Strona główna/„Rozstrzelane odrodzenie” oraz strategie przetrwania

„Rozstrzelane odrodzenie” oraz strategie przetrwania

O dziwo, jest dziś wiele rzeczy, które zmuszają do tego żeby cały czas wracać do rozmyślań nad literaturą oraz metafikcyjnymi pytaniami „Rozstrzelanego Odrodzenia”. Dla mnie ostatnio takim bodźcem stało się czysto przypadkowe zetknięcie się z niedużym zbiorem materiałów z osobistego archiwum Waleriana Poliszczuka – „Błogosławiony ten co płonąć może…” (Wyd. Azalia, Równe 1997).

Książeczka ta składa się z fragmentów z dzienniczka i z korespondencji autora, i zawiera w sobie cały szereg ciekawych momentów: obłędne polityczne poszukiwania pomiędzy UNR (Ukraińską Narodową Republiką) a komunizmem w czasie rewolucji, wołanie o ratunek w liście do „opiekuna” w latach trzydziestych XX w., śmiechu warte, pełne samouwielbienia rozmyślania na temat roli Poliszczuka w procesie literackim, uwagi na temat psychologii twórczości, wesołe codzienne drobnostki w stylu wzmianki o tym, iż autor sam sobie „wyprał skarpety” i inne. Ale najbardziej mnie dotknął jeden z listów Poliszczuka do żony. Dwie okoliczności czynią ten list ważnym dokumentem: data napisania (29 maja 1933 roku) oraz fakt, iż list nie był wysłany pocztą, tylko przekazany do rąk własnych:

Faktem godnym ubolewania jest to, iż ta sama koścista ręka śmierci, która podsunęła browning do skroni Chwylowego, zaczęła nam wypłacać za to pieniądze. Bo, jak powiadają, w innych miejscach nie płacą porządnie. (…) Najbardziej byłem zaskoczony kiedy w byłym „Ruchu” dostałem od razu aż półtora tysiąca. Ach, jakież to życie jest cyniczne. Jak tanio się spłaca krew naszego Kolaszy [Zmiękczenie od Mykoła – chodzi o Mykołę Chwylowego – przyp. tłum.]. Podejrzewam że będą nad tym się guzdrać aż do jesieni…

(…) Ale do wszystkiego da się przyzwyczaić, nawet do tego, iż na ulicach Charkowa ludzie mrą z głodu. Wszystko to widzę już otępiałymi oczami. Jakież to jest straszne a zarazem genialnie zachowawcze, iż człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego, przystosowując swoje myśli i emocje do okoliczności. Nie nadaremnie Chwylowy się zastrzelił: myśli najwrażliwszych już się przystosowały, natomiast myśl polityczna była zawsze natrętnie cyniczna w stosunku do ludzkich uczuć i cierpień. Lepiej by było gdyby się przyzwyczaił do bycia szczerym ze sobą, pisarzem. Jaka szkoda. Powiesiłem u siebie jego duży fotoportret i za każdym razem słyszę jego głęboki głos z psotnymi, zabawnymi modulacjami.

(…) Pyłypenka wywalili z posady dyrektora w Instytucie Szewczenki, a oni rozsądnie i starannie oddają dziecko do rosyjskiej szkoły, ale i to mu nic nie da. Nasza sąsiadka Marta też to samo chciała zrobić, nazywając siebie internacjonalistką, ale ja w końcu prosto w oczy ją nazwałem królicą i nawet dodałem – socjalistyczną królicą.

