Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI. Dom na grzbiecie potwora

DZIAŁ WSCHODNI. Dom na grzbiecie potwora

***

25 marca 2017 roku, Mińsk, trzecia po południu. Stoję obok jednego z najpopularniejszych stołecznych bistr. Wokół jest wielu takich jak ja, zdecydowanych na obchody Dnia Wolności. W tłumie  intensywniej odczuwam własną samotność. W przyciemnionych szybach bistra widzimy swoje odbicia i rozmyte sylwetki osób w środku, niespiesznie jedzących obiad.  Chyba przypatrują się nam, a może jednak odwracają się od tej szerokiej i szarej ulicy, na której lada chwila wydarzyć się może coś strasznego.

Jest nas około pięciuset. Wszyscy są w jakimś desperacko-beznadziejnym nastroju, zajęli chodniki po obu stronach alei, chociaż naprężone karki i ręce wyraźnie wskazują na to, że trzeba będzie się rozejść. Ale oto od strony Akademii Nauk podąża kolumna „naszych”, i jeśli się połączymy, będzie nas kilka tysięcy.

Są w Białorusi istoty powszechnie nazywane kosmonautami, choć mnie przypominają bardziej robotów, właśnie teraz ustawiają się w poprzek ulicy w bojowym szyku. „Faszyści” – rozlegają się okrzyki w ich stronę. „Niech żyje Białoruś!”

Roboty patrzą na nas. Przeżywam déjà vu. Wszystko te hasła już słyszałem: „Faszyści”, „Niech żyje Białoruś!”, „Białoruś do Europy!”. I zgadzam się z nimi. Z pierwszym, z drugim i z trzecim. Słyszałem i skandowałem je w latach dziewięćdziesiątych. Słyszałem i skandowałem w 2001 r. Słyszałem w 2006 r., ale już milczałem, usiłując wdeptać w topniejący śnieg na placu swoje rozczarowanie. Potem wyjechałem z dusznej atmosfery łukaszenkowskiego raju za granicę. W roku 2017 ponownie stoję razem z narodem i widzę, że nic się nie zmieniło. Dorosło nowe pokolenie robotów – oraz nowe pokolenie wolnych ludzi. Wyposażenie robotów  stało się bardziej zaawansowane. Zakres wolności ludzi utrzymuje się na tym samym poziomie. Kolumna się zatrzymuje. Okrzyki milkną. Po piętnastu minutach za naszymi plecami pojawiły się furgonetki. Rozpoczyna się okładanie pałkami wszystkich, którzy się nawiną. Ochroniarze bistra nie wpuszczają do środka, szukających tam schronienia. Rozchodzimy się, czujemy jak honor przekłada się na tempo kroku. Poszukujemy schronienia w kawiarenkach i labiryntach centrów handlowych. Ogromny targ w pobliżu tętni swoim życiem, „serce-Komarówka”, jak napisała o nim moja żona-poetka, nigdy nie przestaje bić.

Listy aresztowanych i pobitych będą bardzo długie.

Ci, którzy mieli potrzebę wyjścia na plac, wyszli. Pozostali przeżyli kolejny zwykły dzień. Nikt nie ma obowiązku bycia bohaterem. Białoruskie szczęście polega na byciu niezauważalnym i niepotrzebnym. Stojąc na placu, słyszysz handlarzy nawołujących na targu: „Mięso, mięso, świeże mięso” – jeśli jesteś nieszczęśliwy, jesteś obcy. Kryterium szczęścia jest bezużyteczne, trzeba sięgać po inne kryteria. Albo po prostu przypomnieć sobie nie tak całkiem odległą przeszłość.

Czym w gruncie rzeczy ten Dzień Wolności różnił się od poprzednich? Kilka tysięcy ludzi przeszło ulicami miasta, pytając się wzajemnie: co robić, dokąd iść? Ci, którzy mieli stanąć na czele są w aresztach. Wyszliśmy przecież nie dla nich. Twarze liderów na tyle spowszedniały, że nikt już od nich niczego nie oczekuje. 25 marca każdy wyszedł sam dla siebie. Powinno napawać strachem rządzących, kiedy w protestach nie ma polityki. Władza dała się we znaki wszystkim. Ci, którzy ją popierali, też mają dość. Wszystko co pozostało władzy, to garstka przestraszonych sługusów i  roboty.

