Strona główna/W rozkroku. Między homo sovieticus a świadomym społeczeństwem Kazachstanu

W rozkroku. Między homo sovieticus a świadomym społeczeństwem Kazachstanu

Po moich kilkuletnich wojażach po krajach Azji Środkowej, wielokrotnie zadawano mi jedno bezmyślne pytanie: „Jak tam jest”? Zawsze odpowiadałem bez namysłu: „Inaczej”.

Na początku muszę podkreślić, że w sposób sceptyczny podchodzę do jakichkolwiek porównań społeczeństwa zachodnioeuropejskiego, które (przynajmniej w teorii) jest społeczeństwem wykazującym obywatelską aktywność, do społeczeństwa wyrosłego na gruzach cywilizacji sowieckiej czy azjatyckiej. Snucie wszelkiego rodzaju analogii zdaje się tu na nic. Wierzę jednak – za niektórymi kulturoznawcami – w paralelność istnienia cywilizacji i kultur. Według takiego postrzegania świata przedstawiciele „cywilizacji zachodniej” patrzą na inne kultury z wyższością i w sposób daleko stereotypowy. Dlatego, choćbyśmy bardzo chcieli, obserwacja innych kultur zawsze będzie niewolna od subiektywnych ocen.

Człowiek niedookreślony czyli życie w Rusazji

Patrząc na postradzieckie kraje Azji Środkowej, można powiedzieć, że każdy z nich poszedł inną drogą, choć same mechanizmy władzy i scenariusze jej utrzymania były bardzo podobne. Na ogół komunistyczna wierchuszka dążyła do zachowania status quo, mimo przemian ekonomicznych i krachu gospodarki planowanej. Społeczeństwo na początku lat 90. czekała zaś ciężka terapia szokowa.

Kazachstan, druga co do wielkości republika związkowa, w połowie lat 90. zaczął mieć ogromne problemy z zaopatrzeniem miast w energię cieplną i elektryczną. Wiele razy słyszałem opowieści o tym, jak miasta na północy kraju – 120-tysięczny Kokczetaw (dziś Kokszetau) i blisko 200-tysięczny Pietropawłowsk – z dnia na dzień przestały być oświetlane i ogrzewane. Nietrudno sobie wyobrazić, że w syberyjskim klimacie ludzie zaczęli sobie radzić jak mogli. „Mieliśmy ogniska na balkonach, było ciężko, ale daliśmy radę” – z uśmiechem mówili mi znajomi. Jednym z pozytywów długich i zimnych nocy był spory przyrost naturalny w tamtym okresie.

Ludzie wytrzymali, nie da się ukryć, po raz kolejny po Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej i pierestrojce. Wytrzymali, bo włodarze „wymagali poświęceń” ze strony obywateli. Oczywiście był to czas nagłego kryzysu, w którym jedni szybko się bogacili, a cała reszta traciła i tak skromny dorobek swojego życia (jak wiadomo różnice w zamożności społeczeństwa w byłych republikach postradzieckich są ogromne). Władza była więc gwarantem spokoju – i jest nim zresztą do dziś. To co poraża, to brak jakiejkolwiek chęci zmian, która wypływałaby od pojedynczego obywatela. Inicjatywa obywatelska w takim systemie jest postrzegana jako coś „wywrotowego”, element opozycyjny do mainstreamu politycznego. Nie dziwi więc fakt wygrywania kolejnych wyborów przez prezydencką partię „Nur Otan”, gwarantującej stabilność w państwie i dającej odpór wszelkiego rodzaju skrajnym ruchom nacjonalistycznym i fundamentalizmom religijnych; co jest na rękę zarówno ludności rosyjskojęzycznej, zachowującej prorosyjskie resentymenty; jak i samych Kazachom, którzy nie identyfikują się z ideą państwa wyznaniowego.

