Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI: W pozornie mało znaczących szczegółach kryje się uniwersalizm. Mitologia Wasyla Machno

DZIAŁ WSCHODNI: W pozornie mało znaczących szczegółach kryje się uniwersalizm. Mitologia Wasyla Machno

Wasyl Machno – wybitny ukraiński poeta, prozaik, od 15 lat mieszka w Nowym Jorku. Pisze w języku ukraińskim. Jego tom opowiadań Dim u Baiting Hollow został Książką Roku BBC 2015 w Ukrainie. Pod koniec 2015 roku książka wyszła w Polsce: wydana przez lubelski „Akcent”, pod tytułem Listy i powietrze. Opowiadania pograniczne, w przekładzie Bohdana Zadury.

Mariana Kril: Wasyl Machno pochodzi z Czortkowa w obwodzie tarnopolskim w Ukrainie. Uczył na Uniwersytecie Pedagogicznym w Tarnopolu. Kiedy zaczęłam studia na tej uczelni, pisarz mieszkał już w Stanach Zjednoczonych. Poznałam go niedawno, w Tarnopolu, na spotkaniu promującym najnowszą książkę. Później były rozmowy poprzez Facebook i wywiad przez telefon z okazji polskiego tłumaczenia Dim u Baiting Hollow. I wreszcie spotkaliśmy się w Lublinie. Siedzimy w restauracji Mandragora przy herbacie i rozmawiamy o języku. Od kilkunastu lat żyje Pan w kulturze anglojęzycznej…

Wasyl Machno: Ale wciąż piszę i myślę po ukraińsku. Dla moich dzieci język angielski to już praktycznie język ojczysty, dla mnie to po prostu język codzienny − chociaż w domu rozmawiamy po ukraińsku. Myślę, że w angielskim raczej nie dojdę do perfekcji, bo przyjechałem do Stanów Zjednoczonych już jako dojrzały człowiek. Oczywiście jestem w stanie napisać po angielsku artykuł naukowy lub publicystyczny, ale córka zawsze poprawia moje angielskie teksty. Czasem łapię się na tym, że choć słowa są angielskie, składnia jest ukraińska. Co ciekawe, dopiero w Nowym Jorku w moich utworach zaczęły się pojawiać wyrazy, które słyszałem w dzieciństwie, ale których nigdy dotąd nie używałem, słowa z języka moich dziadków i ich rówieśników. Można powiedzieć, że wychodzą teraz ze mnie spontanicznie. Kiedy pisałem Kury nie latają[i], to tam pojawił się wyraz таритися (tarytysia). Kiedy przygotowywali książkę do druku, redaktorka zapytała się mnie, co to znaczy. Wyjaśniłem, że to znaczy „przewracać się”. To był wyraz z mojego dzieciństwa. Wtedy pomyślałem, że być może jest on już dzisiaj unikatowy. Zajrzałem do słownika Borysa Hrinczenki[ii] i rzeczywiście, ten wyraz tam występuje.

Czyli to są retrospekcje…

Te wyrażenia pojawiają się podświadomie, szczególnie przy odpowiedniej tematyce wiersza lub utworu. To ciekawy proces. Jestem bardzo wdzięczny losowi, że moje dzieciństwo upłynęło na wsi. Tak się złożyło, że kiedy moi rodzice się rozwiedli, nie mieli co ze mną zrobić i oddali mnie do dziadków. Pamiętam ze wsi ludzi, którzy żyli jeszcze za austriackich i polskich czasów i używali słów z różnych języków. Te wyrazy przychodzą teraz do mnie, gdy tworzę. Zamknięta jest w nich pamięć o przeszłości, nie tylko zresztą mojej, przez te wyrażenia przebijają doświadczenia poprzednich pokoleń.

Wieś jest ważna dla Pana twórczości?

