Strona główna/Bandera a sprawa ukraińska

Bandera a sprawa ukraińska

Niewiele dokumentów Parlamentu Europejskiego wywołało na Ukrainie takie zamieszanie, jak rezolucja z 25 lutego 2010 dotycząca sytuacji w tym kraju. Chodzi zwłaszcza o paragraf 20, w którym Parlament Europejski „wyraża głębokie ubolewanie z powodu decyzji ustępującego prezydenta Ukrainy, Wiktora Juszczenki, który nadał pośmiertnie Stepanowi Banderze, przywódcy współpracującej z nazistowskimi Niemcami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), tytuł »Bohatera Ukrainy«; w związku z tym wyraża nadzieję, że nowe władze ukraińskie ponownie rozważą takie decyzje i potwierdzą swoje przywiązanie do europejskich wartości1”.

W odpowiedzi, tysiące Ukraińców podpisało się pod petycją do Parlamentu Europejskiego, w której zawarto stwierdzenia, że rzeczona rezolucja jest „pozbawiona podstaw historycznych i oparta na dezinformacji”, „obraźliwa dla milionów Ukraińców, którzy zginęli lub zostali poddani represjom za swoje oddanie dla wolności i niepodległości”, a ponadto dyskredytuje „ideę integracji europejskiej w oczach jej ukraińskich zwolenników”.

„30 czerwca 1941 we Lwowie”, głosi petycja, „Stepan Bandera i jego współpracownicy, wbrew woli hitlerowskich Niemiec, ogłosili odrodzenie niepodległej państwowości ukraińskiej, za co ponieśli śmierć lub zostali uwięzieni w nazistowskich obozach koncentracyjnych. Sam Bandera był więźniem obozu Sachsenhausen, zaś jego bracia, Oleksandr i Wasyl, zginęli w osławionym obozie Auschwitz. Ruch narodowo-wyzwoleńczy, na czele którego stał Bandera, walczył z okupantami bolszewickimi i nazistowskimi o niepodległe państwo ukraińskie. Zarówno Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), jak i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) próżno szukać w aktach procesu przeprowadzonego przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze2”.

Borys Tarasiuk, były minister spraw zagranicznych Ukrainy i obecny przywódca partii Ludowy Ruch Ukrainy, w otwartym liście do przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka wyraził głębokie zatroskanie zaistniałą sytuacją: „Na nieszczęście Parlament Europejski dał się zwieść informacjom nacechowanym uprzedzeniami, czego skutkiem jest obecne nieporozumienie. Co gorsza, nowo wybrany prezydent Wiktor Janukowycz, któremu daleko do ideałów i zasad demokracji europejskiej, może korzystać z tej rezolucji jako pretekstu do podejmowania antyukraińskich decyzji i uchylenia dekretu prezydenckiego3 w sprawie Bandery4”.

Prezydent Juszczenko również stawiał opór. Oskarżał Parlament Europejski (posługując się tym samym symbolem) o „historyczne uprzedzenia” i nieumiejętność spojrzenia na historię „oczyma teraźniejszości”, porzucając przestarzałą optykę radzieckiej propagandy. Sugerował, że istnieje „aktywne stronnictwo, które inicjuje konflikty i prowokuje ich [członków Parlamentu Europejskiego] na każdy możliwy sposób”, ale odmówił wskazania, o kogo chodzi5. Jednak inni komentatorzy otwarcie pisali o „polskiej zdradzie”. „Przez lata” – twierdził jeden z nich – „udawali przyjaźń wobec Ukrainy, a dopiero teraz pokazali prawdziwe oblicze6”. Niektórzy posunęli się w spiskowych spekulacjach nawet do sugestii, że zaistniało coś w rodzaju wymiany miedzy Polakami a Rosjanami: przyznanie się w sprawie Katynia i oficjalne uhonorowanie ofiar w zamian za lobbowanie w Parlamencie Europejskim na rzecz antyukraińskiej rezolucji.

W tej sytuacji ukraińscy liberałowie znaleźli się między młotem a kowadłem. Identyfikacja z oportunistycznymi decyzjami Juszczenki oraz podejrzaną lub co najmniej dwuznaczną spuścizną Bandery, OUN i UPA, nie wchodziła w grę. Z drugiej strony, liberałowie nie mogli przymykać oczu na skutki nieodpowiedzialnej i do przesady uproszczonej ingerencji eurodeputowanych w złożone sprawy, o których wiedzieli niewiele, a jeszcze mniej je pojmowali. Wybitny ukraiński historyk, Jarosław Hrycak, wyraził głębokie rozgoryczenie i rozczarowanie w krótkich słowach: „To jest gorsze niż zbrodnia. To głupota7”. Miał na myśli przede wszystkim tych polskich europosłów, którzy poparli rezolucję, mimo, że byli właściwie jedynymi członkami Parlamentu Europejskiego, dostatecznie znającymi złożoność problemu i świadomymi osobliwego kontekstu politycznego współczesnej Ukrainy. Ale i pozostałych europosłów obciąża wina za bezmyślne dolewanie oliwy do ognia wewnętrznego konfliktu ukraińskiego.