Prawdą jest to, że wszystkie rozmyślania o tych latach, nawet te dokonywane przez najbardziej pilnych historyków i literaturoznawców, skazane są na błąkanie się w zacisznym i bogato ozdobionym labiryncie przypuszczeń. Ale nawet domysły są czasami coś warte. Przytoczone wyżej fragmenty z listu Poliszczuka do żony, listu w którym autor prawdopodobnie mało się troszczył o autocenzurę, można przyjąć prawie jako dokumentalny dowód tego, iż nie wszyscy pisarze lat 20-ch i 30-ch XX wieku byli oszukani i całkowicie nieświadomi tego co się wokół nich działo. Jeśli na takie uwagi zdobył się „lewacki” pisarz Poliszczuk, który aktywnie i stale walczył z futurystami o prawo nazywania się prawdziwym lewicowym  awangardzistą, zwłaszcza ze względu na polityczną czystość własnej twórczości – to po co było ulegać czarom iluzji różnorodnych „prawicowych oportunistów”, „literackich wsteczników” i innych towarzyszy podróży? Innymi słowy, ten list umieszczony w szerokim kontekście innych dokumentów i świadectw, w pewnym sensie podważa dość rozpowszechnioną, nie tylko w biograficznych tekstach tezę o tym, że większość ówczesnych pisarzy wierzyło w sprawiedliwość oraz potrzebę wszystkiego co się działo, i było zaskoczonych samobójstwami, aresztami i egzekucjami.

Zresztą, niezależnie od społecznej wiary czy niewiary, chcę zadać nieco inne pytanie, również ze sfery domysłów. Jakie strategie obrali (świadomie czy też nieświadomie) ukraińscy pisarze w zetknięciu z destrukcyjno-represyjną radziecką machiną? I jakie z nich umownie można postfactum nazwać „lepszymi” albo „bardziej udanymi”? Określając rzecz całą metaforycznie – „spotkanie na węzłowej stacji” stalinowskiego państwa i artysty jest raczej natknięciem się typowego inteligenta w słabo oświetlonej uliczce na kilku „chuliganów” (wydaje się, iż słowo to zupełnie utraciło swoją adekwatność i namolnie prosi się być wziętym w cudzysłów).  Co ma zatem do wyboru nasz inteligent?

Ogólnie rzecz biorąc – istnieją tutaj trzy opcje. Pierwszą, używając języka współczesnych ulicznych bijatyk, można ogólnie określić jako „nadskakiwanie”. W tym kontekście oznacza to usilne próby udowodnienia własnej lojalności, poprawności, przerzucanie winy na inne postacie, gdyż „tam za rogiem widziałem prawdziwego jelenia, chodźmy, razem go przyciśniemy!” To jest niezbyt szlachetny, ale dosyć efektywny, jak się wydaje, sposób. Druga metoda – „schylić kark”. Wykonywać wszystkie zobowiązania, bez szczególnego entuzjazmu, być cichym, wykręcać się w nadziei na to, że uda się zwiać. Trzecia możliwość zachowania – zrobić coś z zaskoczenia. Na przykład, uderzyć jednego z „chuliganów” i, wykorzystując ich zaskoczenie („jak to, ten zdechlak jeszcze potrafi oddać?”), uciec. Psychologowie nazywają to łamaniem stereotypu zachowania, nadto uważają takie zachowanie w tej sytuacji za wielce skuteczne.

Nie ulega wątpliwości, że ekstrapolacja takiej metody na literaturę ukraińską obciążona jest dużą dozą umowności. Oprócz tego mam świadomość faktu, że nadzieja na poznanie ówczesnego życia w szczegółach – jest chybiona. Z literackiego życia lat 20-tych – 30-tych XX wieku pozostały same umowności (na szczęście nie dotyczy to samej literatury).

A więc – śmiało, czerpmy zadowolenie z obserwacji tychże umowności.

„Entuzjaści”

Możliwości aby aktywnie demonstrować swoją lojalność pisarz radziecki zawsze miał aż nadto. Stale zachęcano do donosów i przymilania się, chwalono modulacje „twórczej metody” wraz z „wytycznymi partii”. Jeszcze dziś to odbija się echem w hasłach poszukiwania „aktualnej dla współczesności” lub „prawdziwie narodowej” sztuki.

