Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI. Namiętności wokół cenzury

DZIAŁ WSCHODNI. Namiętności wokół cenzury

Pewien czas temu renomowana duńska organizacja strażnicza Freemuse, monitorująca wolność wypowiedzi artystycznej na całym świecie, opublikowała swój doroczny raport Sztuka zagrożona. Jedną z zawartych w nim wiadomości było to, że „w 2016 roku Ukraina, gdzie odnotowano 557 przypadków cenzury, znalazła się na szczycie listy krajów stosujących cenzurę”[i].

Gdybym nie mieszkał na Ukrainie od jakichś sześćdziesięciu lat i nie poznał na własnej skórze, co to jest cenzura − kiedy to na początku lat 70. za publikowanie w drugim obiegu wyrzucono mnie z uniwersytetu i uniemożliwiono mi kontynuację studiów oraz podjęcie godziwej pracy − zapewne wziąłbym tę wiadomość za dobrą monetę. Zwłaszcza gdybym dowiedział się z innych mediów, że Ukrainą rządzi faszystowska junta, która doszła do władzy w wyniku zamachu stanu, po odsunięciu od rządów „demokratycznie wybranego prezydenta” oraz że mniejszość rosyjskojęzyczna jest uciskana, terroryzowana i poddawana przymusowej ukrainizacji, a niepokorni dziennikarze są nieustannie nękani, prześladowani a nawet likwidowani fizycznie.

Moje doświadczenie podpowiedziało mi jednak, że najwyraźniej istnieją dwie bardzo różne Ukrainy – ta prawdziwa, w której mieszkam, oraz ta wirtualna, w której eksperci Freemuse ćwiczą biegłość w statystyce i arytmetyce, ale już nie w algebrze. Liczby coś znaczą, gdy pozwalają coś zrozumieć: szerszy obraz, kontekst, trend, dynamikę. Cóż w takim razie liczba „557 odnotowanych przypadków cenzury” może nam powiedzieć o Ukrainie – poza tym niekwestionowanym faktem (rzekomo potwierdzonym liczbami!), że środowisko artystyczne w tym kraju jest znacznie bardziej restrykcyjne niż gdzie indziej w świecie? Drugim państwem na tej samej liście jest Kuwejt − ze skromnym na tle „opresyjnej” Ukrainy wskaźnikiem 61 przypadków cenzury, dalej są Chiny z 20 przypadkami, Rosja zaś − z zaledwie 16 odnotowanymi przypadkami cenzury − jawi się w tym kontekście jako prawdziwa oaza wolności, mimo że wciąż przegrywa z Iranem (tylko 9 przypadków) i Arabią Saudyjską (jedyne 2).

Diabeł w szczegółach

Eksperci Freemuse, co trzeba im przyznać, wyjaśniają, że Ukraina osiągnęła tak imponujący wynik „przede wszystkim ze względu na podaną do wiadomości publicznej czarną listę 544 filmów i seriali telewizyjnych, głównie rosyjskich, objętych zakazem emisji z powodu trwającego konfliktu między obu krajami”. A zatem „w samej Ukrainie odnotowano 66 proc. ogółu przypadków cenzury w 2016 roku – 557 z 840 odnotowanych zdarzeń”.

To wyjaśnienie rodzi jednak kilka pytań, począwszy od najprostszego: co owa czarna lista oznacza w Ukrainie oraz w jaki sposób różni się ona –zakresem i skutkami – od podobnych w Rosji, Chinach czy Arabii Saudyjskiej? I czy tym, którzy łamią zakaz publikacji, grozi kara grzywny, więzienia, czy może śmierci? Czy zakaz filmów dotyczy wyłącznie ich komercyjnej dystrybucji czy też użytku osobistego?

Pytania te są nie bez znaczenia, jeśli pragniemy zrozumieć sytuację, a nie tylko zajmować się ćwiczeniami z arytmetyki. Prawdziwa cenzura w krajach rzeczywiście opresyjnych wspierana jest przez tajną policję, wyroki więzienia oraz drakońskie ustawy o: „ekstremizmie” (definiowanym dość arbitralnie), „gejowskiej propagandzie”, „obrazie wiary i uczuć religijnych” itp. Nic takiego w Ukrainie nie ma miejsca. Jedynym skutkiem osławionego zakazu pokazywania tych nieszczęsnych 544 rosyjskich filmów jest w tej chwili kilka oficjalnych ostrzeżeń dla dystrybutorów, a nie na przykład kary finansowe lub cofnięcie licencji (co z punktu widzenia prawa również jest możliwe).

