Strona główna/Notatki wiejskiej optymistki

Notatki wiejskiej optymistki

Z wrażeń bieżących

W rozmowach prywatnych pracownicy państwowej telewizji nie ukrywają, że są wykorzystywani jak kondomy (ich własne słowa), i że tak naprawdę to wiedzą, jak się sprawy mają.

W nocy po wiecu na Placu Niepodległości zabrano im kasety, które potem wróciły wyczyszczone; rankiem, kiedy zostali przywiezieni na pusty Plac, widzieli, jak rozkładane są tam kawałki żelastwa – żeby powstał malowniczy obrazek.

To dlaczego milczycie?

„Jest nas trzydzieścioro, jeden pękł – i już tu nie pracuje. Boimy się stracić pracę”.

No pięknie.

Co za dziecinada.

A dlaczego pozostałych dwudziestu dziewięciu nie powiedziało: „Skoro tak, to zwalniajcie nas wszystkich!” Przecież taka solidarna ekipa natychmiast przydałaby się Telewizji Biełsat – gdyby, rzecz jasna, kierownictwo naprawdę odważyło się zwolnić całą trzydziestkę.

Od asenizatorów do profesorów

Ostatnio rozmawiałam o powyborczych wydarzeniach z najróżniejszymi ludźmi – od asenizatorów do profesorów.

I jedni („Ale kto na niego głosował?”), i drudzy („Pewnie doprowadzą do tego, że rezydencja w końcu spłonie. Szkoda, archiwa przepadną!”) podnieśli mnie na duchu.

Ale najbardziej optymistyczne były rozmowy ze studentami: „Jeśli ją spróbują wyrzucić, wszyscy składamy podania, żeby nas też wyrzucili!”

Jak sądzicie, czy odważą się wyrzucić całą grupę – żeby tak od razu, równo według listy, przeniosła się na Uniwersytet Jagielloński?

To właśnie nie jest dziecinada.

To właśnie jest solidarność.

Trzeba się uczyć od młodszych.

A może, drodzy państwowi dziennikarze, tych szesnaście lat do cna wypaliło w was sumienie i chęć zapewnienia normalnego – ludzkiego – życia waszym dzieciom?

Nie wierzę.

Uśmiech numeru: „Bił się z kocim OMON-em”

Jasne, że staramy się trzymać dzieci z dala od polityki.

I kiedy wszyscy razem idziemy na Plac Niepodległości, dzieci zostają w domu, żeby śpiewać piosenki i jeść racuszki pod troskliwym okiem babci.

Ale wiadomo, że nie da się ich całkiem odgrodzić od życia (zresztą nie warto).

…Po kolejnej nocy kot wraca do domu z zakrwawionymi łapami i ranką pod okiem.

Sześcioletni Taras komentuje:

– Pewnie koty miały wybory i Barsik bił się z kocim OMON-em.

Nawet za Hitlera tego nie było

Wieczorem zadzwonił Uładzimier Arłou i zachęcał, żebym przyjechała rano do Prokuratury Generalnej – podpisać apel o przeniesienie kandydata Uładzimiera Niaklajeua – nie należy nazywać ich byłymi kandydatami, to wciąż są kandydaci – do szpitala.

Jadąc rano do Miasta, zwróciłam uwagę, że pod wiaduktem na obwodnicy stoją żołnierze.

A niech sobie stoją, mało to rzeczy się widzi.

Gdy po złożeniu pisma wracałam do domu busikiem, pod innym wiaduktem znowu zauważyłam żołnierzy.

Bez jakichkolwiek podtekstów zapytałam towarzyszy podróży, bo było nas tam pięcioro: „A co to się dzieje, że żołnierze cały dzień pod wiaduktami stoją?”

– A bo ten (niecenzuralne) Łukaszenka (niecenzuralne) tą drogą (niecenzuralne) do sanatorium pojechał – natychmiast wyjaśniła kobiecina w średnim wieku, z wyglądu handlarka, przytrzymując torby z zakupami. – U nas nawet ochrona przeszła po wszystkich podwórkach, z psami, ludzi uprzedzili, żeby nosa nie wystawiać, bo będą ostrymi strzelać. Żeby (niecenzuralne) nikt się na ulicy nawet pokazać nie śmiał (niecenzuralne). Nawet za Hitlera tego nie było!

Chłopaka naprzeciwko, w przeciwieństwie do mnie, nie oszołomiła jednoznaczność sformułowań kobieciny ze Żdanów. Reaguje szybko:

– Przed wyborami prezydenckimi trzeba by kandydatów na schizofrenię badać.

– A Łukaszenki ludzie przecież nie wybrali, zaledwie koło trzydziestu procent głosów dostał – wtrącam swoje trzy grosze.

– (Niecenzuralne), (niecenzuralne), (niecenzuralne) – mówi kobiecina.

– Słowem, wszyscy na Plac! – śmieje się kierowca, hamując na ostatnim przystanku.

Coś mi mówi, że rzeczywiście jeszcze się tam wszyscy spotkamy.

Ci, którzy biją się z narodem na śmierć i życie o swoje trzydzieści srebrników (dziewięć miliardów dolarów), nie zdołali zadusić jego moralności.

I kiedy minister informacji zrzuca winę za porażkę państwowej propagandy na niezależne media, mam ochotę przypomnieć mu przysłowie naszych braci-Rosjan: „Nie wściekaj się na lustro, kiedy gęba krzywa”.

Bo tę krzywą gębę ludzie świetnie widzą i bez lustra.

Na tym etapie diabelska siła nie zdołała pokonać dobra.

Czego chcę

Chcę, żeby jak najszybciej nasze społeczeństwo zorganizowało się i stworzyło formy wsparcia dla tych, którzy teraz siedzą w KGB.

Głosowaliśmy na nich. Przecież nie porzucimy ich w nieszczęściu? Musimy znaleźć najbardziej efektywny sposób wspierania i obrony.

Zbierać podpisy pod petycją o uwolnienie, tak jak przedtem pod wnioskiem o wpisanie na listę kandydatów? Pomagać materialnie ich rodzinom? Wydaje mi się, że trzeba się tym zająć.

Niepokoję się o Mikałaja Statkiewicza: żeby po jego odważnych i prawdziwych słowach przynajmniej go nie katowali…

Alesiowi Michalewiczowi kilka miesięcy temu urodziło się drugie dziecko…

Wital Rymaszeuski i Pawał Siewiaryniec, którzy zwyczajnie promienieją wiarą…

Natalii Radzinej wciąż z uszu sączy się krew.

Jak pomóc im i wszystkim innym, którzy wciąż siedzą w mińskiej „Amerykance”?

Chcieć, modlić się i robić wszystko, co zmusi siły zła do wycofania się – słowem, chyba znalazłam własną dewizę na nadchodzące świąteczne dni.

Jestem optymistką, bo żyję wśród Białorusinów.

30.12.2010

Natalka Babina

opublikowano w tygodniku „Nasza Niwa” www.nn.by

tłum. Katarzyna Kotyńska