Z drugiej zaś strony, myślenie opozycyjne jest najzwyczajniej niepopularne. Bardziej powszechny jest brak chęci do samodzielnego dźwigania ciężaru życia i odpowiedzialności za własny byt. Brak niezależnego myślenia jest jednym z wyznaczników postaw homo sovieticus. Aby podać konkretny przykład, posłużę się anegdotą: na nieoficjalnym spotkaniu i herbacie z urzędnikiem szczebla gminnego mój kolega zadał mu fundamentalne pytanie: „Czy do partii pan się zapisał dobrowolnie, czy też trzeba do niej należeć obowiązkowo?” – „Dobrowolnie i obowiązkowo” – odrzekł nasz rozmówca po krótkiej chwili wahania.

Obserwując niejednolite narodowo społeczeństwo Kazachstanu, nie mogłem się często oprzeć wrażeniu, że mimo upływu blisko 20 lat od rozpadu ZSRR, duża część obywateli tego kraju dalej tkwi w mentalnym mezaliansie z komunizmem i reliktami epoki przeszłej. I bynajmniej nie chodzi tutaj o bałwochwalcze wielbienie pomników Lenina, których jest zresztą niewiele i które wypierane są przez średniowiecznych chanów i narodowych artystów. Lenin, podobnie jak pozostali przywódcy imperium, jest co najwyżej atrakcją turystyczną, popkulturową ikoną na wzór gadżetu z Mao, lub T-shirtu z Che Guevarą. Innych towarzyszy spotkałem w supermarkecie na półce ze śledziami. Chruszczow reklamował te z kukurydzą, Breżniew zachęcał etykietką „pod wódeczkę”, a Stalin zachwalał – jak na jego ostre rządy przystało – śledzie w musztardzie.

Żyjąc kilka lat w tym euroazjatyckim kraju (mieszkańcy Kazachstanu z dumą podkreślają jego euroazjatyckie położenie i charakter, jako pomostu między Azją i Europą), zdałem sobie sprawę z faktu, że ogromna przestrzeń nie sprzyja stworzeniu jednolitego obrazu państwa na styku kultur. Miałem jednocześnie szczęście obserwować postsowiecką republikę od podszewki: zarówno od strony upadłego kołchozu jak i rozedrganej stolicy, budującej w fenomenalnym tempie „miasto przyszłości”. Już te rozbieżności podsycały moją ciekawość co do ludzi zamieszkujących ten piękny stepowy kraj. Młoda republika jest bowiem areną dynamicznych przemian – tych gospodarczych i społecznych. O przemianach politycznych – ze względu na konstytucyjną wszechwładzę prezydencką – należałoby mówić z dystansem i dużą dozą dyplomacji.

Ze względu na charakter wykonywanych obowiązków (byłem nauczycielem języka polskiego w środowiskach polonijnych), pracowałem w skupiskach rosyjskojęzycznych, gdzie ludność słowiańskiego pochodzenia stanowiła procentową większość. Niestety, bardzo szybko zauważyłem uprzedzenia i stereotypy dzielące społeczeństwo, mimo jego pozornej, wieloetnicznej symbiozy. Oczywiście wchodziła tu w grę wspomniana nostalgia za tym, co sowieckie oraz za czasami imperialnej potęgi i wywyższania tego co rosyjskie.

Z drugiej strony społeczeństwo kazachstańskie stoi dziś przed istotnym wyzwaniem „kazachizacji” kraju. Mimo, że republikę zamieszkuje ponad 100 narodowości i językiem urzędowym jest kazachski, większa część obywateli posługuje się na co dzień językiem rosyjskim. Tworzy się więc nową „mitologię”, wzory kulturowe są skierowane na podkreślanie tego, co dotyczy „ludności rdzennej” oraz tego, co „wzniosłe i piękne” było w historii ZSRR.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, zważywszy że nawet Kazachowie – przez lata sowieckiego rugowania dziedzictwa kulturowego podległych republik – własnym językiem posługują się rzadko, gdyby nie fakt, że „rusaki” (niezbyt życzliwe określenie ludności słowiańskiej) są do tej pory przekonani o tym, że rzeczywistość w jakiej żyją jest niezmienna i język rosyjski nadal będzie funkcjonował w urzędach i instytucjach państwowych. Rzeczywiście – w małych wsiach na północy kraju ten model się sprawdza – przynajmniej do momentu, kiedy organy władzy obwodowej starają się sprawdzić poziom znajomości języka narodowego np. w szkole, czy w wiejskim urzędzie. Nawiasem mówiąc, nie da się ukryć, że takie wydarzenie przypomina bardziej cyrk objazdowy i jest żywcem wycięte z Gogolowskiego Rewizora.