Dziś można stwierdzić, że w mniejszym lub większym stopniu niemal wszyscy ukraińscy pisarze doby stalinizmu flirtowali z władzą. Ale miara tego flirtu była zróżnicowana. Linię maksymalnie możliwego zbliżenia do władzy obrał sobie organizacyjny lider futurystów Mychail Semenko. Jeżeli w pierwszej połowie lat 20-tych XX wieku w tworzeniu teorii futurystycznych oraz w polemice z oponentami można było poprzestać na rytualnym odwołaniu do marksizmu, a w twórczej praktyce w sposób dosyć umiarkowany, rzeczowy i z formalistycznym kunsztem dopasowywać do niego retorykę polityczną (podajmy przykład: Jakaż to słodycz umierać/Gdyby ciebie rozstrzelał Petlura!) – to późniejsze czasy wymagały innego podejścia. O ostatecznych akordach dyskusji literackiej najlepiej opowiada Oleh Il’nycki w „Ukraińskim futuryzmie”. Najbardziej spektakularna wymiana artykułów-donosów odbywała się pomiędzy futurystami a już wtedy rozwiązaną Wolną Akademią Literatury Ploretariackiej (WAPLITE). Semenko, Chwylowyj oraz ich sojusznicy dostarczali zapewne władzy wiele rozrywki swoimi sprzeczkami o to, kogo warto wsadzić na ławę podsądnych w procesie SWU, i kto jest większym marksistą. Zwłaszcza, że w użyciu były takie zagrania, jak wykorzystanie w polemice osobistego dziennika (z komentarzem, że „to nie dziennik, a prawdziwy klozet!”). Odbywały się też złożone pomiary poziomu mieszczańskiego nacjonalizmu oraz rywalizacja w intensywności skruchy nad własnymi błędami z przeszłości.

Charakterystyczne załamanie nastąpiło w literackiej twórczości Semenki. Gdyby górnolotne i pełne patosu wiersze o „mowie epoki Stalina” napisał kto inny, na przykład główny futurysta, jeszcze całkiem niedawno by je wyśmiał jako toporne wysiłki wieśniaków, aby przypodobać się dyktaturze proletariatu. Natomiast nowe socrealistyczne notki awangardzisty wielce się spodobały Jurijowi Smołyczowi, o czym wzmiankuje w swoich niedokończonych „Niepokojach”, jako o narodzeniu z Semenki „prawdziwego poety”. Ciekawy szczegół – w mojej opinii, wiele znaczący – znajdujemy też w „Ogrodzie Oliwnym” Iwana Bahrianyja. W jednym z fragmentów pojawia się mur więzienny, na którym Mychaił Semenko napisał swój ostatni, „najlepszy” wiersz: Ciężka jest niewola/W ojczystym domu!

Jak wiadomo, powieść Bahrianyja jest czasami traktowana jako rzeczywiste wspomnienia, szczególnie jeżeli chodzi o realne osoby (córka pisarza-„płużanina” Mykoły Dukina fragment dotyczący jej ojca skomentowała jako bardzo wiarygodny). Mniejsza o to, czy to realne szczegóły, fikcyjny wymysł czy legenda charkowskiego więzienia – ów dwuwiersz można traktować jako swego rodzaju konkluzję wewnętrznego załamania ukraińskiej awangardy (po którym zostały z niej tylko resztki ekstrawaganckiej aforystyczności). Oraz – jako prolog do pewnych cech literatury pokolenia szistdesiatnykiw.

Bardzo aktywny flirt ze „smokiem” oraz pionierską skruchę demonstrowali wspomniany Walerian Poliszczuk wraz z Iwanem Mykytenko. Osobno można wspomnieć o Iwanie Dniprovskim, który podobno przyznał się swojemu przyjacielowi Mykole Kuliszowi, że miał do czynienia z tajnymi współpracownikami, czyli ze Slisarenką – ami, czyli zenia z  iej lne szczegóły, ania, jak w roli obywatelskiego oskarżyciela na procesie SWU – oraz Hryhorij Epika, który w śledztwie spełniał rolę najlepszej broni oskarżenia.