***
W tym czasie (luty-marzec) ważne dla mnie było nie ulegać: ani euforii, ani rozpaczy.
Pokusa wiary w pierwszą możliwość była duża, zwłaszcza dla tych, których światopogląd oparty jest na religii. Zwątpienie też potrafi zmęczyć człowieka, wielu jest takich w Białorusi. Ostatnio wszyscy ponownie zaczęli mówić o liberalizacji. Reżim staje się coraz łagodniejszy, pozwala na coraz więcej,  niedługo władza upadnie albo zrozumie swoje błędy w obliczu rosyjskiego zagrożenia,  i „ruszymy w Europę”. Lepiej byłoby, oczywiście, bez tej władzy, ale gotowi jesteśmy jej wybaczyć. „Łukaszenka nie jest głupi – mówili „poinformowani” ludzie. – czyżby nie widział?” Marsze „niedarmozjadów” zbierają tysiące osób. Za drzwiami stoi wiecznie głodny rosyjski drapieżnik. Po co prezydentowi zaostrzanie sytuacji?

Euforia nie trwała długo, ale odczuwało się jej obecność. We wszystkim dostrzegano ukryte sygnały, które władza jakoby wysyłała społeczeństwu. W zalegalizowanych haftowanych koszulach, napomknięciach o białorutenizacji, w spotkaniach władz z zachodnimi politykami, we wprowadzonym pięciodniowym ruchu bezwizowym dla cudzoziemców, w niejasnych, a pełnych kurtuazji gestach wobec Ukrainy.

To usypianie, pozory zmian. To też już było. Historia uczy, że w trudnych czasach dyktatura powinna znaleźć wroga – a jeśli nie da się przeprowadzić zwycięskiej wojny, można podsunąć społeczeństwu antypaństwowy zamach. I oto KGB twierdzi o jakichś mitycznych tajnych obozach wojskowych, społeczeństwu zaprezentowano list nieudolnie wymyślonej, za to bardzo bacznej „Frau A.”, która, siedząc w Niemczech, z siłą przekonania gospodyni domowej, ostrzega władze Republiki Białoruś o przygotowaniu „zamachu stanu”. Kolporterów literatury białoruskiej, znanych białoruskich „księgonoszy” wtrącono do więzienia jako terrorystów. Z archiwów wydobyto sprawę „Białego Legionu”, nieistniejącej od połowy lat dziewięćdziesiątych , organizacji patriotycznej.

Najnowsza historia Białorusi czegoś uczy, na przykład tego, że każda „liberalizacja” w przypadku tej władzy kończy się atakiem nienawiści. I jakoś trochę strasznie jest uświadomić sobie, że ataki te są zjawiskiem o charakterze bardziej medycznym, niż politycznym. Kto chciałby przyznać, że znajduje się we władzy osoby chorej?

„Marsze niedarmozjadów”, które przeszły nie tylko ulicami Mińska, lecz także odbyły się w regionach, rzeczywiście wywołały niepokój w szeregach władzy. Prezydencki dekret, który ukazał sporą część społeczeństwa jako „darmozjadów” i zobowiązał bezrobotnych do płacenia podatku od własnego bezrobocia, stał się bodaj najbardziej ryzykownym krokiem tej władzy od początku jej istnienia. Do pasożytów zaliczono obywateli reprezentujących bardzo różne warstwy społeczne, w tym – rzecz jasna – pisarzy, artystów malarzy, muzyków, intelektualistów. Dekret zmusił nas wszystkich do przypomnienia sobie procesu Josifa Brodskiego w ZSRR. Najwięcej jednak w szeregu „pasożytów” jest tak zwanych prostych ludzi: robotników, pracowników technicznych, matek z małymi dziećmi, osób tymczasowo niezatrudnionych – jest także grupa obywateli która wcześniej deklarowała apolityczność, teraz w żaden sposób nie chronionych przed arbitralnością decyzji państwa.

