Strona główna/Czas wędrowania i czas osiedlenia. Zatrzymane tabory w fotografii Andrzeja Polakowskiego

Czas wędrowania i czas osiedlenia. Zatrzymane tabory w fotografii Andrzeja Polakowskiego

Opowieść o zatrzymanych taborach, mimo że jest oparta na faktach, ma też pewne cechy charakterystyczne dla bajki – najważniejszą z nich jest wyraźny morał, który brzmi: w życiu „sytuacje ostateczne” zdarzają się niezwykle rzadko. Bez względu na to, co się wydaje, drogi bez wyjścia, to najczęściej drogi z bardzo ostrym – z daleka niewidocznym – zakrętem, podobnie decyzje, z których miały płynąć tylko tragiczne skutki, przynoszą również zupełnie niespodziewane korzyści.

Kiedy wiosną 1964 roku delegacje lokalnych urzędników ogłosiły przygotowującym się do opuszczenia zimowych kwater Cyganom[1], że w tym roku tabory nie wyruszą, nikt nie był w stanie przewidzieć wszystkich skutków tej, zakrojonej na skalę ogólnopolską, akcji. Członkowie starszyzn, początkowo zbici z tropu, dali się skusić obietnicą przydzielenia mieszkań i zapewnienia miejsc pracy, i tylko nieliczne, bardzo zdeterminowane rodziny podjęły tradycyjną letnią wędrówkę. Większość została, mimo iż wkrótce okazało się, że obiecane mieszkania trzeba dopiero wybudować, albo generalnie remontować (na co nie ma pieniędzy, więc pozostaje mieszkać w rozpadających się murach); podjęcie pracy też wymaga znacznie więcej wysiłku niż zgłoszenie gotowości, a i płaca nie zawsze zaspokaja potrzeby i ambicje. Na pytanie, dlaczego Romowie przystali na takie warunki, odpowiedzią może być spostrzeżenie Adama Bartosza, który napisał: „Gdy literatura i sztuka tworzyły wizerunek Cygana wolnego wędrowcy – Cyganie żyli bardziej w nędzy niż byli szczęśliwi bogactwem owej wolności. I niejedna rodzina chętnie by osiadła, gdyby miała sposobność […]. I osiadali ci, którzy takie warunki znaleźli. W większości jednak […] z konieczności tułali się od wsi do wsi jak ich pradziadowie”[2]. Tak więc, decyzja o zatrzymaniu taborów, którą władze Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej podjęły w celu wyprowadzenia Romów ze stanu „ciemnoty” i „zacofania kulturalnego”, spotkała się z tendencją (zawsze obecną u cygańskiej społeczności), by porzucać podróżowanie i próbować osiedlenia, gdy warunki zdają się temu sprzyjać. Z drugiej jednak strony, wędrówka była tak mocno wpisana w cygańską tożsamość, że oprócz form zachęty, władze musiały wypracować metody represji, którymi zniechęcałyby do koczownictwa. Skutecznym sposobem okazało się bardzo surowe egzekwowanie prawa nieustannie i mimowolnie przez Romów łamanego i konsekwentne wymierzanie kar pieniężnych za najdrobniejsze nawet przewinienia, do których należały: palenie ognisk na łąkach, w pobliżu lasów i drewnianych budowli, brak sprzętu przeciwpożarowego, wyrąb drzewa i kradzież powalonych pni, powożenie bez posiadania odpowiednich uprawnień, brak oświetlenia wozów, spanie na nich w czasie jazdy, prowadzenie luzem zwierząt, wypasanie bydła w pasie drogi, niszczenie rowów i skarp, organizowanie nielegalnych zgromadzeń (za takie można było uznać na przykład cygański ślub), nieprzestrzeganie obowiązku szkolnego dzieci, brak zameldowania, brak dowodów tożsamości bądź posiadanie nieaktualnych dokumentów, brak szczepień ochronnych[3]. Każdy powód był wystarczająco dobry, by zatrzymać tabor i odstawić go na granicę powiatu – za którą wędrujących czekała kolejna kara w przypadku natknięcia się na jakikolwiek patrol milicji.

