Strona główna/Polska oświata na Litwie: diabeł w szczegółach

Polska oświata na Litwie: diabeł w szczegółach

Przed kilkoma miesiącami znany litewski komentator Arkadijus Vinokuras zasugerował, że stosunki polsko – litewskie są tak złe, że mogą się tylko polepszać. Niestety życie skorygowało tę tezę. Przyjęta 17 marca br. na Litwie nowa redakcja Ustawy o Oświacie stała się kolejną kością niezgody w relacjach polsko-litewskich.

Warszawa oskarżyła władze Litwy o pogarszanie sytuacji Polaków na Litwie i wezwała ambasador RL w Polsce Loretę Zakarevičiene „na dywanik” do polskiego MSZ w sprawie „narastającej atmosfery wrogości wobec polskiej mniejszości na Litwie”. Litwa, w osobie ministra spraw zagranicznych Audroniusa Ažubalisa, zareagowała standardowo: „Polacy na Litwie mają najlepsze na świecie warunki do nauki w języku ojczystym. To fakt, któremu nikt nie zaprzeczył. Co więcej, mogę założyć się, że również za 10 lat ta sytuacja się nie zmieni[1]”.

Podobnie jak w poprzednich tego typu polsko – litewskich konfliktach sprawa obrosła dużą ilością mitów, nadinterpretacji i niejednoznacznych ocen z obu stron. Warto więc przybliżyć ją polskiemu czytelnikowi, niezorientowanemu zbytnio w meandrach zawiłej litewskiej polityki wobec mniejszości narodowych. Zwłaszcza, że oświata – w odróżnieniu od pozostałych problemów, takich jak oryginalna pisownia nazwisk (która ma wymiar symboliczny), czy zwrot ziemi (wymiar materialny) – ma realny wpływ na kondycję i rozwój polskiej mniejszości na Litwie.

Znany brytyjski dziennikarz Edward Lucas z „The Economist”, który jeszcze do niedawna był bardzo krytyczny wobec poczynań władz litewskich w stosunkach z Polską, bez wahania zaaprobował nową ustawę. „Polepszanie znajomości języka litewskiego w szkołach średnich mniejszości narodowych jest sprawą wagi narodowej. Być może reforma ma pewne wady, ale podstawowa idea – zwiększenie ilości i jakość języka litewskiego – nie jest dyskryminująca i warto ją urzeczywistnić[2]” — stwierdził brytyjski analityk. Z potrzebą „lepszej znajomości języka państwowego” trudno polemizować, diabeł jednak jak zawsze tkwi w szczegółach, o których Lucas wspomniał mimochodem.

Przedmioty po litewsku: najmniejszy z problemów

Od zakończenia drugiej wojny światowej i ugruntowania się władzy sowieckiej na Litwie w szkołach mniejszości narodowych wszystkie przedmioty, oprócz języka litewskiego, były wykładane w języku ojczystym. To w znaczny sposób wyróżniało Litwę na tle innych republik radzieckich. Polacy na Białorusi, Ukrainie czy Łotwie nie mieli takich warunków do kultywowania swojej tożsamości. Trudno powiedzieć skąd wzięła się taka „łaskawość” władców Kremla wobec litewskich Polaków, niemniej jednak taki system oświaty Litwa dostała w spadku po Sowietach.

Od samego początku niepodległości część litewskich polityków była zdania, że ten system nauczania szkolnego musi być zmieniony, ponieważ nie służy „integracji mniejszości narodowych”. W roku 1999 zrezygnowano z obowiązkowego egzaminu maturalnego z języka polskiego. Jednak bardziej radykalną „reformę” szkół mniejszości narodowych, przeciwko której od lat protestowali przedstawicieli mniejszości narodowych, udało się wprowadzić dopiero w marcu br.

Od pierwszego września historia i geografia Litwy, wychowanie obywatelskie i politologia mają być nauczane w szkołach mniejszości narodowych wyłącznie po litewsku. De facto problem jest minimalny: po pierwsze, jest to kopia polskiego systemu szkół mniejszości narodowych (w RP również część przedmiotów w szkołach mniejszości narodowych jest nauczana po polsku); po drugie, w starszych klasach, z braku funduszy i z chęci lepszego przygotowania maturzystów do egzaminu maturalnego, uczniowie w polskich i rosyjskich szkołach i tak korzystają z podręczników w języku litewskim. Jednak w sferze symbolicznej jest to dotkliwy policzek wymierzony mniejszościom narodowym. Polacy i Rosjanie zebrali blisko 60 tysięcy podpisów pod protestem przeciwko projektowi zmian w Ustawie o oświacie. Wszystko na nic – litewscy posłowie puścili to mimo uszu i postawili na swoim.

