Strona główna/Znaki rozpoznawalne

Znaki rozpoznawalne

Transkrypcja reportażu radiowego Czesławy Borowik „Znaki rozpoznawalne”.

CZESŁAWA BOROWIK: Szkoła podstawowa w Bezwoli. Irena Grzywaczewska, dyrektorka.

IRENA GRZYWACZEWSKA: W tym roku przybyła do szkoły bardzo duża grupa dzieci z ośrodka dla uchodźców. Z różnych stron świata. Są to: Ingusze, Dagestańczycy, Czeczeńcy, Ukraińcy. Są też Tatarzy. To jest największa grupa. Są Mongołowie, chłopczyk i dziewczynka. Jesunge, Rustan, Anastazja, Jesup, Sajfula, Achmet, Kchatszi, Aisza, Rakman, Jasmina, Rasul, Indira, Petima, Ismina, Anschela, Iman, Marem, Mudżahid, Kamza, Elena, Nini, Anano, Danir, Sonia, Danilo, Ladislav, Rafet, Bihorca, Aisza, Miriam, Abdulhakim, Amina…

CZESŁAWA BOROWIK: Stanisław Jóźwik, wójt gminy Wohyń.

STANISŁAW JÓŹWIK: Kiedy dowiedzieliśmy się, że będzie tutaj ośrodek dla uchodźców i będą w szkole dzieci różnych narodowości, oczywiście mieliśmy obawy. Nie tyle ja, bo niejedno w życiu widziałem i uważam, że można rozmawiać z każdym człowiekiem, ale nie wszyscy byli na to przygotowani. Wiedzieliśmy, że w Niemcach pod Lublinem takie dzieci już są, więc skontaktowaliśmy się z dyrektorką tamtej szkoły i pojechaliśmy. Przegadaliśmy kilka godzin, jak taki pobyt zorganizować, żeby jak najmniej konfliktów było na początku, bo początek jest najważniejszy.

CZESŁAWA BOROWIK: Wójt odwiedza niewielką szkołę podstawową w Bezwoli. Pani dyrektor prowadzi zajęcia w świetlicy z dziećmi uchodźców mieszkających kilka kilometrów dalej, w ośrodku dla cudzoziemców. Do odjazdu szkolnego autobusu pozostała godzina, więc zajmuje dzieci nauką języka polskiego.

IRENA GRZYWACZEWSKA: Co to jest?

DZIEWCZYNKA 1: Usza.

IRENA GRZYWACZEWSKA: Usza czy ucho?

DZIECI CHÓREM: Uszy.

IRENA GRZYWACZEWSKA: A to?

DZIECI CHÓREM: Nos… oko… ręka…

IRENA GRZYWACZEWSKA: Brawo

CZESŁAWA BOROWIK: Dzieci ucieszyły się, bo zobaczyły Ewę Kozdraj i Elżbietę Rojek ze Stowarzyszenia „Dla Ziemi”. Obie przyjeżdżały do ośrodka w czasie wakacji i uczyły dzieci mówić po polsku w ramach projektu Ministerstwa Edukacji Narodowej. Maluchy pokazują swoje ostatnie rysunki. Na prawie wszystkich widać domy, które zostawili tam, skąd przyjechali.

DZIEWCZYNKA 2: Namalowałam dom, w którym mieszkałam pod Mariupolem. Na wsi. Przypomniałam sobie kota i namalowałam, i morską świnkę. Tam mieszkała też babcia, tata, mama.

IRENA GRZYWACZEWSKA: A ten dom jeszcze stoi?

DZIEWCZYNKA 2. Stoi. Babusia troszczy się o dom, i o psa, i o kota. A to mój dziadzio Misza i pies Misza. Mama mówiła na Ukrainie: „Trzeba nakarmić Miszę psa i Miszę dziadzia”.

IRENA GRZYWACZEWSKA: [do innej dziewczynki] Pokaż, gdzie twój pokój? Miałaś swój pokój?

DZIEWCZYNKA 3: Miałam.

IRENA GRZYWACZEWSKA: Jakiego koloru były ściany?

DZIEWCZYNKA 3: Różowe. A łóżko było białe i różowe.