Z faktu prowadzenia koczowniczego trybu życia wynikało oczywiście szereg niekorzystnych zjawisk: ponieważ większość dzieci nie chodziła do szkół, znaczny odsetek ludności cygańskiej nie umiał czytać ani pisać, Romowie nie byli ubezpieczeni, mieli utrudniony dostęp do opieki zdrowotnej, nie posiadali stałych źródeł dochodów, co pociągało za sobą prowadzenie podejrzanych interesów i zachęcało do drobnych kradzieży. W końcu, co bardziej ważne dla władzy niż dla samych Romów, państwo nie miało nad koczownikami kontroli: nie byli ewidencjonowani (wielu z nich nie mogło się wylegitymować żadnym dokumentem potwierdzającym tożsamość), nie podlegali poborowi do wojska i nie płacili podatków. Wszystkie te czynniki zdecydowały, że Romów uznano za ludzi potrzebujących wielowymiarowej i natychmiastowej pomocy – następnie zmuszono ich do jej przyjęcia.

Najpóźniej jesienią 1964 roku, Romowie przeprowadzili się do nowych domów. Jak na ironię, nie były one wiele wygodniejsze od wozów, które opuścili: w mieszkaniach brakowało podstawowych sprzętów i przestrzeni. Wielopokoleniowe rodziny musiały się zmieścić na niewielkich metrażach. Ci, którzy zamieszkali w świeżo wybudowanych barakach i tak byli w lepszej sytuacji od tych, którym przydzielono mieszkania stare, często przeznaczone do rozbiórki lub generalnego remontu, w których dachy przeciekały, ściany pokrywał grzyb, a przez nieszczelne okna wdzierał się chłód i deszcz.

Romowie nie uznali tych warunków za szczególnie uciążliwe – nie różniły się od tego, do czego przywykli. Ale przyzwyczajenie nie było główną przyczyną ich obojętności; istniał ważniejszy powód: poczucie tymczasowości sytuacji, w której się znaleźli. Wielu z nich, zwłaszcza starszych, wierzyło, że przymusowy postój skończy się wcześniej czy później i że którejś wiosny – być może za rok lub za dwa – tabory znów wyjadą na drogi, bo zniesiona zostanie unieruchamiająca je „ustawa o zakazie wędrowania”[4]. Tymczasem mijały kolejne wiosny, jesienie i zimy, a tabory nie ruszały, opuszczone wozy niszczały zaparkowane przed murowanymi domami, a wraz z nimi odchodził w przeszłość kluczowy element cygańskiej kultury.

Ten właśnie graniczny moment tracenia, rozdarcia i zawieszenia utrwalił na swoim zdjęciach lubelski fotografik, Andrzej Polakowski[5]. Jego zdjęcia, wykonane w latach 1966-1967, pokazują sytuację Romów, których akcja osiedleńcza z 1964 roku zastała w okolicach Lublina: w Grabowcu, Hrubieszowie, Kraśniku, Lubartowie, w Parczewie, Puławach i na lubelskim Węglinie. Polakowski wszystkie te miejsca odwiedził jako towarzysz reportera Zdzisława Kazimierczuka[6]. Obaj mieli wielkie szczęście, gdyż udało im się zdobyć zaufanie zamkniętej romskiej społeczności i być dopuszczonymi zacznie bliżej, niż przeciętny gadzin (nie-Cygan) mógłby marzyć[7].

Polakowski skorzystał z owego przywileju taktownie i bez naruszania tabu, a efekt jego pracy – kilkadziesiąt zdjęć – to doskonały dokument tamtego szczególnego dla Romów czasu. Jednocześnie zdjęcia te wznoszą się ponad poziom „dobrej reporterskiej roboty”, dzięki temu, że mocno wybrzmiewa w nich osobiste zaangażowanie fotografa, otwartość na zastaną sytuację i wielka sympatia dla portretowanych ludzi. Wyraża się to zarówno w formie jak i w treści zdjęć. Formę charakteryzuje bardzo spokojne i pełne elegancji kadrowanie – słowo „klasyczne” nasuwa się tutaj samo – podlegające na podporządkowaniu kadru poziomymi, pionowymi i diagonalnymi liniami kompozycyjnymi, na których z reguły znajdują się „strategiczne punkty” zdjęcia. Wzrok widza jest dyskretnie prowadzony przy pomocy tych linii po elementach, które fotograf chce mu pokazać. Ale jeśli niewielkim wysiłkiem woli oderwie się on zaplanowanego toru, natrafi na wiele ciekawych szczegółów, które znalazły się tam, by świadczyć o prawdziwości i reportażowej autentyczności zdjęć. Dyscyplina kompozycyjna wprowadza do zdjęć harmonię – jeden z podstawowych składników pojętego na sposób grecki piękna. W oparciu o to głębokie, choć dyskretne odwołanie do tradycji, kształtuje się nasz odbiór fotografii i, jak zauważył Marcin Skrzypek, „może się nam […] zdarzyć, że zmarszczenia tkanin wokół śpiącego na chodniku dziecka nagle zaczną przypominać fałdy płaszczy barokowych świętych. A matka z dzieckiem z Kraśnika Fabrycznego – cygańska madonnę”[8].