Minister oświaty i nauki Ginataras Stepanavičius jest przekonany, że zmiany w Ustawie o oświacie tylko „polepszają możliwości nauczenia się języka litewskiego, historii i kultury Litwy, ale w żadnym razie nie pozbawiają możliwości nauki języka ojczystego”[3]. Ministrowi wtóruje część publicystów (niekoniecznie z obozu patriotyczno-narodowego). Wspomniany już Arkadijus Vinokuras, którego raczej trzeba zaliczyć do liberałów, wprost oskarżył władze Polski i lidera Akcji Wyborczej Polaków na Litwie Waldemara Tomaszewskiego o sztuczne rozdmuchiwanie problemu. „Dyrektor wileńskiej szkoły państwowej „Šolom Aleichem” (jedyna na Litwie szkoła żydowska – przyp. aut.) dobrze to rozumie. Wszystkie przedmioty w tej szkole są prowadzone po litewsku, a uczniowie szkoły w żaden sposób nie tracą swojej tożsamości narodowej[4]”. Jest to prawda, ale publicysta zapomina dodać, że większość litewskich Żydów rozmawia w domu albo po litewsku, albo po rosyjsku, jidysz czy hebrajski jest dla nich czymś całkowicie egzotycznym. Natomiast w blisko 80 procentach polskich rodzin rozmawia się między sobą po polsku.

Inicjatorzy zmian w Ustawie o oświacie opierają swe wywody na badaniach litewskiego Instytutu Pracy i Badań Społecznych z 2008 r. podczas których 42% objętych badaniem przedstawicieli mniejszości narodowych wskazało, że „napotkali problemy na rynku pracy z powodu słabej znajomości języka litewskiego[5]”. Badania dotyczyły jednak ogółu społeczeństwa, czyli brano pod uwagę również ludzi w starszym wieku, wśród których wielu faktycznie ma problemy z językiem państwowym. Natomiast ludzi młodych, obecnych uczniów i studentów problem ten dotyczy w najmniejszym stopniu. Świadczy o tym chociażby liczba Polaków studiujących na uczelniach litewskich czy pracujących w litewskich firmach i urzędach. Oczywiście w pewnych miejscowościach, gdzie styczność z językiem litewskim jest ograniczona, problemy nadal są. Przedstawiciele polskich szkół od lat zresztą postulują zwiększenie godzin nauki języka litewskiego w tych szkołach, jednak władze dotychczas tłumaczyły się brakiem pieniędzy.

Pewne problemy mogą też wyniknąć w czasie samych lekcji. Ustawa zakłada, że po litewsku mają być prowadzone te lekcje geografii i historii, podczas których mowa jest o Litwie. Co robić kiedy poruszana jest tematyka unii polsko – litewskiej? Do jakiej historii ją zaliczyć – polskiej, litewskiej czy światowej – i w jakim języku muszą odbywać się zajęcia? Pisana w pośpiechu ustawa nie uwzględnia tego typu kolizji.

Ten zapis jest więc nie tyle szkodliwy, co po ludzku przykry. Po raz kolejny rządzący postanowili uszczęśliwiać na siłę, nie uwzględniając opinii samych zainteresowanych. Trudno się więc nie zgodzić z prezesem Związku Polaków na Litwie Michałem Mackiewiczem, gdy mówi, iż „są to bolszewickie metody”. Przykry podwójnie ponieważ podjęty za kadencji i z inicjatywy Ginatarasa Stepanavičiusa, jednego z liderów Ruchu Liberałów, który był jedyną frakcją w litewskim Sejmie głosującą za Ustawą o oryginalnej pisowni nazwisk. Taka inicjatywa może tylko jeszcze bardziej wzbudzić nieufność polskiego elektoratu wobec litewskich partii i polityków.

Jednolity egzamin z litewskiego

Czymś o wiele bardziej groźnym jest wprowadzany od 2013 r. jednolity egzamin maturalny z języka litewskiego dla wszystkich szkół na Litwie. Dotychczas szkoły mniejszości narodowych z przyczyn obiektywnych (mniejsza ilość godzin lekcji litewskiego, litewski nie jest językiem ojczystym) miały nieco lżejszy egzamin, co według litewskich dygnitarzy godziło w zasadę równości.

Po znowelizowaniu Ustawy zasada równości została naruszona, tylko że w stosunku do dzieci z polskich i rosyjskich szkół. Podobnie jak w przypadku dodatkowych przedmiotów po litewsku, można by zaakceptować ujednolicony egzamin (tym bardziej, że natychmiast po przyjęciu poprawek Ministerstwo Oświaty i Nauki znacznie go uprościło dla wszystkich uczniów, o czym polscy liderzy nie lubią mówić), gdyby został ustalony sensowny okres przejściowy. Jednak dwa lata na wyrównanie poziomu nauczania to stanowczo za mało. Proces wyrównujący w szkołach nielitewskojęzycznych powinien trwać co najmniej 12 lat, tyle ile trwa nauczanie języka litewskiego w szkole litewskiej. Dopiero wtedy można mówić o jednakowym traktowaniu wszystkich uczniów, na co zwrócił uwagę m.in. Marius Laurinavičius, redaktor działu zagranicznego dziennika „Lietuvos rytas”, podczas niedawnej konferencji w litewskim Centrum Studiów Europy Wschodniej.