CHŁOPIEC: Jedni mają domy, niektórzy już nie. Po drogach jeżdżą czołgi. Wszyscy się boją. Idziesz ulicą, a tu strzelają. Kiedy jeszcze byłem na Ukrainie, moja mama bała się mnie wypuszczać na dwór. W Mariupolu strzelają, w Ługańsku, w Doniecku. Na początku było cicho, potem zaczęli strzelać, potem jeszcze bardziej. Kiedy się uciszyło, wyjechaliśmy do Polski. Zostały trzy siostry, ciocia, wujek, babcia, dziadzio. Mama, tata, ja i moja malutka siostra jesteśmy tutaj.

[dzwonek w szkole]

CZESŁAWA BOROWIK: Mali uchodźcy pojechali szkolnym autobusem do leżącego w lesie ośrodka dla uchodźców. Tam nie mogą odwiedzać ich koleżanki i koledzy, bo teren jest ściśle chroniony. Każda rodzina ma do dyspozycji bardzo skromny pokój, wspólną dla kilku rodzin łazienkę, kuchnię, lodówkę. Wszyscy czekają na status uchodźcy. Nie wiedzą, co z nimi będzie. Ale podkreślają, że i tak mają szczęście, bo tu traktowani są dobrze. Trafili na gospodarza gminy, który jest im życzliwy.

STANISŁAW JÓŹWIK: Studiowałem na Politechnice Warszawskiej. Ze mną w grupie był Sudańczyk. Pożyczałem mu notatki, pomagałem. W grupie mieliśmy trzech obcokrajowców, w tym bardzo sympatycznego Greka, choć można powiedzieć, że właściwie Polaka, bo się w Polsce urodził. Kiedy my byliśmy w biedzie, inni nam pomagali. I tak powinno być. W miarę możliwości oczywiście. Polska nie wszystkim może pomóc, ale w miarę możliwości powinniśmy pomagać. Czasem więcej znaczy dobre słowo niż coś materialnego. […]

CZESŁAWA BOROWIK: Zespół szkół w Wohyniu. W pierwszym tygodniu nowego roku szkolnego zainteresowanie wzbudza mural na frontowej ścianie szkolnego budynku. Przed wakacjami tego muralu nie było. Karol Łazaruk, gimnazjalista.

KAROL ŁAZARUK: Stoimy przed budynkiem szkoły i widzimy piękne graffiti, bardzo kolorowe. Tak na oko długości 10 metrów. Są tu rozpoznawalne znaki: wieża Eiffla, meczet, krzywa wieża w Pizie, są także ludzie, którzy symbolizują przyjaźń: dwóch chłopców, którzy się witają. A to jest najprawdopodobniej samolot papierowy, który może symbolizować wolność.

CZESŁAWA BOROWIK: Arleta Bojaczuk, uczennica szkoły.

ARLETA BOJACZUK: Na ścianie znajdują się kontury postaci, uczniów naszej szkoły, wypełnione kolorami. Są budynki: meczet, Tadź Mahal i kościół z naszej miejscowości. Są symbole miast i państw, to znaczy, że wszyscy, choć jesteśmy z różnych krajów i różnimy się wiarą, kulturą, to jednak jesteśmy tacy sami.

CZESŁAWA BOROWIK: Karolina Siłaczuk, uczennica.

KAROLINA SIŁACZUK: Podchodzimy do rysunku Hedy, która przedstawiła tutaj jeden element ze swojego tańca czeczeńskiego. Heda jest z Czeczenii. Chodziła z nami do szkoły przez cztery lata i myślę, że miło wspomina czas spędzony tutaj. Często nas odwiedza. Zaprzyjaźniła się z wieloma osobami z Polski i my też miło wspominamy chwile spędzone z nią.

CZESŁAWA BOROWIK: A gdzie ona teraz jest?

KAROLINA SIŁACZUK: W Warszawie.

ANNA TERESA KOWALCZYK: Jest uczennicą trzeciej klasy gimnazjum, a jej brat, wtedy, kiedy chodził do szkoły do nas, był w klasie czwartej. Potem zdawał do piątej i wywalczył nagrodę za waleczność im. Unitów Podlaskich. Taką nagrodę przyznajemy uczniom, którzy podnieśli swoją średnią w ciągu semestru o pół stopnia.

