Strona główna/Miejski Freud

Miejski Freud

Rozmowa przeprowadzona podczas Kongresu Inicjatyw Europy Wschodniej, który odbył się w dniach 1−3 października 2015 w Lublinie. Phil Wood wziął udział w panelu: „Program Miast Międzykulturowych Rady Europy: idea, założenia, sposób działania”.

Paulina Paga: Kiedy się poznawaliśmy, zostałeś przedstawiony jako „miejski terapeuta”. Kto to właściwie jest?

Phil Wood: [śmiech] Cóż, określenie „terapeuta miast” wymyśliłem pierwotnie jako żart – dla żony, która często ze mną podróżuje. Bywa, że ludzie ją pytają: „Czym właściwie zajmuje się twój mąż?”. No i żona miała do mnie pretensje: „Co ja mam im powiedzieć? Nie jesteś ani architektem, ani projektantem, nie jesteś artystą, politykiem, socjologiem. Kim ty, u diabła, jesteś?”. I wtedy pomyślałem, że to jest bardzo dobre pytanie, chociaż na ogół unikam prostych etykietek. Nawet na studia poszedłem na taki specjalny brytyjski uniwersytet, na którym nie można się było w niczym wyspecjalizować. Tam trzeba było opanować i zagadnienia z obszarów nauk społecznych, i ścisłych, i ze sztuki. To było coś w rodzaju szerokiej edukacji liberalnej. Stąd też interesuje mnie łączenie różnych dziedzin. Zawsze uważałem, że gdybym musiał ograniczyć swoje zainteresowania do jednego tematu, poczułbym się jak w pułapce. Martwi mnie, że coraz więcej ludzi jest zmuszonych do wąskiej specjalizacji jeszcze na etapie edukacji a potem na rynku pracy. Nawet podczas dzisiejszego panelu dało się to zauważyć. Myślę, że potrzebujemy raczej ludzi o szerokich horyzontach, którzy potrafią dostrzec związki i implikacje, zwłaszcza te ukryte, słabo widoczne. Miasto jest dla mnie takim organizmem, na który powinniśmy patrzeć jak na całość, bo wszystko jest tu ze sobą połączone. Jednocześnie to nie jest zbyt duże miejsce. Można je zrozumieć, chodząc po nim, poznając jego historię i mieszkańców. Potrzebowałem − szukając nazwy dla swojej profesji − jakiegoś sposobu opisania, dlaczego interesuje mnie miasto jako całość, nie zaś jako zbiór obszarów administracyjnych, jak postrzegają je urzędnicy.

Faktycznie, trudno cię przyporządkować do konkretnej kategorii zawodowej.