Wiodący polski dziennik liberalny — „Gazeta Wyborcza” — wyraził żal wobec dekretu Juszczenki, ale jednocześnie zasugerował, że uszczerbek w relacjach polsko-ukraińskich byłby o wiele mniejszy, gdyby wszystko skończyło się na tej nieszczęsnej decyzji, osaczonego i pokonanego, byłego prezydenta Ukrainy. Zamiast tego, twierdzi „Gazeta”, polscy eurodeputowani zainicjowali stworzenie dokumentu jeszcze bardziej nie w porę i nie na miejscu. „Do debaty na temat przeszłości polsko-ukraińskiej nasi eurodeputowani wciągnęli Unię, przemówili językiem ultimatum i cofnęli dialog polsko-ukraiński do stanu sprzed 1989 roku. Zadziałali w unisono z Rosją i prorosyjskimi siłami na Ukrainie8”.

Zarysowanie kontekstu

Sytuacja polityczna na Ukrainie zawiera w sobie co najmniej trzy osobliwe elementy składowe, które należało uprzednio mądrze i ostrożnie rozważyć, aby uniknąć konsekwencji niezgodnych z intencjami Parlamentu Europejskiego.

Po pierwsze, Ukraina to nie tylko państwo postkomunistyczne, ale i postkolonialne, podzielone niemal po równo między wspólnoty rdzennych mieszkańców — „aborygenów” i ludność napływową — „osadników”. Każda z tych wspólnot ma swoje odrębne mity, symbole, narracje historyczne, bohaterów, kulturę i język. Przewagę liczebną „aborygenów” równoważy wyższy status społeczny osadników. Jest on historycznie zdeterminowany zazwyczaj miejskim charakterem „osadnictwa”, łatwiejszym dostępem do kultury i edukacji, zasobów ekonomicznych i sieci społecznych, a także jawną i ukrytą polityką imperialną, polegającą na uprzywilejowaniu jednej grupy kosztem innej. Ponadto, istnieje spora grupa ludności rdzennej, która uległa mniejszej lub większej asymilacji w kierunku dominującej kultury typu kreolskiego (mieszanej — przyp. tłum.). O wiele mniejszą, ale równie ważną grupą są osadnicy, którzy identyfikują się z ludnością rdzenną w stylu „Tańczącego z wilkami”. Obecność grup z pogranicza, jak również kulturowa i językowa bliskość między ludnością rdzenną a osadnikami, w istotny sposób łagodzą napięcia, czyniąc Ukrainę krajem „podzielonym, lecz nie rozdzielonym”. Jednocześnie, równowaga ta jest bardzo chwiejna, słabo zinstytucjonalizowana (nie poparta prawem), co czyni ją wielce podatną zarówno na zewnętrzne, jak i wewnętrzne zaburzenia.

Po drugie, należy zauważyć, że oskarżanie Bandery i OUN to istotny element tradycyjnej „antynacjonalistycznej”, a w istocie antyukraińskiej narracji, żywej zarówno w imperium radzieckim, jak i w dzisiejszej Rosji. Ukraińców uznano za podgrupę Rosjan, a ich asymilację do języka i kultury rosyjskiej deklarowano i oficjalnie promowano jako „historycznie postępową”, pozytywną i nieuniknioną. Kwestionowanie tego procesu, nie mówiąc już o oporze wobec niego, kwalifikowane było jako „burżuazyjny nacjonalizm” i, podobnie jak oskarżenie o „syjonizm”, uznawane było za zarzut kryminalny. Ten skuteczny „młot na czarownice” umożliwiał uciszenie wszystkich tych, którzy próbowali bronić swoich praw kulturowych, językowych czy innych. Zwalczaniem ukraińskiego „nacjonalizmu burżuazyjnego” (i każdego innego, oczywiście z wyjątkiem rosyjskiego) zajmowały się na spółkę tajna policja i organy propagandy. W szczególności oznaczało to dyskredytowanie wszystkiego, co ukraińskie, a jednocześnie niepasujące do oficjalnego modelu wieczystej przyjaźni ukraińsko-rosyjskiej, wzmocnionej głęboko zakorzenionym pragnieniem „reunifikacji” i ostatecznego stopienia się w jedno ze „starszym bratem”. Jakiekolwiek historyczne próby zbrojnego oporu wobec owej „reunifikacji” były mocno oczerniane, nie należy się więc dziwić, że mimo całej złożoności zagadnienia, demonizuje się Banderę i OUN, uznając ich za skrajny przejaw „nacjonalizmu burżuazyjnego” — żądnych krwi morderców i nazistowskich kolaborantów. Nadal dominuje przedstawianie tego zjawiska, jako symbolicznej wręcz patologii, ekstremalnego odchylenia od oficjalnie zaaprobowanej normy. Normą zaś w tym wypadku nie jest pewny siebie, europejski, liberalno-demokratyczny, nowoczesny Ukrainiec, ale raczej posłuszny, prorosyjski lojalista, który niecierpliwie czeka, aż będzie mógł poświęcić własną tożsamość, godność, a być może nawet niepodległość, na rzecz mitycznego braterstwa wschodniosłowiańskiego. Każdy nieposłuszny Ukrainiec otrzymuje w tej debacie etykietkę nacjonalisty i banderowca, co skutecznie wyklucza go z normalności, przesuwając w sferę obsesji i dewiacji. A ponieważ kryptoradziecka postawa dominuje zarówno we współczesnej Rosji, jak i na większości terytorium Ukrainy, łatwo można się domyślić, jaka była reakcja „Kreoli” i „aborygenów” na potępienie banderowców przez Parlament Europejski.

