Strona główna/2010/11 nr 27/28

KULTURA ENTER 2010/11 nr 27/28

Informacje o okładce

Październik 2010. Na Łowickiej w Warszawie kończy się drugi kongres Go East!. Ma wyjaśnić działaczom społecznym, kulturalnym i urzędnikom miejskim z Białorusi, Ukrainy, Mołdawii, Gruzji, Azerbejdżanu i Armenii, czym właściwie jest realizowany w ich krajach od prawie półtora roku unijny program Partnerstwa Wschodniego. Zamykając dyskusję finalnym słowem, znany dziennikarz telewizyjny i dyplomata powiada (cytuję z pamięci): we need more information, we need more connetions, more internet platform, more visas… Po chwili ciszy i osłupienia, kilka osób z pełnej sali krzyczy, poprawiając ten nic nie znaczący, wiele znaczący lapsus – NO VISAS, NO VISAS!

Go East?

Październik 2010. Na Łowickiej w Warszawie kończy się drugi kongres Go East!. Ma wyjaśnić działaczom społecznym, kulturalnym i urzędnikom miejskim z Białorusi, Ukrainy, Mołdawii, Gruzji, Azerbejdżanu i Armenii, czym właściwie jest realizowany w ich krajach od prawie półtora roku unijny program Partnerstwa Wschodniego. Rekomendacje na dalsze lata programu i kolejny Go East! w roku 2011 wygłaszają prowadzący poszczególne podtematy konferencji, kulturę, NGO-sy i samorządy: Alina Abdullayeva, Beata Szcześniak, Dina Manukyan, Justyna Janiszewska, Leszek Napiontek, Cristina Berdinskich. Z tych wypowiedzi wyłania się jednoznaczny obraz – najbardziej aktywne i opiniotwórcze grupy z krajów położonych po tej niewłaściwej stronie granicy Schengen w krytyczny, właściwie miażdżący sposób oceniają dotychczasowy przebieg Partnerstwa: Konferencję otworzyli sami Polacy, głównie urzędnicy państwowi, co dla gości ze wschodu stanowi jasny, raczej obraźliwy i protekcjonalny komunikat; nie ma żadnych płaszczyzn kontaktu pomiędzy nami; nie ma informacji o sposobach korzystania z programu, skierowanych do szerokich grup, napisanych w językach rodzimych; faworyzuje się centra, a nie małe ośrodki i organizacje; wciąż istnieje i pogłębia się problem wiz. No i wreszcie – dlaczego nie ma tutaj z nami ludzi z głębi Europy? Zamykając dyskusję finalnym słowem, znany dziennikarz telewizyjny i dyplomata powiada (cytuję z pamięci): we need more information, we need more connetions, more internet platform, more visas… Po chwili ciszy i osłupienia, kilka osób z pełnej sali krzyczy, poprawiając ten nic nie znaczący, wiele znaczący lapsus – NO VISAS, NO VISAS!

