Strona główna/Kultura szeroka czyli językowy spisek

Kultura szeroka czyli językowy spisek

Kultura szeroka to nowy mem, nowe słowo, mające dowartościować małe amatorskie działania i wielkie lokalne fascynacje tysięcy Polaków, którzy przedkładają je nad oglądanie TV statystycznie 4 h dziennie.

W kuźni słów

Na pytanie, co to jest kultura szeroka odpowiada zamieszczony obok w numerze artykuł pt. Coming-out kultury szerokiej będący syntezą trzech tekstów zamieszczonych w książce Kultura szeroka. Księga wyjścia, dostępnej w pdf pod adresem http://biblioteka.teatrnn.pl/dlibra/Content/29958/KULTURA+SZEROKA_CALOSC.pdf Możemy w nim przeczytać, że „Kultura szeroka jest dopełnieniem, przeciwwagą i kontrapunktem dla kultury znanej i uznanej, performatywno-komercyjnej, nazywanej wysoką, mainstreamową, oficjalną, masową, popularną lub narodową, którą tworzą profesjonaliści szanowani za wyjątkowe osiągnięcia. O ile kultura mainstreamowa szuka doskonałości w wąskiej specjalizacji i tworzy podział na artystów i publiczność, o tyle kultura szeroka rozwija się horyzontalnie. Jest bliska, dostępna, włącza, uczy, zachęca do aktywności.”

W książce zamieszczono opisy działań 25 konkretnych środowisk, które moglibyśmy zaliczyć do kultury szerokiej, stworzone przez przedstawicieli. Są to: wolontariusze, kuglarze, osadnicy alternatywni, animatorzy ruchu folkowego, bębniarze, poeci, osoby uprawiające capoeirę, fani fantastyki, ruch rycerski, muzyczna scena niezależna i amatorska, teatr alternatywny, arteterapia, miłośnicy kolei i komunikacji miejskiej, motocykliści, rowerzyści, skateboardziści, kibice sportowi, raperzy, twórcy streeartu, środowisko Tektury (niezależnego „domu kultury”), społecznicy dbający o przestrzeń publiczną („nowi mieszczanie”), twórcy i animatorzy komiksu i turyści piesi.

W ten sposób został ukuty nowy termin „kultura szeroka” i wskazane zostało jego znaczenie: zbiór zjawisk, który wcześniej nie był postrzegany jako pewna całość. Ktoś jednak może zadać sobie pytanie, po co właściwie cały ten szum? Czy kultura szeroka jest czymś nowym? Jest, ale raczej nie w sensie fizycznym. Więc w jakim?

„Odkrycie” kultury szerokiej można porównać do odkrycia nowego gatunku zwierza. Fizycznie żył on od wieków, będąc jakimś pełzającym czy biegającym kawałkiem mięsa znanym i zjadanym przez tubylców. Ale dopiero jego nazwanie i opisanie wprowadza go do publicznej świadomości – pozwala nam na pisanie o nim, porównywanie do innych gatunków, objęcie ochroną. Różnica między kulturą a zoologią polega na tym, że w zoologii istnieją określone procedury opisywania nowych gatunków i popularyzacji wiedzy na ich temat, natomiast w kulturze reguły te nie są sprecyzowane, ponieważ wyznacza je dynamika memów.

W kuźni memów

Termin mem został – no właśnie – ukuty przez biologa Richarda Dowkinsa jako kulturowy analog genu, dla nazwania hipotetycznego kodu, który steruje niebiologicznymi mechanizmami przystosowawczymi. Wrodzone zdolności manualne, które pozwalają szyć ubrania, by przeżyć zimę, są uwarunkowane genetycznie i rozprzestrzeniają się poprzez kontakty płciowe. Ale pomysł na ładne ubranie, które może pomóc np. w tych kontaktach płciowych, to już jest efekt działania memu. Przekazujemy go przez naukę, modę, naśladownictwo, upodobanie – nie przez fizyczne zapłodnienie. Siedliskiem genów jest DNA obecny w każdej komórce, natomiast siedliska memów próbowano dopatrywać się w mózgu, zakładając, że muszą tam być jakieś fizyczne struktury neuronalne odpowiedzialne za to, co nazywamy ideami czy poglądami.