CZESŁAWA BOROWIK: Dopowiedziała pani dyrektor Anna Teresa Kowalczyk i wprowadziła nas do szkoły.

BARBARA BANASZCZYK: Jesteśmy przy głównym wejściu do zespołu szkół im. Unitów Podlaskich w Wohyniu. Obok sztandaru mamy kącik, w którym gromadzimy flagi wszystkich państw, z których pochodzą dzieci uczęszczające do naszej szkoły. Są tu flagi Gruzji, Czeczenii, Ukrainy, Inguszetii…

CZESŁAWA BOROWIK: Barbara Banaszczyk, wicedyrektor.

BARBARA BANASZCZYK: Jest też flaga z Krymu. Możemy policzyć, raz, dwa… Dziewięć narodowości uczęszcza do naszej szkoły, bądź uczęszczało na różnym etapie tych sześciu lat współpracy z ośrodkiem dla uchodźców.

CZESŁAWA BOROWIK: Szkoła nosi imię Unitów Podlaskich, a to zobowiązuje.

BARBARA BANASZCZYK: Budynek szkoły stoi w historycznym miejscu, gdzie stała świątynia unicka i gdzie był cmentarz unicki. Budynek szkolny narusza więc w pewien sposób spokój unitów, którzy tutaj spoczęli. Drugim powodem, dla którego szkoła nosi takie imię, jest przesłanie znalezione podczas remontu kopuły świątyni i dzwonnicy starego kościółka pounickiego. W tym dokumencie potomkowie unitów piszą do potomnych, czyli do nas, abyśmy zawsze trwali w wierze ojców i nie zapomnieli języka polskiego. Fragment tego listu jest wyeksponowany na tablicy obok sztandaru szkoły. „W czasach, w jakich żyliśmy, nie zostawiamy wam żadnych dowodów, ale odsyłamy was do historii 1861−1862 roku. Zaklinamy was imieniem Boga, żebyście stałymi byli w wierze świętej unickiej, na wzór naszych poprzedników, z obu stron uciskanych i prześladowanych. A gdybyście i wy doczekali takich czasów, a może i gorszych, czego, Boże, uchowaj, gdyby przyszło do tego, że was zmuszali do przyjęcia innej, błędnej, fałszywej wiary, znoście prześladowania cierpliwi. Oby Bóg odwracał od was klęski, jakich my doznali”. „Z tego pnia życia i wiary, czerpiemy dzisiaj siły” − a to jest motto znajdujące się na sztandarze szkoły, a sięgające korzeniami i do listu, i do unitów.

STANISŁAW JÓŹWIK: Te ziemie przechodziły z rąk do rąk. Są wioski, z których w 1915 roku wszyscy wyjechali do Rosji[1]. Po drugiej wojnie światowej też dużo ludzi stąd wyjechało, a jednocześnie były czasy, że przyjeżdżali tu Rusini lub Litwini. Ciągle tu coś się działo. I my jesteśmy przyzwyczajeni, że różnie tu bywało. Nasi dziadowie mówili tak zwanym językiem chachłackim. To była mieszanka języków. Moja babcia, pamiętam, jak się zdenerwowała, to używała słów niezrozumiałych dla mnie.

BARBARA BANASZCZYK: To nie jest bez znaczenia, że na tych ziemiach wohyńskich zamieszkiwali różni ludzie. Dziedzictwo wielokulturowości tkwi w obecnych mieszkańcach. I tolerancja. Od sześciu, siedmiu lat, odkąd są dzieci uchodźców w naszej szkole, nie mieliśmy większych problemów wychowawczych, żadnych pobić, wymuszeń, tylko drobne kłopoty z dziećmi dorastającymi. To zasługa wyrozumiałości polskich rodziców, którzy z wielką otwartością podeszli ludzi uciekających przed wojną lub prześladowaniem.

