Strona główna/Traktować indywidualnie

Traktować indywidualnie

Arteterapia ma na świecie bardzo szerokie zastosowanie – poddają się jej ludzie w każdym wieku, dotknięci przypadłościami natury fizycznej i psychicznej. Jakie podejście do tej dziedziny cechuje lubelskie Centrum Arteterapi?

Prowadzimy arteterapię indywidualną i grupową przeznaczoną w równym stopniu dla osób pełnosprawnych i niepełnosprawnych. Specyfika naszej pracy polega na łączeniu dwóch sposobów terapii: przez sztukę i działania społeczne. Taki stan rzeczy jest wynikiem doświadczenia zebranego przeze mnie w ciągu dwudziestu lat, podczas gdy samo Centrum działa od 2008 roku. Ma to być również edukacyjny ośrodek kompetencyjny. Poprzez arteterapię chciałbym osiągnąć stan, w którym niepełnosprawny uczestnik zajęć będzie miał szansę podzielenia się z innymi tym, co potrafi, bycia ich mistrzem.

Zainspirował mnie przykład Natalii Popowej, która prowadzi Centrum „Krug” w Moskwie. Przed spotkaniem z nią pojmowałem naszą pracę jako służbę niepełnosprawnym. Natalia wywróciła moje podejście podkreślając, że w procesie arteterapeutycznym korzyści wynoszą wszyscy uczestnicy – podopieczni, terapeuci oraz zaangażowani w pomoc wolontariusze. Zrozumiałem, że istota naszej działalności nie powinna tkwić w pracy dla niepełnosprawnych, ale z niepełnosprawnymi.

Kim są osoby i organizacje skupione wokół Centrum?

Centrum Arteterapii tworzą: Fundacja Centrum Arteterapii, Fundacja Nieprzetartego Szlaku, stowarzyszenie Rekreacyjny Klub Nieprzetartego Szlaku, Polskie Stowarzyszenie Terapii Przez Sztukę, zamierzamy podjąć współpracę z Fundacją „Alfa” zajmującą się osobami autystycznymi. Trzonem jest Ruch Nieprzetartego Szlaku – animatorzy, którzy od lat kierują działaniami tej organizacji. Nie sposób pominąć wolontariuszy, pochodzących z różnych środowisk, od uczniów szkoły podstawowej po dorosłe pracujące osoby.

Możemy mówić o tym, że stworzyliśmy środowisko terapeutów, instruktorów, a także podopiecznych –zaangażowanych w kilkudziesięciu instytucjach (głównie na terenie Lubelszczyzny, województwa lwowskiego i Śląska). Działa między nami zasada wymiany: mogę liczyć na pomoc, ale sam też jestem na wezwanie.

Czy bierzecie na siebie odpowiedzialność za przygotowanie osób, które będą pracowały w przyszłości z niepełnosprawnymi?

Już wiele lat temu zauważyłem, że poziom prezentowanych przez osoby niepełnosprawne działań artystycznych nie zależy od ich upośledzenia, a od wyszkolenia pracujących z nimi instruktorów. Od tego czasu prowadzimy dla nich szkolenia. Cała nasza działalność praktyczna jest z jednej strony formą terapii dla podopiecznych, z drugiej sposobem przygotowywania opiekunów. Współpracujemy z wieloma osobami, korzystamy z ich wiedzy i doświadczenia. Nasi współpracownicy to Krzysztof Stachyra – muzykoterapeuta , Barbara Kasprzak z Ośrodka Terapii i Rozwoju w Świdniku – specjalistka w zakresie terapii przez sztuki plastyczne, Janusz Szymański z Radzynia zajmujący się ekspresją ciała, czy wspomniana już Natalia Popowa z Moskwy i wielu innych. Dzięki nim nasze szkolenia mają bardzo wysoki poziom.

Z tego co Pan mówi, wynika, że dysponujecie ogromną siecią ludzi zaangażowanych we współpracę, generujecie wiele inicjatyw, a mimo tego o Waszej działalności niewiele można usłyszeć. Nie istnieje ona w powszechnej świadomości lublinian, ale myślę, że w skali kraju sytuacja ośrodków arteterapeutycznych wygląda podobnie.