Przeciętny czytelnik raportów Freemuse, który ledwo wie, gdzie dokładnie leży Ukraina, nie uświadamia sobie, że Ukraińcy mają praktycznie nieograniczony dostęp do rosyjskich filmów, książek, telewizji oraz muzyki w internecie; w sieci nie ma barier językowych ani ograniczeń w dostępie do sieci, ani nawet − w większości przypadków − opłat za odtwarzanie czy pobieranie treści ze stron internetowych. Ten tak zwany zakaz dla niektórych filmów rosyjskich (a także muzyki i książek, co z nieznanych powodów umknęło uwadze Freemuse) de facto uderza tylko w dystrybutorów, nie w konsumentów, ograniczając komercyjny import filmów z czarnej listy, ale już nie indywidualny dostęp do nich. Każdy może przywieźć z Rosji do Ukrainy do dziesięciu (!) egzemplarzy dowolnej książki, płyty CD lub DVD jako rzeczy osobiste albo też otrzymać takie artykuły pocztą ze sklepu Amazon lub którejś z licznych rosyjskich księgarń internetowych. Wszystko to trafiło na czarną listę jako towar do sprzedaży hurtowej, nie jako pojedyncze egzemplarze. Nikt w rzeczywistości nie usuwa tych książek z bibliotek, jest więc kwestią wielce dyskusyjną, czy powinniśmy ten zakaz rozpatrywać jako „cenzurę”, czy raczej jako embargo handlowe wobec wrogiego państwa i jego propagandystów. Mówiąc prościej: dostęp Ukraińców do tych dóbr kultury został ograniczony w niewielkim stopniu, natomiast rzeczywiście uniemożliwiono producentom osiąganie zysku ze sprzedaży artykułów o antyukraińskiej wymowie, co wydaje się zrozumiałe w czasie wojny.

Stanie w rozkroku

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Trwająca wojna rosyjsko-ukraińska zabrała życie ponad dwóm tysiącom ukraińskich żołnierzy i dziesięciu tysiącom cywili, zaś około dwa miliony osób zmieniła w przesiedleńców wewnętrznych. Być może z przytulnych i komfortowych willi na Zachodzie Europy sytuacja na wschodzie Ukrainy wygląda na „konflikt między obu krajami”, ale im bliżej linii frontu, im więcej widać ruin, krwi i ludzkiego cierpienia, tym bardziej obłudna wydaje się ta terminologia. Opisać rosyjską agresję wobec Ukrainy jako zwykły „konflikt między obu krajami”, oznacza zatrzeć głęboką różnicę między pokrzywdzonym a sprawcą, dręczonym a dręczycielem, ofiarą a gwałcicielem. To nie jest po prostu nieodpowiedzialne. To znieważające.

Wszelka cenzura jest podła i wszelkie ograniczenia w dziedzinie kultury są godne ubolewania. Dotyczy to bez wątpienia czasu pokoju. Ale nie jest już kwestią tak oczywistą, jak daleko władze mogą się posunąć w ograniczaniu swobód obywatelskich i cofnięciu pewnych uprawnień (w tym importu towarów) w czasie wojny. Fakt, że Moskwa oficjalnie nie wypowiedziała wojny Ukrainie, nie czyni tej wojny mniej straszną i wyczerpującą dla narodu. W ciągu ostatnich trzech lat putinowska Rosja zajęła Krym, zainicjowała konflikt zbrojny w Donbasie oraz wpompowała w ten region swoich najemników, pieniądze, nowoczesne uzbrojenie, a także – miejscami – oddziały regularne. Rozpoczęła potężną kampanię propagandową zarówno w kraju, jak i na arenie międzynarodowej, zmierzającą do oczernienia nie tylko władz Ukrainy, lecz całego narodu, do zanegowania jego tożsamości, niezależności i legitymacji historycznej. Większość ekspertów przyznaje, że rosyjska agresja stanowi egzystencjalne zagrożenie dla Ukrainy, ale tylko nieliczni zgadzają się z tym, by sytuację na wschodzie Ukrainy określić jako wojnę, nieważne „hybrydową”, „ukrytą” i „niekonwencjonalną”, ale jednak wojnę.