Memy jako hipotetyczne nośniki znaczeń przekazywane byłyby za pośrednictwem języka (czy też w ogóle mechanizmów komunikacji i rozumienia) powodując, że pewne szczegóły dynamicznej struktury mózgu nadawcy powielałyby się w mózgu odbiorcy, który daną myśl uznałby za słuszną. I tak charyzmatycznego mówcę, który umiałby przekonywać ludzi do swoich przekonań można by w pewnym uproszczeniu porównać do samca alfa zapładniającego metaforycznie wiele samic, które potem rodzą potomstwo z genami ojca przewodnika stada. Co nie jest dalekie od naszych intuicji językowych, ponieważ czasem mówimy o „zapładnianiu wyobraźni”.

Atmosfera robi się ciężka, ale pamiętajmy, że biolodzy, a szczególnie ewolucjoniści zajmujący się takimi sprawami nie mają erotycznych czy też seksistowskich fantazji, lecz raczej wyobrażają sobie dowkinsowski „samolubny gen” czy też mem, który z przedmiotu naszych zainteresowań ewolucją staje się jej podmiotem czyli głównym bohaterem. Rozprzestrzenia się po świecie jak wirus, który zaczyna się mnożyć akurat tam, gdzie natrafi na sprzyjające warunki, a cała reszta, będąca siedliskiem naszej cywilizacji, to tylko produkt uboczny jego działań. Gen/mem w ujęciu darwinowsko-dowkinowskim jest jak woda, która zbiera się w zagłębieniach i nic jej nie obchodzi, czy tworzy akurat kałużę, czy jezioro zaliczane do obszaru Natura 2000.

Jakkolwiek owo napięcie między podmiotowością ludzi i genów lub memów wciąż zapładnia wyobraźnię wielu publicystów nauki i kultury, to jednak memetyka jako nauka przyrodnicza chwilowo odeszła do lamusa z powodu braku przedmiotu badań. Nie udało się po prostu stwierdzić istnienia fizycznych struktur memetycznych w mózgu ani wymyślić metod pozwalających na ich szukanie (jakkolwiek nowoczesne metody badania działającego mózgu mogą to zmienić).

Memetyka okazała się natomiast bardzo przydatna jako model pomagający w zrozumieniu funkcjonowania kultury jako pochodnej komunikacji masowej (poprzez media, edukację itp.). Według specjalistów mem to: „Glen Grant – zaraźliwy wzorzec informacji powielany przez pasożytniczo zainfekowane ludzkie umysły i modyfikujący ich zachowanie, powodujący, że rozprzestrzeniają oni ten wzorzec. Pojedyncze hasła, melodie, ikony, wynalazki i mody są typowymi memami. Idea czy wzorzec informacji nie jest memem, dopóki nie spowoduje, że ktoś go powieli. Cała przekazywana wiedza jest memetyczna. […] Lee Borkman – Memy, tak jak geny, różnią się swoim przystosowaniem do przetrwania w środowisku ludzkim. Niektóre rozmnażają się jak króliki, ale mają bardzo krótki żywot (mody), podczas gdy inne reprodukują się wolno, ale utrzymują się przez wieki (religia). Przystosowanie memu nie jest równoznaczne ani koniecznie powiązane z przystosowaniem organizmu. Np. mem palenie jest fajne jest bardzo dobry dla samego siebie, ale w dużym stopniu zabójczy dla swego gospodarza.” (Źródło: Wikipedia, hasło: mem/definicje memu).

Termin kultura szeroka został z premedytacją zaprojektowany jako mem. Oczywiście, nie ma potrzeby traktowania go jako wirusa. „Wirusowa narracja”, którą współczesne kulturoznawstwo lubi czasem tłumaczyć nowoczesny obieg informacji, też jest przecież tylko memem – albo inaczej: pewnym modelem, który pobudza naszą wyobraźnię. Takie pobudzenie jest czasem potrzebne, aby zmotywować się do działania. Wiara, że to konkretne działanie może być potrzebne i efektywne wynika jednak z jeszcze innego modelu, według którego język jest narzędziem władzy i narzędziem postrzegania świata. Kształtując świadomie język, możemy wpływać na nasze myślenie i zachowanie.

