Strona główna/Długa droga po kościelnych zaspach

Długa droga po kościelnych zaspach

Wspólna liturgia obok pomnika świętego Włodzimierza nie była liturgią miłości, lecz demonstracją siły. Tu w swoje rewiry wkroczył duch zazdrości, który pragnie za każdą cenę zachować sporne terytorium. Konkurencja między patriarchami Moskwy i Konstantynopola stała się wiodącym tematem dla chrześcijan na świecie, i na uroczystościach w Kijowie to się nie skończy. Zmiana geopolitycznego status quo w sposób nieunikniony zwiastuje zmianę status quo geochrześcijańskiego. Ukraina jest dla obydwu tych zmian czynnikiem decydującym.

25 lipca 2008 roku oficjalną wizytę na Ukrainie rozpoczął arcybiskup Konstantynopola – Nowego Rzymu i Patriarcha Ekumeniczny Bartłomiej I. Wizyta -o charakterze państwowym – związana była z obchodami 1020. rocznicy chrztu Rusi Kijowskiej – i odbiła się szerokim echem na Ukrainie (transmisję przeprowadziło pięć kanałów telewizji ukraińskiej), wzbudziła także wiele kontrowersji w Rosji (przeciwko marginalizacji roli patriarchy Moskwy i Wszechrusi Aleksego II protestował Sobór Biskupi Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego oraz prasa rosyjska). W nabożeństwach i spotkaniach z Bartłomiejem I uczestniczyli m. in. prezydent Wiktor Juszczenko, patriarcha Moskwy i Wszechrusi Aleksy II, arcybiskup Aten i całej Grecji Hieronim, metropolita kijowski i całej Ukrainy Włodzimierz, zwierzchnicy dwóch autokefalicznych Kościołów prawosławnych: arcybiskup Aten i całej Grecji Hieronim, metropolita Tirany i arcybiskup całej Albanii Anastazy. Odnotowując to przełomowe, a dyskretnie przemilczane w Polsce wydarzenie prezentujemy kilka spisanych na gorąco refleksji wicerektora Lwowskiej Akademii Teologicznej Myrosława Marynowycza. (gk.)

Świętowanie 1020-tej rocznicy chrztu Rusi-Ukrainy było naznaczone dwoma powodziami: pierwszą – fizyczną, na Podkarpaciu i Bukowinie, drugą – emocjonalną, w sercach chrześcijan tradycji kijowskiej. Wydawało się, że te trzy dni przewróciły coś w naszych duszach, i teraz nastał czas, by ustalić – co dokładnie.

Konstantynopolski patriarcha ma rację, gdy twierdzi iż nie jest papieżem Wschodu. Ale jego wizytę na Ukrainie, jeżeli chodzi o znaczenie, można porównać do wizyty papieża Jana Pawła II. W obu przypadkach zwierzchnicy pokonywali niesamowity sprzeciw patriarchy moskiewskiego i jednocześnie wychodzili naprzeciw najśmielszym oczekiwaniom części ukraińskich chrześcijan. Fakt, iż patriarcha Carogrodu [dawna nazwa Konstantynopola-Stambułu – przyp. red.] w odróżnieniu od Papieża otrzymał formalne zaproszenie ze strony patriarszej Moskwy, nic w istocie nie zmienia. Albowiem Moskwa zapraszała go nie na to świętowanie. Dzięki Prezydentowi Juszczence, świętowanie jubileuszu przynajmniej przez dwa dni odbywało się nie według moskiewskiego scenariusza, stając się tym samym świętem uniezależnienia ukraińskiego ducha prawosławnego. A to już jest najważniejszym wynikiem tych jubileuszowych dni.

Oczywiście, wielu prawosławnych było rozczarowanych tym, iż przebywając w Kijowie, patriarcha Konstantynopola nie rozwiązał kwestii kanoniczności niezależnych Kościołów ukraińskich. Uczucie to da się porównać z identycznym rozczarowaniem greko-katolików, kiedy, przyjeżdżając na Ukrainę, Jan Paweł II nie uznał patriarchatu UKGK (Ukraińskiego Kościoła Grecko-Katolickiego). Oba rozczarowania da się łatwo zrozumieć, ale ciężko usprawiedliwić, gdyż procesy kościelne są niebywale inercyjne. Instytucja, która ceni tradycję ponad wszystkie ziemskie rzeczy, nie może (i nie powinna) z taką łatwością przystosowywać się do zmieniających się konfiguracji politycznych.