Nazwanie rzeczy po imieniu wydaje się trudne dla ludzi Zachodu, zwłaszcza polityków, ponieważ to zmusiłoby ich do zmiany wygodnej pozycji rozkrocznej i dokonania zasadniczego moralnego wyboru. Wówczas wszystkie ich rozmowy o zniesieniu sankcji wobec bandyckiego państwa dla dobra „wzajemnie korzystnej współpracy” zostałyby natychmiast zdemaskowane jako zwykły cynizm. Wolą więc nazywać wojnę rosyjsko-ukraińską „konfliktem”, a rosyjską operację wywiadowczo-militarną w Donbasie „wojną domową” oraz na siłę wpychać kontrolowany przez Rosję region z jego marionetkowymi władzami w ciało państwa ukraińskiego po to, żeby „konflikt” międzynarodowy sprowadzić do rangi wewnątrzpaństwowego i umyć ręce, i odetchnąć z ulgą.

Wciąż się zastanawiam: czy pryncypialni liberalni eksperci równie chętnie zganiliby władze Wielkiej Brytanii albo Stanów Zjednoczonych za wycofanie z kin filmów nazistowskich w latach 40., tylko dlatego, że te państwa znajdowały się wówczas w jakimś „konflikcie” z Niemcami? Albo czy potępiliby zakaz wjazdu do Wielkiej Brytanii lub Stanów Zjednoczonych dla propagandystów wrogiego państwa („dziennikarzy, wydawców i kierownictwa mediów”, by posłużyć się neutralnym słownictwem Human Rights Watch) aż do samego końca wojny?

Wygląda na to, że to Dunja Mijatović, Przedstawicielka OBWE ds. wolności mediów, jest najbardziej żarliwa (i najbardziej stronnicza, jak uważa wielu Ukraińców) w krytyce działań Kijowa zmierzających do zahamowania propagandy Kremla. Jednak jako bezstronna obserwatorka Dunja Mijatović powinna była zauważyć, że bardzo często osoby z rosyjskimi legitymacjami prasowymi są „dziennikarzami” tylko z nazwy, że rosyjskie media w sposób systemowy szerzą toksyczne kłamstwa i podżegają do wojny oraz że ich działalność ma dużo więcej wspólnego z operacjami specjalnymi niż z dziennikarstwem. Hala Kojnasz, ekspertka Charkowskiej Grupy Praw Człowieka, trafnie zauważa, że w czasie wojny wiele mechanizmów samoregulacji, tak cennych dla myśli liberalnej, zawodzi. Twierdzi: „argument, że przemyślaną propagandę można zwalczyć poprzez pluralizm poglądów, pomija ten fakt, że na całym obszarze kontrolowanym przez bojowników lub bezpośrednio przez Rosjan pluralizm jest zakazany. Ponadto ten argument nie uwzględnia niewątpliwego wpływu kłamstw na ogromną większość ludzi, którzy słuchają »wiadomości« i nie sięgają do internetu lub innych kanałów TV, aby krytycznie ocenić otrzymane informacje. Mijatović kładzie ogromny nacisk na tzw. »dialog« pomiędzy ukraińskimi a rosyjskimi dziennikarzami, ponownie ignorując ten fakt, że rosyjscy dziennikarze pracujący dla mediów kontrolowanych przez państwo produkują to, czego się od nich wymaga – albo wypadają z gry”[ii].