Ci pierwsi, po zwycięstwie ich kandydata w ostatnich wyborach prezydenckich, podjęli walkę o pełną dominację polityczną, kulturalną i ekonomiczną w kraju, monopolizując władzę centralną i regionalną wszelkimi dostępnymi środkami. I to jest właśnie trzecia osobliwość współczesnej Ukrainy, którą eurodeputowani pechowo przegapili. Jeżeli, podobnie jak Juszczenko, czekali ze złą decyzją na najmniej odpowiedni moment, udało im się. Skutecznie podsycili mściwość zwycięskiej Partii Regionów, która obecnie próbuje na nowo wdrożyć politykę rusyfikacji w stylu radzieckim, likwidując lub marginalizując wszelkie instytucje, akty prawne i regulacje ustanowione przez poprzedników w celu promocji ukraińskiej kultury, języka i tożsamości. Nowy rząd otrzymał od Parlamentu Europejskiego wspaniały prezent polityczny. Jego nieprzemyślana rezolucja może być teraz przedstawiana jako akt międzynarodowego potępienia rzekomo nacjonalistycznej polityki poprzednich rządzących, a co za tym idzie, jako wyraz aprobaty dla antynacjonalistycznych (a w rzeczywistości antyukraińskich) działań nowych władz. Co gorsza, symboliczne znaczenie rezolucji Parlamentu Europejskiego jest dostatecznie pojemne, by rozgrzeszyć „antynacjonalistyczne” władze z najbardziej nawet oburzających i ostrych aktów pogwałcenia konstytucji. Dość wspomnieć o nielegalnie podjętej decyzji o odłożeniu na czas nieokreślony przypadających na maj wyborów lokalnych, czy też o parlamentarnym zamachu stanu i utworzeniu rządu w całkowicie bezprawny sposób. (Ta uzurpacja władzy została ostatnio zaaprobowana przez Sąd Konstytucyjny, w klimacie powszechnych oskarżeń o przekupstwo i zastraszanie sędziów. Co zadziwiające, ten sam sąd badał dokładnie tę samą kwestię rok wcześniej i wydał wówczas przeciwną decyzję!)

Propagandowe wypowiedzi Janukowycza i jego popleczników sugerują, że „cywilizowana Europa” przyznaje im carte-blanche („amunicję polityczną”, słowami Tarasiuka) do likwidacji spuścizny Pomarańczowej Rewolucji. Jednak wbrew przekonaniu członków Parlamentu Europejskiego, dotyczy to nie tylko oficjalnego kultu Bandery i OUN oraz umiarkowanych prób ożywienia języka i kultury ukraińskiej, ale również pluralizmu politycznego, wolności słowa, publikacji, wyborów, zgromadzeń i wielu innych rzeczy. Wszystko to stopniowo, dzień po dniu, znika z post-pomarańczowej Ukrainy, podczas gdy Partia Regionów i komuniści, ze wspólnym błogosławieństwem Kremla i UE, ratują „europejskie wartości” przed Juszczenką i jego „banderowcami”.

Intencje Parlamentu Europejskiego przy wydawaniu rezolucji były z pewnością zupełnie odmienne, ale nowy rząd Ukrainy interpretuje je po swojemu, legitymizując w ten sposób własną wątpliwą politykę. Jak na ironię, w zbliżony sposób odbierają postawę UE pokonani pomarańczowi oponenci: „Potępienie Bandery jest aktem kontrowersyjnym pod wieloma względami. Po pierwsze, zostało wydane 25 lutego, czyli w dniu zaprzysiężenia nowego prezydenta. Ponadto razi kontrast z nieudaną rezolucją potępiającą prześladowania Polaków na Białorusi. Szokujący jest także fakt polskiego autorstwa punktu 20 rezolucji o Banderze. W tym wypadku Polska staje raczej na pozycji oskarżyciela Ukrainy, niż jej adwokata. Nikt mnie już teraz nie przekona, że europejscy przywódcy nie chcieli Janukowycza na prezydenta. Musieli go chcieć, żeby mieć pewność, że nic im nie przeszkodzi w ssaniu gazu z rosyjskich rur. Mówiąc „nic”, mam na myśli Ukrainę. […] Staram się pozostać optymistką. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że powodzenie, skuteczność i nowoczesność państwa ukraińskiego leżą wyłącznie w interesie Ukrainy. Zostaliśmy sami9”.