Polakowski, jako reporter, nie ukrywa się, nie maskuje swojej obecności; wręcz przeciwnie, niemal słyszymy echo pytania: „Czy mogę ci zrobić zdjęcie?”, po czym migawka pstryka na tyle szybko, by mężczyźni nie zdążyli wygładzić twarzy, kobiety wyrównać fałd sukien a dzieci znudzić się „pozowaniem”. Jednocześnie, obok zdjęć tego typu znajdziemy inne, znacznie skrupulatniej rozplanowane i bardziej skomplikowane, na których ludzie ustawili się niczym do rodzinnego portretu.

Co zatem jest tematyką zdjęć? To najszerzej rozumiana codzienność. Jej bohaterkami są kobiety i – najchętniej pozujące – dzieci, a także, choć rzadziej, mężczyźni i zwierzęta, wreszcie cygańskie wozy (stare domy) i murowane budynki (domy nowe). Wszyscy oni zdają się przebywać w szparze pomiędzy dwoma wyraźnymi krawędziami rzeczywistości: jedną z nich jest wędrówka, drugą osiedlenie. Widać to wyraźnie na zdjęciach, gdzie kobiety, mające już od kilku lat kuchnie, wciąż gotują na ogniskach i na świeżym powietrzu, w misce wody, zmywają zgrzebne, poniszczone naczynia. Podobnie mężczyźni wciąż ujeżdżają i sprzedają konie, tak jakby byli w trakcie dłuższego postoju.

Najbardziej przejmujący nie jest, wbrew pozorom, ewidentny niedostatek i trudne warunki mieszkaniowe osiedlonych Romów – te obrazy byłby może dramatyczne, lecz są złagodzone poprzez przebijającą zza biedy pogodę ducha i łagodność: przez uśmiech młodych kobiet, wesołość brykających dzieci, skupienie malujące się na twarzach mężczyzn. To, co najmocniej porusza, to obrazy tradycyjnie dekorowanych smokami i lustrami cygańskich wozów – dawnych domów – zniszczonych, obłażących z farby i zarastających wysoką trawą, stojących bez kół i szyb w oknach na podwórkach przed nowymi, murowanymi mieszkaniami. W rozpadających się „filarach” taborów, bez których niemożliwa byłaby niegdyś wędrówka, bawią się beztrosko dzieci, swoją ruchliwością i beztroską jeszcze mocniej akcentując martwy bezruch i bezużyteczność wozów. Na zdjęciach wyraźnie widać, że nawet, gdyby założono zdjęte z osi gumowe koła, żaden z nich nie byłyby w stanie wyruszyć. Widok ten jest żałosny i bezgranicznie smutny. Powolna śmierć cygańskich wozów, dramatyczna sama w sobie, staje się również symbolem śmierci kultury, do której należały.

Polscy Romowie, a przynajmniej ogromna większość z nich, nigdy już nie wyruszyła. Nawet, gdy po 1989 roku zmieniła się sytuacja polityczna kraju i nikt nie utrudniał im wędrówki, niewiele rodzin podjęło dawny tryb życia.

Tabory prawdopodobnie umarłyby tak czy inaczej. Widać to na przykładzie nielicznych romskich rodzin, które w latach 60. i 70. uparcie, bez względu na trudności, podejmowały co roku tradycyjną podróż. Zaczęły one przemieszczać się samochodami lub pociągami, wioząc ze sobą namioty. Na pewno częściowo robiły tak, by upodobnić się do podróżujących z plecakami, biwakujących pod gołym niebem turystów i uniknąć kłopotliwych spotkań z milicją. Ale drugim powodem była wygoda: wóz ciągnięty przez konia został zastąpiony samochodem, szałas w lesie – turystycznym namiotem, kołdra i poduszka – poręcznym śpiworem. „Akcja rygorystycznego egzekwowania obowiązujących przepisów – podsumowuje Adam Bartosz – nie odniosła skutku natychmiast, a w gruncie rzeczy nie zatrzymała wędrówki do dziś. Jednak rok 1964 będzie zapamiętany przez Cyganów jako rok kresu swobodnych wędrówek. Dziś owa data staje się jednym z elementów wzmocnienia czy wręcz budowy świadomości etnicznej Romów. Tak więc zarządzenia władz komunistycznych z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku zaowocowały niespodziewanie zbudowaniem nowego mitu o szczęśliwym okresie wolnej wędrówki, mitu wokół którego konstruuje się poczucie cygańskiej tożsamości”[9].