Z dużej chmury mały deszcz

Ostatnie reakcje niektórych międzynarodowych organizacji strażniczych na decyzję Ukrainy o usunięciu niezależnej rosyjskiej stacji TV Dożd (Deszcz) z oferty operatorów kablowych ujawniły nie tylko kompletną nieznajomość realiów, lecz także godną pożałowania niezdolność do właściwego przedstawienia zdarzenia i opatrzenia go kompetentnym komentarzem. Sygnał kanału Dożd wyłączono po wielu ostrzeżeniach z powodu naruszenia trzech jasno określonych zasad. Po pierwsze, stacja nadawała reklamy, mimo że nie była do tego uprawniona (ponieważ Rosja do dziś nie ratyfikowała Europejskiej konwencji o telewizji ponadgranicznej); po drugie, wielokrotnie wysyłała swoich dziennikarzy na Krym bezpośrednio z Rosji, bez zgody Kijowa; i po trzecie, przedstawiała Krym jako część Rosji – co było policzkiem dla Ukrainy usiłującej odzyskać okupowane terytoria. To ostatnie wykroczenie było prawdopodobnie najpoważniejsze i najbardziej kontrowersyjne, gdyż wielu krytyków decyzji Kijowa wskazywało na przepis prawa rosyjskiego, zgodnie z którym odmowa uznania Krymu za część Rosji jest uznawana za przestępstwo (w wyniku czego na półwyspie już trafiło do więzienia kilkunastu Tatarów i Ukraińców). Wynika z tego, że rosyjskie prawo powinno być ściśle przestrzegane, podczas gdy ukraińskie niekoniecznie. W praktyce kanał Dożd mógłby znaleźć wyjście z sytuacji poprzez całkowite pomijanie tematu (w tym na mapach pogodowych, jak to praktykuje portal informacyjny Meduza w Łotwie), ale przekonanie jego menedżerów o tym, że przepisy prawa ukraińskiego nie są wiążące najwyraźniej zwyciężyły.

Można użyć argumentu, że reakcja Kijowa była przesadna, gdyż pozycja kanału Dożd na rynku ukraińskim była marginalna, a oddziaływanie znikome. Formalnie stacja była dostępna dla około pół miliona widzów telewizji kablowej, jednakże wszyscy ci odbiorcy w ramach abonamentu mieli dostęp do całego pakietu kanałów, wśród których Dożd z pewnością do najbardziej popularnych nie należał (na liście popularności największego ukraińskiego operatora telewizji kablowej Wola kanał Dożd umieszczono na 22 pozycji[iii]). Jednak Kijów musiał stanowczo zareagować, gdyż bezkarność mogłaby wywołać efekt domina i zachęcić do podobnie zniekształconego przedstawienia statusu Krymu w innych mediach, daleko poza Rosją. A Dożd można łatwo i bez żadnych ograniczeń wciąż oglądać w internecie, podobnie jak dziesiątki innych rzekomo „zakazanych” rosyjskich kanałów, nie mówiąc już o pięciu (w tym RTVi posiadającym licencję europejską), które są nadal dostępne w ukraińskich sieciach kablowych.

Co ciekawe, eksperci międzynarodowi, którzy zrugali władze Ukrainy za decyzję o wyłączeniu sygnału TV Dożd w kablówkach, w większości po prostu pominęli wszystkie te szczegóły. Ograniczyli się do powtórzenia szablonowych frazesów o „głębokim zaniepokojeniu”, które mogłyby być zastosowane do każdego kraju – od Chin po Arabię Saudyjską, z tym że z ukraińską rzeczywistością miały mało wspólnego i nie pozostawiły praktycznie żadnych wskazówek dla czytelnika, o co chodzi w całym zamieszaniu.

„Ukraina powinna natychmiast uchylić zakaz nadawania programów niezależnego rosyjskiego kanału Dożd – oświadczyła Koordynatorka Programu Europejskiego i Środkowoazjatyckiego Komitetu Ochrony Dziennikarzy Nina Ognianova. – Ta prymitywna cenzura pozbawi rosyjskojęzycznych ukraińskich widzów przeciwwagi dla rosyjskich mediów kontrolowanych przez państwo”[iv].

„Rządowy zakaz nadawania dla TV Dożd jest aktem cenzury, który ogranicza dostęp Ukraińców do różnych punktów widzenia – oznajmił Robert Herman, wiceprzewodniczący ds. programów regionalnych Freedom House. – Podczas gdy część Ukrainy okupowana jest przez siły rosyjskie, bardzo ważne jest, by Ukraińcy mieli dostęp do niezależnych relacji medialnych na temat wydarzeń w Rosji i do jednego z niewielu pozostałych niezależnych rosyjskich mediów”[v].

„Głęboko rozczarowuje ten fakt, że władze ukraińskie naśladują przykład Kremla w uciszaniu mediów, które im się nie podobają – stwierdziła Tanya Cooper, ekspertka Human Rights Watch ds. Ukrainy i Białorusi. – Media nie powinny stawać się kozłem ofiarnym w targach politycznych”[vi].

Decyzja Kijowa, jak oświadczyła Dunja Mijatović na Twitterze, może okazać się „bardzo szkodliwa dla pluralizmu mediów w Ukrainie”.