Resentymenty w polityce są złym doradcą, a podnoszenie alarmu zaledwie po kilku tygodniach pracy nowego rządu mogłoby się wydawać przedwczesne, ale autorytaryzm w stylu rosyjskim istotnie budzi duży niepokój na Ukrainie. UE z pewnością lepiej by zrobiła, chroniąc chwalebne „europejskie wartości” przed nowo wybranym prezydentem Janukowyczem i jego świtą, niż przed ustępującym Juszczenką i jego przebrzmiałymi dekretami.

Należy jednak przyznać na korzyść polskim politykom, że to oni pierwsi zrozumieli, iż priorytetem UE w post-pomarańczowej Ukrainie nie powinno być wypędzanie demonów nacjonalizmu. Polski ambasador Jacek Kluczkowski, w wywiadzie z 24 marca dla Ukraińskiej Agencji Informacyjnej UNIAN, częściowo wycofał się z nieprzejednanego stanowiska polskiego rządu i UE wobec niefortunnego dekretu Juszczenki: „To oczywiście nieprawda, że Bandera kolaborował z Niemcami, i nie powinno się go o to oskarżać. Czy jednak hasła Bandery pasują do nowoczesnego, demokratycznego państwa? Czy budząca tak wielkie kontrowersje postać jest odpowiednim wzorem dla społeczeństwa aspirującego do integracji z Unią Europejską? Właśnie dlatego jesteśmy zaniepokojeni tym wyróżnieniem. Ale decyzja o tym, czy przyznać Banderze ten tytuł, czy też nie, należy wyłącznie do Ukrainy10”.

Polski eurodeputowany Paweł Kowal, w wywiadzie dla popularnego ukraińskiego serwisu internetowego, uczynił kolejny pojednawczy gest: „Uważam, że do Parlamentu Europejskiego nie należy osądzanie polityki historycznej członków czy tez sąsiadów UE. […] To wewnętrzna sprawa Ukrainy. Ukraina nie powinna być poddawana naciskom ze strony innych państw. Jest w pełni uprawniona do podejmowania suwerennych decyzji politycznych. […] Ale my, Polacy i Ukraińcy, powinniśmy dyskutować o historii otwarcie. Czuję, że możemy to zrobić, nawet jeśli nie zgadzamy się w wielu kwestiach. Powinniśmy rozmawiać”. Próbując dodać Ukraińcom odwagi i osłodzić gorzką pigułkę, Paweł Kowal sugeruje również, żeby nie przeceniać wagi paragrafu 20 i zwrócić uwagę na ważniejsze kwestie. „Dokument ten dyskutuje aspekty prawne możliwej akcesji Ukrainy do UE. Od czasu Pomarańczowej Rewolucji, Parlament Europejski jest jedyną instytucją, która jasno stwierdza: Ukraina powinna być w Europie11”.

Spuścizna Bandery

Niezależnie od tego, jakie decyzje podejmie Parlament Europejski i jakimi środkami posłuży się prezydent Janukowycz, kontrowersje wokół Bandery z pewnością nie znikną z życia Ukrainy. A wszystko dlatego, że ich istotą nie jest historia, polityka czy ideologia, ale tożsamość.

Zarówno Bandera, jak i OUN/UPA, symbolizują dwie osobne spuścizny, nierozłączne w perspektywie historycznej, ale współcześnie radykalnie rozdzielone. Zjawiska te, oba na swój sposób kontrowersyjne, są często mylone ze sobą, świadomie lub nie, co czyni problem wielce dwuznacznym. Jednym z nich jest spuścizna politycznej przemocy, terroru, autorytaryzmu, nacjonalizmu integralnego, ksenofobii i nietolerancji. Niektórzy niestrudzeni bojownicy przeciwko OUN, na przykład głośny kanadyjsko-ukraiński historyk John-Paul Himka i jego mniej utalentowany, ale bardziej aktywny kolega Wiktor Poliszczuk, zarzucają banderowcom także kolaborację i antysemityzm, mimo że oba zarzuty są raczej wątpliwe. Alexander Motyl przekonuje, że kolaboranci to „jednostki lub grupy, które porzucają własne suwerenne aspiracje i służą celom innych mocarstw”, podczas gdy „jednostki lub grupy, które zachowują aspiracje do niezależności i dołączają do jakiegoś mocarstwa w celu realizacji własnych celów — nawet niedemokratycznych — zwą się generalnie sojusznikami12”. Według tej logiki, Stalin, który w latach 1939-1940 współpracował z Hitlerem, był jego sojusznikiem, ale nie kolaborantem. Podobnie Brytyjczycy i Amerykanie, którzy w późniejszych latach wojny współpracowali ze Stalinem, byli „okolicznościowymi” sojusznikami totalitaryzmu komunistycznego, ale nie kolaborantami Stalina.