Gdzież były liczne „niedarmozjady” 25 marca? Hasła wydały im się zbyt ideologiczne i radykalne. Ciężko jest wystąpić nie tylko przeciwko konkretnemu dekretowi, ale  przeciwko całemu systemowi. Lęk przed przemocą i represjami zwyciężył.

Dlaczego zamilkły głosy, które z tak radosnym przydechem mówiły o liberalizacji? Po 25 marca już ich nie słychać. Kiedy historia Białorusi zatacza kolejne koło, wtedy głosy milkną. Później ta kolejna rozprawa zostanie zapomniana. Ćwiczymy się w zapominaniu, jesteśmy w tym świetni.

***
Każdego taki dzień, jak 25 marca, Białoruś jakby zaczyna od „czystej kartki”.
Szybko zapominamy wydarzenia nawet sprzed dwudziestu lat. Jakby od czasu, gdy otrzymaliśmy tę władzę, minęły nie dwie dekady, a co najmniej dwa stulecia, jakby białoruska dyktatura należała już do historii. Zadziwiające jest to, jak szybko puściliśmy w niepamięć i wybaczyliśmy tej władzy poniżenia z lat dziewięćdziesiątych. Wszystko, co mamy, to niekończąca się sterta „czystych kartek” do zapisania.  Już w latach dziewięćdziesiątych władza odkryła karty – konsekwentnie demonstrowana siła, liczne bezprawne działania, fałszerstwa. Najnowszej historii Białorusi nie przepracowaliśmy sumiennie i dlatego jest mało znana samym Białorusinom. Pytanie należy kierować do ludzi piszących: literatów, dziennikarzy, publicystów. Historia Wielkiego Księstwa Litewskiego, Białoruskiej Republiki Ludowej, zdają się być bliższe Białorusinom, niż to, co było dwadzieścia temu.
Z pisarzami w ogóle jest problem. Niezależny Związek Białoruskich Pisarzy, zamiast domagać się uchylenia haniebnego dekretu o pasożytnictwie, który wykreślił jego członków z listy „pracowników twórczych”, odetchnął z ulgą, że państwo jednak  się rozmyśliło i przyjęło tę organizację z powrotem. Na ostatnim zjeździe ZBP na wszelkie sposoby dystansował się od polityki. Państwo łaskawie zezwoliło jego członkom uważać się za pisarzy. Białoruski PEN i Niezależne Stowarzyszenie Dziennikarzy Białoruskich nie zaliczono już do „ludzi pracy”.

Każdy walczy o swoje. Tylko nadzieje są wspólne. Traumy lat dziewięćdziesiątych zastąpiła  wiara, że to przeminie jak sen.  Naiwna wiara i  przebaczenie. Pocieszaliśmy siebie, że „on” nie jest wieczny, że „on” także powinien wcześniej czy później się zmienić, że władza w końcu zrozumie, że dalej tak się nie da.
***
Przed ostatnimi wydarzeniami Białorusini wielokrotnie powtarzali frazę: potrzebny jest dialog. Między władzą a społeczeństwem. Dialog, dialog, dialog. Państwo ospale spoglądało na entuzjastów dialogu, później uderzyło w społeczeństwo. Teraz nikt już nie chce rozmawiać z władzą. Nie ma o czym rozmawiać. Niedawno brałem udział w sondażu przeprowadzonym wśród białoruskich intelektualistów: jakie pytania chcielibyście zadać władzy po 25 marca?

Odpowiedzi, oczywiście, były do przewidzenia. Jakieś pytania do władzy, która nazywa siebie białoruską, mogły być (i były) w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ja już od dawna ich nie mam. Podobnie jak inni uczestnicy badania. Możliwość zadania pytania, zakłada postawę wzajemnego szacunku. Potrzebne jest co najmniej uznanie kogoś, kto może mieć inne zdanie.