[ktoś gra na pianinie]

CZESŁAWA BOROWIK: Lekcja muzyki. Przy pianinie Ina, która przyjechała do Polski z mamą i babcią. Babcia padła ofiarą rabunku, była torturowana. Nie wie, za co połamano jej ręce. Prosto ze szpitala, przestraszona, że zostanie zamordowana, jak jej mąż i zięć, postanowiła uciec do Polski i poprosić o azyl, bo na terytorium Ukrainy nie czuła się bezpieczna. Jej wnuczka Ina ma przyjaciół w szkole. Wszyscy podziwiają jej talent muzyczny i pracowitość. Szybko uczy się języka polskiego. Nosi polskie nazwisko. Jej tata został zamordowany, kiedy pomagał teściowi w polu. Rodzina taty została wysiedlona z Polski w latach pięćdziesiątych, w ramach akcji Wisła i osiedliła się we wschodniej Ukrainie. Dziewczynka, mama, jej babcia chcą zostać w Polsce, bo boją się o swoje życie, choć chętnie wróciłyby do domu. Mama była asystentką notariusza, babcia prowadziła gospodarstwo rolne. Zostawiły tam wszystko, tu muszą zaczynać od początku.

INA: Jestem Ukrainką. Przyjechałam, bo w Ukrainie jest wojna i niebezpiecznie. Tutaj w szkole jestem już czwarty miesiące. Dziewczęta i chłopcy przyjęli mnie bardzo dobrze. Rozmawiali ze mną, pomagali mi z językiem polskim. Uczę się w szkole muzycznej w Radzyniu gry na pianinie. W domu grałam siedem lat. U nas w kraju jest bardzo źle. Mojego tatę i dziadka zabili, dlatego jesteśmy tutaj.

STANISŁAW JÓŹWIK: Nieraz podwoziłem gdzieś uchodźców, kiedy czasem gubią się w terenie. Rozmawiam z nimi. Mają problemy. Myśleli, że będzie im lepiej, ale cieszą się, że nie lecą bomby, że nikt ich nie straszy, nie grozi, że w nocy mogą spać spokojnie i to dla nich dużo. Staramy się pomagać, choć nasze możliwości są ograniczone, bo gmina nie jest za bogata. Mimo to w gminie osiedliła się rodzina z Mołdawii. Dostali domek, wyremontowali go i w miarę samodzielnie funkcjonują, ich dzieci już pracują. Jest w gminie parę żon Ukrainek i Białorusinek, które wtopiły się w polskie rodziny. Nie ma konfliktów. Nie jest tak źle.

CZESŁAWA BOROWIK: Odwiedzam mołdawską rodzinę, która osiedliła się przed laty w gminie Wohyń. Gospodyni przygotowała ciepły poczęstunek. Było to przyjęcie czym chata bogata.

MOŁDAWIANKA: Tu jest bakłażan, papryka, sól, mięso z indyka i czosnek. I proszę spróbować pomidorów konserwowych. Sama robię, w słoikach.

MOŁDAWIANIN: W trudnej sytuacji nie wolno się załamywać. Zawsze jest jakieś wyjście.

MOŁDAWIANKA: Za każdym razem, kiedy sadzę coś w ogródku, mówię: „Boże, błogosław mój ogród, żebym mogła się dzielić”. Z kimkolwiek, nie ma różnicy z kim. Mieszkaliśmy najpierw w ośrodku dla uchodźców w Warszawie. Mogliśmy tam zostać, ale ja wolałam gdzieś bliżej natury, żeby być sam na sam z Bogiem, słuchać, co Bóg mówi, jak żyć. Cieszę się z tego, co mamy. Mamy obywatelstwo, dostaliśmy od prezydenta Komorowskiego i jesteśmy bardzo zadowoleni. Kiedy dostałam pierwsze zezwolenie na pracę, to był cud. Bo żeby dostać zezwolenie na pracę, trzeba mieć zezwolenie na zamieszkanie, a żeby mieć zezwolenie na zamieszkanie, trzeba mieć zezwolenie na pracę. Labirynt bez wyjścia. [ktoś wchodzi do mieszkania] To jest nasza Sterka, moja gwiazdeczka.

MOŁDAWIANIN: Jak przyjechaliśmy tutaj, to mieliśmy siedemnaście złotych. Dał mi je kolega, który pomagał mi w przeprowadzce, przywiózł nas do tego domu. Nikogo dookoła nie znaliśmy, a mieliśmy ze sobą pięcioro dzieci. I tak się zaczęło.