Paradoksalnie, pisarze zbyt lojalni wobec władzy, często nie mieli spodziewanych możliwości przetrwania. Co więcej, tracili cudowne okazje ratunku: Iwan Mykytenko latem 1937 roku jeździł do Hiszpanii i Francji jako delegat II Międzynarodowego Antyfaszystowskiego Kongresu Pisarzy, ale powrócił na Ukrainę, gdzie czekała na niego tajemnicza śmierć. Czyżby oczekiwał, że władza doceni takie oddanie? Na ogół zagraniczne delegacje pisarzy, które dość często organizowane były w latach 1920-1930, z jakiejś przyczyny nie zrodziły potężnej fali „niepowrotów”. Prawdopodobnie dawały się tu we znaki przekonania wielu pisarzy – misz-masz poglądów socjalistycznych i nacjonalistycznych – wpędzające ich w ślepą uliczkę, nie pozwalające na to, aby „tam” czuć się bezpiecznie. Z pewnością liczył się tu  również okazywany przez środowiska zagraniczne brak zainteresowania kulturą ukraińską – i kulturą w ogóle.

Ulegając hipnozie i poczuciu wyższości zwycięzców w stosunku do wykorzystanych w walce   kolaborantów, pisarze, którzy postawili na aktywną przyjaźń z władzą, znaleźli się w jeszcze jednym niebezpieczeństwie. Ryzykowali wciągnięcie w śmiertelną walkę pomiędzy wewnętrznymi frakcjami bolszewików. Więc, z perspektywy czasu, strategia ta wydaje się całkowicie nieskuteczna, tak z moralnego, jak i czysto pragmatycznego punktu widzenia.

Chcesz żyć, to się kręć

Już ukraińsko-rosyjski psychiatra czasów imperialistycznych Pawło Kowalewski w zbiorze szkiców „Obdarzeni szaleństwem” stwierdził: już od czasów cara Iwana Groźnego najpewniejszym ratunkiem było – schować się, stać się niezauważalnym. Car Iwan ze swoimi szalonymi, nieprzewidywalnymi porachunkami, oraz podziałem państwa na „ziemszczyznę” i „opriczninę” był niewątpliwą inspiracją dla Stalina. Właśnie dlatego pasywno-przystosowawczy model zachowania wśród pisarzy „Rozstrzelanego Odrodzenia” stawał się coraz bardziej popularny.

Ogólna tendencja żeby „nie wychylać się i nie zadzierać” objawiała się w różnorakich formach. Mało dziś znana, ale utalentowana i oryginalna poetka Raisa Trojanker w ciężkich czasach wykazała się genialną intuicją, zresztą – być może po prostu była dobrze poinformowana i wystarczająco zdeterminowana. Autorka czułych metaforycznych miłosnych wierszy, które z jakiegoś powodu były przez krytykę traktowane jako pornograficzne, „formalistyczne hydry”, jak na przykład:

Szkorbutem ciążą twoje dziąsła

Ty chustę krwią, jak szyld, farbujesz

A wy koniecznie żyć musicie

O-

Rang-

utangi-

albo „Bucharin na stole spoczywa”, uczestniczka poliszczukowej „Awangardy”[1]miała wszelkie szanse, aby znaleźć się na liście ofiar. Ale w 1931 roku wyjechała z Charkowa i wyszła za mąż za Illię Sadofiewa, pisarza-proletariusza z czekistowskim rodowodem. Mieszkała do 1935 roku w Leningradzie w domu pisarzy i, jak opowiada jej wnuczka, obserwowała jak ludzie po kolei znikają ze swoich mieszkań. Wtedy nagle rozwodzi się z mężem i wyjeżdża do Murmańska. To oczywiste, że wyślizgnęła się z niebezpiecznego miejsca, w momencie zbliżania się najostrzejszych represji. W Murmańsku, jak zawsze politycznie poprawna Trojanker (pomińmy casus wiersza z Bucharinem w tytule, którego nazwisko pracownicy biblioteki Wernadskiego zamazali później atramentem) całkowicie zmienia język na rosyjski i dryfuje w stronę socrealizmu. Dodajmy – poetka umarła śmiercią naturalną, nie doczekawszy „walki z kosmopolitami”.