Nawet kiedy pracowałem w urzędzie miasta, nie pozwoliłem, by mnie zaszufladkowano. Zresztą, często pakowałem się przez to w trudne sytuacje. Na przykład przychodziłem do jakiegoś działu i pytałem: „Co tu robicie?”, „Nad czym pracujecie?”, „Czy nie moglibyśmy rozpracować tego problemu razem?”. I to był szok. Od ponad piętnastu lat pracuję w moim rodzinnym mieście, w Huddersfield w Wielkiej Brytanii. Kiedy byłem dzieckiem, zaczął się tam problem ogromnego bezrobocia. Dotyczyło to tysięcy osób, które codziennie wałęsały się bez celu po ulicach. W czasach Imperium Brytyjskiego Huddersfield w było jednym z najbogatszych miast na Wyspach. Słynęło z produkcji tkanin. Prawdopodobnie dostarczaliśmy najlepszych na świecie materiałów do produkcji kurtek i spodni; kupowali je handlowcy z całego świata. Aż nieoczekiwanie w ciągu dwudziestu lat wszystko się zmieniło: pozamykano fabryki, zwolniono ludzi. Zostałem zatrudniony w urzędzie miasta, żeby zrobić coś dla bezrobotnych. Od razu pomyślałem, że powinienem zebrać ludzi z wszystkich działów, żebyśmy przyjrzeli się problemowi kompleksowo. Poszedłem więc do działu społecznego i usiadłem z pracownikami socjalnymi przy dużym stole, żeby porozmawiać, a oni spojrzeli na mnie i zapytali: „Dlaczego chcesz rozmawiać z nami, przecież pracujesz w innym dziale. Bezrobocie? To nie nasza sprawa, my jesteśmy pracownikami socjalnymi. Bezrobocie jest problemem ekonomicznym. Idź do wydziału gospodarczego”. Odpowiedziałem im: „Brak pracy to nie tylko kwestia ekonomiczna. To ogromny problem społeczny”. Na co oni: „Ale my się zajmujemy problemami indywidualnymi. Nie marnuj naszego czasu”. Myślałem, że do końca życia będę się zmagał z piętnem tamtej sytuacji, choć byłem pewny, że na ludzkie problemy trzeba patrzeć kompleksowo. A miasto jest jak człowiek, jak organizm. Kluczowe jest podejście holistyczne. Nie wolno leczyć jednego elementu, trzeba leczyć cały organizm. Ale najpierw trzeba zrozumieć, jak ten organizm działa. Zapytano mnie kiedyś: „Notujemy wzrost przestępczości. Co mamy robić? Zatrudnić więcej policjantów?”. Odpowiedziałem: „Może najpierw warto zadać kilka pytań. Dlaczego rośnie przestępczość? Jakiego typu wykroczenia ludzie najczęściej popełniają? Kogo ten problem dotyczy?”. I wtedy usłyszałem: „Nie, tak się nie będziemy bawić. To zbyt skomplikowane”. Właśnie na tym polega moja praca – na takich podpowiedziach. Z tego zrobiłem zawód. Szukam źródeł problemów − nie tylko objawów, które można wyczytać ze statystyk. Interesuje mnie to, co niewidoczne. Docieram do traum, których doświadczyły nie pojedyncze osoby, ale społeczności. I nie szukam tego, na co ludzie się skarżą wprost, tylko tego, o czym nie mówią głośno, bo się: boją, wstydzą, nie potrafią o tym mówić ani tego nazwać. Ja szukam spraw ukrytych, stłumionych. Jestem zafascynowany czułymi punktami miasta. Taki ze mnie miejski Freud. (śmiech)

Na kongresie mówiłeś o zmianach globalnych w świecie. Czym są inicjatywy oddolne, ulotne działania podwórkowe i strategie małych kroków wobec wielkich decyzji politycznych lub gospodarczych? Czy w ogóle warto podejmować aktywność w małej skali?

No cóż, musimy być realistami. Ludzie w garniturach, politycy, urzędnicy i decydenci, byli i będą. W Polsce też macie ich sporo, zauważyłem to podczas kongresu. Stale działam w otoczeniu mężczyzn w garniturach. To jest fakt i nie można go zignorować. Aby móc wprowadzać zmiany, trzeba założyć konieczność współpracy również z decydentami, oni też są potrzebni. Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Lublina, miasto było niemal odcięte od świata. Teraz jedzie się o wiele szybciej i wygodniej. To zasługa decyzji na dużą skalę. Ale nie powinniśmy pozwolić, żeby urzędnicy wysokiego szczebla byli przekonani, że miasta należą do nich. Musimy im pomóc zachować pokorę. W pozornie małych ludziach tkwi wielka moc. Kiedy urzędnicy podejmują decyzje o inwestycjach w mieście odgórnie, bez konsultacji z lokalną społecznością, często się zdarza, że mieszkańcy ignorują realizację lub korzystają z niej niezgodnie z przeznaczeniem. Jeżeli opór wobec samowoli władz jest stanowczy, przynosi zmiany na lepsze.

Kilka lat temu warszawscy urzędnicy podjęli decyzję o wyburzenia pawilonu meblowego Emilia. Decyzja wywołała burzliwą dyskusję o całym dziedzictwie powojennego modernizmu, która z kolei zainicjowała szerszą debatę. Rozmawiając o architekturze z czasów socjalizmu, zastanawialiśmy się, jak nas ukształtowały dwa systemy, nie tylko reżim PRL, ale także ostatnie 25 lat wolnego rynku. „Emilię” udało się wtedy uratować, a budynek przeznaczono na siedzibę Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Niestety w lipcu 2015 roku w ratuszu zadecydowano, że w miejscu pawilonu Emilia stanie jednak dwustumetrowy wieżowiec, a Muzeum Sztuki Nowoczesnej ma zmienić siedzibę.