Język otwiera oczy

Po doświadczeniach totalitarnych propagand i mając na co dzień kontakt z propagandą komercyjną, samo to założenie nie wydaje się zbyt oryginalne. Oryginalne jest co innego: że nie musimy być dyktatorami czy dyrektorami korporacji, aby mieć wpływ na język, poprzez który postrzegamy świat. Zdają sobie z tego doskonale sprawę bojowniczki i bojownicy walczący o używanie żeńskich form wykonawców różnych zawodów czy innych określeń takich jak: trenerka, architektka czy dżentelmenka itd. Używanie głównie form męskich jako „neutralnych” mających odnosić się zarówno do kobiet i mężczyzn uznają oni za dyskryminujące. Bo jeżeli sam język nie będzie na przypominał, że kobiety pracują tak jak mężczyźni, to również nie będziemy tego faktu dostrzegać. Doszło nawet do tego, że Austriacy zamierzają jesienią zmienić słowa swojego hymnu narodowego „tyś ojczyzna wielkich synów” dając do nich „i cór”.

Można śmiać się z tej politycznej poprawności, ale chyba każdy sceptyk przyzna, że coś jest na rzeczy, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni na analogicznych stanowiskach oraz że formy rodzajowe nie są tak do końca neutralne, gdyż w jakiejś mierze jednak kształtują nasze intuicyjne skojarzenia. W kształtowaniu języka nie zawsze chodzi li tylko o skojarzenia. Czasami chodzi o prawdę. Jak w niekończącej się historii z „polskimi obozami śmierci”. Każdorazowe pojawienie się tego sformułowania w światowej prasie wywołuje poruszenie, gdyż ten skrót myślowy mający oznaczać „obozy koncentracyjne założone przez hitlerowców w miejscach leżących dziś w Polsce, których celem była biologiczna eksterminacja narodu żydowskiego” może po prostu zostać źle zrozumiany. Ale zabiera mniej słów i łatwo go zrozumieć w szybkim przekazie, dlatego wciąż się pojawia w mediach.

Z tych dwóch przykładów wynika, że w żywym języku występują czysto mechaniczne zjawiska, które sterują popularyzacją pewnych sensów niezależnie od ich słuszności czy wartości. Czasem mechanizmy te sprzyjają naszym planom komunikacyjnym, a czasem im przeszkadzają. Sprzyjają, ponieważ lepiej rozprzestrzeniają się sformułowania ładne niż brzydkie, więc wystarczy wymyślić ładne, aby językowe prądy same ją upowszechniły. „Ładne” są wszelkie przysłowia, powiedzonka, tzw. „skrzydlate słowa”, serie fonemów, które są rytmiczne, dźwięczne, budzą pozytywne skojarzenia i w danym języku mają przyjemne brzmienie. „Brzydkie” są zaś wszelkie sformułowania, które da się skrócić (tzn. że są za długie). Dlatego też mówi się „architekt” również o kobiecie i „polskie obozy śmierci” zamiast „architektka” i „obozy koncentracyjne założone… ” itd. Jednak ładne słówka wcale nie muszą być trafne. I dlatego musimy czasem wykazywać się dodatkową pracą „u podstaw”, wymuszając niejako użycie mniej wygodnych sformułowań, by nadać językowi pożądaną równowagę wbrew językowej ekonomii.

W takim oto rozkroku – między wizją memowej infekcji, a imperatywem działania z poczucia sprawiedliwości – ukuty został termin kultury szerokiej. Według powyższych kryteriów określenie to jest dość „ładne”, jednak początki były trudne.

Żyrafy wychodzą z szafy

Kultura szeroka wypłynęła na powierzchnię publicznej dyskusji na fali kandydowania Lublina do tytuły Europejskiej Stolicy Kultury. Rozwój SPOKO („Społecznego Komitetu Organizacyjnego ESK Lublin 2016”), pisanie aplikacji ESK i prace nad strategią rozwoju kultury sprzyjały poszukiwaniom nowych „gwiazdozbiorów” na nieboskłonie kultury, nie tylko lubelskiej. W pewnym momencie pojawił się pomysł, aby wyodrębnić z niej środowiska nazywane niszowymi czy też alternatywnymi pod jakąś nową, nie dyskryminującą ich nazwą. Stereotyp niszy i alternatywy jest bowiem nieco pejoratywny, a można go odnieść jedynie do bardzo wąskiego zakresu tych środowisk.