To prawda. Po dwudziestu latach pracy udało nam się sprawić, że w informatorze najważniejszych imprez Lublina czytamy o naszych wydarzeniach. Po dwudziestu latach… Kiedy osiem lat temu pisałem wniosek o dofinansowanie przez Miasto Lublin naszego projektu, Wydział Kultury odpowiedział mi: Pomyłkowo dostaliśmy od Państwa pismo w związku z międzynarodową imprezą artystów „Nieprzetartego Szlaku”, które przekazaliśmy do Wydziału Pomocy Społecznej. Wtedy uznano, że to nie kultura. Z drugiej strony od wielu lat przyznawał się do nas, w ślad za Ministerstwem Kultury, wydział kultury Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego. Prowokuje to pytanie, zbliżające do istoty naszej pracy: czy to co robimy jest terapią, czy też zaliczamy siebie do grona twórców kultury? A może do pomocy społecznej? Moim zdaniem na pograniczu tych sfer rodzi się nasza specyfika.

Kolejny problem dotyczy świadomości społecznej. Występy niepełnosprawnych mają dla ludzi złe konotacje – pamiętam zaprzyjaźnionego biznesmena, który zastanawiając się nad przyjściem na festiwal ze swoimi dziećmi, zapytał: Czy to jest bezpieczne? Czy moje dziecko nie przeżyje zbyt dużej traumy? Po imprezie jego pytanie brzmiało zupełnie inaczej: Michał, a którzy to byli niepełnosprawni?

Aby zmienić świadomość społeczeństwa potrzeba właściwej promocji. W naszym konkretnym przypadku konieczna jest osoba, która zajmie się promocją. Obecnie sami nie możemy robić tego tak, jakbyśmy pragnęli. Spośród ogromu istotnych działań, które podejmujemy, musimy wybierać te najważniejsze: dla nas to praca z podopiecznymi. Wyobrażam sobie, że gdy powstanie tutaj stabilna instytucja np. Środowiskowy Dom Samopomocy, będę mógł zatrudnić kilku współpracowników i stworzyć dział promocji, oczywiście złożony z niepełnosprawnych i ich terapeuty.

Myśli Pan o stworzeniu działu promocji, który będzie jednocześnie terapią dla podopiecznych?

Tak. Wszystko, co się da, chcę organizować w ten sposób.

Według mnie zaangażowanie osób niepełnosprawnych w terapię sztuką i chęć dzielenia się efektami własnej pracy, na tyle bogatymi, iż można je zaprezentować w formule festiwalu, świadczy, że istnieje z ich strony chęć przełamywania barier. Mają potrzebę kontaktu, szukają go – to „my, pełnosprawni” boimy się i zamykamy na niego. Skąd, według Pana, bierze się w społeczeństwie opór?

Ze strachu. Ludzkie obawy przed niepełnosprawnymi powoduje brak kontaktu z nimi. Czy można dziwić się lękowi przed nieznanym? W Polsce brakuje systematycznej edukacji, która uczyłaby integracji. Kiedy prowadziłem liceum społeczne moi uczniowie podczas Spotkań Artystów Nieprzetartego szlaku mieli opiekować się grupami teatralnymi niepełnosprawnych. Często zasypywali mnie pytaniami pełnymi niepokoju, ale po krótkim czasie spędzonym z podopiecznymi zastanawiali się: A dlaczego ci ludzie przebywają w ośrodku specjalnym? Czasem jedno spotkanie załatwia całą sprawę.

Zwróćmy uwagę, że podczas wielu tak zwanych imprez integracyjnych, festiwali osób niepełnosprawnych widownię stanowi głównie rodzina, przyjaciele oraz inni niepełnosprawni. A przecież mają być one okazją do integracji poprzez współuczestnictwo w kulturze.

Gdzie jest zatem miejsce arteterapii we współczesnej kulturze?

Troszkę się cofnę. Sama arteterapia wcale nie musi być związana z kulturą. Dotyczy to na przykład gabinetów muzykoterapii, czy pracowni terapii przez sztukę. Jednak specyfika prowadzonych przez nas działań polega na systematycznym wchodzeniu w jej krąg. Na świecie toczą się dyskusje o tym, czy np. prezentacje sceniczne osób niepełnosprawnych zaliczyć do terapii czy sztuki. Przyporządkowania i podziały są trudne do przeprowadzenia: w Niemczech działa zawodowy teatr z niepełnosprawnymi BLAUMAYER wystawiający profesjonalne spektakle, m.in. operę „Carmen”. Jego twórcy mówią o sobie „W ogóle nie zajmujemy się terapią, my robimy teatr”. A ja w ich działaniach widzę terapię i to na bardzo wysokim poziomie.