Do lipca 1941 roku Bandera i OUN nie mieliby nic przeciwko sprzymierzeniu się z Niemcami, w nadziei uzyskania niepodległości, która stanowiła dla nich sprawę kluczową. Ale naziści widzieli w nich wyłącznie kolaborantów, nie zaś sprzymierzeńców. Kiedy zatem 30 czerwca 1941 roku, niedługo po niemieckiej inwazji na Związek Radziecki, Ukraińcy proklamowali we Lwowie niepodległość, naziści nie uznali tego za fakt dokonany. W pewnym sensie, jak sarkastycznie komentuje Motyl, Niemcy mimowolnie ocalili ukraińskich nacjonalistów od losu kolaborantów, a możliwe, że i faszystów. W połowie roku 1941 naziści wszczęli represje wobec OUN. Bandera został uwięziony w Sachsenhausen, jego dwaj bracia — w Auschwitz, gestapo zaś otrzymało zadanie wyplenienia całej siatki nacjonalistycznej. „Nacjonaliści Bandery zeszli wtedy do podziemia i ostatecznie stanęli na czele wielkiego ludowego ruchu oporu, który walczył zarówno z Niemcami, jak i później z Sowietami. Obfita niemiecka dokumentacja wskazuje, że władze hitlerowskie uznawały Banderabewegung za poważną siłę antyniemiecką13”.

Domniemany antysemityzm OUN to kwestia jeszcze bardziej skomplikowana i dwuznaczna. Z jednej strony, nastroje antyżydowskie, a nawet wrogość, były zjawiskiem dość rozpowszechnionym wśród ukraińskich nacjonalistów. Mimo to Żydzi nie byli demonizowani jako odwieczni i główni wrogowie, ale raczej traktowani (przynajmniej większość z nich) instrumentalnie jako oportunistyczni sojusznicy rzeczywistych wrogów — Polaków i Sowietów. Uprzedzenia antyżydowskie niewątpliwie były przyczyną udziału niektórych nacjonalistów w antyżydowskich ekscesach, ale ich nieprogramowy i bezideowy charakter pozostawiał sporą przestrzeń do współpracy z tymi Żydami, którzy zostali uznani za „swoich”, tj. lojalnych wobec sprawy ukraińskiej. Skutkiem tego nacjonaliści ocalili stosunkowo wielu Żydów. Niektórzy z nich nawet dołączyli do UPA, żeby walczyć z nazistami i Związkiem Radzieckim.

Z normatywnego punktu widzenia, zarówno polityka, jak i ideologia Bandery i OUN, są w dzisiejszych czasach nie do zaakceptowania i nie dają się zaadoptować do żadnych celów praktycznych. Tę część spuścizny należy definitywnie porzucić, jako że „w dzisiejszych czasach jej sens etyczny jest wątpliwy14”, czy też, jak słusznie sformułował to inny historyk, dlatego, że „ w XXI wieku [takie] poglądy wydają się archaiczne i niebezpieczne15”.

Ale inna część spuścizny UPA nie jest dla współczesnej Ukrainy aż tak archaiczna. „Tym dziedzictwem, które wielu mieszkańców Zachodniej Ukrainy identyfikuje z Banderą i nie zamierza o nim zapomnieć, jest pamięć poświęcenia i ofiary. […] Każdy zainteresowany historią Ukrainy Radzieckiej wie, że […] partyzanci walczący w imię Bandery z ogromną determinacją opierali się narzuceniu władzy stalinowskiej. Stąd pewna podwójna logika decyzji Juszczenki: gloryfikacja Bandery równa się odrzuceniu stalinizmu i wszelkich pretensji Moskwy do zapanowania nad Ukrainą16”.

Alexander Motyl zarysowuje problem jeszcze ostrzej:

„Współcześni Ukraińcy, którzy uznają Banderę za bohatera, gloryfikują nieprzejednaną opozycję OUN wobec Związku Radzieckiego w latach 1939-1955. Nikt nie pochwala nacjonalistycznej przemocy wobec Polaków i Żydów, ale też nikt nie uważa jej za istotę tego, co reprezentowali Bandera i nacjonaliści: odrzucenia wszystkiego, co radzieckie i antyukraińskie oraz bezwarunkowego oddania ukraińskiej niepodległości. Nacjonaliści Bandery są ponadto postrzegani jako przeciwny biegun wobec skorumpowanych, niekompetentnych i sprzedajnych ukraińskich elit, które rządziły krajem przez ostatnie 20 lat. Oczywiście takie popularne odczytanie ukraińskiej historii jest wybitnie jednostronne. Całościowe spojrzenie winno objąć zarówno chwalebne, jak i godne potępienia działania Bandery i nacjonalistów. Ale jednostronne interpretacje historii nie są niczym niezwykłym, zwłaszcza wśród niepewnych swego narodów, które walczą o utrzymanie świeżo uzyskanej niezawisłości17”.