W maju 2015 roku, podczas pobytu w Ukrainie, pojechałem do wioski, w której spędziłem dzieciństwo. Dom dziadków należy teraz do mojej mamy. Babcia i dziadek już nie żyją, tam nikt już nie mieszka. Ten widok mnie przygnębił. Rozumiem, że nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, a spojrzenie dziecka jest zupełnie inne niż dorosłego, ale to, co zobaczyłem w tej wsi, bardzo mnie zasmuciło. Rzeka Dżurynka, w której się kąpaliśmy, zrobiła się bardzo wąska, zarośnięta. Brzegi porastają jakieś wierzby, których wcześniej nie było, na nich siedzą stada wron. Studnie we wsi zamulone, infrastruktura popsuta. Miałem wrażenie, jakbym trafił w zupełnie obcą mi przestrzeń. Być może dlatego zacząłem o tym pisać – żeby zachować krajobraz tej wsi w pamięci. To moja mitologia.

Czy opowieść o prowincji może nieść uniwersalne przesłanie?

Prawdopodobnie nie wszystko w tej wsi było tak, jak to opisuję, widzę miniony świat po swojemu, ktoś mógł inaczej spojrzeć na te same ulice, drzewa czy rzekę, ale myślę, że ta moja mitologia może mieć uniwersalny wymiar, ponieważ pozwoli innym porównać wspomnienia. W tym kryje się pewien paradoks. Kiedy byłem w Kolumbii, zrozumiałem, że Macondo ze Stu lat samotności Gabriela Garcii Márqueza to wioska wymyślona, która symbolizuje całą Kolumbię. Macondo była elementem mitologii Márqueza, zbudowanym na podstawie faktów historycznych i rodzinnych opowieści. Pewien Kolumbijczyk powiedział mi: „Nie ma sensu szukać Kolumbii Márqueza. Ona nie istnieje”. To był wytwór jego wyobraźni. Podobnie piszę o Ukrainie i wydaje mi się, że w różnych pozornie mało znaczących szczegółach kryje się uniwersalizm. Kiedy przyjechałem do Nowego Jorku, rzuciłem się na to miasto jak neofita, który chciał je od razu zdobyć. Pisałem o Nowym Jorku sporo. Wydałem tomik 38 wierszy o Nowym Jorku, potem książkę Park kultury i wypoczynku imienia Gertrudy Stein… W którymś momencie miałem tego miasta dosyć. Nie dlatego, że przestałem go lubić, ale dlatego, może to było związane z wiekiem, że zapragnąłem spojrzeć daleko wstecz, na to, co było kiedyś. I zacząłem szukać historii. One nie zaginęły, tkwią w pamięci, trzeba je tylko wydobyć i wprowadzić do literatury. Poprzez spektrum tych opowieści, od lokalnych, z galicyjskich wiosek i miasteczek, do tych z Nowego Jorku – łatwiej dostrzec wielostronność życia, zobaczyć świat we wszystkich jego wymiarach.

A czy zdarzało się, że tam, w Nowym Jorku, odkrywał Pan dla siebie Ukrainę?

Oczywiście tak, szczególnie gdy chodziło o sprawy personalne i historyczne. Spotkałem w Stanach Zjednoczonych wielu ludzi w podeszłym wieku, którzy przeżyli drugą wojnę światową. Kiedy mieszkałem w Ukrainie, nie miałem z nimi kontaktu. Spotykałem ludzi, którzy studiowali z Bohdanem Ihorem Antonyczem[iii], albo poznali na przykład Ołenę Telihę[iv], nie mówiąc o znajomych Jewhena Małaniuka[v], mieszkającego w Nowym Jorku. Chodzi o dużą grupę ludzi kultury, których brak dziś w Ukrainie, których, niestety, Ukraina dziś nie akceptuje albo jeszcze nie jest gotowa zaakceptować, choć nie rozumiem, dlaczego. Powojenna emigracja wywiozła ze sobą nie dobra materialne, ale wartości: wykształcenie, normy postępowania, zasady dobrego wychowania, znajomość języków, obycie, szlachetność… Wielu z tych wymienionych cech we współczesnej Ukrainie brakuje, ale te wartości powrócą. Ten proces nowego formatowania społeczeństwa już się rozpoczął. Jednak bez doświadczenia, bez pamięci osobistej, rodzinnej, historycznej nie da się zbudować demokratycznego państwa. Najpierw musimy wykształcić w sobie trzon, kręgosłup, zrozumieć, czym jest ukraińskość. Potem, biorąc pod uwagę globalną sytuację, należy określić, jaka jest nasza rola i nasze miejsce w świecie. I dopiero wtedy na bazie tych komponentów można budować europejskość, o której tak dużo dziś mówimy.