Dlatego nie śpieszmy się oskarżać Prezydenta Juszczenkę czy też hierarchów niezależnego prawosławia ukraińskiego za niedociągnięcia. Faktem jest, że było ich kilka. Faktem jest, że zmiana nastawiania Carogrodu miała swoje głębokie przyczyny. Ale to nic więcej jak tylko informacyjne zawirowanie, o którym za rok będą pamiętać tylko fachowcy. Zaufajmy Opatrzności Bożej: nawet przez te 17 lat niepodległości państwowej chrześcijaństwo na Ukrainie było dotknięte tak głębokimi transformacjami, iż nasza niecierpliwość może naprawdę rozgniewać Boga. Lokalny Kościół Kijowski musi dojrzeć – tylko pod tym warunkiem może on mieć trwałą przyszłość. Otóż tak naprawdę poprzez świętowanie 1020-tego jubileuszu chrześcijaństwa na Ukrainie zrobiono kolejny, bardzo ważny krok, docierając właśnie tam, gdzie ta lokalność musi dojrzeć, a więc w dusze i głowy Ukraińców.

Przez dwa pierwsze dni twarz patriarchy Bartłomieja I aż lśniła od wewnętrznego światła. A kiedy nad Kijowem zjawiła się tęcza, stało się jasne, iż nad tym wydarzeniem naprawdę spoczywa błogosławieństwo Boże. Wydawało się, iż jakaś czarna zasłona, która oddalała Kijowską Sofię i całą Ukrainę od jej chwalebnej historii, opadła. Natomiast dzień trzeci zaskoczył przygnębieniem na twarzach ludzki. Jak przekonali się o tym telewidzowie, wspólna liturgia obok pomnika Włodzimierza nie była liturgią miłości, lecz demonstracją siły. Tu w swoje rewiry wkroczył duch zazdrości, który pragnie za każdą cenę zachować sporne terytorium. Konkurencja między patriarchami Moskwy i Konstantynopola stała się wiodącym tematem dla chrześcijan na świecie, i na uroczystościach w Kijowie się to nie skończy. Zmiana geopolitycznego status quo w sposób nieunikniony zwiastuje zmianę status quo geochrześcijańskiego. Ukraina stanowi decydujący czynnik dla obu tych zmian.

Wizyta w Kijowie była niesamowicie ważnym wydarzeniem dla większości hierarchów światowego prawosławia. Jedna sprawa – dowiadywać się o Ukrainie tylko ze złośliwych doniesień Moskiewskiego patriarchatu, a inna – zobaczyć to wszystko na własne oczy. Rozmiary państwa, majestat Kijowa oraz jego historii kościelnej, zdecydowanie Prezydenta – to wszystko utwierdzało się w pamięci poprzez mechanizm imprintingu [wdrukowania, wpojenia – przyp. red] i w należytym czasie się jeszcze odezwie. Brakowało tylko jednego – tego, co siedem lat temu zaskoczyło watykańską asystę Jana Pawła II – półtoramilionowego tłumu ukraińskich wiernych, którzy przybyli na liturgię pod otwartym niebem. Podobno właśnie ta niesłychanie liczna obecność zmieniło postrzeganie UKGK przez watykańskich hierarchów – z kłopotliwego mniejszościowego problemu w potężną siłę duchową, z którą należy się liczyć. Szkoda, iż tym razem ta szansa została utracona, a propos – utracona przez tę samą siłę, która podbiła serca całego świata bajecznością zatłoczonego Majdanu!

Nie należy wątpić, iż kontrowersje kijowskich uroczystości spowodowały duży zamęt w sercach ukraińskich prawosławnych, którzy są w jedności z moskiewskim patriarchatem. Większość z nich na swój sposób kocha Ukrainę, i dlatego ważniejsza dla nich jest kanoniczność Kościoła, aniżeli jego lojalność wobec rosyjskich interesów państwowych. Natomiast podczas obecnych uroczystości rosyjskie interesy aż zbytnio były prezentowane poprzez postawę patriarchy Aleksieja II – nie na darmo świat obiegł aforyzm anonimowego prawosławnego teologa, zaczerpnięty z wiadomości Asia News, który stwierdził, iż „niestety w prawosławiu istnieją ośrodki, gdzie nad uniwersalnym Duchem Chrystusa dominuje duch gazociągów”. Obok pomnika Włodzimierza ukraińscy prawosławni stanęli przed wyborem: nie pomiędzy prawosławiem a katolicyzmem, jak to było podczas wizyty Jana Pawła II, nie pomiędzy kanonicznym a „schizmatycznym” prawosławiem, ale pomiędzy dwoma kanonicznymi gałęziami prawosławia. Przy czym gałąź, która oponuje Moskwie, jest Kościołem Carogrodu, matką-kościołem dla chrześcijańskiego Kijowa! Do jakiego historycznego momentu sumienie tych ukraińskich prawosławnych będzie pozostawało głuche na wyraźnie prorosyjskie motywacje w pozycji patriarchalnej Moskwy?