Ten ostatni punkt jest szczególnie istotny. Ukraina nie jest „normalnym” krajem, z utwierdzoną tożsamością i zabezpieczoną państwowością, który wybiera między autorytaryzmem a demokracją, tj. między kryptofaszystowskim dziedzictwem uosabianym przez Banderę i OUN, a liberalno-demokratycznymi wartościami promowanymi przez UE. Rzeczywistość jest całkiem inna. Co więcej, wobec rosnącej „asertywności’ rosyjskiego sąsiada ukraińska państwowość i suwerenność nie są wystarczająco bezpieczne. Podobnie ukraińska tożsamość „aborygeńska” jest pod stałą, kulturową i językową, presją dominujących politycznie i ekonomicznie „Kreoli” oraz ich moskiewskich sojuszników.

Zatem dla Ukraińców rzeczywisty wybór nie leży między nacjonalistyczną dyktaturą w stylu OUN a liberalną demokracją w typie unijnym. Większość z nich uczyniła ten wybór dawno temu, i tylko marginalna garstka wychwala dziś to pierwsze, a odżegnuje się od drugiego. Prawdziwy wybór zachodzi między obroną narodowej suwerenności, godności i tożsamości, a oddaniem kraju w ręce Rosji i/lub jej „kreolskich” sprzymierzeńców. W takich okolicznościach, druga część dziedzictwa Bandery: patriotyzm, solidarność narodowa, poświęcenie, idealistyczne oddanie wspólnym celom i wartościom — pozostaje nadal ważna.

Godny uwagi jest fakt, że to właśnie ta część spuścizny Bandery i OUN/UPA była pierwotnym celem ataków radzieckich. Trafnie przypomina o tym Alexander Motyl: „Radziecka propaganda zawsze demonizowała nacjonalistów, nie za gwałcenie praw człowieka — w końcu z jakiej racji wynalazcy Gułagu mieliby się o nie troszczyć? — ale z powodu ich sprzeciwu wobec rządów stalinowskich. W latach 1944-1955 po stronie nacjonalistów było ponad 150 tysięcy ofiar, zaś po stronie radzieckiego wojska i milicji — ponad 30 tysięcy. Setki tysięcy sympatyków nacjonalizmu deportowano lub uwięziono w Gułagu. Powojenny nacjonalistyczny ruch oporu cieszył się ogromnym poparciem wśród ukraińskich mieszkańców Ukrainy Zachodniej właśnie dlatego, że oznaczał opozycję wobec stalinizmu i jego ludobójczych aspiracji. Na przestrzeni lat, kiedy radzieckie rządy nieco się ustabilizowały, aktywne poparcie wśród ludności stopniowo skurczyło się, ale nacjonaliści Bandery nadal byli symbolem ukraińskiej sprawy narodowowyzwoleńczej18”.

Jest to być może dobra odpowiedź na pytanie Johna-Paula Himki: „Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć przejąć spuściznę tej grupy [OUN]? […] Czy nie powinniśmy położyć kres temu dziedzictwu?19” Wyjaśnia to również, dlaczego właśnie ta część spuścizny Bandery jest tak żarliwie znienawidzona zarówno przez współczesną Rosję, jak i Ukrainę Janukowycza: „Demonizacja nacjonalistów przez Związek Radziecki spowodowała, że w świadomości ludzi głęboko zakorzenił się obraz dzikich podrzynaczy gardeł, pozbawionych jakiegokolwiek programu politycznego, czy ideologicznego, za wyjątkiem śmierci i zniszczenia. Ten obraz wywodzi się przede wszystkim z mocno zsowietyzowanych obszarów wschodniej i południowej Ukrainy, które były bastionem władzy komunistycznej. Rosjanie i rosyjskojęzyczni obywatele w lot chwytali oficjalne zachęty i obrażali świadomych narodowo Ukraińców, którzy ośmielali się mówić w swoim własnym języku, nazywając ich „banderowcami”. […] Obraźliwe miano nadane przez rosyjskich szowinistów (Bandera), wkrótce stało się powodem do dumy. Odbyło się to na podobnej zasadzie, jak Afroamerykanie zawłaszczyli słowo »Nigger«…20”.