W Nowym Jorku przyjaźnił się Pan z nowojorską grupą ukraińskich poetów. Jak oni odbierali Pana jako nowoprzybyłą osobę?

Nasze relacje dobrze się układały. Już w trzecim dniu pobytu jeździłem po mieście razem z Bogdanem Bojczukiem. Następnie spotkałem się z Jurijem Tarnawskim. Rok później dostałem zaproszenie od Bogdana Rubczaka na konferencję na uniwersytecie Urbana-Champaign w Illinois, gdzie miałem również wieczór autorski. Do tomiku moich wierszy wybranych Bogdan Rubczak napisał przedmowę, myślę, że dosyć wnikliwą. Często jeżdżę do Bogdana Rubczaka, wymieniamy się książkami, rozmawiamy. Cały czas mam kontakt z poetami z grupy nowojorskiej. Teraz, kiedy Ołeksandr Fraze-Frazenko zaproponował, żeby nakręcić o nich film, przyjąłem rolę producenta. Kiedyś należała do tej grupy, mieszkająca dziś w Waszyngtonie, Żenia Wasylkiwska. Przy okazji kręcenia filmu nawiązaliśmy z nią kontakt i ona się uaktywniła, i znów zaczęła pisać wiersze. Oprócz ukraińskich pisarzy, mam również bardzo dobry kontakt z amerykańskimi, polskimi, rumuńskimi twórcami. To daje poczucie literackiej wielowymiarowości, dzięki czemu nie jestem skupiony wyłącznie na kontekście ukraińskim. Bycie na bieżąco z twórczością różnych pisarzy rodzi poczucie rywalizacji. Biegniesz maraton w grupie, ale musisz udowodnić przede wszystkim sobie, choć również i innym, że dobiegniesz do mety, czyli napiszesz coś wartościowego.

Jak znajduje Pan na to wszystko czas?

Czasu brakuje wszystkim. Jest go coraz mniej, zwłaszcza kiedy młodość się skończyła i pewne rzeczy odbiera się inaczej. Z jednej strony, nie piszę już tak dużo, z drugiej – ukazuje się dużo książek. Nie mogę powiedzieć, że piszę cały czas. Zależy to od impulsów, „podrażnień”… Rzecz w tym, że pisarz to taki człowiek, który tkwi w świecie swoich pomysłów dwadzieścia cztery godziny na dobę. On nie ma urlopu. Nawet jeżeli wyjeżdża na wczasy, i tak myśli o pisarstwie. Czas w rozumieniu pisarza jest bardzo indywidualny.

Wróćmy do polskich tłumaczeń Pana książek. Jedna z nich to Dubno, koło Leżajska[vi]. To dla Pana bardzo ważna pozycja, choć związana z traumą. Jaka jest historia ukazania się tej książki w Polsce?