Pomocy znikąd. Pozostaje ucieczka albo dostosowanie. Ale nie da się uciec przed Białorusią. Zwłaszcza jeżeli jest się człowiekiem książki, człowiekiem kultury. Z tego powodu nauczyliśmy się lawirować, uczymy się przetrwania. Cały czas trzeba kluczyć, iść na małe kompromisy, aby uniknąć dużych i nieodwracalnych. Właśnie to, jak mi się wydaje, jest jedną z przyczyn niepowodzenia protestów społecznych. Wiemy, że zawsze mamy w pogotowiu mały kompromis – zwłaszcza jeśli jesteśmy odpowiedzialni tylko za siebie i bliskich. Protestując, nie mamy wizji jak kraj będzie wyglądał później, po wyczekiwanych zmianach. Białoruś przyszłości, Białoruś bez tej władzy, Białoruś, w której nie będzie już wewnętrznego wroga w postaci omonowca lub urzędnika, dyktatora bądź zakłamanego sędziego, nie wiemy jaka ona będzie. Białoruś przyszłości to piękna abstrakcja.
***
W gruncie rzeczy władza się nie zmieniła, zmienili się wykonawcy. Dorosło nowe pokolenie konformistów,  którzy poza rzeczywistości z Łukaszenką w tle, nie doświadczyli innej – ale dorosło także nowe pokolenie wolnych ludzi w zniewolonym kraju. Wolność i zrozumienie konieczności zmian wykiełkowały tutaj wbrew władzy.
Wyjechałem z Białorusi w 2007 roku, tuż po kolejnych „wyborach” prezydenckich. Przez ostatnie miesiące przed wyjazdem nachodziły mnie myśli samobójcze. Po tamtej stronie granicy poczułem przypływ sił, wolność nadaje sensu.

Wróciłem w 2013 roku. To był już inny kraj. Mimo wszystko wytworzyła się u nas kultura niezależna, powstały przestrzenie do dyskusji i twórczości, przemówiło jeszcze słabe, ale już aktywne społeczeństwo obywatelskie. Pojawili się nowi ludzie – młodzi, zdeterminowani, wykształceni. Gdzieś zanikła wieczna konfrontacja białoruskojęzycznych z rosyjskojęzycznymi. Przyszła świadomość tego, że granica między nami przebiega nie w sferze języka – granica przebiega  w świadomości ludzi. Dla kulturalnej i świadomej osoby czymś normalnym jest teraz bycie dwujęzycznym. Język białoruski generalnie jest w modzie. Zdziwiłem się, kiedy odkryłem , że wszyscy moi dawni znajomi, których dziesięć lat temu nikt by nie podejrzewał o sympatię do języka białoruskiego, teraz swobodnie rozmawiają i piszą po białorusku. Pojęcie „russkij mir”, które tak lubią eksploatować nowi rosyjscy faszyści, w Białorusi jest pozbawione sensu – tutaj zdecydowana większość ludzi jest dwujęzyczna i od dawna nie jest to źródłem problemu.
Rzeczywiście, w roku 2013 moje rodzinne miasto było nie do poznania, tętniło w nim życie, wokół odbywało się wiele ciekawych rzeczy, dotychczas niespotykanych, próbowałem odnaleźć tu swoje miejsce. Literatura, sztuka, filozofia, socjologia, wymiana intelektualna, aktywizm, aktywni ekolodzy, zagospodarowanie przestrzeni miejskiej. Białoruska kultura niezależna istniała jako osobna wyspa albo coś w rodzaju archipelagu wysp. Można udawać, że ich nie ma na mapie, ale trudno je usunąć. Państwo obserwowało wszystko z przymrużeniem oka, z oddali, nie ingerując, pilnie dbając o to, by w całej tej podejrzanej i niezrozumiałej dlań przestrzeni nie pojawiła się iskra polityki. Nie istnieje jednak kultura bez polityki. Kultura zmienia politykę od wewnątrz. Udaje jej się to bez ingerencji polityków.
Obserwowaliśmy, co dzieje się u naszych sąsiadów. Tych, których można poprosić o pomoc. Zazdrościliśmy.

