Strona główna/Rozmowa z Joanną Polak o współczesnej animacji artystycznej i filmoterapii

Rozmowa z Joanną Polak o współczesnej animacji artystycznej i filmoterapii

Katarzyna Porczak: Joasiu, rozpoczynając swoją pracę w Lublinie weszłaś na zupełnie świeży grunt. Niedawno powstała pracownia multimedialna na Wydziale Artystycznym, dopiero teraz można powiedzieć, że zaczyna się ona rozwijać, iść w jakimś kierunku. Jaki jest lubelski rynek animacji?

Joanna Polak: Nie ma czegoś takiego jak lubelski rynek.

Po maturze w lubelskim Liceum Plastycznym przytrafiło się tobie dużo fajnych rzeczy: poznańska ASP, wyjazdy zagraniczne, udział w wielu festiwalach – i nagle lądujesz znowu w Lublinie, dostajesz pracę asystenta na UMCS-ie. Jak z tej perspektywy oceniasz lubelską rzeczywistość?

Jako dość specyficzną.

Wiec jak sobie tutaj radzisz?

Dla mnie najważniejsze jest zrobienie filmu. Zawsze lubiłam Jean Miró, i jeżeli chodzi o malarstwo jest on dla mnie absolutnym autorytetem. Dopiero kiedy przestudiowałam jego biografię zrozumiałam jego przekaz. Był artystą strasznie wyalienowanym, malował obrazy, robił plakaty, ale stronił od tej całej awangardy, i może dlatego jego sztuki nie da się do końca zaszufladkować. Myślę, że tak właśnie czuje sie twórca animacji, w prawie czterystutysięcznym mieście, w którym chcą zlikwidować radio i telewizję.

Porozmawiajmy więc o doświadczeniu ASP w Poznaniu. Kto wywarł największy wpływ na twoja osobę?

Moim mentorem był Kazimierz Urbański, promotorem Jacek Adamczak. Są to dwie osoby, które miały na mnie największy wpływ. Oprócz nich – Józef Mrozek, Zbyszko Melosik… Na moim roku studiowały cztery osoby, czyli na jednego studenta przypadało jakieś dwa i pół profesora. Przebywanie z osobami, które już funkcjonują na rynku sztuki obliguje do tego, że nie możesz sobie pozwolić na pokazanie projektów niedopracowanych.

A teraz, gdy sama jesteś nauczycielem akademickim i pracujesz ze studentami, czy udaje ci się im oddawać to, co tobie dali inni?

Absolutnie nie porównuję się z moimi nauczycielami, z ich niesamowitym doświadczeniem. Kazimierz Urbański, który uczył mojego profesora Jacka Adamczaka, wykształcił dziewięćdziesiąt procent polskich animatorów, późniejszych wykładowców animacji w Łodzi, Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Jest więc takim guru animacji, często przypomina mi się to, co mi przekazał, posługuję się jego opiniami.

Jaka jest różnica między realizacjami filmu reklamowego a filmu typowo artystycznego?

Skończyłam liceum, które dało mi zawód grafika reklamowego, i przez długi czas pracowałam w tym zawodzie. Dzięki temu przez wiele lat miałam możliwość obserwacji rynku reklamy. Wiedza z zakresu „grafiki komercyjnej” okazała się być bardzo przydatna do tego, aby z jednej strony nauczyć się rozdzielać sztukę od komercji, a z drugiej posługiwać się niektórymi zdobyczami reklamy takimi jak na przykład bodźce podprogowe w filmie czy videoinstalacji. Jeżeli masz do przekazania jakąś ideę, to nie ma znaczenia za pomocą jakich środków ją wyrażasz, grafiką czy sztuką performance.

Twoje filmy z pozoru mogą się wydawać lekkie, ponieważ animacja dociera do widza w bardzo prosty sposób. Czy mają jakieś przesłanie?

