Strona główna/Przekroczyć granice

Przekroczyć granice

Wszystko zaczęło się pewnego sierpniowego popołudnia. Siedzieliśmy w trójkę przy mrożonej kawie rozmyślając co ciekawego można zrobić… Mieliśmy już dość stagnacji, bierności, poświęcania własnych marzeń w imię wszechogarniającej rutyny. Chcieliśmy pokazać światu, że człowiek może wszystko, że jedyne realne ograniczenia są w nim samym, że marzenia się nie spełniają, to my je spełniamy… Obok leżał atlas, przypadkiem otworzony na Afryce. A dlaczego by nie… Kilimanjaro?

Przygotowania do wyprawy

Tych kilka minut prostej, pozornie przypadkowej dyskusji zmieniło nasze życie. Minęło jeszcze kilka tygodni zanim wyklarował się dokładny pomysł na projekt oraz znaleźli się ludzie, którzy będą go realizować. Ostatecznie zostaliśmy w piątkę – przyjaciele z harcerstwa, zdecydowani rok po przypadkowym otwarciu atlasu stanąć na najwyższym szczycie Afryki i najwyższej, wolnostojącej górze na świecie. Konkretyzując cele projektu postanowiliśmy działać pod hasłem „Przekroczyć Granice”. Przekraczać, ale nie jedną, lecz wiele granic. Miało to być pierwsze, fizyczne przekroczenie granic między krajami, kontynentami, jak również przekroczenie granicy wysokości, a przede wszystkim granic międzyludzkich oraz tkwiących w nas samych.

Wychodząc naprzeciw afrykańskim skautom i innym mieszkańcom Kenii i Tanzanii, chcieliśmy wzorem Ryszarda Kapuścińskiego, od którego ideę przekraczania granic zaczerpnęliśmy, spróbować spojrzeć na mieszkańców Afryki z innej perspektywy. Nie z dystansem, niczym światowi Europejczycy, ale z otwartością, ciepłem, gotowością do wymiany poglądów, zwyczajów, podejścia do świata. Poprzez przekraczanie granic tkwiących w nas samych rozumieliśmy przede wszystkim złamanie wewnętrznych barier i ograniczeń, które przeszkadzają w nawiązaniu w pełni satysfakcjonującej, głębokiej relacji z drugim człowiekiem i blokują nasze możliwości realizowania marzeń.

Od początku przyświecało nam to samo marzenie, które stało się przyczyną pierwszej podróży Kapuścińskiego:

…największe moje pragnienie, które nie dawało mi spokoju, nęciło mnie i dręczyło, było nawet skromne, bo mianowicie chodziło mi o jedno tylko – o sam moment, sam akt, najprostszą czynność przekroczenia granicy.

W chwili rozpoczęcia projektu pragnienie to mieliśmy już zrealizowane. Każdy z nas przekroczył już jakąś granicę, ale podobnie jak Kapuściński odnaleźliśmy w tym radość, pasję i sens. Decydując się na realizację projektu chcieliśmy iść dalej, wyżej i głębiej, przekraczając granice zostawiać świat odrobinę lepszym, tak jak nakazał nam naczelny skaut świata – Robert Baden Powell[1].

Tak też się stało. To był rok intensywnej pracy, poszukiwania sponsorów, nawiązywania kontaktów z mediami, zarażania ludzi naszą wizją, entuzjazmem i głęboką wiarą w zwycięstwo. Wielokrotnie nasza wyprawa stawała pod znakiem zapytania, byliśmy niebezpiecznie blisko utraty nadziei. Wszędzie słyszeliśmy słowo „kryzys”, nie ma pieniędzy, ciekawa idea, kiedy indziej byśmy ją poparli, ale… Każda kolejna porażka w poszukiwaniu sponsorów była jednak równoważona przez głosy tych, którzy zaczęli w nas wierzyć i każdego dnia wspierali nas swoją obecnością, słowem, tych, którzy sami zaczęli realizować swoje marzenia. Wciąż otrzymywaliśmy wiadomości, których entuzjazm przerastał nasze najśmielsze oczekiwania. Wiedzieliśmy jedno – nie możemy się poddać!