Pomysł ten nie był jakimś olśnieniem, ale raczej z wolna wyłaniającym się poczuciem zrozumienia. Żeby to wyjaśnić, muszę zrezygnować z bezosobowej narracji tego tekstu. Po pierwsze jako turysta pieszy i muzykant Orkiestry św. Mikołaja od ponad 20 lat żyję kulturą amatorską, która daje jej uczestnikom wiele wzruszeń i satysfakcji, a dodatkowo zapewnia drogę indywidualnego rozwoju. Oprócz tego zawsze miałem kontakt z innymi jej gałęziami: od czasów szkolnych czytam fantastykę; w liceum razem z kolegami pisałem wiersze, które sami wydawaliśmy; dzięki pracy w Orkiestrze miałem kontakt z ruchem rycerskim, capoeirzystami, bębniarzami i ekologami; w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN” (który wyrósł z teatru alternatywnego) poznałem fanów kolei; tutaj też zainteresowałem się zagadnieniami przestrzennymi – i tak dalej. Dzięki temu mogłem zaobserwować, że świat tych nisz stanowi system naczyń połączonych – ci sami ludzie lub ich znajomi pojawiali się jednocześnie w różnych niszach lub przechodzili między nimi wraz z rozwojem swoich zainteresowań. Był w tym wszystkim jakiś wspólny duch i wrażliwość, jakaś jednomyślność.

Po drugie, zauważyłem że wiele z tych środowisk doszło do znacznych osiągnięć mierzalnych liczbą organizowanych przez siebie wydarzeń kulturalnych czy odbiorców, która w nich uczestniczyła. A jednak osiągnięcia te nie były zauważane, gdyż nie zaliczały się do kultury wysokiej czy też ogólnie mainstreamowej, która z definicji była oceniana wyżej, bo dostawała „punkty za pochodzenie” dokładnie tak samo, jak mężczyzna, który otrzymuje wyższe wynagrodzenie za sam fakt bycia mężczyzną. Muszę przyznać, że irytowało mnie to jako współorganizatora i obserwatora życia kulturalnego. Winne tej dyskryminacji były: hierarchia wartości premiująca indywidualności i podział gwiazda-publika i logika myślenia narzucona przez samo znacznie przymiotnika „wysoka”, zgodnie z którym całe jego dopełnienie musi być nie-wysokie, czyli w jakimś sensie niskie.

Na Zachodzie określenie „kultura wysoka” jest otwarcie odrzucane, gdyż stanowi rażący wręcz przykład dyskryminacji językowej. Nie tylko wartościuje ono kulturę, dzieląc ją na dobra i kiepską (wysoką i niską) – nad tym można by jeszcze dyskutować – ale przede wszystkim narzuca antynomiczny, dialektyczny, polarny sposób myślenia o kulturze, który ustawia partnerów dialog w pozycji adwersarzy, konkurentów. Tymczasem w Polsce wizerunek kultury wysokiej i „pozostałej” pokutuje w najlepsze, wpisując się w konfrontacyjny model polskiej debaty publicznej. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było szukanie zupełnie innej narracji, innego sposobu wyobrażenia sobie kultury, który stwarzałby całkowicie alternatywną, niezależną i niedyskryminującą płaszczyznę dialogu.

Myśleliśmy o tym w kilkuosobowym gronie grupującym m.in. przedstawicieli skateboardingu, sceny niezależnej, fantastyki, arteterapii i nowego cyrku. Zastanawialiśmy się, co łączy te wszystkie kultury niszowe, niezależne, alternatywne itd. Szukaliśmy łączących je wartości i wspólnej tożsamości. Był to dość grząski temat, bo tykanie czyjejś tożsamości mogło być uznane za wtrącanie się w cudzą prywatność. Tu ratowała mnie własna przynależność do tych środowisk lub uczestnictwo w ich pasjach. Mogłem uczciwie przyznać, że zajmuję się tożsamością tak cudza jak i swoją własną.