Nikt nie jest do tego momentu decyzyjny, nikt nie umie nakreślić zakresu swoich obowiązków, wszędzie panuje przekonanie o tym, że prawdziwy obraz rzeczywistości należy zastąpić malowidłem dokładnie takim, jakie pragnie zobaczyć przełożony. O korupcjogennym wymiarze takich „zagrywek” nie trzeba przekonywać. Zresztą zjawisko to wymagałoby raczej osobnego artykułu, a nawet oddzielnej książki. O tym, że problem istnieje, wiedzą wszyscy i traktują go jako część niepisanej umowy między jednostką, która potrzebuje pomocy, a osobą, która ma władzę takiej pomocy udzielić.

Elementy tej wielokulturowej mozaiki są bardzo wymieszane i czasem tak dalekie od historycznych faktów, iż przypominają bardziej tworzenie „nowej świeckiej tradycji” niźli oddają stan faktyczny świadomości narodowej mieszkańców Kazachstanu. Inna sprawa, że ci nie zawsze czują narodową odrębność i żaden z tych kulturowych „modeli” nie jest w stanie przeważyć na swoją stronę.

Obywatele losu

Czy w takich warunkach można mówić o kształtowaniu (choćby w bardzo ogólnym, europejskim pojęciu) tożsamości obywatelskiej? Istotą tworzenia się świadomego społeczeństwa jest przeświadczenie o jego podmiotowym charakterze oraz samodzielny wybór celów i odpowiedzialność za decyzje. Rzeczywistość Kazachstanu nie spełnia tych warunków. Inercja ludzi, brak wiary w realny wpływ na swoje życie, te charakterystyczne postawy spotykałem dość często. Na każdym kroku słyszałem powtarzane jak mantrę zdanie, które streszcza stan umysłu ludzi radzieckich: „Это не мы такие, это жизнь такая” („nie my tacy jesteśmy, tylko takie jest życie”). Ta fraza weszła mi po kilku latach w krew i z nią się budziłem, przekraczając kolejny próg paranoi w tej nibylandii.

Życiem i losem niejednokrotnie tłumaczono swoje niechlujstwo i zaniedbania, co sprawiało, że coraz bardziej czułem się jak w filmie Barei. Tyle, że ciągle coś szczypało mnie w policzek i wiedziałem, że to nie sen ani film. Człowiek Rusazji (słowa tego używałem i używać będę z uporem maniaka) jest istotą sprzeczną i posiadającą wiele cech wykluczających się. W co wierzy człowiek Rusazji? W los. Bo przecież nie w jakiś konkretny cel, który uda mu się zaplanować i zrealizować wbrew wszelkim przeciwnościom… losu. Zniewolenie mentalne dotyczy wielu aspektów życia, a wyrażane jest przez brak chęci wyrwania się z apatycznej sytuacji, chęci zmiany na lepsze. Przy takim myśleniu każdy ruch jest skazany na niepowodzenie.

Jak zatem walczyć z siłą fatalną? Siłą zabobonu. W tym zdawałoby się zlaicyzowanym społeczeństwie istnieje do dziś wiele przesądów i wierzeń. Dużą popularnością cieszą się wróżbici i wszelkiego rodzaju uzdrowiciele, którzy mogą zdjąć klątwy i uzdrowić naszą duszę. Będąc na wsi, niejednokrotnie słyszałem o babciach-uzdrowicielkach, które „pomagały w cierpieniach” płaczących noworodków, okadzając je wonnymi ziołami, a nawet (sic!) chrzcząc dzieci. Takie rytuały są praktykami powszechnymi do dziś, nawet jeśli osoba udzielająca „sakramentu” nie ma nic wspólnego z daną religią. O absurdzie takiej sytuacji świadczy chociażby fakt, że w katolicko-prawosławnych wioskach pracują księżą katoliccy i są oni pomijani w tych magicznych rytuałach.

