskiej suwerenności i oddanie Krymu Rosji. Mają rację, ale jeszcze bardziej rzuca się w oczy to, że choć uzyskano znaczące obniżenie cen, to gdyby za stołem zasiadła garstka doświadczonych dyplomatów, można byłoby uzyskać znacznie więcej.

„Pośpiech z jakim zawierano umowę, pokazuje wprost – powiedział mi niedawno pewien doświadczony dyplomata – że nie było dokonanej przez ekspertów oceny porozumienia oraz debaty nad nim w odpowiednich komisjach parlamentarnych i Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. Nie było dyskusji publicznej. Nie zaangażowano Ministerstwa Spraw Zagranicznych. To były postanowienia niewielkiej grupy osób – jeśli nie wyłącznie jednej osoby. Rezultatem porozumienia jest poważna zmiana ukraińskiej polityki zagranicznej i zdystansowanie się wobec integracji euroatlantyckiej. Porozumienie podważa nawet ostatnie «innowacje polityczne»: neutralność i «pozablokowość» Ukrainy. Jego zgodność z Konstytucją także stoi pod znakiem zapytania. Oficjalne wyjaśnienia stwierdzają, że przedłużenie dzierżawy bazy czarnomorskiej było mniejszym złem, w porównaniu z dwiema innymi rosyjskimi propozycjami: konsorcjum gazowym i unią celną. Uważam, że jest ono takim samym złem, jak pozostałe dwa. Był silny nacisk z innej strony. Katastrofalna jest wszak sytuacja ekonomiczna, a jej poprawa jest pożądana przez każdą władzę. Niemniej przedłużenie dzierżawy i jej szybka «ratyfikacja» przez Radę Najwyższą, rozmowy o fuzji «Naftohazu» i «Gazpromu» i dalsza «bliska współpraca» z Rosją w kwestiach wojskowych, jądrowych, lotniczych i w innych równie strategicznych dziedzinach, daje podstawy do poważnego zaniepokojenia. Wraz z tworzeniem silnej, prezydenckiej władzy, mocnym naruszeniem Konstytucji, tworzona jest «stabilizacja» w moskiewskim stylu, połączona z przymiarkami do napaści na opozycję, która prowadzi do ataków na ukraińską demokrację i suwerenność. Samotnym bastionem demokracji na Ukrainie, może być jednak silna i pełna życia opozycja.”

Czy przeprowadzenie radykalnych reform, daje się pogodzić z sułtańskim reżimem? Odpowiedź winna brzmieć jednoznacznie „nie!”. Sułtański reżim jest nieodmiennie reakcyjny i konserwatywny i nie ma żadnych podstaw do twierdzeń, że składający się na system „donowie” Janukowycza zechcą złożyć swój dobrobyt na ołtarzu mało zrozumiałych idei makroekonomicznej stabilizacji i reformy strukturalnej. Ponadto reforma ta podważa samo sedno ich władzy i przywilejów. Wygląda na to że niepodważalnym śladem pozostawionym przez taki reżim będzie stagnacja i zastój. Jeśli Janukowycz nie zmieni kursu, ma szansę stać się współczesnym ukraińskim Breżniewem, który siedzi na samym szczycie piramidy władzy i twardą ręką prowadzi kraj do przepaści.

Szczególnie niestabilna wydaję się być formuła ekonomiczna. Z jednej strony struktura rządu przeszkadza w efektywnym podejmowaniu decyzji, z drugiej, Janukowyczowi brakuje sił, aby wyhamować postępującą ekonomiczną upadłość. Wreszcie, zdobycie poparcia narodu dla przeprowadzenia bolesnej reformy ekonomicznej oraz przebudowy systemu środków przymusu, jakiej wymagają jego autorytarne zapędy, nie jest łatwe. Praktycznym rezultatem jest jednak to, że pokonanie kryzysu wymaga ogólnonarodowego wsparcia. Janukowycz wyjątkowo potrzebuje silnego rządu, którego nie umie stworzyć i wyjątkowej rozwagi, której także mu brakuje.

