Strona główna/Pierwsze w historii zwycięstwo nad opozycją*. Kampania wyborcza na Białorusi

Pierwsze w historii zwycięstwo nad opozycją*. Kampania wyborcza na Białorusi

Czwarta z kolei kampania wyborcza na Białorusi powoli zbliża się ku swemu logicznemu końcowi. Po minionym weekendzie, podczas którego w telewizji i radiu odbyły się debaty kandydatów (w których udział zgodnie z prognozą wzięli tylko opozycyjni kandydaci), rozpoczął się jej czwarty etap, dzięki któremu większość Białorusinów będzie mogła dowiedzieć się o poglądach kandydatów opozycji już nie inaczej, jak tylko w interpretacji propagandy władz.

Ta kampania wyborcza nie jest całkiem standardowa dla Białorusi, nie dlatego tylko, że odbywa się w innej, w porównaniu z wcześniejszymi, sytuacji międzynarodowej. Najważniejsze jest to, że w omawianych wyborach władza po raz pierwszy w historii odniesie zwycięstwo nad opozycją, opierając się nie tylko o metodę mocy, lecz również o czytelną z punktu widzenia strategii i taktyki budowę kampanii wyborczej. Wydaje się, że w obecnym otoczeniu Łukaszenki nareszcie pojawiły się odpowiednie osoby. Nie tylko pojawiły się, lecz faktycznie wpłynęły (i nadal wpływają) na budowanie scenariusza, na podstawie którego przebiega tegoroczna kampania wyborcza na Białorusi.

Widać, że to właśnie one domagały się tego, aby w celu uznania wyborów przez Zachód odejść od tradycyjnych, surowych, represyjnych schematów i stworzyć obraz bardziej demokratycznego przebiegu kampanii (przede wszystkim poprzez zaoferowanie kontrkandydatom większych możliwości agitacji przedwyborczej), nie dopuszczając jednakże przy tym nawet potencjalnej możliwości promocji któregoś z kandydatów, zdolnego stworzyć rzeczywistą alternatywę dla obecnego prezydenta.

Gołym okiem widać, że głównym fundamentem, na którym zbudowany został cały tegoroczny scenariusz wyborczy władzy, jest brak jedności wśród opozycji. Utrzymaniu takiej sytuacji władza cały czas, nie ukrywając, sprzyjała. Świadczy o tym wiele rzeczy: całkowita swoboda podczas zbierania podpisów przez kandydatów, niesłychany liberalizm zazwyczaj zbyt czepiającego się Centralnego Komitetu Wyborczego podczas ich sprawdzania, a także późniejsze przymykanie oczu tego samego Centralnego Komitetu Wyborczego w licznych kwestiach, za które pewni opozycjoniści mogli być bez trudu „dyskwalifikowani”, jak na przykład zorganizowanie 24 listopada przez Witala Rymaszewskiego oraz Mikołaja Statkiewicza nielegalnej akcji, przed którą Jarmoszyna oraz Łazawik wprost uprzedzali o możliwości utraty rejestracji przez opornych kandydatów.

Grozić grożono, ale w końcu z biegu nikt nie został wycofany. Poza tym władza zostawiła w nim, (chociaż miała dobrą okazję wyeliminować) nie kogo innego, jak Mikołaja Statkiewicza, który później zadał cios obecnej głowie państwa zarówno podczas występów w telewizji, jak i w teledebatach. Biorąc pod uwagę to, że Statkiewicz nie od dzisiaj jest obecny w polityce białoruskiej, i że nie inne, a właśnie takie jego zachowanie podczas „rozmowy z narodem” było z łatwością do przewidzenia, można dojść do logicznego wniosku, że władza uważa za bardziej korzystne dla siebie zachowanie większego, o ile się da, podziału opozycji, niż zamykanie ust pojedynczym, nawet za bardzo odważnym, osobom.

Czy opozycja miała szansę zburzenia starannie opracowanego przez władzę scenariusza przejęcia inicjatywy? Uważam, że miała do pewnego czasu. Wyobrażam sobie, jaki byłby efekt, gdyby 29 listopada opozycyjni kandydaci na prezydenta: Michalewicz i Rymaszewski, po przedstawieniu własnych poglądów na rozwój kraju, na koniec wystąpienia w ostatnich słowach monologów, zasugerowali, że realizacja wszystkich zamierzonych planów możliwa jest jedynie pod warunkiem zmiany teraźniejszej władzy, którą zmienić zaś można jedynie wspólnymi siłami. W tym właśnie celu, omówiwszy to z innymi kandydatami, wycofują oni swoje kandydatury na korzyść kandydata … (można wstawić dowolne nazwisko) i od tej chwili działają w jego zespole. A kolejnego dnia w ten sam sposób postąpiłoby jeszcze 6 pretendentów. Gdyby w wyniku tego jedynym kandydatem został Uładzimir Niaklajeu, byłoby to jeszcze bardziej spektakularne, gdyż w wyniku losowania to właśnie on miał zakończyć serie występów telewizyjnych. Mógłby to zrobić już w roli jedynego kandydata.