Innymi słowy, w ideologicznym dyskursie antyukraińskich rusofili słowa „Bandera” i „banderowiec” stały się synonimami świadomego, niezrusyfikowanego i niezsowietyzowanego Ukraińca — metonimią nieposłusznego Piętaszka, który odmawia uznania kulturalnej i politycznej wyższości rosyjskiego Robinsona. To właśnie niepoddani rusyfikacji Ukraińcy, jak również narodowowyzwoleńcza (raczej niż autorytarna) część spuścizny OUN, która podsyca ich opór, najbardziej drażnią mocarstwowych szowinistów rosyjskich, jak również ich „kreolskich” sprzymierzeńców na Ukrainie. Porzucenie tej spuścizny przez współczesną Ukrainę nie równałoby się przyjęciu liberalno-demokratycznych „wartości europejskich”, jak chcą wierzyć członkowie Parlamentu Europejskiego, ale raczej akceptacją narzuconego przez kolonizatorów spojrzenia na ukraińską historię i tożsamość.

Mówiąc wprost, „aborygeńska” część ukraińskiego społeczeństwa nie ma żadnej motywacji do porzucenia symboli nacjonalistycznych, dopóki ci drudzy będą czcić i wielbić symbole kolonialnego podboju i dominacji — tych wszystkich Leninów i Stalinów, Dzierżyńskich i Kirowów, czy też rzekomo „Wielkich” Piotrów i Katarzyny.

Rację ma Jarosław Hrycak, pisząc: „Musimy pamiętać, że ukraińska pamięć historyczna jest głęboko rozdarta — musimy z tym żyć i my, i nasi potomkowie, jeszcze przez lata. […] Najlepszym rozwiązaniem politycznym dla naszego kraju byłby pakt o amnezji — trwający przynajmniej do czasu, aż zakończymy radykalną transformację. […] Ale taki pakt wymaga odpowiedzialnych elit i godnego, zaufanego arbitra (w Hiszpanii był nim król). Jednak nawet gdyby cudem spadli nam z nieba tacy ludzie, my (w odróżnieniu od Hiszpanów) mamy sąsiadów — Polaków, Rosjan, Żydów — którzy nie pozwolą nam zapomnieć o naszej historii. […] Być może powinniśmy przemyśleć anglosaską formułę, zawartą w haśle e pluribus unum, która umożliwia koegzystencję różnych, czasami z zasady niedopasowanych elementów pamięci historycznej w celu wytworzenia narodowego konsensusu21”.

Pozostaje to jak dotąd wyłącznie w sferze myślenia życzeniowego, jako że współczesna Rosja nie potrafi zaakceptować żadnej ukraińskiej odmienności, która wychodzi poza imperialny paradygmat. Ale Bruksela jest bardziej otwarta, podobnie jak Warszawa. Muszą uznać prawo małego i zagrożonego narodu do posiadania własnej pamięci. W przeciwnym razie, mówi Hrycak, wspólna europejska pamięć zostałaby zdominowana przez silniejszych i zamożniejszych, kosztem słabszych i uboższych. „Mniejsze nacje powinny mieć prawo do sławienia niewygodnych, nieortodoksyjnych bohaterów — dopóki wielbią ich nie jako symbole przemocy i dominacji nad innymi, ale jako symbole własnych zmagań o przetrwanie i godność. To, czy Bandera był faszystą, czy tez nie, ma niewielkie znaczenie. Najważniejsze jest to, czy współcześnie celebruje się go jako faszystę, czy jako kogoś zgoła innego”.

Bohaterowie narodowi rzadko są bez skazy. Indianom z Ameryki Łacińskiej wolno wysuwać poważne zastrzeżenia wobec Kolumba, a Afroamerykanie mają prawo potępiać Jerzego Waszyngtona, jako właściciela niewolników, a wraz z nim wielu innych europejskich i amerykańskich przywódców politycznych — jako niesprzymierzonych rasistów i kolonizatorów. Czeczeni z pewnością nie uznali za sprawiedliwe i uczciwe nadania przez Jacquesa Chiraca prezydentowi Putinowi Krzyża Wielkiego Legii Honorowej, podobnie jak Palestyńczycy nigdy nie znajdą nic heroicznego w wezwaniu Bena Guriona do „wyrzucenia Arabów i zajęcia ich miejsca”, do „użycia terroru, zabójstwa, zastraszania, konfiskaty ziemi i odcinania dostępu do wszelkich służb publicznych, żeby pozbyć się populacji arabskiej z Galilei” i do uczynienia „wszystkiego, co leży w naszej mocy, żeby mieć pewność, że oni (uchodźcy palestyńscy) nigdy nie powrócą22”.

Nie wydaje się jednak prawdopodobne, aby eurodeputowani kiedykolwiek wezwali Izraelczyków do przemianowania największego izraelskiego portu lotniczego23 albo naciskali na władze Barcelony, żeby usunęły pomnik Kolumba, czy wreszcie wprowadzili w UE zakaz sprzedaży i noszenia koszulek z wizerunkiem Che Guevarry, mimo że totalitarna ideologia i działalność terrorystyczna tego ostatniego nie mają nic wspólnego z „wartościami europejskimi”.