Tak więc jeśli Janukowycz nie zrobi niczego dla poprawienia sytuacji ekonomicznej, Ukraina może wkrótce stanąć przed groźbą krachu, a to z kolei może doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia. Ostoją janukowyczowego elektoratu są robotnicy ze wschodu i południa kraju. Jeśli prezydent zdecyduje się na reformy, straci oparcie tej klasy społecznej i region mogą ogarnąć strajki. Prawdę mówiąc, jeśli Janukowycz będzie dalej wprowadzał swój „sułtański kurs”, może wywołać narodowe powstanie – „pomarańczowo-niebieską” rewolucję, która ogarnie demokratów, studentów i robotników. Kwietniowy przewrót w Kirgistanie, który obalił prezydenta Kurmanbeka Bakijewa, może okazać się wzorcem dla Ukrainy.

Wątpliwym jest, czy perspektywa rosnącej destabilizacji przyciągać będzie zagranicznych inwestorów, tak jak zanikanie praworządności, niekompetencja i pustosłowne deklaracje nie unowocześnią ukraińskiego przemysłu, rolnictwa i oświaty. Zasadniczo, najlepszym scenariuszem dla Janukowycza jest brak reform, utrata legitymizacji i efektowności oraz możliwe polepszenie sytuacji przygotowań do organizacji piłkarskich Mistrzostw Europy w roku 2012. Najgorszym scenariuszem są, im dalej idące, tym większe, niepokoje społeczne i ubożenie mieszkańców, pośród których znajdą się uświadomieni narodowo Ukraińcy, którzy będą mieli dość zniewag oraz upokorzeni biedą robotnicy, którzy mają dość uginania grzbietu i instrumentalnego ich wykorzystywania. Wybory samorządowe w roku 2011 i wybory do Rady Najwyższej w roku 2012 mogą być zarzewiem narodowego powstania przeciwko Janukowyczowi i jego reżimowi. Ponadto on i jego totumfaccy mogą poważyć się na wyborcze machinacje tak, aby ukryć trwałą utratę narodowego poparcia. Jeśli Janukowycz podtrzyma swój sułtański kurs, w najlepszym razie okaże się pechowcem, w najgorszym zaś przygotuje grunt do kolejnej, narodowej rewolucji.

Najważniejszym i najlepszym skutkiem antyukraińskiej i antydemokratycznej polityki Janukowycza będzie mobilizacja ukraińskich demokratów i radykalizacja nacjonalistów. Im silniejsze będzie powodowane przez Janukowycza ciśnienie, tym większy napotka sprzeciw. Druga „Pomarańczowa Rewolucja” będzie najlepszym wyjściem, niemniej należy zwrócić uwagę na to, że Ukraińcy oburzeni dążeniami szowinistycznego reżimu, starającego się zniszczyć ukraińską tożsamość i traktującego ich lekceważąco jako ludzi drugiej kategorii, stracą rozwagę.

Narastanie socjalnego rozwarstwienia czyni wiarygodnymi scenariusze rozwiązań siłowych, jak również oddzielenia się Zachodniej Ukrainy. Janukowycz spróbuje złamać opór, ale o tym, czy konflikt się rozwinie, można jedynie dyskutować.

Pewne jest jedno – Ukraina będzie zdestabilizowana.

Krach państwa

Perspektywa ostatnich dwudziestu lat ukazuje rozpad Ukrainy jako państwa. Ukraina ma duże znaczenie geopolityczne dla stabilizacji w Europie i Azji, a jej krach może wywołać znaczne geopolityczne następstwa.

Jeśli więc na Ukrainie nastąpi krach, przyszli historycy będą wyróżniać cztery jego przyczyny:

  1. Rozszerzenie NATO do zachodnich granic Ukrainy. Rozszerzenie Sojuszu Północnoatlantyckiego o kraje nadbałtyckie oraz Europę Środkową i Wschodnią, uczyniło z Ukrainy strategiczny, ale niepotrzebny do życia teren neutralnego pasa, pomiędzy obediencją Zachodu, a coraz bardziej agresywną Rosją.
  2. Katastrofalnie nieudana prezydentura Juszczenki (2005-2009). Juszczenko nie dbał o gospodarkę, co przyczyniło się do rozwoju korupcji, zdemoralizowało obywateli, spolaryzowało kraj i pokłóciło prozachodnią, ukraińską elitę.
  3. Przestępcze obiecanki Europy dotyczące strategicznych działań Ukrainy i jej demokratycznych eksperymentów po „Pomarańczowej Rewolucji”. Europa, a w szczególności Niemcy, zdecydowały się odwrócić od ukraińskich pragnień i wspomagać interesy autorytarnej Rosji wtedy, kiedy nawet czysto werbalna obietnica dotycząca wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej zjednoczyłaby prozachodnią elitę wokół idei demokratycznych.
  4. Wystąpienie Janukowycza przeciwko demokracji i ukraińskiej tożsamości narodowej. W ciągu dwóch miesięcy rządów Janukowycz i jego współpracownicy z partii Regionów doprowadzili do postępującego zawłaszczenia ukraińskich instytucji, ataku na ukraiński język i kulturę oraz wzrostu uzależnienia od Rosji.