Walka o sukces trwała niemal do ostatniej chwili. Dosłownie dzień przed wylotem otrzymaliśmy pieniądze, które miały zapewnić nam możliwość przeżycia na miejscu. Pełni oczekiwania, choć i niepokoju wsiadaliśmy do samolotu. Oto przecież rozpoczynała się przygoda naszego życia. Mieliśmy również poczucie odpowiedzialności za tych, którzy w nas wierzyli, którym chcieliśmy pokazać siłę marzeń, ale też podzielić się z nimi doświadczeniami poznania innej kultury, przekroczenia międzykulturowych barier. A to okazało się zadaniem niełatwym…

Afrykańska codzienność

Już od pierwszych minut na Czarnym Lądzie nasza tożsamość określona została przez wpisanie nas w schemat białych turystów. Zewsząd otaczali nas tubylcy, którzy chcieli nam coś sprzedać, zaoferować, pomóc, zawieźć, zamówić… Pierwsze kilka nocnych godzin postanowiliśmy jednak spędzić na mało przytulnym lotnisku, obawiając się samotnego wyjścia w nieznane. Skaut, z którym nawiązaliśmy kontakt przez przylotem, nie pojawił się. Byliśmy zdani na własne, nieco nadwątlone niepokojem siły.

Gdy słońce wzeszło nad horyzont, a na lotnisku wszystko zaczęło się otwierać, wybraliśmy się do punktu informacji turystycznej. W ciągu trzech minut pan, który z nami rozmawiał, załatwił nam w miarę tani hotel i taksówkę, która zawiozła nas prosto pod drzwi. Z jednej strony dzięki jego pomocy cały proces poszukiwania miejsca do spania przebiegł nadspodziewanie łatwo, z drugiej – mieliśmy poczucie, że wpadliśmy w jakąś sieć, z której trudno było się wydostać. Za każdym razem gdy schodziliśmy do hotelowego holu czekał na nas inny czarnoskóry, który chciał zaoferować nam Safari, wejście na Kilimanjaro, czy cokolwiek innego byśmy jeszcze chcieli. Wychodząc z jednego biura podróży byliśmy atakowani przez przedstawiciela kolejnego, który próbował nam wytłumaczyć, że jego firma jest na pewno lepsza niż wszystkie te, w których byliśmy do tej pory. Zwiedzanie miasta zamieniało się w koszmar, nie było mowy o poznaniu czegokolwiek od środka, bo jeśli ktoś chciał z nami rozmawiać to tylko o kolejnej ofercie biura podróży, o tym że potrzebuje pieniędzy lub, że ma doskonały sklep z pamiątkami. Do tego wszystkiego ostrzegano nas wielokrotnie, że wychodzenie do miasta po zmroku jest dla nas niebezpieczne. Nairobi zbudowało wokół nas mur, którego bez pomocy kogoś z wewnątrz nie byliśmy w stanie przekroczyć. Na szczęście wspomniany wcześniej skaut – Josh, w końcu się pojawił. Po kilku nieudanych próbach spotkania udało się umówić z nim w naszym hotelu. Od tej pory mogliśmy choć spróbować spojrzeć na Kenię z innej nieco perspektywy niż ta biała, europejska. Dzięki Joshowi zaczęliśmy wychodzić wieczorami, jeździć komunikacją miejską czy chodzić do sklepów bez obawy, że ktoś będzie chciał nas oszukać lub nieświadomie zmylić. A każda z tych rzeczy, które stały się możliwe dzięki towarzystwu naszego przewodnika okazywała się kolejną przygodą i spotkaniem z „ich” codziennością, dla nas tak bardzo odległą. Wieczorami miasto nagle nabierało nowego kształtu, wszędzie byli ludzie, hałas, busy wypełnione muzyką i dyskotekowym światłem, gdzie panowie próbowali się „układać” o nas z Joshem. Komunikacja miejska to autobusy, które nawet nie zatrzymywały się na przystankach, jedynie zwalniały, by ludzie zdążyli wskoczyć. Numer autobusu, a więc i miejsce jego przeznaczenia trzymał czarnoskóry wychylający się przez okno i niejednokrotnie zmieniał tabliczkę zanim dotarliśmy na wyznaczone miejsce. Nigdzie nie było informacji skąd i kiedy autobus dokładnie odjeżdża, wszelkie wycieczki poza miasto stały się możliwe tylko dzięki Joshowi i  jego wiedzy, którą czerpał trudno powiedzieć skąd.