Monika Tupaj, mieszkanka wsi Dubno (w języku polskim − Dębno) przeczytała gdzieś mój wiersz i napisała do mnie. Zaprosiła mnie do wioski, w której urodził się mój tato. Wspomniała przy tym, że jesteśmy krewnymi. Pojechałem tam. Zobaczyłem tę wioskę, a w niej ukraiński cmentarz, który Polacy zaczęli odnawiać. Przy tym cmentarzu rośnie ogromny dąb, nie da się go objąć ramionami − dlatego ta miejscowość nazywa się Dębno. W tej miejscowości organizowany jest mały lokalny festiwal trzech kultur: polskiej, ukraińskiej i żydowskiej. I organizatorzy tej imprezy zaproponowali, czybym na ten festiwal przygotował jakiejś publikacji. Zacząłem o tym myśleć. Kiedy miałem gotowy materiał, wysłałem do Bohdana Zadury, a on szybko to przetłumaczył. Wyjątkowość tej publikacji polega na tym, że wydawcą było Stowarzyszenie Rozwoju Wsi Dębno i Miejskie Centrum Kultury w Leżajsku, nie jakieś duże wydawnictwo. Ta książka jest mi bardzo bliska, dlatego że powiedziałem w niej coś od siebie o Dębnie. A jeśli chodzi o traumy… Związane są z ludźmi, których wysiedlono z Dębna w 1945 roku, wśród nich był mój ojciec i jego rodzina. Oni nigdy nie przypuszczali, że wywieziono ich na zawsze. Mama mi opowiadała, że jeszcze w latach 60. wszyscy przesiedleńcy zbierali się w tej nowej wsi i dyskutowali, jak to będzie, kiedy wrócą do siebie. W tej nowej wsi oni wciąż czuli się obcy. Dopiero dla mojego pokolenia życie w nowym miejscu nie było traumą, my dorastaliśmy już u siebie. Ale kiedy pojechałem do Dubna i na cmentarzu zobaczyłem nazwiska: Machno, Gogol, Sobaszky, zrozumiałem, że ludzie, których przesiedlono, już tu nie wrócą i muszę o tym opowiedzieć. Chciałem utrwalić pewną historię: że była taka wioska Dubno, że tam mieszkali Ukraińcy, że ich w 1945 roku wywieziono i że to nie był dobrowolny wyjazd, że zostawili tam wszystko… Kiedy byłem w Dubnie, poprosiłem obecnych mieszkańców, żeby mi pokazali, gdzie mieszkał mój dziadek. Jak się okazało, jego drewniany dom spłonął, jak większość domów w Dubnie w latach 60. Zobaczyłem jednak miejsce, zrobiłem kilka zdjęć. A kiedy wyjeżdżałem, mieszkańcy przygotowali dla mnie bardzo miłą niespodziankę – u miejscowego malarza zamówili obraz. Był to krajobraz okolicy. „To widziałby pański ojciec z okna swojego domu” – tak mi temat dzieła opisali. Mam ten obraz w swoim domu w Nowym Jorku. Przypomina mi on historię mojej rodziny, a także wszystkich Ukraińców, którzy żyli na tych przygranicznych terenach.

Ołeksandr Fraze-Frazenko nakręcił o Panu film Dom na siedmiu wiatrach[vii]. Sceny, w których czyta Pan swoje wiersze na nowojorskich ulicach przeplatają się w nim z fragmentami audycji z tarnopolskiej telewizji. Skąd taki pomysł?

Kiedy pracowaliśmy z Ołeksandrem Fraze-Frazenką nad filmem o grupie nowojorskiej, dużo rozmawialiśmy, spotykaliśmy się, spędzaliśmy wspólnie czas w podróży. W pewnym momencie reżyser zaproponował, żeby nakręcić także film o mnie. Ponieważ czasu było mało, wymyślił, że będę czytał wiersze w różnych miejscach, a pomiędzy tymi scenami będę jeszcze coś opowiadał. To był pierwszy wariant scenariusza. Potem Ołeksandr zapytał mnie, czy nie mam jakichś archiwalnych materiałów wideo. Miałem. Było to nagranie programu na żywo z telewizji tarnopolskiej z lat 90., w którym brałem udział. Tam był taki ciekawy moment, kiedy szedłem po tarnopolskich ulicach i czytałem wiersze. Potem znalazłem w swoim archiwum podobne nagrania z lat 80. Dlatego ten film jest taki wielowymiarowy.

A na czym polega dzisiaj wielokulturowość Nowego Jorku? Jak Pan się w niej odnajduje?

Nowy Jork jest a priori wielokulturowy. Od wieków osiedlali się tam przedstawiciele różnych narodowości i tak zostało do dziś. Było kilka fal wielkich emigracji: ukraińska, niemiecka, włoska, z Afryki, z Azji… Niedawno wybrałem się na koncert ukraińskiej i amerykańskiej muzyki poważnej, który odbywał się w… Centrum Kultury Chińskiej. To jeden z przykładów współpracy wielokulturowej. Jak to wszystko współdziała − jest dla mnie zagadką. W China Town mieszka wielu Chińczyków, którzy w ogóle nie mówią po angielsku. Oni żyją w swojej kulturze i zupełnie im nie przeszkadza, że nie znają innego Nowego Jorku. W tym mieście masz wybór – żyjesz jak chcesz. Dla mnie zawsze było ciekawe poznawanie innej kultury i porównywanie jej z ukraińską, a pierwszą kulturą, którą chciałem bliżej poznać, była kultura polska.