Jednym z tych, którym do zachowania życia zabrakło doprawdy niewiele, był Włodzimierz Świdziński. Obrał on strategię nieuczestniczenia w literackich dyskusjach i kłótniach, oraz minimalnej aktywności publicznej (jego nieliczne publikacje były wynikiem „podjudzania” innych pisarzy), często natomiast zajmował się koniunkturalnymi tłumaczeniami. Zagłębiony w sobie, społecznie zupełnie nieaktualny poeta, krytykowany za „oderwanie od życia”, tylko dwa razy, jak się wydaje – poszedł na wierszowany kompromis: w tekstach „Październik” oraz „Pogromca niewolnictwa, ciemności prześladowca…”:

…Stalinie nasz! Jak silny Kaukaz twój

Wzbijając się nad światem ty górujesz

Z spokojem niszczysz czarne chmury

I źródła myśli twórczej żywisz…

Świdziński został aresztowany tuż przed przyjściem Niemców i spalony żywcem razem z innymi więźniami w chlewie na Charkowszczyźnie, kiedy to enkawudziści zdali sobie sprawę, iż mogą nie zdążyć ewakuować wszystkich „wrogów ludu”.

Wojny natomiast udało się doczekać Arkadiuszowi Hubczence, który w swojej biografii miał już aresztowania i okazywania skruchy.

„Ojczyzna Stalina, ojczyzna serc ze stali” (Mykoła Bażan), „ Rodzony ojcze, Stalinie drogi” (Maksym Rylski), „Ojczyźnie chwała, Stalinowi na wieki chwała” (Wołodymyr Sosiura) – wszystkie te teksty praktycznie niczym się nie różnią, były niewątpliwie napisane w sposób automatyczny i nie można ich uważać za przejaw zdrady. Potwierdzają tylko degradację większości pisarzy, którzy obrali najbardziej naturalny i najbardziej kompromisowy sposób zachowania przy spotkaniu z władzą radziecką. Nie było ono jednak żadnym gwarantem ani fizycznego ani tym bardziej twórczego ratunku, aczkolwiek – jeżeli spojrzymy postfactum – było zdecydowanie najskuteczniejsze. Jej głównymi atutami były – brak radykalizmu oraz możliwość zachowania odrobiny wewnętrznej wolności.

Ci, co przebiegli nad przepaścią

Pisarzy, którzy odważyli się grać z enkawudzistami i innymi „chuliganami” w grę „kto pierwszy”, było niewielu. Wydaje się, że spośród nich najbardziej zaskakującą biografię miał Todoś  Ośmaczka. W jego przypadku zbyt dużo wiadomości pochodzi z jego wspomnień, ale mimo to możemy odtworzyć prawdopodobny przebieg wydarzeń. Obierając za centralny motyw swej pracy ucieczkę, pisarz pozostał mu wierny w bliskości problemom realnego życia. Według wielu wspomnień, większą część lat 20-tych i 30-tych Todoś Ośmaczka poświęcił ciągłym przeprowadzkom – ze strachu przed aresztem i w próbach ucieczki za granicę. Kilka razy go łapano i wsadzano do szpitala psychiatrycznego. W końcu Ośmaczka nie wytrzymał i napisał… list do Stowarzyszenia Pisarzy z prośbą by go „wypuścili” do Kanady, lub Francji, bo w Radzieckiej Ukrainie nie ma dla niego wolności. Zresztą w ogóle, jak się wydaje, Ośmaczka nie krył się z antyradzieckimi poglądami. Świadkowie opowiadali, iż był w stanie w Kijowie, w biały dzień, na ulicy, oznajmić znajomemu: „Czytujesz jeszcze ich gazety? Służysz im? A ja już od trzech lat ani czytam ich gazet ani im nie służę…”. Jak na warunki ZSRR, Todoś Ośmaczka zachowywał się wyjątkowo bezczelnie i z wyjątkową pewnością siebie. Nieważne, czy jego zachowanie było skutkiem psychicznego niezrównoważeni, a może elementem wyrafinowanej gry – władza radziecka niechlujnie pozostawiła przy życiu prawdziwego i zdolnego wroga. Zamiast, na przykład, zasadniczo nieszkodliwego Oleksego Włyźka.