Następnego dnia wszyscy kandydaci zjawiliby się razem na teledebacie, gdzie odnieśliby nie przypadkowe, a całkiem pewne i naturalne zwycięstwo, gdyż działaliby jako jeden zespół, a nie jako grupa nieprzyjaźnie nastawionych w stosunku do siebie ludzi, którzy powstrzymują się od wzajemnych ataków tylko dlatego, że chwilowo łączy ich wspólna nienawiść do dwóch obecnych w studiu zadowolonych z siebie, nonszalanckich i amoralnych typów z telewizji państwowej.

Oczywiście, nie możemy mówić o tym, że zjednoczenie opozycyjnych kandydatów podczas wystąpień i debat telewizyjnych na pewno skutkowałoby zwycięstwem opozycji, gdyż brak jej jedności – to tylko jeden, aczkolwiek najbardziej bolący problem. Jednak w każdym przypadku byłby to twardy i niestandardowy krok. Przynajmniej każdy obywatel Białorusi, który obejrzałby chociaż jedno wystąpienie, dowiedziałby się, kto teraz osobiście symbolizuje opozycję i na kogo trzeba głosować, jeżeli jest się przeciwko obecnej władzy. Najważniejsze zaś, że władza musiałaby szybko wprowadzić poważne zmiany do starannie opracowanego poprzednio scenariusza wyborów, popełniając przy tym nieuniknione błędy, z których można byłoby skorzystać, aby podbudować osiągnięty sukces.

Jednak mówić o tym można już tylko w czasie przeszłym. Teraz mamy to, co mamy. Na mniej niż dwa tygodnie przed wyborami mamy, jak wcześniej, dziewięciu kandydatów z opozycji, żaden z nich, jak się okazuje, nie jest na razie gotów złożyć w ofierze własnych ambicji na rzecz wspólnego celu. Tak więc namawianie ich do tego, jak się okazało, już nie ma szczególnego sensu, bowiem dobrze widać, że najbardziej korzystne okazje do faktycznego, nieformalnego zjednoczenia już zostały zaprzepaszczone, w każdym razie nie będzie ono miało takiego wymiaru i znaczenia, jaki byłby możliwy wcześniej.

Symptomatyczne jest to, że nie biorąc pod uwagę pechowej dla władzy teledebaty, nie okazuje ona żadnego strachu, o czym świadczą chociażby przeprowadzone 6 grudnia w centrum Mińska prawie bez przeszkód dość masowe (jak na współczesną białoruską skalę) zebrania przedwyborcze pod kierownictwem Uładzimira Niaklajewa, jak i inne podobne akcje. Jest tak, bo władza przegrała tylko jedną bitwę ( wyłącznie przez brak profesjonalizmu swoich prowadzących). W kontekście całej wojny nie musi się niczym przejmować, wszystko toczy się bowiem według wcześniej zaplanowanego scenariusza. „Dziel i rządź” – jakaż  inna zasada może lepiej zapewnić wieczne kierowanie takim społeczeństwem, w którym własne ambicje elit warte są więcej niż dobro wspólne?

W takich warunkach pozostało nam tylko czekać na wieczór 19 grudnia i bez względu na wszystko wyjść na Plac. Na razie nie wiadomo, będzie on jeden, czy będzie kilka lub wcale i czego będziemy na nich bronili, czyje nazwisko (a może dziewięć naraz?) będziemy skandować, i czyich apeli będziemy słuchać, jako „probiałoruskich”, a czyje stanowczo, jako „prorosyjskie”, ignorować. Nie ma wątpliwości tylko co do jednego. Chodzi o decyzję rzeszy obywateli o wzięciu udziału w tegorocznym spotkaniu na Placu. Tak jak pięć, czy dziesięć lat temu, po raz kolejny podyktowana ona będzie pragnieniem zachowania szacunku do siebie, nie będzie zaś wyrazem nadziei na zmiany, nawet gdybyśmy bardzo chcieli, żeby już dziś „spełniło się wszystko, o czym marzyliśmy” (słowa jednego z tegorocznych kandydatów).

Tłumaczenie z języka białoruskiego: Redakcja

Aleś Jurkawiec

*Tytuł oryginału: „Bez zamachu na scenariusz”

Arche, 7 grudnia