Czyli dobrze przeprowadzona terapia jest podstawą do tworzenia artyzmu widowiska?

Może nią być. Nie zawsze prezentujemy efekty arteterapii na zewnątrz. W teatrze terapeutycznym (a mówiąc szerzej amatorskim), celem nie jest widowisko, tylko rozwój jego uczestników. Nauczyciel krzywdzi młodzież, kiedy przychodzi do grupy teatralnej z gotowym scenariuszem i wydaje polecenia typu „Jesteś duży, więc będziesz diabłem, a ty blondynką, to zagrasz anioła, ty idziesz tu, a ty stąd dotąd” – to jakby zabawa w marionetkarza.

Teatr amatorski różni się od zawodowego. W teatrze zawodowym spektakl jest „produktem”, który ma się dobrze sprzedać – dla aktorów stanowi to podstawę ich funkcjonowania. W teatrze amatorskim celem jest rozwój jego uczestników. Jeżeli nauczyciel nie zna tego rozróżnienia łatwo może popełnić błąd.

Konsekwencje takiego „zawodowego” podejścia są fatalne: nastawienie na zadawalanie swojego przełożonego, realizowanie występu „z okazji…” – przestają się liczyć chęci, dojrzałość i pragnienia naszych podopiecznych. Należy to nazwać niszczeniem dzieci przy pomocy działań pseudoartystycznych. Musimy odróżnić istotę i cele teatru profesjonalnego od amatorskiego. Ale z mojego doświadczenia wynika, że jeżeli w teatrze amatorskim zadbamy o uczestnika: o jego rozwój, samodzielność i twórczość – to stworzymy spektakl o dobrym poziomie artystycznym. Dlaczego? Bo w teatrze mówimy o prawdzie i pięknie.

Czym jest moment występu w procesie arteterapeutycznym?

Nazwałbym go sytuacją połowicznego bezpieczeństwa. Pracując z podopiecznymi zaczynamy od terapii prowadzonej w odosobnieniu, w gronie zaufanych osób, a więc całkowicie bezpiecznej. Po wielu miesiącach (czasem latach) wspólnych przygotowań tworzy się bezpieczna strefa do występu, składają się na nią: sztuka, świadomość swojego ciała i odgrywanej w spektaklu roli, rozumienie scenicznych partnerów. Trzeba się będzie jednocześnie zmierzyć z czynnikami ryzyka, czyli nowymi warunkami, stresem, obcymi ludźmi. Kolejne udane próby zmierzenia się z na wpół bezpieczną sytuacją pozwalają przenieść efekty terapii na następny poziom – realnego życia: tu nie ma już bezpiecznego scenariusza, znanej muzyki…

Od tej pory podopieczny zaczyna być samodzielny i ze swoimi umiejętnościami wychodzi na zewnątrz, sprawdzając skuteczność naszej terapii w codziennych zdarzeniach. Idzie do sklepu, rozmawia z ludźmi – wyraża swoim ciałem dokładnie to, co chce wyrazić. Nie możemy zamykać osób niepełnosprawnych w gettach – nawet najlepiej zorganizowanych i pięknych. Mają oni prawo funkcjonować w społeczeństwie, czując swoją wartość.

Jak wygląda praca z uczestnikami spektaklu po pierwszym występie?

Dla mnie widowisko teatralne nie jest końcem pracy. Traktuję je jako kolejny etap procesu teatroterapii. Przychodzi czas na naukę nawiązywania kontaktu i naukę świadomego wpływania na nastroje widowni. Pora by postawić naszym podopiecznym pytania, które skłonią ich do refleksji, do odróżnienia elementów, które sprzyjały występowi, od tych, które były przeszkodą. Należy doprowadzić do sytuacji, w której będą oni potrafili zapanować nad widzami, za pomocą poznanych wcześniej metod. W ten sposób zdobywa umiejętność komunikacji z drugą osobą i tłumem. Zadam Ci pytanie: kiedy osoba niepełnosprawna rządzi innymi?

… ?