Dotarliśmy na przedmieścia, do slumsów, domów z blachy. Ludzie snujący się donikąd, pozbawieni nadziei, przybyli do miasta, bo miasto to symbol życia, bogactwa, ale brakuje im energii by z miasta skorzystać, żyją na skraju rzeczywistości, z dnia na dzień, bez sensu, celu, perspektyw. Kilka kroków dalej – ośrodek skautowy, otwarta przestrzeń, skautowa symbolika, małpy biegające między namiotami i serdeczne przyjęcie przez władze ich organizacji. Innym razem – wycieczka na grób Baden Powella. Cisza, subtelna prostota grobu i otoczenia pomieszana z zarośniętymi miejscami nagrobkami. Chwilę wcześniej – próba wyrwania się z tłumu tubylców, z których każdy próbuje coś sprzedać, poczynając od biżuterii, przez artykuły spożywcze, obieraczkę do kapusty aż po święte obrazki. Wszyscy nas znali, wszyscy wiedzieli, że jesteśmy w mieście, bez względu na to czy było to Nairobi w Kenii czy Arusha w Tanzanii. Piątka białych turystów to nie lada gratka. Zdarzyło się, że obcy mężczyzna podszedł do nas na środku ulicy z telefonem w dłoni i wiadomością, że to do nas. I rzeczywiście, dzwonił właściciel firmy, z którą zdecydowaliśmy się jechać na Safari. Chwilę później przedstawiciel innego biura wypominał nam, że przecież mieliśmy wrócić z Tanzanii dzień wcześniej, a my postanowiliśmy zatrzymać się tam chwilę dłużej. Czasem trudno było przejść kilka metrów, otoczeni przez przekrzykujących się sprzedawców dostawaliśmy „klaustrofobii”, marzyliśmy jedynie o tym, by móc zrównać się z nimi, może zmienić kolor skóry, zniknąć, po prostu przestać być tak bardzo widocznymi.

Kilimanjaro

Chyba najbardziej odczuliśmy różnicę koloru skóry podczas zdobywania Kilimanjaro. Przez całą drogą towarzyszył nam sztywny podział – my biali, oni czarni. Nie potrafiliśmy tego przezwyciężyć, ani się do tego przyzwyczaić. My – biali zdobywaliśmy Kilimanjaro, oni – czarni nosili nasze plecaki, przygotowywali posiłki, wskazywali drogę. Inaczej się nie dało. Nie ma innej możliwości wejścia do parku, zdobywania szczytu niż wynajęcie tragarzy, kucharzy, kelnerów i przewodników. Jedyną pociechą był fakt, że dzięki temu ci ludzie zarobią i będą mieli pieniądze na kolejne kilka dni życia… To niewiele zmniejszało jednak udrękę podziału, jadania w stołówce dla białych, korzystania z przyniesionej nam pod drzwi wody, patrzenia na tragarzy niosących nasze plecaki. Trudno było nawiązać z nimi bliższy kontakt. Właściwie jedynymi osobami, które poznaliśmy lepiej byli nasi przewodnicy – trójka czarnoskórych, która towarzyszyła nam w drodze na górę, dbając o to, byśmy szli powoli, pili dużo wody i aklimatyzowali się na tyle, na ile było to możliwe. Ale nawet oni nie jedli z nami, przychodzili na koniec posiłku, by omówić kolejny dzień drogi. I mimo naszych próśb i dyskusji nie potrafili nawet do końca zrozumieć dlaczego zależy nam na kontakcie z resztą ekipy i na dzieleniu doświadczeń. Tłumaczyli nam, że taka jest ich praca, że zawsze tak będzie, że nie rozumieją dlaczego chcemy coś zmieniać. Po kilku takich rozmowach zrezygnowaliśmy więc, cieszyliśmy się możliwością przebywania z przewodnikami, którzy opowiadali nam wiele o swoim życiu i codzienności. Wydawało się nam, że nawiązaliśmy z nimi naprawdę dobry kontakt, choć późniejsze zdarzenia, już po zejściu ze szczytu, na chwilę zachwiały naszym przekonaniem i mieliśmy wrażenie, że znów chodzi jedynie o interes. Mimo to wspominam ich z pewnym wzruszeniem, niewątpliwie to dzięki nim stanęliśmy na szczycie i dowiedzieliśmy się trochę więcej o Afryce, tej spoza turystycznej zasłony.

Przekraczajmy granice

Podobne jak wspomniane wcześniej spostrzeżenia można by mnożyć, gdziekolwiek się nie ruszyliśmy – odgrywano przed nami przedstawienie przygotowane specjalnie dla białych. Safari, Kilimanjaro, wioska Masajów. Chyba ta ostatnia wywołała w nas najwięcej różnorodnych emocji. Dziesięć dolarów za wejście, w cenie masajski taniec, zwiedzanie chat i rozpalanie ogniska. Nie potrafiłam pogodzić się z wyrazem rezygnacji na twarzach tańczących kobiet, z próbą wciśnięcia nam kolejnych medalików, z wyreżyserowanym spektaklem na potrzeby pozyskania jeszcze większej ilości pieniędzy. Dlatego od pierwszej minuty zajęłam się dziećmi bo tylko one wydawały się naturalne. Początkowo nieufne, powoli zmniejszały dystans. Inny język, inny kolor skóry, inna rzeczywistość, a jednak już po kilku minutach udało się przebić przez mur pozornej inności. Tylko one były autentyczne, prawdziwe, nieskażone grą pozorów. Być może tylko dzieci potrafią żyć prawdziwie, nie nauczone jeszcze wyznaczania sztucznych granic.