Uroczystości się skończyły, lecz intrygi co do przyszłych kroków carogrodzkiego patriarchy nadal trwają. Jest rzeczą zrozumiałą, iż cały czas słysząc z ust Moskwy znieważające komentarze na temat ilości podległych Bartłomiejowi I parafii, patriarcha nie przegapi szansy umocnienia swojej pozycji kosztem Ukrainy. Rodzi się pytanie – gdzie jest granica dopuszczalnego ryzyka, które może być przychylnie przyjęte przez światowe prawosławie? Ostatnie ekumeniczne spotkanie w Rawennie pokazało, iż pozycja moskiewskiego patriarchatu w prawosławiu się zmieniła: po raz pierwszy wszystkie prawosławne delegacje głosowały przeciw propozycji wysuniętej przez rosyjskich wysłanników. W tej sytuacji ani Konstantynopolowi, ani Moskwie nie opłacają się gwałtowne wypowiedzi: pierwszej stolicy – żeby nie naruszyć pozytywnych dla niego tendencji, drugiej – żeby jeszcze bardziej nie osłabić swojej pozycji. Tak więc, pozycyjna walka o wpływy będzie nadal trwała. Jak twierdzą obserwatorzy, wiele pokaże jesienne wszechprawosławne spotkanie w Stambule. Interesującym faktem jest, iż pragnąc umocnić swoją pozycję Moskwa zaczęła się domagać obecności na tych spotkaniach jej formalnie samorządnych Kościołów-sojuszników, autonomiczność których jest praktycznie nie uznawana przez świat. Chodzi, w szczególności, o obecność delegacji Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego, który jest w jedności z patriarchatem rosyjskim. Jeżeli to naprawdę się stanie, to będzie to kolejny krok wyjścia z cienia dla tego Kościoła – nie szkodzi, że przez jakiś czas będzie on głosował pod dyktando Moskwy.

A co z wyznaniem niemoskiewskiego prawosławia ukraińskiego? Dziś jest jasne, iż należy jeszcze zaczekać. Jednakże istotną rzeczą jest, aby nie marnować czasu na jałowe oskarżenia, a przyjąć ten fakt jako przychylność losu, który tym samym pobudza wszystkich do ważnych i pilnych kroków.

Po pierwsze należy wewnętrznie skonsolidować tę gałąź ukraińskiego prawosławia, okiełznując niezdrowe ambicje niektórych liderów i wprowadzając samodyscyplinę na wszystkich poziomach hierarchii kościelnej. Wstrzemięźliwość, a nawet upokorzenie, wykazane przez hierarchów niezależnego prawosławia ukraińskiego w czasie uroczystości jubileuszowych, świadczą o tym, że to zadanie nie jest niewykonalne. Najważniejszą rzeczą jest zrozumieć, że dla sukcesu tak na politycznej drodze do Europy, jak i na kościelnym szlaku do lokalności trzeba skończyć z hucpą i tą zawziętą chochłacką wiarą w to, że nam się uda naciągnąć cały świat. Przed prawosławnym światem ma powstać mocny, skonsolidowany i zjednoczony Kościół, którego on nie mógłby nie wyznać.

Po drugie, należy szukać różnorodnych okazji do tego, żeby aktywnie współpracować z prawosławnymi kościołami na świecie, docierając do nich ze swoimi argumentami i stając się bardziej zrozumiałymi. Tę aktywność Ukrainy w sferze dialogu międzykościelnego, która była przed świętowaniem jubileuszu, niewątpliwie należy kontynuować. Chodzi nie o to, by postawić za główny cel uznanie ukraińskiego Kościoła – to byłoby oczywistym błędem. Chodzi o zasadę „bez pracy nie ma kołaczy”, którą trzeba traktować poważnie.

Myrosław Marynowycz
przekł. Ivan Kulibaba

 

Kultura Enter
2008/09 nr 02