Ale zazdrość ustąpiła miejsce trwodze. Polska zrobiła więcej dla rozwoju kultury niezależnej w Białorusi niż jakikolwiek inny kraj. Kiedy władza w Polsce w  demokratyczny sposób się zmieniła, białoruska kultura wraz z jej licznymi polskimi partnerami znalazła się w dwuznacznej sytuacji. Jak pogodzić własne potrzeby z polskimi interesami? Kanał Biełsat TV był ważną przestrzenią kulturalną. Z upływem czasu zaczął stawać się coraz bardziej polityczno-rozrywkowy. I coraz częściej wydaje się, że ludzie, którzy tam pracują z większym zaangażowaniem, niż wymagają od nich przełożeni. To chyba nie podoba się zarówno naszym władzom i polskiemu szefostwu, któremu jednak potrzebny jest kontrolowany i polski w duchu kanał telewizyjny. Dziennikarze Biełsatu  są  odważnymi ludźmi, którzy zostali zakładnikami. W epoce informacji kultura jednak powinna się usunąć i zrobić tej pierwszej miejsce. Czy to pozytywna zmiana? Informacja żyje przez jeden dzień, szybko następuje dezaktualizacja.  Kultura potrzebuje więcej czasu i to ona pozostaje.

Kultura, edukacja, wysokiej jakości wymiana intelektualna nie działają natychmiast, ale to one wykształciły nowe pokolenie,  które nie ograniczy się do haseł skandowanych w czasie marszów. Zmieniają ten kraj i tych ludzi, zmieniają niezauważalnie.

To, co teraz dzieje się w Białorusi, rzeczywiście jest końcem tej władzy.  Ale może być to długi zmierzch.
Podoba mi się metafora Juli Timofiejewej, która tak opisała wydarzenia ostatnich lat: „Pieczołowicie i z miłością budowaliśmy dom na grzbiecie śpiącego potwora, a teraz, w 2017 roku, bestia raptem się obudziła. Dom jest zburzony, ale nie do fundamentów. Tylko dach spadł oraz okna wyleciały. Mury nadal stoją”.

W ciągu ostatnich pięciu lat rzeczywiście nauczyliśmy się żyć tak, jakby państwo nie istniało. Rytm naszego życia przebiegał równolegle do życia politycznego.

Za późno już na okrucieństwo i represje. Ogólnie mówiąc, to jest zawsze los spóźnionych. Nasza wytrwałość ma też swój limit. Ale jest z pewnością dużo większa niż ta dziwna, posępna, okrutna władza, miotająca się w różne strony, wbrew której jesteśmy tu jeszcze. Nie zamierzamy nigdzie odchodzić.
Alhierd Bacharewicz

Z rosyjskiego tłumaczył Andrij Saweneć

Alhierd Bacharewicz – pisarz białoruski. Urodził się w 1975 r. w Mińsku. Autor powieści (Sroka na szubienicy, Szabany. Historia pewnego zniknięcia, Dzieci Alindarki, Biała mucha, zabójczyni mężczyzn) oraz zbiorów esejów. Laureat nagród literackich. W ciągu czterech lat prowadził autorski projekt literacki w Radiu Swaboda (białoruska sekcja Radia Wolna Europa). Był stałym współpracownikiem kilku białoruskich portali internetowych. Tłumaczy z literatury niemieckiej. Uczestnik festiwali literackich w Niemczech, Szwecji, Polsce, Ukrainie, Czechach, Litwie, Słowenii. Powieść Sroka na szubienicy została wydana w Niemczech. W polskim tłumaczeniu opublikowano zbiór opowiadań Talent do jąkania się (2008). W 2017 roku powieść Dzieci Alindarki ukaże się w tłumaczeniu na język francuski. W latach 2007–2013 mieszkał w Hamburgu, obecnie mieszka w Mińsku.

Materiały wideo

Setki zatrzymanych na Białorusi

Socrealistyczny pomnik na terenie Twierdzy Brzeskiej. Fot. Aleksandra Zińczuk, 2011.

Socrealistyczny pomnik na terenie Twierdzy Brzeskiej. Fot. Aleksandra Zińczuk, 2011.