Andrzej Polakowski, opowiadając historię małej grupy osiedlonych w województwie lubelskim Romów, oddał niebagatelną przysługę romskiej społeczności w Polsce. Grupie, która nie ma spisanej historii, której opowieści są coraz rzadziej opowiadane, bo coraz mniej żyje tych, którzy by je pamiętali i na skrajach lasów nie płoną już wieczorne ogniska, przy których można by ich słuchać, pozostawił kilkadziesiąt fotografii – pamiątek z najważniejszego w ich historii XX wieku wydarzenia, jakim był początek Wielkiego Postoju. Ten moment niezaprzeczalnie, mocno (i ostatecznie) zmienił romskie zwyczaje, podejście do życia, pracy, edukacji – i tożsamości. Bo, paradoksalnie, poczucie tożsamości wzrosło. Osiedleni Romowie zobaczyli siebie, jako większą społeczność, stali się świadomi zachodzących w niej przemian i odniesionych strat, poczuli potrzebę ochrony dawnych zwyczajów, którym grozi obrócenie w folklor. Mimo że romskie dzieci, które w szkołach uczą się historii, niewiele dowiedzą się o przeszłości własnego narodu, bo mina lata, zanim ktoś dopisze treść na wielu pustych kartach, z których teraz głównie się składa, najważniejsza rzecz już się dokonała. W Romach obudziła się potrzeba poznania i oswojenia własnej przeszłości, zrozumienia przyczyn, i konsekwencji kilkusetletniego wędrowania, poznania kontekstów, w których rozwijała się, choć nie byli tego świadomi, ich własna historia.

Przesadą byłoby powiedzieć, że sprawiły to zdjęcia Polakowskiego, ale ich rola we wspomnianym procesie jest nie do przecenienia – stały się ważnym elementem cygańskiego „muzeum pamiątek”. Są rodzajem dokumentacji tamtego czasu, posiadającej jednocześnie potężną wizualną siłę przekazu. Siła ta wynika między innymi z faktu, że sympatia autora jest po romskiej stronie, ale zdołał on uniknąć idealizacji. Był rzetelny – nasycił tylko zdjęcia niezaprzeczalnym pięknem. Pięknem, które wynika ze zderzenia zgrzebnej treści i wysublimowanej formy, nieatrakcyjnego otoczenia i urzekającej urody ludzi, prostoty życia i wielowarstwowej artystycznej szaty, w jaką to życie zostało ubrane. Zaufanie, którym został obdarzony fotograf, pozwoliło mu zapuścić się z obiektywem znacznie dalej, niż mogli wejść postronni reportażyści, a dzięki temu zrobione przez niego zdjęcia są dla badaczy kultury Romów znacznie bardziej wartościowe. I nie tylko dla nich, ale dla każdego Roma czy Romki, którzy zapragną poznać własne korzenie. Oglądając te fotografie, poznają oni wszystkie trudności przejściowego czasu na początku Wielkiego Postoju. I bardzo prawdopodobne, że mocniej poczują tęsknotę, którą podobno każdy z nich w sobie nosi – za barwnym mitem taboru, za wędrówką, która urasta do rangi symbolu, tak, jak jest nim koło wozu na błękitno-biało-zielonej cygańskiej fladze.

Podróż taborem, gdyby jakaś romska rodzina chciała na nowo ją podjąć, byłaby w tym momencie wywoływaniem duchów – takie podróże skoczyły się w 1964 roku. Ta decyzja została podjęta za plecami Romów, ale jej konsekwencji nie da się odwołać. Jednak przed tą społecznością inna poważna podróż, którą można odbyć bez odbudowywania zniszczonych drewnianych wozów – wyprawa do korzeni taborów, podróż po tożsamość, która może prowadzić malowniczą szosą, ale może być też niekiedy wędrówką rozległymi bezdrożami historii i spaniem pod rozgwieżdżonym niebem hipotez.