Żaden z wymienionych wyżej zagorzałych komentatorów nawet słowem nie wspomniał o podstawie prawnej wyłączenia sygnału TV Dożd (w komercyjnej telewizji kablowej). Wszyscy natomiast konfabulują o „cenzurze” – beż żadnej podstawy, ponieważ programy TV Dożd nie zawierały niczego, co mogłoby szczególnie „nie podobać się” ukraińskim władzom. Z wyjątkiem, oczywiście, przedstawiania Krymu jako terytorium należącego do Rosji. Ale trudno nazwać to cenzurą – raczej kwestią zasad, prawa międzynarodowego i imperatywów czasu wojny.

Potencjalny czytelnik wszystkich tych oświadczeń raczej nie dowie się, że ukraińskie społeczeństwo ma dobry dostęp do wszelkich potrzebnych mu informacji, nie wyłączając odważnych dziennikarskich śledztw w telewizji Hromadske.tv, która naprawdę może nie podobać się skorumpowanym władzom ukraińskim i którą być może chciałyby uciszyć. Z kanałem Dożd lub bez niego media zapewniają Ukraińcom swobodny dostęp do różnych poglądów, zaś osoby rosyjskojęzyczne mogą korzystać w Ukrainie z dobroci pluralizmu tak samo jak ich ukraińskojęzyczni współobywatele, ponieważ praktycznie wszystkie ukraińskie kanały telewizyjne nadają programy, w szczególności informacyjne, w obu językach.

Jak na ironię, do chóru obrońców TV Dożd dołączył rosyjski urzędnik – mimo że w samej Rosji kanał na dobre wycofano z oferty sieci kablowych trzy lata temu[vii]. „Mam nadzieję, że władze w Kijowie nie zniżyły się do takiej cenzury. Ale jeśli ta informacja jest prawdziwa, zawiadomimy OBWE”[viii] – z ponurą powagą napisała na Facebooku rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa. „Strona ukraińska nadal demonstruje podejście destrukcyjne”[ix] – dorzucił swoje pięć groszy do rutynowej kremlowskiej hucpy rzecznik Putina Dmitrij Pieskow.

Tymczasem nawet najbardziej zagorzali ukraińscy krytycy rządów Petra Poroszenki nie postrzegają usunięcia TV Dożd z kablówek jako przejawu cenzury. Tetiana Popowa, była wiceminister polityki informacyjnej Ukrainy, która latem ubiegłego roku podała się do dymisji na znak protestu przeciwko nieudolności rządu w badaniu rzekomych przypadków napadów na dziennikarzy, przyznała, że stacja TV Dożd „niestety złamała prawo”[x]. Hala Kojnasz z Charkowskiej Grupy Praw Człowieka wyraziła ubolewanie, że „nierzetelne przedstawienie w mediach [międzynarodowych]” sprawy TV Dożd wspomogło wysiłki propagandowe Moskwy na rzecz oczerniania Ukrainy oraz wyolbrzymiania i zniekształcania problemów, z którymi ten kraj boryka się w rzeczywistości.

Fałszywy alarm

Międzynarodowe organizacje strażnicze przyniosłyby dużo więcej korzyści, gdyby porzuciły konwencjonalną i czasami bardzo płytką retorykę i zwróciły większą uwagę na rzeczywiste problemy. W Ukrainie z pewnością nie należy do nich usunięcie TV Dożd z oferty komercyjnych operatorów telewizji kablowej ani zakaz sprzedaży propagandowych, ukrainofobicznych i podżegających do wojny rosyjskich książek. Podstawowym problemem w Ukrainie jest natomiast nieproporcjonalnie duża rola, którą odgrywa w dziedzinie mediów stosunkowo nieliczna grupa oligarchów. Z jednej strony, zapewniło to swoisty pluralizm w mediach przez cały okres niepodległości Ukrainy, z drugiej − utrudniło solidną instytucjonalizację tego pluralizmu w ramach rządów prawa, zachowanie przejrzystości w zakresie własności mediów oraz przestrzeganie zasad formalnych. Wszystkie swobody i wolności w Ukrainie istnieją raczej mimo woli rządzących elit (głównie oligarchicznych), niż dzięki nim. Społeczeństwo obywatelskie jest najważniejszym czynnikiem zmian i gwarantem ich nieodwracalności. Wymaga ochrony i silnego wsparcia, które można osiągnąć przede wszystkim mozolnym wysiłkiem w zakresie rozwoju instytucjonalnego.