Tak, chociaż niektóre osoby mają mi za złe, że jest ono czasami głęboko ukryte, albo inne niż wskazują pozory.

Jak myślisz, dlaczego tak jest?

Odbiorcy mają bardzo różne zachowania. Ja uwielbiam (można by to nazwać dewiacją zawodową) obserwować ludzi, którzy oglądają moje filmy. Zazwyczaj na początku ktoś dostrzega dosyć lekki rysunek, animację i treść, temat, który jest popularny. Ale w pewnym momencie mogą czuć się oszukani, gdyż zauważają, że za tymi z pozoru łagodnymi aspektami kryją się głębsze, niepokojące treści.

Moim zdaniem właśnie na tym polega twój reżyserski spryt. Czy Twoje filmy są skierowane do wszystkich, czy każdy odbiorca odnajdzie w nich coś dla siebie i zrozumie przekaz?

Tak, taka jest właśnie zaleta animacji.

Czy spotykałaś się z opiniami, że ta dziedzina sztuki jest zbyt popularna, że jest gorsza, bo jest tak medialna?

Pomimo swojego medialnego kontekstu animacja jest w dalszym ciągu wąską specjalizacją. Nikogo nie zmuszam do oglądania moich filmów, i tak jak w przypadku reklamy zakładam możliwość odrzucenia przez odbiorcę. Moja dziedzina sztuki jako jedyna daje mi tak pełną możliwość wyrażenia idei za pomocą obrazu, dźwięku i ruchu. Aspekty popularności czy niszowości są dla mnie drugorzędne.

Pierwszy twój świadomy film, w którym w pełni wykorzystałaś opanowany warsztat i poczułaś się w nim bezpiecznie?

Z mojego punktu widzenia animacja nie różni się wiele od malarstwa. To nie jest dziedzina, której można się nauczyć w ciągu pięciu lat studiów. Być może, gdy będę miała za sobą dorobek 50-letniej pracy twórczej, będę mogła powiedzieć, że opanowałam do końca tą technikę. Uważam że animator musi uczyć sie całe życie i to właśnie mnie pociąga, ten superszybki rozwój mediów, ciągły element zaskoczenia.

O czym opowiadają twoje realizację filmowe?

Idąc na studia wiedziałam, że chcę działać w dwóch nurtach. Jednym z nich jest nurt animacji dziecięcej, moim zdaniem jedna z najtrudniejszych dziedzin w animacji, do której trzeba dojrzeć, ponieważ filmy realizowane dla dzieci są oceniane najsurowiej – przez nie same. Drugi – to tematy społeczne. Nawet gdy realizuję tak zwany w dzisiejszych czasach ideo art (sztukę eksperymentalną) to zawsze zawieram tam jakąś treść. Zresztą w każdym z nowych filmów zawieram jakiś element z poprzednich. To tak, jakbym niezależnie od techniki (wycinanki, rysunku, 2D…) cały czas robiła jeden film. Zrealizowałam cztery filmy na temat alkoholizmu. Tematem tym zajęłam się inaczej, bardziej dogłębnie dopiero podczas pracy nad dyplomem. Sam temat był efektem pięcioletniej obserwacji ludzi chodzących pod moimi oknami, zbieraczy złomu, kloszardów, alkoholików. Pokazałam je, nie bez obaw, do oceny psychoanalitykom – Aleksandrowi Czopowi, działającemu w Przychodni Uzależnień w Lublinie, oraz profesorowi z Zakładu Zamkniętego w Kościanie. Ocenili je pozytywnie, dzięki temu filmy te mogą służyć w filmoterapii, którą obecnie staram się zgłębiać.

Czy możesz bardziej przybliżyć ten temat?

Obecnie współpracuję z terapeutą Aleksandrem Czopem, który jest moim przewodnikiem po świecie psychoterapii. Dzięki niemu i grupom AA materiały, które ściągam na temat filmoterapii ze Stanów Zjednoczonych (przy braku jakichkolwiek polskich opracowań) nabierają realnego kontekstu. Staram się być reżyserem tworzącym dla określonej grupy odbiorców, którzy mają konkretne potrzeby psychoterapeutyczne, aby moje filmy mogły być wykorzystane w terapii. Teraz powstaje film przeznaczony do terapii w zaburzeniach łaknienia, jak również dla osób, które szukają własnej drogi życiowej. Będzie oglądany nie tylko w grupach terapeutycznych ale i przez przeciętnego odbiorcę, ze względu na uniwersalny przekaz. Wyzwaniem będzie zbudowanie całej dramaturgii, która pozwoli zagłębić się w poruszony problem tym osobom, których on dotyczy, ale jednocześnie nie uderzy pozostałą część widowni.

Czy nie myślałaś aby inaczej wykorzystać doświadczenie z psychoterapii, np. w performance?

Nie. Moja współpraca ma charakter niezobowiązujący. Ja im coś daję, oni oglądając filmy mogą, ale wcale nie muszą z takiej projekcji wynieść coś dla siebie. Nie wykorzystuję tych ludzi, a czy oni wykorzystają to jako pomoc dla siebie, to już kwestia terapeuty.

A co oni dają tobie?

Pozbywam się wyrzutów sumienia, takich jak na przykład tworzenie tzw. „sztuki dla sztuki”. Mam satysfakcję, że mogę komuś pomóc, za darmo pokazując mu filmy, które często funkcjonują tylko w obiegu festiwalowym. Nie chcę robić sztuki o niczym. Owszem jest ona fajna na pięć minut, prowokuje do chwilowej refleksji. Ale, jeśli już poświęcasz filmowi dwa lata, to trudno jest robić go dla wąskiej grupy odbiorców, która i tak nic z tego nie wyniesie.

Film zazwyczaj oglądamy kilka minut. Ludzie często nie mają świadomości tego, jak wygląda proces twórczy, ile pracy, czasu i energii jest w to włożone. Możesz coś więcej o tym powiedzieć?

Aby zniechęcić? (śmiech)

Nie zniechęcać, ale uświadomić, że na parę minut składa się naprawdę długi twórczy proces.

Oczywiście, można wziąć telefon komórkowy, nakręcić parę minut materiału i będzie on „fajny”. Problem w tym, że profesjonalny rynek rządzi się trochę innymi prawami. Kiedy zaczynasz się poruszać w tej dziedzinie sztuki, zagłębiasz się w to, praca nad najkrótszymi filmami, 30-40 sekundówkami, może trwać 3-4 miesiące, ale i 2-3 lata. Na tym polega różnica pomiędzy ludźmi, którzy robią coś z niczego, a tymi, którzy tkwią w tym profesjonalnie.

Jakie możliwości techniczne są dziś dostępne w animacji?

Podczas pięciu lat studiów miałam to szczęście, że przeszłam przez pracę ze zdobyczami techniki zeszłego wieku: kamera z taśmą 35 mm, VHS, HI8, potem MiniDV, BetaCam, montaż ręczny, montaż liniowy, aż po montaż cyfrowy. Moi profesorowie pracowali w starych technikach ucząc nas na początku na taśmie 35 mm – tak zwanej prawdziwej. Właśnie wtedy, patrząc na niewielki ekranik stołu montażowego, zaraziłam się magią kina. Fascynujące światło bijące od moich pierwszych filmów realizowanych w czarnej soli (uczelnia nie wywoływała pozytywów) pamiętam do dziś. Obecnie możliwości techniki są ogromne. Sama montuję za pomocą programów komputerowych i rysuję na tablecie LCD. Używam jednak tych współczesnych rejestratorów wyłącznie jako narzędzi. Jestem za świadomością w sztuce. Jeśli chce się coś robić dobrze, to trzeba być świadomym tego, ile jeszcze brakuje do efektu końcowego, który chciałoby się osiągnąć.