Ja znalazłem tylko jedno takie miejsce. Scena. Tam możemy mówić o rządzeniu, rządzeniu emocjami. Aktor może sprawić, że widzowie będą się śmiać albo płakać. To wielka moc. Niestety wielu osobom wydaje się, że wyjście na scenę jest dla niepełnosprawnego nobilitacją samą w sobie. Nic bardziej mylnego: scena i reflektory obnażają tylko prawdę. Często z winy reżysera – braku czasu lub doświadczenia – widowisko jest niedopracowane, a sama grupa niedojrzała do występu przed publicznością. Widzowie oglądając spektakl myślą: „Fatalne… ale to przecież niepełnosprawna osoba, bijmy jej brawo”. Skąd mają wiedzieć, że chodzi o nieudolność instruktorów a nie o niepełnosprawność występujących?

Czy terapeuta może uczestniczyć w występie swoich podopiecznych?

Oczywiście, ale powinien pojawiać się tylko, kiedy jest niezbędny. Nie może jednak ani wysuwać się na pierwszy plan, ani odcinać od zespołu np. wychodząc w codziennym ubraniu, gdy gramy spektakl kostiumowy. Opiekun nie może również wchodzić na scenę w środku widowiska, poprawiać czegoś i wracać na widownię, myśląc, że był przezroczysty. Trzeba znać swoje miejsce w procesie tworzenia. Pięknie to ujęła Aneta Stodólska – instruktor Teatru Źródełko z Lublina, mówiąc: „Początkowo byłam z nimi na scenie, później w kulisach w kostiumie – gotowa w każdej chwili dołączyć do aktorów. Wreszcie po pięciu latach usiadłam na widowni – proces dotarł do miejsca, w którym nie jestem już potrzebna na scenie”.

Jakie są cechy dobrego arteterapeuty?

Myślę, że najważniejsze, aby w drugim człowieku widział… człowieka. Ten sam problem mamy w stosunku do dzieci: często patrzymy na nich jak na przyszłych dorosłych ludzi. Twój problem jest mały, bo masz 10 lat? Nie, twój problem jest poważny, bo jest twój. Do drugiego człowieka trzeba podchodzić z szacunkiem i wrażliwością. Czasem mówię wolontariuszom: wyobraźcie sobie, że przyjeżdża Olbrychski – jak byście go przyjęli? Z takim samym szacunkiem traktujcie każdego, choćby sześcioletniego aktora.

Kolejne cechy to wrażliwość i konsekwencja oraz świadomość zachodzących procesów. W pracy z grupą podstawą jest stworzenie w niej sytuacji bezpiecznej. Nie ma mowy o jakiejkolwiek otwartości, kreowaniu, jeśli grupa nie czuje się bezpiecznej: uczestnicy terapii muszą ufać prowadzącemu, ufać sobie – niedopuszczalne jest na przykład wyśmiewanie. Dobry terapeuta podąża za podopiecznym, spoglądając na każdego indywidualnie. Jako reżyser spina wszystkie elementy, nadaje im artystyczny wyraz, ale nie może w tym celu wywierać presji. W twórczym procesie musi znaleźć się miejsce na radość, samodzielność. Poszukiwać ma nie tylko instruktor ale i uczestnicy grupy. Zwłaszcza jeśli chodzi o grupę terapeutyczną.

W jaki sposób instruktor może sprawdzić, czy jego działania są poprawne?

W przypadku działań teatralnych Nieprzetartego Szlaku mamy Radę Konsultacyjną – specjalistów od dramaturgii, muzyki, pedagogiki… Do ich zadań należy radzenie, podpowiadanie instruktorom – co nie oznacza zdjęcia z prowadzącego odpowiedzialności za jego zespół. Możemy wskazać mu uchybienia, które zauważymy w widowisku – będącym przecież ważnym etapem teatroterapii – po to aby wyeliminować ich wystąpienie w przyszłości. Mówię przede wszystkim o błędach warsztatowych, niezależnych od uczestników, ale przyczyniających się do tego, że mają oni gorszy odbiór. Instruktor –terapeuta decydujący się na to, aby jego podopieczni stanęli na scenie i zmierzyli się z widzem, musi być wrażliwy teatralnie i cały czas uczyć się tej sztuki.

Często zadaje instruktorom pytanie: jakie cele terapeutyczne, postawił pan sobie i swoim podopiecznym przy realizacji tego spektaklu? Początkujący instruktorzy nie są na to przygotowani. Najczęściej koncentrują się oni na zrobieniu widowiska – doprowadzeniu do udanej premiery. Bez wpadek, bez pomyłek. Moje prowokacyjne pytania mają skłonić do refleksji. Mam nadzieję, że robiąc następny spektakl będą pamiętać, że nie pokaz jest najważniejszy.