Jakie następstwa dla Eurazji może mieć krach Ukrainy?

Po pierwsze, upadnie projekt europejski. Jeśli Unia Europejska nie może wspomóc i wypromować demokracji na swoim pograniczu i zabezpieczyć się przed przeobrażeniem się Ukrainy w drugą Jugosławię, nie jest warta złamanego grosza wraz ze swoimi „europejskimi wartościami ogólnoludzkimi”. Po drugie, rosyjska demokracja zostanie wykorzeniona na kilka pokoleń, gdyż krach Ukrainy pokaże niezdolność Wschodnich Słowian do demokratycznego systemu rządów. Nastąpi powrót do reżimów autorytarnych i autokracji, wzmocni się reżim Putina-Miedwiediewa. Po trzecie, zrealizowana zostanie imperialna ideologia putinowskiej Rosji. Koniec Ukrainy wyraźnie pokaże, że Rosja może i powinna na nowo ustanowić swoje wpływy w byłych republikach ZSRR. Jeśli odrodzi się rosyjskie imperium, nie unikniemy nowej „zimnej wojny” z USA, wyścigu zbrojeń w Środkowej Europie i możliwej agresywnej wojny imperialistycznej Rosji ze swoimi sąsiadami, przede wszystkim z Chinami. Imperialistyczny reżim może upaść, awanturnictwo może doprowadzić do katastrofy i zdyskredytować rosyjski reżim – Rosja będzie zdestabilizowana a następstwa dotkną Eurazję: Środkową Azję, Kaukaz i Środkowy Wschód [Indie, Afganistan, Pakistan i Iran – przyp. tłum.], które nie uświadczą stabilizacji przez dziesięciolecia.

Czy tego można uniknąć? Europa jest zdolna do wykorzystania ukraińskiego kursu, podtrzymując jej integrację ze strukturami euroatlantyckimi, ale nie uczyni tego dopóki na szali wspólnie z ukraińską demokracją leży rosyjski gaz. USA może przekonać Janukowycza do ukrócenia swoich sułtańskich ambicji, ale nie zrobi tego, dopóki będzie się on wydawał potrzebny Rosji w jej geopolitycznym projekcie.

Tak więc, tylko sami Ukraińcy mogą powstrzymać rozpad swojego państwa. Prawdopodobieństwo tego jest większe, niż wydaje się to Janukowyczowi. Już teraz ma przeciwko sobie od jednej trzeciej do połowy mieszkańców kraju, a większość jego kulturalnej i intelektualnej elity zaliczać może do swoich wrogów.

Jeśli ekonomiczna stagnacja kraju pod jego sułtańskimi rządami będzie się utrwalała, rozczaruje nawet tych Ukraińców, którzy się tego spodziewali. Wzrastać będzie rozdźwięk miedzy idącym coraz dalej, ostrym, sułtańskim reżimem, a idącym równie daleko coraz bardziej sfrustrowanym społeczeństwem, podatnym na wezwania elit, od czego niedaleka droga prowadzi do narodowych niepokojów.

Bez względu na to, czy któryś ze scenariuszy zostanie zrealizowany: wasalizacja, narodowe poruszenie, czy obywatelski konflikt, jeśli Janukowycz nie zmieni swojego sułtańskiego kursu, Ukraina będzie zdestabilizowana. I mogą nadejść czasy, kiedy wielu Ukraińców zatęskni za stabilizacją ery juszczenkowskiej.

„Krytyka”, marzec-kwiecień 2010 r.

Z języka ukraińskiego przełożył Łukasz Jasina

Ołeksandr Motyl

Kultura Enter
2010/08 nr 25