No właśnie, dlaczego z taką łatwością urzędnicy podejmują decyzje o wyburzaniu budynków? Ponieważ sądzą, że to nikogo nie obchodzi. Społeczeństwo obywatelskie musi pokazać, że zależy mu na otoczeniu – to bardzo ważne. Jak stawić opór urzędnikom? Najciekawszym przykładem w krajach postsocjalistycznych jest, moim zdaniem, inicjatywa mieszkańców Zagrzebia Pravo na grad (Prawo do miasta). Przewodzi jej Teo Celakovski, mój bohater.

Rozwiniesz temat?

Inicjatywa Pravo na grad angażuje ludzi o bardzo różnych umiejętnościach. Z jednej strony to aktywiści, którzy trzymają się typowych dla grup protestu zasad: „Bądźcie na ulicy. Bądźcie zorganizowani. Bądźcie silni. Bądźcie odważni. Bądźcie przygotowani na aresztowanie lub pobicie”. Z drugiej – działają niezwykle finezyjnie. Połączyło ich abstrakcyjne pojęcie przestrzeni publicznej. Mimo że sam termin trudy jest do wyjaśnienia, dotarli ze swoim komunikatem do większości mieszkańców Zagrzebia. Znaleźli sojuszników wśród środowisk bardzo zróżnicowanych społecznie. Przestrzenią publiczną interesują się na ogół lewicowi studenci lub intelektualiści, a w Zagrzebiu do projektu włączyli się kibice piłki nożnej i osoby w podeszłym wieku. Pravo na grad atakuje elity, burmistrza i ludzi biznesu, w bardzo sprytny sposób. Nie wychodzą po prostu na ulice, że prowokować policję, używają za to mądrego humoru, symboliki i metafor. Świetnie wykorzystują w swoich akcjach marketing i pop kulturę. Nie zaatakowali burmistrza[1] Zagrzebia wprost, tylko go ośmieszyli. Dla nadętych urzędników to najtrudniejsza forma sprzeciwu. Jeśli zaatakujesz ich faktami, zignorują cię. Jeśli staniesz im na drodze, naślą policję. Ale jeśli użyjesz humoru, jeśli wbijesz szpilkę w balon i spuścisz powietrze, będą bezradni. Teo i jego ludzie tak właśnie działają. I przede wszystkim są odważni. Wielu z nich aresztowano, niektórzy doświadczyli przemocy, grożono im sprawami sądowymi i wysokimi konsekwencjami finansowymi. Mimo to udało im się stworzyć grupy poparcia w całej Chorwacji, nie tylko w stolicy, także w innych miastach, zwłaszcza na wybrzeżu, gdzie zwykli ludzie też postanowili stawić opór niekorzystnym dla nich inwestycjom. Linia brzegowa to wrażliwy obszar. Chcieliby tu inwestować najwięksi. Na przykład w Dubrowniku tamtejszy burmistrz zamierzał przesiedlić mieszkańców centrum poza miasto, żeby ten obszar przekształcić w park rozrywki. Oczywiście z jego planów mało kto zdawał sobie sprawę, oprócz grupy aktywistów z Pravo na grad. Działacz z Dubrownika, który ośmieszył w mediach burmistrza, został dotkliwie pobity. Kiedy go poznałem, wciąż miał podbite oczy. Działania Pravo na grad pobudziły obywatelską aktywność w całej Chorwacji. Ludzie łączą się w grupy i komunikują z aktywistami z Zagrzebia. Ci podpowiadają, że należy zacząć od poznania swoich praw. Problemem jest ignorancja. Władzy udają się różnego typu przekręty z powodu niewiedzy obywateli. Nie trzeba od razu wychodzić na ulicę, czasami wystarczy wejść do internetu i poczytać. Więcej aktywnych obywateli – właśnie to jest potrzebne Europie, w tym krajom postkomunistycznym.

A co sądzisz o działaniach kulturalnych w miejscach z piękną architekturą, ale o niekoniecznie dobrej reputacji. Ostatnio w Lublinie artyści chętnie pracują w tak zwanych trudnych dzielnicach. Mieszkańcy reagują różnie. Jedni się cieszą, że się coś ciekawego dzieje, ale inni są niezadowoleni. Niektórzy mówią: „Idźcie gdzie indziej”. Niewykluczone, iż obawiają się, że po artystach przyjdą deweloperzy, co zakończy się dla nich przesiedleniem bądź eksmisją.