Rozumienie religii jest zresztą oddzielnym tematem. Z zasady nie wiąże się ono z wyznawaniem konkretnych dogmatów i zachowywaniem ściśle ustalonych norm sakramentalno-moralnych. Religia bardziej przypomina odgórny narodowy klucz przynależności do danego światopoglądu. I tak Rosjanin z góry jest postrzegany jako prawosławny, choćby cerkiew znał jedynie z opowieści dziadów. Polak od razu jest kojarzony z religią katolicką, choć stopień zsowietyzowania i laicyzacji naszych rodaków jest jednym z największych wśród narodów Kazachstanu (z badań statystycznych przeprowadzonych przez organizacje rządowe wynika, że na koniec lat 90. tylko około 10-12 procent osób świadomie przyznających się do polskich korzeni posługiwało się językiem ojczystym. O odsetku Polaków – wyznawców katolicyzmu trudno powiedzieć, ale te statystyki również nie są wysokie).

Sami Kazachowie – naród, który przyjął islam dopiero w połowie wieku XVI – są przypisani do religii muzułmańskiej, choć sowiecki model życia jest wśród nich dość powszechny, a wpływ islamu jest silniejszy jedynie w południowej części kraju. Warto dodać, że islam w Kazachstanie do dziś nie pozbył się wpływów szamanizmu i jest uważany przez ortodoksyjnych muzułmanów za odstępstwo od wiary proroka Mahometa.

Można więc założyć, że sposób widzenia religii jest pozbawiony szerszej perspektywy i wymiaru metafizycznego, a utożsamianie się z konkretnym światopoglądem religijnym ma charakter bardzo płytkiej refleksji. Nie do końca wiadomo, czy kolejne pokolenia młodych Kazachów nadrobią stracony czas poprzednich generacji. Multikulturowy tygiel, jakim jest Kazachstan, oferuje im bowiem model państwa, w którym wielkie religie monoteistyczne zdają się być jedynie kolorowym dodatkiem do politycznej wizytówki prezydenta Nazarbajewa, czego wyrazem jest zbudowany w nowej stolicy Pałac Pokoju i Zgody, miejsce spotkań kultur i religii. Ta położona na lewym brzegu Astany budowla w kształcie przeszklonej piramidy swoim wyglądem wywołuje zachwyt nie tylko u obywateli Kazachstanu, ale również u licznie odwiedzających ten kraj nafciarzy i zwykłych turystów.

Rozwój, historia i ropa

Oczywiście, takiemu jednostronnemu obrazowi rzeczywistości można zarzucić wiele. Zasadne pozostaje jednak podstawowe pytanie: w jakim wymiarze, społeczeństwo kazachstańskie ma możliwość samorealizacji, uczestniczenia w życiu publicznym i tworzenia oddolnych inicjatyw? Czy wieloetniczny model państwa kazachskiego może zmierzać w kierunku modelu amerykańskiego, gdzie obywatele nie stosując rozróżnień etnicznych potrafią stworzyć społeczeństwo kulturalnie i ideowo jednolite o silnej identyfikacji z państwową tożsamością? Ostatnie zmiany konstytucyjne zdają się odpowiadać przecząco na te pytania. Podwyższenie progu wyborczego oraz liczby osób wymaganych do założenia partii politycznych i stowarzyszeń, powoduje marginalizację ruchów opozycyjnych i obywatelskiej postawy swobodnego wyrażania własnych opinii.

Co ciekawe, Kazachstan dzięki rządowym projektom wymiany studenckiej, wysyła rokrocznie dużą liczbę swoich najlepszych uczniów na uniwersytety zagraniczne, co sprzyja obywatelskiemu rozwojowi kraju, nawet jeśli duża część tych szczęśliwców pochodzi z rodzin wysoko postawionych urzędników państwowych. Zrównoważony rozwój wsi i miast staje się jednym z najważniejszych wyzwań tej młodej republiki, a projekt działań mających sprostać temu i wszystkim innym wyzwaniom jest zawarty w strategii rozwojowej „Kazachstan 2030”.