Jest bardzo prawdopodobne, że w 2013 r. może dojść do sytuacji, że uczniowie z nielitewskich szkół zdadzą nawet uproszczony wariant egzaminu gorzej niż koledzy ze szkół litewskich, co automatycznie oznacza mniejszy odsetek polskiej młodzieży na wyższych uczelniach. Będzie to też doskonały pretekst dla radykałów z obu stron: Polakom do zmobilizowania elektoratu, a Litwinom do dalszego ataku na polskie szkoły („dzieci po polskich szkołach gorzej znają język litewski, mają gorsze możliwości dostania się na studia, wprowadźmy jeszcze kilka dodatkowych przedmiotów po litewsku”).

Zamykanie szkół

Teoretycznie na Litwie są dwa rodzaje szkół: samorządowe i rządowe. Szkoły rządowe są w całości litewskojęzyczne. Praktycznie na Litwie działają tylko szkoły samorządowe. Szkoły rządowe[6] istnieją tylko w dwóch rejonach (wileńskim i solecznickim), zamieszkałych w większości przez Polaków i rządzonych przez AWPL. Z takim podziałem od samego początku walczyli miejscowi polscy działacze i samorządowcy.

Znowelizowana ustawa przewiduje, że w miejscowościach gdzie obok siebie istnieją szkoła litewska i szkoła mniejszości narodowych, albo szkoła z klasami litewskimi i klasami mniejszości narodowych, z braku kompletu uczniów w pierwszej kolejności ma być zamknięta szkoła lub klasa z nielitewskim językiem nauczania. Nauczanie w języku litewskim powinno się odbywać niezależnie od tego ile jest dzieci w klasie. Równi i równiejsi? Na Wileńszczyźnie może więc dojść do kuriozalnych sytuacji. Na przykład: w miejscowości X do polskiej klasy uczęszcza 8 dzieci, a do litewskiej – 5 (zazwyczaj również Polaków) – w myśl ustawy ma być zamknięta klasa polska, chociaż zwykła logika podpowiada, że bardziej uciążliwa jest klasa litewska. Oczywiście władze rejonowe zadbają o transport dla polskich uczniów i dowiozą ich do szkoły polskiej w miejscowości obok, ale fakt nierównego traktowania dzieci tylko z powodu ich pochodzenia pozostaje faktem.

Próbując ratować sytuację, natychmiast po przyjęciu znowelizowanej Ustawy, rząd zmienił swoją uchwałę w sprawie kompletowania klas i postanowił, że w klasach początkowych i podstawowych (czyli do 10 klasy) minimalna liczba uczniów nie jest wymagana. Problem z redukcją klas lub szkół dotyczyć będzie więc tylko szkoły średniej, czyli dwóch ostatnich klas. Nie zmienia to faktu, że przepis ten w sposób jawny narusza nie tylko litewską Konstytucję, która zakazuje dyskryminacji z powodu narodowości czy języka, ale przeczy też podstawowym zasadom prawa europejskiego.

Można odnieść wrażenie, że litewscy politycy na siłę chcą zaostrzenia konfliktu polsko-litewskiego. Niektórzy obserwatorzy doszukują się w tym nawet „niewidzialnej ręki Kremla”. Sądzę jednak, że rodzimym politykom wystarcza własnej głupoty. Większość litewskich polityków po prostu działa odruchowo w obronie mitycznego „interesu narodowego”. Szczególnie, gdy się na nich naciska z zewnątrz. Nikt nie chce wypaść w oczach wyborców na mięczaka.

Stanowisko AWPL

O ile stanowisko rządu Litwy jest trudne do zrozumienia, to jeszcze trudniej zrozumieć stanowisko partii, która ma stać na straży polskich interesów na Litwie i powinna wykorzystywać do tego każdą nadarzającą okazję i w każdy możliwy sposób. Początkowo zrezygnowano z pomysłu sądowego zaskarżenia Ustawy o oświacie. „Dzisiaj najpewniej zrezygnujemy z drogi sądowej, gdyż mogłoby to wciągnąć nas w wieloletni maraton sądowniczy[7]” — oświadczył w wywiadzie Waldemar Tomaszewski. — „Musimy zrobić wszystko, by wygrać wybory parlamentarne i przez działania polityczne przywrócić te prawa[8]”. Jest to oczywista demagogia. Nawet jeśli w następnych wyborach uda się przekroczyć próg wyborczy (obecnych 3 polskich posłów trafiło do litewskiego Sejmu z okręgów jednomandatowych) to i tak nigdy polscy parlamentarzyści nie będą mieć takiej większości, aby samemu zmieniać lub stanowić prawo.

