Strona główna/Ciemność i światło. Eros i Tanathos

Ciemność i światło. Eros i Tanathos

Wbijam się w pulsujący tłum. Na swoich plecach czuję każdy oddech ludzi czekających wraz ze mną. Wielka niewiadoma – czy zdołam się przebić i wejść na spektakl.

Udaje się. Jakimś cudem, kiedy tłum zafalował raz jeszcze, znalazłem się obok wejścia i już – teraz tylko, w spokoju, schodami na górę. Wchodzę. Przestrzeń wypełniona do granic możliwości. Wszystkie miejsca zajęte. Pertraktuję z panią w zieleni, abym mógł stanąć obok jej krzesła, pod ścianą, by jednak coś zobaczyć. Pierwszy raz widzę, jak maleńka salka mieści coraz to nowe dziesiątki osób. Od dawna nie doświadczyłem takiego poruszenia i determinacji, aby dostać się na spektakl teatralny. Czuje się, że ta widownia to nie bezładna zbieranina przypadkowych osób. Słyszę plątaninę obcych języków. W pewnym momencie światło powoli przygasa. Bardzo długo i monotonnie. Sala cichnie. Zalega kompletna ciemność i cisza. Bezruch, kiedy światło nie wydobywa obrazów, stajemy się ślepcami. Mija sekunda, dwie, trzy, trzydzieści. Łomot. Ciężkie uderzenie. Chopin. Na środku dostrzegamy migotające, maleńkie światełko, dwie splecione, szarpiące się na podłodze postacie. Światło bije z ich wnętrza. Dwie ćmy wokół światła. Szarpiąca się dusza ludzka, z powłoką i ograniczeniem tego świata. Ciemność, bieg, kroki. Ze światła wyłania się postać, zgięta w pół. Wydaje się, że jest wkopana w firmament ziemi. To nie ludzkie, biedne ciało, ale prastara siła, demiurgiczna moc stworzenia kosmosu, zamknięta w jednej na tą chwilę kumulacji energii. Zamykają się ciężkie, toporne drzwi tłumaczeń, sensów, ideologii, przesłań. Znika to wszystko, co nas ludzi zachodu zamknęło w semantycznej pułapce języka i doprowadziło na skraj ku istnieniu światów realnych, poznanych, zbadanych. Postać, która zaczyna powoli sunąć do przodu, łamie jak koła zębate w maszynie logiki to, co zdawałoby się pewnikiem i wytyczną rozumienia rzeczywistości. Wytwarza się kanał innego postrzegania i wyrażania, innego przekazu i odbioru. Nasz umysł odpoczywa, zespala się z ciałem, organizm pracuje wraz z tancerzem, gdzie dusza i ciało przystają, otwierają link do kosmosu. Przekraczają bolesny dualizm wnętrza i zewnętrza ciała, które rozpływa się, na kształt nirwany, wschodniej MU – Pustki, bez kierunku i celu, ku energii środka. Cała widownia, tancerz – chciałoby powiedzieć się – i cały świat – podążają powolnym krokiem ku granicy pomiędzy życiem a śmiercią. Bez bólu i szczęścia. Pozwalamy sobie na zbliżenie się do samego siebie, prawdziwe, realne, bez balastu obciążeń i nazewnictwa. Daisuke Yoshimoto tańczy przed nami to, czym sami jesteśmy. To kim byliśmy i w pewnym sensie będziemy. Mistrz tańca butoh, określany jako ten „który pamięta przeżyte śmierci…”. Bezpośredni spadkobierca nauk Kazuo Ohno i Tatsumiego Hijikaty, sytuujący się w czwórce największych tancerzy butoh na świecie. W Lublinie mało kto wie, że to właśnie on tańczył spektakl „Eros i Tanathos” w maleńkiej Sali Czarnej Centrum Kultury. Białe lilie w ręku 64-letniego tancerza o ciele chłopca, zjedzone podczas euforycznych oklasków widowni. Ostatni gest i znika w drzwiach garderoby. Publiczność wychodzi. Co najmniej połowa, wraz ze mną, wychodzi na scenę, dotyka jej, ogląda, jakby chciała sprawdzić, czy to naprawdę się stało, jakbyśmy wszyscy chcieli zdążyć jeszcze wcisnąć się w szczelinę drzwi, które otworzył Daisuke. Niestety. Na podłodze resztki kwiatów, ślady białej farby, którą pomalowany był tancerz. Czarne ściany sali. Siadam godzinę później w Klubie Centrala, piję herbatę. Po godzinie, kiedy wychodzę, dopiero zauważam małą postać wciśniętą w najciemniejszy kąt, stapiającą się ze ścianą i fotelem. Uśmiecha się, kiwa głową. Jego oczy jednak są puste, czarne, napełnione jakby płynem, cieczą światów nieodgadnionych, w których porusza się tańcząc swoje spektakle. Daisuke Yoshimoto.

Od opisanych przeze mnie wydarzeń minęło kilka lat. Wspomnienie mistrza, genialnego tancerza, artysty pozostało wciąż żywe. Miesiąc temu ponownie gościł w Polsce. Znów niemedialny, nieuchwytny. Obiecał, że powróci za dziesięć lat. Wspomniał Jerzego Grotowskiego, z którego powodu pierwszy raz odwiedził Polskę. Wspomniał o ruinie ciała, i tak chciał abyśmy go zapamiętali.

Tomasz Bazan

 

Kultura Enter
2008/09 nr 02

Daisuke Yoshimoto, fot. M. Zgierska