Dzień później w Lublinie otwarta sesja europejskiej sieci miast, Eurocities, na której urzędnicy i politycy, część dostarczona prosto z wczorajszej konferencji znów wyjaśniają, tym razem samorządowcom z Europy dookreślonej i przystemplowanej gwiazdkami i literkami UE, czym właściwie jest, uruchomione półtorej roku wcześniej, Partnerstwo Wschodnie, etc. Na sali lubelskiego Zamku, pod obrazem „Unia Lubelska” narodowego malarza Jana Matejki nasi goście robią notatki, słuchają uprzejmie i z pewnym zainteresowaniem. Starzy znajomi z poprzednich sesji robią sobie zdjęcia, panuje optymistyczna atmosfera. Nowe programy, nowe możliwości… Osiem milionów euro, jakby nie było… Po przerwie przy stoliku zasiadają lubelscy i lwowscy, lwowscy i lubelscy animatorzy kultury, artyści i samorządowcy, próbując opowiedzieć tej „starej” Europie, czym ta Ukraina właściwie jest, i dlaczego niektórzy spośród nas chorują na niewytłumaczalną i nielogiczną chorobę, czyli na współpracę ponad granicą Schengen. Mówi się w tonie zachęty, że gdyby ktoś nie wiedział, to pomiędzy Rosją a Polską jest jeszcze takie państwo jak Ukraina, i że można tam bez większych problemów przyjeżdżać, nie tylko jako turysta, ale dla aktywnego działania na wielu polach. Że nie mamy zbyt wielu pieniędzy, ale nadrabiamy entuzjazmem. Że granica nie jest dla nas problemem, chociaż wiele problemów stwarza. Ale tony nadziei i planów na przyszłość cichną, a w obszar dyskusji wdzierają się – ach, jakie to oczywiste! – niepokojące i niestosowne szepty przeszłości. Jak diabeł z pudełka wyskakuje hasło: wielopokoleniowy balast postsowieckiego dziedzictwa. A także inne hasła. No i zaczyna się dobrze znana i wiele razy słyszana opowieść. My jesteśmy inni. Zrozumcie nas! Musicie nas zrozumieć! My was tego nauczymy! : (Cytuję z pamięci). I wreszcie: Czy macie Państwo do nas jakieś pytania? W odpowiedzi cisza, może tylko mała sugestia, żebyśmy siebie sami tak nie postponowali. Słucham tego z rosnącym poczuciem nieprzystawalności, ze świadomością bolesnego rozdwojenia. Dlaczego skazani jesteśmy na takie narracje, i dlaczego wciąż je skwapliwie odgrywamy? („Czemu mam tańczyć w tym tragicznym chórze?” – pytał Jan Kott za Eurypidesem.) Dlaczego? Ciągle nie jest to odpowiedni czas na inne opowieści, czas kiedy głosy problemów i kryzysów ścichną na tyle, że wsłuchamy się w głosy pogodnego planowania. A bolesna dwoistość wynika z faktu, że czuję się częścią obu światów. Świata ładnej pogody, w którym z kieliszkiem wina czy filiżanką w dłoni za chwilę będę prowadził small talk, bez niepotrzebnych gestów, których nikt i tak nie zrozumie. Ale pamiętam też te godziny, te przekrzykiwania się przy stoliku w Lublinie, we Lwowie, wszędzie indziej w Europie, w przygodnych i zaprzyjaźnionych gronach, kiedy przetrzepuje się międzynarodowa pamięć, wciąż na nowo ustawiamy sobie nawzajem panteony bohaterów narodowych, daty, fakty i święta. Zresztą, czy gdziekolwiek, nawet i w Europie, istnieje w stanie czystym, wydestylowanym, świat ładnej pogody? Wszyscy mamy własne problemy, własne burze, swoje wersje historii i szkielety w szafie, swoich emigrantów i swoje granice.

Wieczorem spotkaliśmy się wszyscy na teatralnej sali. Jakiś diabelny przypadek sprawił, że na Konfrontacjach tego dnia szkocki Dogstar Theatre grał „Krawca z Inverness”, spektakl który zdobył Fringe na festiwalu festiwali w Edynburgu. Rodzinna opowieść z Galicji, biografia Mateusza Zająca, któremu zdarzyło się walczyć chyba pod wszystkimi dostępnymi barwami, opowieść o pyłku w żarnach historii. Jego syn, aktor Matthew Zajac, zdzierający kolejne warstwy skłamanej wojennej biografii, dociera w końcu do rodzinnego miasteczka, gdzie spotyka przyrodnią siostrę, o której istnieniu nie wiedział przez całe powojenne pięćdziesiąt lat. W tej chwili oczyszczającego rozpoznania, w nowoczesnym, XX-wiecznym anagnorisis, jako swój ojciec, ciska na stół opaski z narodowymi symbolami, i wykrzykuje schrypniętym głosem, w rodzimym angielskim,: „Kim więc właściwie jestem? Szkockim krawcem? Polskim żołnierzem? Ukraińskim partyzantem? Niemieckim kolaborantem?” (Cytuję z pamięci).

Nie wiem, co kto zrozumiał z tej historii. I czy dzieje się ona w przeszłości, dzisiaj, a może trochę i w przyszłości?

Grzegorz Kondrasiuk