Drugi problem wynika z ogólnej słabości, czasem wręcz dysfunkcjonalności państwa ukraińskiego (bynajmniej nie Lewiatana, jak sardonicznie zauważył Paweł Kazarin, komentując rzekomy zakaz dla telewizji Dożd [xi]). Ta słabość, choć szkodliwa per se, często jest wykorzystywana jako usprawiedliwienie nie tylko dla nieudolności, lecz także dla niechęci do egzekwowania rządów prawa i doprowadzenia sprawców różnych przestępstw przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Niekiedy nieudolność ta jest wyraźnie widoczna – jak w przypadku dochodzenia w sprawie zabójstwa Pawła Szeremeta, dokonanego najprawdopodobniej przez agentów rosyjskich, które jest ciągle w impasie. W innych sprawach jest wątpliwa, jak było na przykład z niepowodzeniem w zbieraniu dowodów przeciwko domniemanym zabójcom osławionego blogera i ukrainofoba Ołesia Buzyny. A czasami jest po prostu skandaliczna – jak w przypadku łagodnego potraktowania skrajnie prawicowych ekstremistów, którzy podpalili kino podczas projekcji gejowskiego filmu i zostali potraktowani przez sąd jako „chuligani”, nie terroryści.

Ukraina z pewnością nie należy do krajów, w których wolność wypowiedzi jest ściśle chroniona i w których międzynarodowe organizacje strażnicze mogą zrobić sobie przerwę, ale też z pewnością powinny one dobrze znać realia, a także ogólny kontekst, który nadaje znaczenia liczbom i faktom. Niepoważnie i nieodpowiedzialnie jest wszczynać fałszywy alarm, gdy w pobliżu nie ma wilka. Bo co będzie, gdy drapieżnik naprawdę się pojawi? Kto wtedy w niego uwierzy?

Mykoła Riabczuk

Tłumaczył Andrij Saweneć

 

[i] freemuse.org/artunderthreat2016

[ii] khpg.org/index.php?id=1481675689

[iii] www.currenttime.tv/a/28229594.html

[iv] https://www.cpj.org/2017/01/ukraine-bans-russias-independent-dozhd-tv-station.php

[v] https://freedomhouse.org/article/ukraine-ban-independent-russian-tv-undermines-media-freedom

[vi] https://www.hrw.org/news/2017/01/18/ukraine-tv-channel-ordered-banned

[vii] 29 ЯНВАРЯ 2014 Телеканал «Дождь» отключили у 6 млн россиян в 56 городах http://medialeaks.ru/dozhd-ne-pokazyvaet-u-6-mln-abonentov-v-56-gorodax-rossii

В ЛНР отключили 23 украинских телеканала и российский „Дождь” 12.03.2015, https://www.rbc.ua/rus/news/lnr-otklyuchili-ukrainskih-telekanala-rossiyskiy-1426155845.html

[viii] http://www.rferl.org/a/ukraine-bans-russia-tv-rain-dozhd/28228049.html

[ix] «Деструктивная линия украинской стороны продолжается»,www.gazeta.ru/tech/news/2017/01/12/n_9553751.shtml

[x] http://www.rferl.org/a/ukraine-bans-russia-tv-rain-dozhd/28228049.html

[xi] http://www.pravda.com.ua/columns/2017/01/13/7132381/

Mykoła Riabczuk – ukraiński intelektualista, krytyk literacki, eseista i publicysta, poeta, laureat nagrody polsko-ukraińskiego pojednania, tłumacz klasyki polskiej. Urodzony w Łucku na Wołyniu, w młodości zafascynowany Hryhorijem Czubajem, oryginalny poeta tamtych czasów, zaprzyjaźniony z Wiktorem Neborakiem i Jurijem Andruchowyczem, twórcami grupy literackiej Bu-Ba-Bu. Za publikację wierszy w almanachu Skrzynia (Skrynia) został relegowany ze studiów [czytaj aluzję w powyższym felietonie].

Mykoła Riabczuk. Źródło: hromadske.ua

Mykoła Riabczuk. Źródło: hromadske.ua