Dlaczego później przekraczanie granic staje się tak trudne? Wymaga projektów, wysiłku, mozolnego przekonywania, że to możliwe. Kto ustanawia standard ograniczenia? Czy czarni, przygotowujący dla nas turystyczne spektakle? Czy może biali, którzy tych spektakli oczekują? Co powstrzymuje nas przed nawiązywaniem prawdziwych relacji, spełnianiem marzeń, poznawaniem innej kultury? Przekraczanie granic nie jest łatwe, prawdopodobnie nigdy nie będzie. Mimo miesięcy przygotowań, dobrej woli i entuzjazmu przebicie się przez kulturowe granice okazało się zadaniem trudnym, jeśli nie po części niemożliwym. Mam poczucie, że i tak poznaliśmy więcej niż przeciętny turysta, zainteresowani czymś poza standardowymi wycieczkami. To wciąż jednak tylko skrawek ich rzeczywistości. Mam nadzieję, że przyjdzie dzień, w którym poznanie stanie się łatwiejsze, w którym kolor skóry przestanie być barierą. Chyba nigdy lepiej niż przez te kilka tygodni w Afryce nie rozumiałam Kapuścińskiego i jego potrzeby „zmiany koloru skóry”. Tak, tym razem to ja chciałam być czarna.

Kończąc te zawsze zbyt krótkie rozważania, chciałabym zacytować sama siebie, przywołać wpis w dzienniku wyprawy, który umieściłam zaraz po przyjeździe, pełna jeszcze niepoukładanych emocji:

Wróciliśmy. Mijają godziny, dni, ale wciąż trudno znaleźć słowa, by to wszystko opisać. Być może już nigdy ich nie znajdziemy. W głowie chaos, tysiące nowych planów, myśli, refleksji. Tysiące postanowień, ale i pytań, czy starczy na wszystko czasu, czy starczy odwagi?

Pokochałam Afrykę. Ten świat, ludzi, atmosferę, podejście do życia. Już dziś wiem, że chcę, że muszę tam wrócić. Że Afryka jeszcze bardziej niż przed wyjazdem pojawiać się będzie w moich snach, nie odstępując mnie na krok. Chcę wrócić, lecz nie jako turystka. Chcę stać się jedną z tych ludzi, żyć z nimi, wierzyć w to, co wierzą, robić to, co robią. Nie zastanawiać się czy to bezpieczne, czy wzięłam tabletki, czy różnice kulturowe nie są zbyt duże… Nie są. Owe różnice, podobnie jak granica, są w nas. Chcę wrócić do Afryki, wniknąć w nią, pomóc, poznać, być.

Jestem szczęśliwa. Byłam tam szczęśliwa każdego dnia, choć każdego dnia inaczej. Prawdziwe szczęście, którego wymiar wykracza daleko poza zwykłą radość i wzruszenie, czułam przede wszystkim wśród dzieci. Tych w szkołach, w mieście, w wiosce masajskiej. To dzieci były najbardziej autentyczne, nieskażone jeszcze stereotypowym podejściem do białego jako bogacza.

Choć i wśród dorosłych zdarzali się tacy, od których uczyłam się życia każdego dnia. Chociażby nasi przewodnicy, ludzie dzięki którym weszliśmy na szczyt. Cała droga na Kilimanjaro była jednym wielkim marzeniem. Nie było łatwo. Ale może dlatego właśnie było wspaniale. Każdy dzień, każda chwila wiodła nas wyżej, dalej, głębiej. Wyżej na górę i głębiej w nas samych. A sam szczyt… Nie istnieją słowa, które opiszą te emocje, łzy, poczucie szczęścia, satysfakcji, pomieszane z trudnościami z oddychaniem, stresem, nieziemskim wręcz zmęczeniem. Zdobyliśmy szczyt. Szczyt naszych marzeń, możliwości. Szczyt Kilimanjaro.[2]

Przekraczajmy granice. To my sami je ustanowiliśmy na potrzeby naszego lenistwa, lęku, wygody. Nie ma innego sposobu na poznanie człowieka niż wyjście poza własny mur.

Anna Książek


[1] Wytłumaczenie nazwy projektu pochodzi z naszej strony internetowej www.przekroczycgranice.zhpwidzew.pl, gdzie znaleźć można również więcej informacji o naszych celach, misji i perspektywach.

[2] Więcej na stronie www.przekroczycgranice.zhpwidzew.pl w dziale „Dziennik”.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA