Strona główna/Więcej niż współczesny Czerwony Kapturek, czyli w co się bawić po spektaklu…

Więcej niż współczesny Czerwony Kapturek, czyli w co się bawić po spektaklu…

Zbliża się koniec roku – czas wszelkich podsumowań i rankingów. Moment, kiedy wreszcie określenie spektaklu „najlepszą realizacją 2012”ma sens i znaczenie. Zatem: na szczycie mojej listy znajduje się „Nusia i wilki” w reżyserii Roberta Jarosza – cenionego i wielokrotnie nagradzanego młodego twórcy, znanego przede wszystkim jako dramatopisarz. Spektakl powstał w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora – miejscu, które ma opinię jednej z najciekawszych w Polsce instytucji artystycznych kierujących repertuar do dzieci. To przedstawienie, nowoczesne w formie i bogate w treści, jeszcze zyskuje, jeśli oglądać je przez pryzmat jego potencjału edukacyjnego. Nie mam jednak na myśli dydaktyzmu, bo od niego ten spektakl jest wolny. Chodzi mi raczej o bogactwo elementów, które można rozwijać w pracy – również teatralnej – z dziećmi. Zwracam na to szczególną uwagę, gdyż wierzę, że wyście do teatru (nie tylko zresztą w przypadku dziecka) ma sens wtedy, gdy możemy przepracować potem przedstawienie – w rozmowie, w działaniu. Taka konfrontacja zawsze służy pogłębieniu lub poszerzeniu refleksji, uwrażliwia i umożliwia przybliżenie aspektów, które gdzieś umknęły przy oglądaniu.

Opolski Teatr jest otwarty na rozmaite działania edukacyjne. Wiele z nich zorganizowano przy współpracy z Miejskim Ośrodkiem Doskonalenia Nauczycieli. Od lat aktorzy prowadzą „Baśniowy salonik” – spotkania z dziećmi skupione wokół bajek i baśni. Pracownicy zapraszają do teatru w wakacje na dwutygodniowe warsztaty w ramach organizowanego przez Instytut Teatralny projektu „Lato w teatrze”. Wyrazem tej otwartości jest również zatrudnienie Alicji Morawskiej-Rubczak jako pedagoga teatru. To jedyny polski teatr lalkowy, który dostrzegając potrzebę nowoczesnego realizowania programu edukacyjnego, wprowadza je w sposób systemowy: stwarza odpowiednie stanowisko. „Nusia i wilki” jest pierwszym spektaklem, do którego pedagog zorganizowała warsztat.

Odbywał się on w Miejskiej Bibliotece Publicznej, dzielił się na dwie części. Początkowa miała charakter ruchowy. Zadaniem uczestników było przejście przez las. Przy tej okazji pokonali różne przeszkody. Na końcu drogi na dzieci czekał wilk – musiały znaleźć sposób na jego oswojenie. Seria o Nusi liczy kilka książek. W części drugiej dzieci poznawały inną opowieść o tej bohaterce, a na zakończenie wykonywały wspólnie zadanie plastyczne.

Przedmiotem warsztatu Morawska-Rubczak uczyniła temat opowieści, szczególną uwagę zwracając na osobę bohaterki. W recenzji postaram się wskazać, jakie czynniki mogły mieć wpływ na taką decyzję oraz jakie jeszcze elementy spektaklu mogą być inspirujące dla rodzica i nauczyciela.

***

Przedstawienie rozpoczyna Wojciech Morawski kilkuminutową, dość monotonną, ale jednocześnie niezwykle wciągającą i odprężającą solówką na gitarze. Dzieciaki zaczynają się niecierpliwić. Przecież nie przyszły tu na koncert w wykonaniu szczupłego pana w białych kaloszach i przedziwnym kapeluszu z rogami, ale na opowieść o Nusi i wilkach – współczesną wersję „Czerwonego Kapturka”, jak zwykło się określać książkę autorstwa Pii Lindenbaum, na podstawie której powstało przedstawienie. To bardzo popularna i lubiana publikacja. Bohaterką jest dziecko grzeczne i nieśmiałe, nawet wycofane, które często rezygnuje z zabawy z kolegami z obawy, że stanie się coś złego. Podczas przedszkolnej wycieczki gubi się. Spotyka watahę wilków. Niespodziewanie dla czytelnika, zaczyna się z nimi bawić. Autorka na kilkunastu stronach tworzy opowieść o lękach dziecka, które możne ono samo przezwyciężyć. Z niecierpliwością czekam na sceniczną wersję wydarzeń.

Reżyser tymczasem gra z naszymi przyzwyczajeniami odbiorczymi. Ekspozycja jest bardzo długa – to, co w książce zamyka się w kilku zdaniach, Jarosz rozkłada na kilka scen (godne naśladowania!). Narracja, choć ma swoją dynamikę, rozwija się powoli. Poznajemy Nusię i jej trzech kolegów. Wszyscy bohaterowie są prezentowani w planie żywym i lalkowym. To pierwszy ważny trop, możliwy do rozwijania w pracy z dziećmi – porozmawiać o technikach animacji, zwracając uwagę na możliwości, które daje wykorzystanie lalki w spektaklu.

W tym przypadku decyzja o połączeniu planów ma głównie znaczenie formalne – wiele scen byłoby bardzo trudnych do pokazania bez lalek, szczególnie w początkowych fragmentach, gdy na przykład chłopcy wchodzą na dach domu i świetnie się bawią – tak dobrze, że aż spadają im buty (co jest zaprezentowane jako przepuszczenie lalek przez Maszynę do Zabawy). Trzeba zwrócić uwagę, że dorośli nie mają swoich odpowiedników w postaci lalek. Starsze pokolenie pojawia się zresztą tylko w jednej scenie: to nauczyciele zabierający przedszkolaków na spacer do lasu. Aktorzy zakładają wtedy grube okulary, są pokraczni, infantylnie zwracają się do podopiecznych. Na dziecięcej wyspie wydają się niepotrzebnym dodatkiem, „psujzabawą” (właśnie oni, a nie Nusia negująca wiele propozycji rówieśników!). Warto wykorzystać ten kontrast i sprawdzić, jaki obraz dorosłych noszą w swojej wyobraźni nasi podopieczni.

W główną bohaterkę wciela się Anna Jarota. Wygląda zadziornie: ma burzę rudych włosów, kremową sukienkę i ogromne białe okulary, zasłaniające pół twarzy. To one budują postać: Nusia trochę się za nimi ukrywa, ale też zwraca nimi uwagę. Ma bardzo duże oczy i – jakby dla równowagi – bez przerwy rozpościera usta w uśmiechu, marszczy się w sposób charakterystyczny dla okularników. Taka gra skutecznie chroni Jarotę przed stworzeniem kreacji dziecka introwertycznego, o co nietrudno, gdy wciela się w poważną i smutną bohaterkę. Dziewczynka nie ma kłopotów z przebywaniem w grupie, jest jej pełnoprawnym członkiem, który po prostu nie przyłącza się do części zabaw. Jej lęk przed światem to część jej osobowości, a strach ma znamiona przedwczesnej dojrzałości, to właściwie głos rozsądku. Bo dziewczynka boi się np. pogłaskać psa, przeskoczyć przez strumyk, wejść na dach. Z perspektywy maluchów – może to dziwne obawy. A z naszej, dorosłych? Przecież faktycznie, lepiej, żeby tego nie robić! Najistotniejsze – i dobitnie podkreślone przez Jarosza –jest to, że Nusi nikt nie wyśmiewa. W rozbrykanych chłopcach z przedszkolnej grupy budzi raczej respekt. To ważna nauka dla dzieci, które często wyszydzają wszelkiego rodzaju inność i robią to bezceremonialnie, nie zważając, że mogą komuś sprawić przykrość.

Jak wspominałam wyżej, Nusia gubi się w lesie. Reżyser wraz ze scenografką Mariką Wojciechowską znalazł świetny sposób, by symbolicznie pokazać strach dziewczynki – widzimy ją pod kloszem, utkanym z kolorowych nitek wikliny. Może się pod nim schować tylko częściowo, a ostatecznie i tak musi go odrzucić, by zmierzyć się ze światem. Czyli w tym przypadku z wilkami. Te nie mają cech, którymi się je stereotypowo obdarza, są podobne do ludzi, do dzieci. Nusia zajmuje inną niż wcześniej pozycję – nadal się wyróżnia (widać taki jej los), ale teraz jest pomysłodawcą kolejnych gier i ustala ich reguły. Gotuje zwierzętom zupę z błota, ale oprócz tego bawi się z nimi w „Hali, hali, dom się pali”, „Gąski, gąski do domu”. To z jednej strony typowe zabawy znane z dziecięcego podwórka – w każdym razie pokoleniu rodziców i nauczycieli. Można je oczywiście po prostu wykorzystać, ale może warto sobie przypomnieć inne podwórkowe rozrywki i podsunąć je dzieciakom? Część mogą uznać za obciachowe, ale któraś pewnie im się spodoba!

W przypadku jednej z zabaw reżyser włącza do gry widzów. Dzieci razem z Nusią uczą wilki słów wierszyka „Gąski, gąski do domu” . Następuje przewrotne odwrócenie ról – to Nusia ma być wilkiem, a prawdziwe wilki – gąskami! Dziewczynka – nieśmiała i lękliwa – w zabawie może sama stać się postrachem. To ważne odkrycie i temat do zajęć – kiedy czujemy w sobie odwagę? Co na to wpływa? W jakich warunkach dopada nas strach?

„Nusia i wilki” to spektakl bardzo muzyczny. Muzyka na żywo – grana nie tylko przez Wojciecha Morawskiego, ale również przez aktorów – nie jest ilustracyjna, nie odzwierciedla atmosfery scenicznych wydarzeń. Raczej staje się przewodnikiem po prezentowanym świecie, momentami funkcjonuje samodzielnie (jak w opisywanej wyżej solówce), współtworzy sensy i buduje napięcie. Warto sprawdzać z dziećmi, jakie dźwięki można wydobywać z prostych instrumentów – np. samodzielnie zrobionych, ale też z przedmiotów nas otaczających. Ta zabawa pozwala spojrzeć na zwykłe rzeczy od zupełnie innej strony.

W spektaklach przygotowywanych dla dzieci i przez dzieci utrwalił się wzorzec uatrakcyjniania słownego przekazu piosenkami. Nierzadko zdarza się, że ich pojawianie się nie ma dramaturgicznego uzasadnienia. W „Nusi i wilkach” lejtmotywem, swoistym refrenem, jest fragment piosenki: „Łkała, łkała, ale nie płakała”. W tych słowach zgrabnie ujęto dwoistość, zagadkowość natury głównej bohaterki. Melodia i sposób interpretacji nie przypomina „Fasolek”, ale raczej „Ballady i romanse”. A po opuszczeniu widowni nucą ją absolutnie wszyscy! Dostrzeżenie wagi i funkcji muzyki w tym spektaklu może zachęcać rodziców i nauczycieli do rozbudzania w dzieciach muzykalności także poprzez śmielsze proponowanie im repertuaru.

Dla mnie najważniejsza jest scena pozwalająca zobaczyć spektakl w kontekście reinterpretacji baśniowych wzorców. Jarosz pokazuje, jak w ciekawy sposób można – odwołując się do tradycyjnych wzorców – zbudować postać współczesnego bohatera. Reakcje dzieci udowadniają zaś, że właśnie takie postaci są im najbliższe, że z nimi chcą się identyfikować. Warto dowiedzieć się, z kim utożsamiają się nasze dzieci, jakie historie lubią i uwzględniać ich preferencje w wyborze tekstów – tak polecanych im do czytania, jak i przygotowywanych z nimi na scenę.

A więc, w mojej ulubionej Nusia śpiewa wilkom na dobranoc smutną piosenkę: „Była sobie raz dziewczynka, garść zapałek miała…”. Bohaterka skandynawskiej książki okazuje się więc wnuczką Dziewczynki z zapałkami. Jarosz rzuca ten trop, ale myślę, że robi to trochę z przekory: czytelnicy jego dramatów wiedzą, że ostatnio pisał o Czerwonym Kapturku („W brzuchu Wilka”) i Andersenie („Śnieży”), a i figura wilka w jego twórczości zajmuje miejsce szczególne. Jeśli widzieć Nusię w kontekście baśniowych poprzedniczek, wydaje się ona raczej miarą cywilizacyjnego postępu, dystansu, który dzieli współczesnych bohaterów dziecięcych od tych sprzed lat. Zanurzona w bezpiecznym skandynawskim kokonie (klosz z wiklinowych gałązek!) dziewczynka nie jest smutna, ale nostalgiczna z wyboru. Nie udziela wilkowi informacji – całą watahę ustawia w szeregu, by leczyć ich obolałe dusze. Zresztą i same wilki się zmieniły – nie podstępy im w głowie, ale zabawa. Nusia dowodzi bandą, to jej trzeba słuchać. I gdy dziewczyna chce wrócić do domu, zwierzęta odprowadzają ją na polankę. Przebywa więc w sytuacji potencjalnego zagrożenia tak długo, jak długo ma na tylko ochotę. W każdej chwili przecież może poprosić nowych przyjaciół, by pokazali jej drogę do domu…

***

Niewiele jest tak subtelnych i mądrych spektakli. Dlatego tak śmiało mówię, że to najlepsze przedstawienie dla dzieci, jakie pojawiło się w tym roku w polskim teatrze. No, chyba że przebije je kolejna premiera Jarosza, która odbędzie się 30 grudniu w BTL-u…

Justyna Czarnota