To jednak tylko dowodzi faktu, że w życiu rzadko przytrafiają się sytuacje ostatecznie zamknięte. Jest, co prawda, wiele takich, których nie da się odwrócić – nie można sprawić, by tysiące cygańskich wozów wróciło na polskie drogi a do wsi znów przychodziły ubrane w barwne spódnice wróżki i wąsaci handlarze końmi – ale mało jest tych, które zatrzaskują się przed nami z hukiem. Historia zatrzymanych taborów, o których pamiętamy dzięki wrażliwości i reporterskiemu zacięciu Andrzeja Polakowskiego, jest tego przekonującym przykładem.

Internetowa galeria zdjęć Andrzeja Polakowskiego znajduje się na stronach internetowych Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN

W tytule artykułu został użyty cytat  z artykułu Romana Kwiatkowskiego (R. Kwiatkowski, Bolesna przemiana, [w:] Andrzej Polakowski, Pożegnanie taboru. Grabowiec, Hrubieszów, Kraśnik, Lubartów, Lublin, Parczew, Puławy. Fotografie 1967, Lublin 2007, s. 81.)

Anna Kiszka


[1] Obecnie używa się raczej nazwy „Rom” („Rrom”), która jest oficjalnym określeniem narodowości, niemniej słowo „Cygan”, mimo że niekiedy uważane za formę obraźliwą, ma również długą tradycję – i rację bytu, zwłaszcza, gdy, tak jak tutaj, używane jest w odniesieniu do okresu, w którym nie miało tak pejoratywnego zabarwienia. Zob. Remigiusz Okraska, Cyganie – Romowie, www.olszówka.most.org.pl/cyganie.rtf (22.08.2008) oraz Adam Bartosz, Nie bój się Cygana, Sejny 1994 (rozdział Rom, to brzmi dumnie).

[2] Adam Bartosz, Nie bój się Cygana, s. 112.

[3] Por. tamże, Aneks 3, s. 185-188.

[4] Ustawa ta w istocie nigdy nie powstała; Cyganie, na mocy uchwał, byli jedynie bardzo skrupulatnie rozliczani z przestrzegania obowiązujących przepisów. Jednak wielu Romów było (i jest) przekonanych o jej istnieniu; można by powiedzieć, że „ustawa o zakazie wędrowania” jest dla nich rodzajem mitu tłumaczącego zawiłą i trudną do przyjęcia rzeczywistość.

[5] Urodzony w 1937 roku. Absolwent Wydziału Budownictwa Politechniki Poznańskiej. Członek Związku Polskich Artystów Fotografików. Rozbudowaną notkę biograficzną zob. Marcin Skrzypek, O autorze, [w:] Andrzej Polakowski, Pożegnanie taboru. Grabowiec…, s.  93.

[6] Zdjęcia miały służyć przede wszystkim jako ilustracja do książki Pożegnanie taboru (Lublin 1968), w której Zdzisław Kazimierczuk zebrał swoje „cygańskie” reportaże. Pierwsza ich wystawa odbyła się na przełomie 1968 i 1969 roku w Muzeum Literackim im. Józefa Czechowicza. Po wielu latach nieobecności, zostały znów pokazane w 1994 roku (Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”), w roku 1995 i 1998 (ACK „Chatka Żaka”) wreszcie w roku 2006, jako plenerowa wystawa w Ogrodzie Saskim. Rok później Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” wydał album Pożegnanie taboru. Grabowiec, Hrubieszów, Kraśnik, Lubartów, Lublin, Parczew, Puławy. Fotografie 1967 (Lublin 2007).

[7] Nie bez znaczenia była tutaj bliska znajomość Zdzisława Kazimierczuka z Romanem „Labą” Bobowiczem, młodym Romem z taboru osiadłego w Grabowcu, który cieszył się dużym szacunkiem w swojej społeczności.

[8] Marcin Skrzypek, Gorący uczynek, [w:] Historie z fotogramów 2007. Aneks do albumu Pożegnanie taboru Andrzeja Polakowskiego, s. 6

[9] Adam Bartosz, Na wielkim postoju, [w:] Andrzej Polakowski, Pożegnanie taboru. Grabowiec…, s. 85.

Kultura Enter
2008/09 nr 02

Kraśnik Fabryczny. Fot. Andrzej Polakowski. Ze zbiorów Ośrodka Brama Grodzka - Teatr NN

Kraśnik Fabryczny. Fot. Andrzej Polakowski. Ze zbiorów Ośrodka Brama Grodzka - Teatr NN

Grabowiec. Fot. Andrzej Polakowski. Ze zbiorów Ośrodka Brama Grodzka - Teatr NN