Ośmaczka twierdził, iż w czasie aresztowania zachowywał się mnie więcej tak, jak jego bohater z „Rotundy morderców”. Według Piotra Odarczenki, pisarz opowiadał, iż w gabinecie śledczego pierwszy rozpoczął rozmowę od antysemickich ataków na portrety Marksa i Lenina, pytał też śledczego czy „rży do swojej żony” i „plótł jakieś bzdury”. Tak czy inaczej, więzienne służby medyczne uznały Ośmaczkę za psychicznie chorego – i to go uratowało. Pisarz uratował się – zarówno w sensie fizycznym, jak i twórczym: w czasie wojny Todosiowi Ośmaczce udało się wyemigrować na Zachód, gdzie swobodnie pisał wszystko co tylko chciał. Nie udała mu się tylko ucieczka od manii prześladowczej. Aż do samej śmierci oczekiwał na zamach ze strony radzieckich agentów. Nieprzypadkowo stał się autorem aforyzmu: „Tylko ten, kto w sztuce łączy rozum z uczuciem ma w sobie światło dnia, no i wtedy interesują się nim policjanci całego świata”.

Mniej ekstrawagancką, ale równie karkołomną biografią mógł się pochwalić Iwan Bahriany.  Początek działalności literackiej, utarczki z cenzurą, oskarżenia, których symbolem jest artykuł o charakterystycznym tytule „Kułackim Szlakiem”, wreszcie areszt w roku 1932 – były to zdarzenia standardowe. Ale już ucieczka z zsyłki z powrotem na Ukrainę, i  to w roku 1936 roku (według niektórych danych – nawet w „przebojowym” trzydziestym siódmym), była wyzwaniem najpoważniejszym. Przypomnę, iż nawet nie obciążeni wyrokiem ludzie uciekali raczej z Ukrainy, i to jak najdalej, do Północnej Rosji, tak jak Trojanker do Kazachstanu, czy Antonenko-Dawydowycz.

I tu znowu nawala system. Popełnia błąd tam, gdzie błąd nie miał prawa się zdarzyć – i daje życie jednemu z najbardziej zawziętych wrogów ZSRR, wybitnemu pisarzowi i publicyście. Być może zwolnienie Bahrianyja stało się możliwe dzięki procesowi przekształcenia aparatu represji z „jeżowszczyzny” na zasady nowego sternika Berię, ale tak czy inaczej, znalazł się on w swojej rodzimej Ochtyrce. Śledztwo „nie odkryło” nowych dowodów kontrrewolucyjnej działalności podejrzanego, mógł więc spokojnie czekać na wybuch wojny. Czekały go jeszcze cale dziesięciolecia działalności politycznej, literatury i publicystyki.

Pełna sprzeczności strategia Mykoły Chwylowego, z przejawami niezależności, skruchy – i artykułami-donosami również skończyła się, jak wiadomo, odważnym nieco desperackim krokiem. Z pewnymi zastrzeżeniami „waleczne” ślady da się zauważyć na drodze życiowej Borysa Antonenki-Dawydowycza. Jak wynika z różnych świadectw, nie przyznał się do winy i nie zgubił swych znajomych i przyjaciół, udało mu się przetrwać w obozach pracy i kontynuować całkiem niezależną (choć pozbawioną otwartego radykalizmu) twórczość.

Tą drogę obrała garstka pisarzy ukraińskiego „Rozstrzelanego Odrodzenia”. Całkiem niespodziewanie udawało im się wywalczyć to, co się zwykło nazywać „happy endem”. Myślę, że na pytania, dlaczego wypuszczono takich ludzi jak Ośmaczka lub Bahrianyj, nie ma jednoznacznej odpowiedzi, tak jak brakuje jej przy pytaniach o istotę i funkcję stalinowskiego terroru. Kto wie, może metafora „chuliganów i inteligenta” to nie tylko metafora – i w rzeczywistości naprawdę nie wiedziano jak postępować z takimi „szajbusami”. A może  sparaliżowane strachem króliki rozpraszały uwagę oprawców, i nie pozwalały należycie zająć się prawdziwym wrogiem?