Jak wygląda środowisko animatorów w Polsce? Czy utrzymujecie kontakty, wymieniacie się doświadczeniami?

Mimo że działamy w świecie mediów i te media są obecne, jednak czuję się jak na bezludnej wyspie, ponieważ dziedzina sztuki, która w tym momencie uprawiam, czyli wycinanka komputerowa, jest tak wąską specjalizacją. Ostatnio na forum znalazłam człowieka, który korzysta z tych samych narzędzi co ja, ale zajmuje się entomologią. Czasami więc potrzebuję rozmowy z entomologiem by rzeczywiście poczuć się w temacie.

A czy możesz o tej technice więcej powiedzieć czytelnikom? Dlaczego akurat ją wybrałaś?

Bo to było samobójstwo (śmiech)

Lubisz wyzwania?

Wina leży po stronie profesora Urbańskiego (śmiech). Pokazując mi technikę wycinanki nie był świadomy, jaki wywrze na mnie wpływ. Zobaczyłam nagle, że papier, który jest tak cudownie sensualnie dotykalny, który ma piękną strukturę, który w powiększeniu pod kamerą jest jeszcze ciekawszy, jest tworzywem, z którego mogę zrobić wszystko. Ruch natomiast w wycinance, przez swoją skrótowość jest idealnym do oddawania symboliki przekazu. Zatrzymałam się więc na tej technice, starając się ją zgłębiać, łączyć z komputerem (stad konieczność wymyślenia przeze mnie nowej nazwy – wycinanki komputerowej), wyciągnąć z niej jak najwięcej…

W pracy artysty zawsze w końcu dochodzi się do momentu pokazania własnej twórczości, zazwyczaj jest to wernisaż gdzie artysta ma możliwość spotkania z odbiorcą. Jak to się odbywa w dziedzinie animacji? Jakimi sposobami docierasz do odbiorcy, wyłączając wspomnianą już filmoterapię?

Moje filmy istnieją głównie na festiwalach, na Etiudzie, czyli Krakowskim Festiwalu Animowanych Filmów Studenckich. Mój film pt: „Garbus” zakwalifikował się na festiwale w Durbanie, Rio de Janeiro, wygrał też festiwal w Philadelphii. W Lublinie miałam też możliwość wystawienia w BWA, gdzie przy okazji wystaw zbiorowych Andrzej Mroczek i Jolanta Męderowicz odważyli się pokazać dwa moje filmy eksperymentalne. Nie jest to rynek łatwy, ponieważ ludzie nie rozumieją, że można przyjść zobaczyć film, i po piętnastu minutach jest to już koniec wystawy. Chociaż obserwując widzów oglądających moje videoinstalacje symultaniczne, gdzie człowiek jest podświadomie zmuszany do ciągłego obserwowania obrazu na wielu ekranach, widziałam duże zainteresowanie i potrzebę takiego typu prezentacji.

Jak wygląda środowisko kobiet, jeśli chodzi o animację w Polsce?

Na pewno jest dużo mniejsze niż środowisko czynnie działających reżyserów – mężczyzn. Kobiety, które dożyły emerytury w tym zawodzie są raczej wyjątkami. Jednak dzięki temu, że od naszej płci wymaga się dużo więcej w tym środowisku, od starszych pań reżyser czuje się tą tajemniczą siłę. Takim przykładem dla mnie jest Pani Zofia Ołdak. Miałam okazję poznać ją na jednym festiwalu i zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Ta osoba ma ogromną moc, ona jest takim reżyserem który potrafi w rozmowie wskazać na pewne wątki. To niesamowite, bo rzadko się zdarza taka cecha u mężczyzn, aby mieli takie przebicie, byli tak rozpoznawalni.

Opracowanie: Katarzyna Porczak, Grzegorz Kondrasiuk

Joanna Polak

Katarzyna Porczak

Kultura Enter
2008/11 nr 04

Joanna Polak