Później, czy to pod wpływem własnych przemyśleń czy bodźców zewnętrznych, podejście AWPL się zmieniło. Zaczęto zbierać niezbędne podpisy wśród posłów na Sejm, aby zaskarżyć ustawę do Sądu Konstytucyjnego. Ustawowo pod pozwem do Sądu Konstytucyjnego musi podpisać się co najmniej 30 posłów. Zebrano 53 podpisy, co jest niewątpliwym sukcesem Akcji Wyborczej. Podobna sytuacja miała już miejsce w roku 2002 r., kiedy Sejm uchwalił dyskryminującą mniejszości narodowe Ustawę o podwójnym obywatelstwie. Wówczas z inicjatywy posła-Polaka, liberała Aleksandra Popławskiego zaskarżono ustawę do Sądu Konstytucyjnego i wygrano.

Dziwi natomiast fakt, że do Sądu Konstytucyjnego zaskarżono tylko przepis dotyczący redukcji szkół, natomiast zostawiono ujednolicony egzamin maturalny (bo już zaskarżenie przepisów o dodatkowych przedmiotach po litewsku raczej nie miało szans na wygraną), powstaje więc pytanie: czy ujednolicony egzamin maturalny jest problemem dla polskiej partii czy odwrotniejest jej na rękę?  Przeciw wprowadzeniu w tak krótkim czasie ujednoliconego egzaminu z języka państwowego protestowała nawet litewska socjaldemokracja.

Niestety Sejm w głosowaniu odrzucił wniosek o zwrócenie się do Sądu Konstytucyjnego. Nie zamyka to jeszcze możliwości zaskarżenia Ustawy, ale niewątpliwie jest ciosem w polską społeczność. Polscy posłowie mogą jeszcze złożyć oddzielny wniosek do Sądu Konstytucyjnego. Czy to zrobią – zobaczymy.

Zresztą nieco wcześniej poseł z polskiej partii Jarosław Narkiewicz, w wywiadzie dla Radia „Znad Wilii” powiedział, że inicjatywa sądowa ma pochodzić od rodziców uczniów-Polaków. Natychmiast więc do życia powołana została „oddolna” inicjatywa Forum Rodziców Szkół Polskich na Litwie, która obecnie swoim imieniem sygnuje protesty pod Ministerstwem Oświaty i zagranicznymi ambasadami. Coraz częściej w kuluarach mówi się też o „strajku” polskich szkół na wzór strajku polskich dzieci we Wrześni w 1901 r. Tylko czy organizatorzy tego „strajku” rzeczywiście troszczą się o polskie szkolnictwo? Po pierwsze, bardzo niejasna jest baza prawna takiego przedsięwzięcia; po drugie, profity ze „strajku” otrzymają tylko politycy AWPL; po trzecie, kary z powodu udziału w „strajku” dla nauczycieli, uczniów i ich rodziców mogą być naprawdę bolesne. Mam nadzieję, że jeśli do „strajku” dojdzie, to AWPL czy Forum zadba o należyty fundusz finansowy by pokryć straty jego uczestnikom. Niestety trudno oprzeć się wrażeniu, że nikomu nie zależy na uregulowaniu problemów mniejszości narodowych. Wręcz przeciwnie ciągłe zaostrzanie sytuacji w pełni ich zadowala, ponieważ jest dobrym pretekstem do mobilizacji elektoratu…

Antoni Pacuk Radczenko


[1] Kwadratura polsko-litewskiego okrągłego stołu, Stanisław Tarasiewicz, Kurier Wileński 2011-05-05

[2] „The Economist”: Lietuvos švietimo reformos idėja gera ir nediskriminuoja lenkų, diena.lt 2011-04-21

[3] Rozmowa z ministrem Oświaty i Nauki Litwy Gintarasem Steponavičiusem, Robert Mickiewicz, Kurier wileński, 30 03 2011

[4] Arkadijus Vinokuras Lenkų rinkimų akcijos vadovų politinė avantiūra, Lrytas.lt 2011-03-22

[5] Europejska Fundacja Praw Człowieka na tropie żonglerki statystyką, Kurier Wileński, 2011 03 25

[6] Do 2010 r. te szkoły byli w gestii powiatów (regionalnej administracji rządowej), jednak po ich likwidacji zostali wzięte pod bezpośredni zarząd ministerstwa Oświaty

[7] Być zwyciężonym i nie ulec, Tygodnik Wileńszczyzny, informacja z www.tygodnik.lt

[8] Tamże