Nie mogę się powstrzymać i nie powtórzyć raz jeszcze: całe życie literackie lat 20-tych i 30-tych nie da się sprowadzić do banalnego schematu, ograniczonego do kilku charakterystycznych cech. Co, na przykład, można powiedzieć w tym kontekście o Wiktorze Petrowie? Informacje o nim są zbyt sprzeczne, by mówić o określonym sposobie zachowania. Nie do końca wszystko jest klarowne w przypadku Hryhorija Kosynki. Niby całkiem lojalny człowiek, autor poprawnych radzieckich artykułów, pisał on jednakże niejednoznaczne opowiadania, a i krąg jego znajomych świadczy o przynależności do antyradzieckich środowisk.[2]

Aktualny dyskurs o „Rozstrzelanym Odrodzeniu” skupia się zazwyczaj na dwóch moralno-etycznych biegunach. Jest to prosty osąd tych, którzy nie wytrzymali, zdradzili, załamali się, albo usprawiedliwianie tych uczynków, ze względu na nieludzkie warunki życia. Z jakiejś racji, jak do tej pory, nie było powiedziane w sposób klarowny i jednoznaczny, że aktywna kolaboracja pisarza z władzą okazywała się być nie tylko tragicznie amoralną, lecz również szalenie nieefektywną strategią. Czy świadomość tej prawidłowości może kogoś uratować w przyszłych, nieznanych nam, społecznych perturbacjach Ukrainy i świata? Nie wypowiedziana została jak dotąd teza o tym, iż droga niespodziewanie aktywnego oporu nie była po prostu bezmyślnym zwycięstwem supermanów kina komercyjnego, ale poniekąd najbardziej racjonalnym sposobem na przetrwania. „Rozstrzelane Odrodzenie” w swoim dogasającym okresie czeka na to, by być opowiedziane jako zjawisko nie tylko tragiczne, ale i dojmujące w swym dialektycznym zagęszczeniu i monumentalności. Nie tylko jako smutny pomnik, ale i bogactwo kulturowe.

Już w roku 1999 Hryhorij Grabowicz w artykule „Kobzar. Kamieniarz. Córka Prometeusza” („Krytyka”, 1999, nr 12) udowodnił konieczność przemyślenia tradycyjnie sztywnego i retorycznie ubiczowanego paradygmatu „Rozstrzelanego Odrodzenia”, ale jego apel pozostało bez odzewu.

Na koniec zapytajmy – czy szanowny czytelnik zauważa związek pomiędzy nakreślonymi tu  zachowaniami a sytuacją dzisiejszych autorów, już w kraju, który uważa się za wolny? Chciałbym dożyć dnia, kiedy to porównanie stanie się bezzasadne.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Krytyka”, nr 4 (2008), przedrukujemy go z niewielkimi skrótami.

Przeł. Ivan Kulibaba

Oleh Kocarev


[1] Niektóre jej wiersze można przeczytać w czasopismach „Awangardy” ( Awangarda (1928-1929) – Kijów: Krytyka, 2006-dvd) oraz „Komentarze” za rok 2004 (Raisa Trojanker, „Z dwóch zbiórek” , Komentarz, 2004, Nr 3(5), c.14). Dwa ukraińskie zbiory wierszy – „Powódź’ oraz „Horyzont”- są dostępne tylko w największych bibliotekach.

[2] Ile warta jest sama obecność tam Todosia Ośmaczki! Rodzina Ołeksandra Hubczenki, jednego z autorów wspomnień o Hryhoriju Kosynce, również opowiadają o istnieniu w lata 1920-tych w stycznych kołach studenckiej podziemnej organizacji.

Kultura Enter
2008/09 nr 02