Był to jednak dopiero poziom refleksji o języku. Potrzebowaliśmy konkretnych haseł, które mogłyby inicjować i promować nowe, dumne wyobrażenie kultur niszowych, czyli musieliśmy stworzyć nowy mem – hasło wywoławcze, które w sposób naturalny przyjęłoby się w rozmowach na ten temat. Żeby zaś w ogóle pojawiło się w rozmowach, zaplanowaliśmy konferencję prasową, której nieprzekraczalny termin miał nas dodatkowo mobilizować do wybrania konkretnej propozycji.

Eksplorowaliśmy różne skojarzenia i wartości związane z naszymi działaniami takie jak: osobliwość, energia, kreatywność, oryginalność, kolektywność. Jak zwykle podczas burz mózgów rodziły się bardzo różne, czasem dziwne pomysły: cotoktoto, chmury (fabryki, idiomy, autonomie, landy, państwa-miasta…) kultury, żywe kultury, loko-motywy (motywacja do aktywności), dzielnie (od: dzielnice; także: dzielne) kultury, konkret-kultury (zamiast kontr-kultury) itd. Spore szanse na zaistnienie miały dorzecza kultury (czyli strumienie zasilające mainstream) jako pionierskie prądy kulturowe a także wirtualny obszar zamieszkały przez egzotyczne plemiona.

Ostatecznie żaden satysfakcjonujący mem się nie pojawił. Ze skojarzeniowych strzępków powstał jedynie tytuł konferencji prasowej „Żyrafy wychodzą z szafy”. Wyjście z szafy to inaczej coming-out, wyjście z cienia, a żyrafa wydawała się całkiem trafną wizualizacją idei osobliwej i jednocześnie „patrzącej” dalej niż inne, co zgodnie przyjęliśmy za cechy kultur niszowych. Samo hasło pochodzi z filmu Miś, z czym wiązaliśmy nadzieję, że hasło okaże się w miarę zaraźliwe. Konferencja miała się odbyć w Akademickim Centrum Kultury „Chatka Żaka”, siedlisku kilku takich kultur, w zagraconej sali prób zorganizowanej w byłej kotłowni. Tam nasze konkret-kultury miały się spotkać z dziennikarzami i razem z nimi symbolicznie wyjść na powierzchnię, co zostało zapowiedziane jako „happening konceptualny”.

Na konferencji pojawili się przedstawiciele kilkunastu nisz i sporo dziennikarzy, ale odzew prasowy był niewielki (jedna wzmianka). Udało się za to nagrać kilka rozmów radiowych i jedną telewizyjną. I to właśnie dzięki występowi w Radiu Lublin na pół godziny przed samą konferencją nastąpił przełom.

Układ współrzędnych kultury

Wiedziałem, że konferencja obroni się obecnością przedstawicieli nieznanych „plemion z dorzecza kultury” oraz ich opisami sporządzonymi wcześniej, które miały zostać wręczone dziennikarzom. Występ w radiu wziąłem na siebie, ponieważ po burzach mózgów byłem wyjałowiony intelektualnie i bałem się, że inni mają się podobnie. Zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć radiosłuchaczom. Postanowiłem zacząć buńczucznie – że chodzi o bunt wobec dyktatury kultury wysokiej, której chcemy przeciwstawić kulturę… ale jaką właściwe, żeby pasowało? I wtedy – eureka! Oczywiście: kulturę szeroką. Hasło to pojawiło się potem na konferencji prasowej, gdzie zdobyło uznanie. Okazało się bowiem całkiem nieinwazyjne względem niszowych tożsamości, a jednocześnie odzwierciedlało ich charakter i spajało je wokół idei, z którą mógł solidaryzować się każdy, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz kultury szerokiej.

W ten sposób zakończył się „językowy spisek” przeciw kulturze wysokiej czyli nasza amatorska praca PR-owców, marketingowców, copy-righterów i mem-doctorów. Powstał nowy układ odniesienia, który nie wykluczył kultury wysokiej, lecz wręcz przeciwnie: połączył ją komplementarnie z drugim wymiarem, horyzontalnym. Czy zaś określenie to się przyjmie, zależy od dalszej pracy u podstaw, wysyłki książki do mediów i ogólnopolskich środowisk opiniotwórczych, czyli kampanii promocyjnej – według starej punkowej zasady „zrób to sam”.

Marcin Skrzypek