Tak, to wielki paradoks gentryfikacji? I roli artystów w tym procesie. Moim zdaniem nie można ocenić jednoznacznie, czy gentryfikacja jest dobra, czy zła. To fenomen naszych czasów. Powinniśmy raczej się zastanowić, jak sobie z tym radzić. Z kolei negowanie wszystkiego jest przejawem rozpaczy, wołaniem: „Zatrzymajcie świat, bo ja wysiadam”. To może zrodzić wielki konflikt epoki postmodernistycznej.

Konflikt?

Nie chodzi o napięcia między lewicą a prawicą, ale o spór między lokalistami i kosmopolitami. Między ludźmi, którzy stawiają wyżej dobro małych lokalnych społeczności, i ludźmi, dla których jedną z nadrzędnych wartości jest otwartość na świat i możliwość nieskrępowanego poruszania się. Jesteśmy świadkami tego typu tarć w całej Europie. Ja jestem bardzo przywiązany do historii i tradycji, ale jednocześnie uważam, że należy się angażować w nieuchronne przemiany. To nie znaczy, że małe grupy artystów, o których wspomniałaś, nie mają nic ważnego do powiedzenia. Ich poglądy i działania należy uszanować.

Bronisz artystów, bo masz wśród nich w Lublinie spore grono przyjaciół? Dlaczego lubisz tu wracać?

Jednym z powodów, dla których lubię przyjeżdżać do Polski, jest wasza szczególna wrażliwość, rodzaj przywiązania do lokalnych tradycji w połączeniu z zamiłowaniem do kultury alternatywnej, niszowej. W moim kraju tego nie ma. Na przykład wczoraj wieczorem byliśmy tu z żoną w małej rodzinnej ekokawiarni. Nie sądzę, żebym znalazł podobne miejsce na Wyspach. Wielka Brytania strasznie się skomercjalizowała, natomiast w Polsce ludzie, choć są oczywiście świadomi globalnych trendów i znają światowe marki, wciąż są przywiązani do swojej kultury, do niezależnego teatru, polskiego kina, jazzu i innych dziedzin sztuki. Tego ani globalizacja, ani wolny rynek nie zdołają zmienić. Dlatego macie takie miejsca, jak ta ekokawiarnia. Co więcej, takie miejsca powinna być szanowane, choć nie tak, jak zabytkowe budynki. Zabytkowe budynki mają znaczenie kulturowe, ale są martwe, nie rozwijają się. Jeśli więc obwarujesz taką kawiarnię regulacjami konserwatorskimi, to ją zabijesz. Decyzje należy podejmować w oparciu o kalkulację ryzyka: co można zyskać, a co stracić. I nie wolno dać sobie czegokolwiek narzucić. A w sytuacji zagrożenia, kiedy na przykład urzędnicy chcą zlikwidować kawiarnię, bo planują nowe inwestycje w tym miejscu, lub jeśli ten lokal i inne obok podniosą ceny ze względu na popularność i staną się zbyt drogie dla lokalnej społeczności, musicie reagować. W jaki sposób? Sprawiając, żeby system służył wam, oferując rozwiązania i korzyści, których nie dostrzegli decydenci.

Ostatnio dyskutujemy w Polsce o książce Justina McGuirka Radykalne miasta. Autor opisał w niej nowe rozwiązania sytuacji mieszkaniowej w Ameryce Południowej: modele zarządzenia miastem, sylwetki charyzmatycznych burmistrzów, jak Antanas Mockus, mieszkania socjalne budowane razem z mieszkańcami, inwestycje na rzecz klasy średniej na dużą skalę… Można powiedzieć, takie małe utopie, które zdały egzamin. Mógłbyś wymyślić dla Polski, albo specjalnie dla Lublina taką utopię?

Generalnie Europa Wschodnia nie wyszła najlepiej na utopiach [śmiech]. Przyniosły one raczej dużo nędzy i ofiarę krwi na ogromną skalę. Nie polecam wiary w utopie ani w utopijnych myślicieli. Mogę za to opowiedzieć o moim najbliższym projekcie. Piszę książkę, między innymi o Polsce, z pozycji psychogeografa. Co to znaczy? Jestem członkiem sieci, która bada w różnych miasta na całym świecie psychologiczne oddziaływanie miejsc. Czasami jest to potraktowane bardzo dosłownie, a czasami przybiera formę artystyczną. Coraz częściej korzystają z naszej wiedzy planiści i urbaniści, chcący zrozumieć miasto na głębszym poziomie, zrozumieć, w jaki sposób ludzie „czują” swoje miasta i odnoszą się do poszczególnych miejsc. Ja jestem szczególnie zainteresowany krajami Europy Wschodniej, ale w połączeniu ze spojrzeniem z perspektywy mojej rodzinnej miejscowości. Po 1945 roku w moim mieście osiedliło się wielu obywateli krajów bloku wschodniego: Polaków, Ukraińców, Litwinów, Łotyszy, więc jestem od dziecka osłuchany ze wschodnioeuropejskimi językami. W ramach mojego projektu spaceruję ulicami miast w Łotwie, Polsce , Ukrainie, a także w moim rodzinnym mieście. Chodzę ścieżkami, którymi codziennie chodzili wschodnioeuropejscy emigranci. Mówię w czasie przeszłym, bo większość z nich odeszła, żyją za to ich potomkowie, więc jest to spacer ścieżkami duchów. Szukam duchów miast. Zastanawiam się, co te duchy mogłyby mi powiedzieć o tym, jak dziś mieszkamy. Chodzi mi również o pamięć i manipulowanie nią. Jestem bardzo zainteresowany zestawieniem historii z ezoterycznymi zjawiskami, ale też z polityką. Martwią mnie liczne wypowiedzi polityków − w moim kraju, ale też w Ukrainie i Polsce – celowo zniekształcających pamięć zbiorową. Staram się, aby moje własne rozumienie historii i przeszłości miejsc, posłużyło choćby obywatelom Ukrainy zbudować bardziej demokratyczne i otwarte państwo. Dlatego niepokoi mnie pomnik Stepana Bandery we Lwowie, w samym centrum miasta. W Polsce też przez ostatnie 25 lat próbowaliście mierzyć się z przeszłością. W Ośrodku Brama Grodzka−Teatr NN widziałem wystawę, która uzmysławia mieszkańcom Lublina, że przez kilkadziesiąt lat ignorowano tu fakt zupełnego zniknięcia społeczności żydowskiej. Dopiero teraz podejmuje się próby otwartego mówienia o tej tajemnicy. Widzę dużo analogicznych przykładów, jeżdżąc po Polsce, i czerpię z nich pozytywną energię.

Phil Wood (ur. 1959, w Zachodnim Yorkshire, w Anglii)  w rodzinnym mieście Huddersfield zajmował się projektami społecznymi. Wprowadził „cykl kreatywności”, łączący przedsiębiorczość, innowacyjne działania kulturotwórcze z rewitalizacją obszarów miejskich.  Model został uznany przez UNESCO za największy sukces wśród podobnych propozycji. Były dyrektor Inicjatywy Kreatywne Miasta dla Komisji Europejskiej. Współautor z Charlesem Landry’em książki Międzykulturowe Miasto: Planowanie na rzecz różnorodności (2008). Obecnie główny doradca programowy Rady Europy ds. programu Miasta Międzykulturowe.

Paulina Paga – antropolożka kultury, animatorka społeczna.

[1] W październiku 2014 roku aresztowano burmistrza Zagrzebia Milana Bandicia oraz kilku jego współpracowników pod zarzutem korupcji i nadużycia władzy.

Fot. Michailo Kapuystan

Phil Wood podczas Kongresu Inicjatyw Europy Wschodniej 2015. Fot. Michailo Kapuystan

Fot. Anna Grabowska-Kłoda, Urząd Miasta Lublin

Phil Wood jest głównym doradcą programowym Rady Europy ds. Miast Międzykulturowych; z prawej Phil Wood. Fot. Anna Grabowska-Kłoda, Urząd Miasta Lublin

Fot. Anna Grabowska-Kłoda, Urząd Miasta Lublin

Panele były okazją do wymiany doświadczeń i zadania pytań; 6. z prawej Phil Wood. Fot. Anna Grabowska-Kłoda, Urząd Miasta Lublin