A co z kultury polskiej zobaczył Pan w Nowym Jorku?

Tam mieszka wielu cenionych Polaków. Przez pewien czas w Nowym Jorku przebywał Janusz Głowacki. Jego sztuki wystawiano na Broadwayu. Tam mieszkała Elżbieta Czyżewska, jest wielu profesorów z polskimi korzeniami. Miałem kiedyś bardzo ciekawe spotkanie z grupą polskich kobiet, które organizują wieczory poetyckie tylko dla pań. Czytałem wtedy swoje utwory. To była bardzo kameralna impreza, a jednocześnie jeszcze jedna forma bytu literackiego i współistnienia międzykulturowego.

Rozmawiała Mariana Kril

[i] Opowiadanie z cyklu: Wasyl Machno, Listy i powietrze. Opowiadania pograniczne, tł. Bohdana Zadury, Lublin 2015; tytuł oryginalny: Василь Махно, Дім у Бейтінг Голлов, 2015.

[ii] Borys Hrinczenko (1863−1910; pseud. Wasyl Czajczenko) − ukr. pisarz, językoznawca, etnograf, tłumacz na ukr. m.in. J.W. Goethego, F. Schillera, H. Heinego i A. Puszkina; oprac. Słowar ukrajinśkoji mowy (t. 1–4, 1907–09).

[iii] Bohdan Ihor Antonycz (1909−1937) − wybitny ukraiński poeta, prozaik, tłumacz, literaturoznawca.

[iv] Ołena Teliha (1906−1942) ­− ukraińska poeta, publicystka, krytyczka literacka.

[v] Jewhen Małaniuk (1897−1968) ­− ukraiński pisarz, krytyk literacki, publicysta.

[vi] Wasyl Machno, Dubno, koło Leżajska. Wiersze i eseje, Leżajsk 2012.

[vii] Дім на сімох вітрах. Портрет Василя Махна (2015) – film dokumentalny o Wasylu Machno

Od lewej Wasyl Machno (autor książki "Listy i powietrze. Opowiadania pograniczne") i Bohdan Zadura (tłumacz książki na język polski) - na spotkaniu 20 kwietnia 2016 roku w Lublinie. Fot. Igor Stachniv

Od lewej Wasyl Machno (autor książki "Listy i powietrze. Opowiadania pograniczne") i Bohdan Zadura (tłumacz książki na język polski) - na spotkaniu 20 kwietnia 2016 roku w Lublinie. Fot. Igor Stachniv

Od lewej Bogusław Wróblewski, Wasyl Machno, Bohdan Zadura i Waldemar Michalski. Fot. Igor Stachniv

Od lewej Bogusław Wróblewski, Wasyl Machno, Bohdan Zadura i Waldemar Michalski. Fot. Igor Stachniv

Spotkanie odbyło się w salach Zamku w Lublinie. Fot. Igor Stachniv

Spotkanie odbyło się w salach Zamku w Lublinie. Fot. Igor Stachniv

Książka W. Machno "Listy i powietrze. Opowiadania pograniczne" wydana została przez Wschodnią Fundację Kultury Akcent, w serii Biblioteka Siedemsetlecia (chodzi o siedemsetlecie Lublina, które przypada w 2017 roku).

Książka Wasyla Machno "Listy i powietrze. Opowiadania pograniczne" wydana została przez Wschodnią Fundację Kultury Akcent, w serii Biblioteka Siedemsetlecia (chodzi o siedemsetlecie Lublina, które przypada w 2017 roku).

Rzeka Dżuryn, w pobliżu wsi Nyrków w obwodzie tarnopolskim. Fot. ППМ za: Wikipedia

Rzeka Dżuryn, w pobliżu wsi Nyrków w obwodzie tarnopolskim. Fot. ППМ [za: Wikipedia]