Aby poznać każde społeczeństwo, należy zobaczyć je „od dołu”, zrozumieć motywację ludzi, którzy potrafią sobie radzić w ciężkich warunkach. Co budujące, spotkania z pojedynczymi ludźmi zawsze dawały mi dużo do myślenia. Ich minimalizm, który często podziwiałem, dawał świadectwo temu, że nie zawsze trzeba „mieć”, żeby „być”. Nigdy nie spotkałem się z wrogimi postawami wobec mojej inności, czasem nawet manifestowanej w nieświadomy sposób. Gościnności i otwartości doznawałem od tych, którzy materialnie mieli bardzo niewiele do zaoferowania. Takie postawy pokazują, że budowanie więzi społecznych wcale nie musi się zaczynać od aktywności politycznej, a życie publiczne spełnia się w kontakcie z najbliższym sąsiadem i w powszechnej tutaj samopomocy. Doświadczenia te być może w jakiś sposób odnoszą się do charakteru tego stepowego kraju, gdzie koczownik miał wręcz obowiązek przyjąć swojego gościa, zaopiekować się nim w czasie pobytu w jego jurcie. Właśnie symbolika otwartej jurty, w której ciepło domowego ogniska pozwala przyjąć wędrowca, jest dla mnie w sposób szczególny czytelna i wymowna.

Dodatkowym znakiem przemian jest postawa zdecydowanego odcięcia się od stalinowskiej przeszłości. Kazachstan jako republika związkowa był areną wydarzeń, którą nieszczęście stalinizmu dotknęło w sposób szczególny. Jest to o tyle cenne że, jak wiemy, nie każda poradziecka republika w sposób zdecydowany zerwała z epoką stalinizmu. Dziś, choć nie zachowały się pozostałości po licznych obozach pracy, temat represji jest obecny w budowaniu historycznej tożsamości społecznej: od deklaracji najwyższych władz i potępieniu terroru, przez upamiętnianie obozów i miejsc kaźni, aż do działań edukacyjnych i artystycznych, w których epoka łagrów staje się wspólnym mianownikiem okrutnych losów narodów. Niespełna rok temu miałem możliwość wyjazdu ze szkolną młodzieżą do miejsca pamięci niedaleko od Astany, które symbolizowało kobiecy łagier pracy. АЛЖИР — Akmoliński Łagier Żon Zdrajców Ojczyzny był nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla ostatnich licealnych klas dobrą lekcją historii. Należy mieć tylko nadzieję, że symboliczne płyty nagrobne w gołym stepie będą przemawiać głośno do kolejnych pokoleń i lekcja historii nie pójdzie w las; mimo tego, że temat sowieckich represji w jakiś szczególny sposób nie determinuje myślenia młodych Kazachów.

Dziś Republika Kazachstanu uchodzi za kraj szybko rozwijający się, lidera przemian gospodarczych w Azji Centralnej. Mimo częstych apeli organizacji ochrony praw człowieka o niezachowywaniu demokratycznych standardów, Kazachstan uzyskał duży kredyt międzynarodowego zaufania i w roku 2010 przewodniczył Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Ranga tego wyróżnienia była we właściwy sposób wykorzystana przez propagandę sukcesu prezydenta Nazarbajewa. Z okazji roku przewodnictwa, Narodowy Bank Republiki wypuścił limitowaną serię banknotów o nominale 1000 tenge, dzięki której przeciętny obywatel poznał nazwę kolejnej międzynarodowej organizacji, którą podobno interesuje wyłącznie świetlana przyszłość, rozwój i demokratyzacja Kazachstanu, a nie energetyczna koniunktura związana z najdłuższym na świecie rurociągiem łączącym Chiny z Turkmenistanem. Paradoksów jest zresztą więcej, co nie umniejsza faktu, że Kazachstan jest traktowany jako poważny partner i gwarant w azjatyckiej mozaice polityczno-ekonomicznej. I być może dlatego jest istotne, jak będzie wyglądała przyszłość tej wielonarodowej republiki.

Marcin Wociór