Prawda historyczna jest w większości wypadków złożona i wieloznaczna, a historia Bandery nie należy tu do wyjątków. Są w niej zarówno ciemne, jak i jasne karty. Żadna z nich nie powinna być ani przeceniana, ani niedoceniana, a co ważniejsze, na każdą należy patrzeć przez pryzmat historii i współczesności.

________________________________________________________________________

1Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 25 lutego 2010 r. w sprawie sytuacji na Ukrainie, http://www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//TEXT+TA+P7-TA-2010-0035+0+DOC+XML+V0//PL&language=PL

2Petycja nr 251148. Otwarty apel Ukraińców do członków Parlamentu Europejskiego w związku ze zniesławieniem Stepana Bandery w Rezolucji Parlamentu Europejskiego z dnia 25 lutego 2010 r. w sprawie sytuacji na Ukrainie; http://www.petition.org.ua/petition/detail.php?ELEMENT_ID=617

3Mowa tu o dekrecie prezydenta Wiktora Juszczenki № 46/2010 z dnia 22 stycznia 2010, którym „za niezłomność ducha w obronie idei narodowej, za bohaterstwo i poświęcenie w walce o niezależne Państwo Ukraińskie” Stepanowi Banderze nadano pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy. Tydzień później, 29 stycznia, prezydent Juszczenko kolejnym dekretem uznał członków OUN i UPA za uczestników walk o niepodległość państwa — przyp. tłum.

4„Ukrajinśka prawda”, 09.03.2010; http://blogs.pravda.com.ua/authors/tarasyuk/4b9652fbf3e28/

5Yushchenko: European Parliament has ‚historical complex’ with respect to Bandera, Interfax, 10.03.2010; http://www.interfax.com.ua/eng/main/33884/

6Bohdan Czerwak, Ukrajinśkie pytannia Jewroparłamentu, „Ukrajinśka prawda”, 3.03.2010; http://www.pravda.com.ua/columns/2010/03/3/4828199/

7Jarosław Hrycak, Kłopoty z pam´jattiu, Zaxid.net, 08.03.2010; http://www.zaxid.net/article/60958/

8Andrzej Eliasz, Sprawa Bandery. Polska – Ukraina: niewiadoma z Rosją w tle, „Gazeta Wyborcza”, 27-28.03.2010, s. 22; http://wyborcza.pl/1,76842,7706705,Sprawa_Bandery__Polska___Ukraina__niewiadoma_z_Rosja.html

9Iryna Magdysh, Ukrainians have right to honor their own heroes, „Kyiv Post”, 4 March 2010; http://www.kyivpost.com/news/opinion/op_ed/detail/61046/

10Posoł Polszczi: Ukrajinśko-polśki widnosyny matymut´ inszyj widtinok, UNIAN, 24.03.2010; http://www.unian.net/ukr/news/news-369028.html

11Paweł Kowal, Kryza prymusyt´ Ukrajinu zrobyty czitkyj wybir, Zaxid.net, 25.03.2010; http://www.zaxid.net/article/62297/

12 Alexander Motyl, Ukraine, Europe, and Bandera, Cicero Foundation Great Debate Paper, no. 10/05 (March 2010), p. 6; http://www.cicerofoundation.org/lectures/Alexander_J_Motyl_Ukraine_Europe_and_Bandera.pdf. Tłumaczenie na j. ukraiński: http://zgroup.com.ua/article.php?articleid=3777

13 Ibid.

14 Timothy Snyder, A Fascist Hero in Democratic Kiev, “New York Review of Books”, 24.02.2010; http://blogs.nybooks.com/post/409476895/a-fascist-hero-in-democratic-kiev

15 David Marples, Yushchenko erred in honouring Bandera, “Edmonton Journal”, 10.02.2010; http://www.edmontonjournal.com/news/Yushchenko+erred+honouring+Bandera/2533423/story.html

16 Timothy Snyder, op. cit.

17 Alexander Motyl, op. cit., s. 9.

18 Ibid., s. 8.

19 John-Paul Himka, Should Ukrainian Studies Defend the Heritage of OUN-UPA?, list otwarty nadany 10.02.2010.

20 Alexander Motyl, op. cit., s. 8. Nigger — czarnuch (ang.) — przyp. tłum.

21 Jarosław Hrycak, op. cit.

22 Michael Bar Zohar, Ben-Gurion: the Armed Prophet, Prentice-Hall, 1967, s. 157. Zob. także Ben Gurion and the Palestine Arabs, OUP, 1985; i David Ben Gurion to the General Staff: Ben-Gurion, A Biography, by Michael Ben-Zohar, Delacorte, New York 1978. Specjalne podziękowania dla Stepana Welyczenki za bibliografię.

23 Port lotniczy Tel Awiw-Ben Gurion — przyp. tłum.

Mykoła Riabczuk
Tłumaczyła Agnieszka I. Witek

 

Kultura Enter
2010/07 nr 24

Ihor Pereklita, Ja banderiwka, ja Ukrainka, 2007