Praca z niepełnosprawnymi w potocznym rozumieniu kojarzy się w pierwszej kolejności z utrudnieniami. Jak Pan, jako praktyk, scharakteryzowałby ten rodzaj współpracy?

Nie ma żadnej różnicy w pracy z tak zwaną osobą pełnosprawną i niepełnosprawną. Na czym miała by ona polegać?

Na przykład na ograniczeniach niepełnosprawnych, które mogą stać się przeszkodą.

Czy chodzi o ograniczenia niepełnosprawnych czy nasze? Wg mnie każdy ma mocne strony i każdy ma jakieś ograniczenia. Dwadzieścia lat temu sam bałem się osób niepełnosprawnych. Gdy miałem prowadzić pierwsze zajęcia, zaprosił mnie do siebie dyrektor ośrodka specjalnego na Dominikańskiej w Lublinie. Miał przygotowane teczki, żebym zapoznał się ze wszelkimi danymi. I wtedy pomimo mojego strachu odpowiedziałem: „Będę prowadził z nimi teatr, sam muszę każdego z nich poznać. Jedyne, czego ewentualnie potrzebuję, to wiedzieć kto i jakiego może dostać ataku oraz co mam wtedy robić”. Nie byłem terapeutą i nie czułem się kompetentny do oglądania ich dokumentów. Myślę, że istota tkwi w indywidualnym poznaniu każdej osoby, z którą mamy pracować, znalezieniu jej mocnej strony i maksymalnym jej rozwijaniu. To wszystko.

Do każdego należy podejść bardzo indywidualnie W niczym nie pomoże nam wrzucenie wszystkich do jednego worka z napisem niepełnosprawność. Pracuję też z osobami pełnosprawnymi – w Ośrodku Teatralnym w Skrzynicach prowadzę program trzydniowych wycieczek o profilu harcersko-teatralnym „Bezludna Wyspa”. Uczestnicy muszą podejmować bardzo dużo decyzji, których konsekwencje spadają na nich. Okazuje się, że często mają z tym problemy, bo na co dzień są „wyręczani” przez rodziców, nauczycieli. Kiedyś podczas wycieczki nastolatki z tak zwanego „dobrego domu” musiały wybrać, w którą z rozstajnych dróg należy skręcić. Padał ulewny deszcz a one nie podejmowały decyzji przez pięć, dziesięć, wreszcie trzydzieści minut. Dlaczego? Bo nie były w stanie uwierzyć, że decyzja należy do nich – przecież obok był dorosły. Czy to też nie jest niepełnosprawność?

Gdzie jest granica między pełnosprawnością i niepełnosprawnością? Nie dam się namówić na rozróżnienia czarne/białe, bo nie dopuszczam prostych podziałów: choćby mówiąc o dzieciach autystycznych, nie możemy ich traktować jako jednolitej grupy, bo są różne autyzmy. I proszę mnie dobrze zrozumieć – nie odrzucam tu całej wiedzy pedagogicznej. Chodzi o indywidualne podejście do każdego człowieka.

Przytaczane w rozmowie sytuacje pokazują, jaką łatwą i pojemną etykietką jest pojęcie niepełnosprawności.

Dlatego mu się sprzeciwiam. Rozumiem normy prawne, konieczność specjalistycznych szkół, odpowiedniej metodyki, ale nie akceptuję schematycznego etykietowania, które powoduje wtórne upośledzenie. Ciekawa rzecz, że myśląc o moim Marchewkowym Teatrze, musiałabym się dłużej zastanowić, które z dzieci jest pełnosprawne, a które nie.

Pana przykład jest dowodem na to, że ważna jest możliwość obcowania z ludźmi określanymi jako niepełnosprawni. Gdy ją mamy, granice, w których żyjemy niepostrzeżenie zacierają się.

Tak – kiedy nie znamy tych ludzi, myślimy schematami, pytamy samych siebie: „co ja rozumiem przez to, że o nim się mówi niepełnosprawny” i udzielamy odpowiedzi wynikających ze strachu lub ignorancji: „zaatakuje mnie, będzie pluł przy jedzeniu, jest nieestetyczny, nieprzewidywalny”. Zażartuje sobie: która kobieta jest dla mężczyzny przewidywalna? Kobiety odpowiedzą: a który facet? Czy mam to nazwać niepełnosprawnością płci? Pewnie tak, ale niczego to nie zmieni.

Michał Stanowski, Katarzyna Piwońska

www.nieprzetartyszlak.pl