MOŁDAWIANKA: Stary dom, my bez pracy, to było 26 września. Czwórka dzieci ma iść do szkoły, a ja nie mam dla nich niczego. Poszłam do pani dyrektor… Zawsze, kiedy się modlę, widzę tę kobietę i dziękuję Bogu za nią. To była pani Tchórzewska. I mówię do niej: „Pani dyrektor, mam czwórkę dzieci do szkoły, ale nie mam pieniędzy. Wprowadziliśmy się parę dni temu i nie wiem, co robić”. A ona na mnie spojrzała i powiedziała: „Najważniejsze, żeby każde dziecko miało zeszyt i ołówek, a dalej da się coś zrobić”. To mnie tak podbudowało, podniosło na duchu, że wróciłam do domu szczęśliwa. Dzieci przyjęte do szkoły − byłam szczęśliwa. Potem w grudniu przyszedł rachunek, a ja nie mam z czego zapłacić, ale mąż znalazł pracę. Jeździł w zimie rowerem stąd do Ostrówek. Tam pracował u jednego gospodarza, elektrykę mu robił. Co tydzień dostawał wypłatę i pół worka mąki. Piekliśmy z tego chleb, swój, domowy. Jacy my byliśmy zadowoleni, szczęśliwi. Mieliśmy kozę [śmiech]. Można żyć. Z każdej trudnej sytuacji jest wyjście. Dlatego czasem mnie denerwuje, kiedy ludzie mówią, że nie ma pracy, że nie można się utrzymać, że po co za osiemset złotych pracować. Jeżeli się chce, wszystko jest możliwe.

MOŁDAWIANIN: W Ostrówkach robiłem wszystko, zakładałem instalację elektryczną, instalację hydrauliczną. Kiedy skończyłem tę robotę, ścinałem las jako drwal.

MOŁDAWIANKA: Gdyby mi ktoś powiedział, że będę sprzątała toalety, to bym powiedziała, że jest szalony [śmiech]. Kiedy pierwszy raz sprzątałam w Spomleku, stanęłam przed lustrem, spojrzałam na siebie, śmiałam się i płakałam. Ale nie ma się co skarżyć, bo co to da. Co to da, jeśli powiem, że jest ciężko, bo jestem chora, mam cukrzycę, tarczycę, ciśnienie, kwas moczowy podwyższony, gruczolaka na nadnerczu, w styczniu powinnam mieć operację kręgosłupa… Dobrze, że chodzę, że mogę się cieszyć. Bardzo bym chciała zostać tłumaczem przysięgłym, bo znam biegle trzy języki: rumuński, mołdawski i rosyjski. Ostatnio czytam ustawę o cudzoziemcach, żeby pomóc komuś i żeby nie siedzieć w domu. I dziękuję Panu Bogu, że zawsze postawił na naszej drodze cudownych dobrych ludzi.

Czesława Borowik

Reportaż wyemitowano po raz pierwszy 12 września 2015 roku na antenie Radia Lublin, w programie Kalejdoskop Regionalny. Dla potrzeb publikacji dokonano redakcji stylistycznej i skrótów. 

[1] Tzw. bieżeństwo, czyli masowa ewakuacja ludności wyznania prawosławnego w głąb Rosji w 1915 roku.

Fot. Agnieszka Juszczyńska

Uczniowie Zespołu Szkół im. Unitów Podlaskich w Wohyniu malują mural na budynku swojej szkoły. Fot. Agnieszka Juszczyńska

Fot. Agnieszka Juszczyńska

Mural w zbliżeniu. Fot. Agnieszka Juszczyńska

Fot. Agnieszka Juszczyńska

Mural w planie ogólnym. Fot. Agnieszka Juszczyńska

Fot. Agnieszka Juszczyńska

Szkoła dba o cmentarz unicki w Wohyniu. Na zdjęciu uczniowie z Czeczenii, Inguszetii, Polski i Ukrainy. Fot. Agnieszka Juszczyńska

Fot. Agnieszka Juszczyńska

Wycieczka szkolna w 2013 roku. Z obecnych na zdjęciu chłopców tylko jeden nadal mieszka w Polsce. Fot. Agnieszka Juszczyńska

Fot. Agnieszka Juszczyńska

Po zakończeniu roku szkolnego dzieci czekały na autobus do ośrodka dla cudzoziemców i spontanicznie zaczęły tańczyć. Fot. Agnieszka Juszczyńska