ROZMOWA. Most, który prowadzi z powrotem do Czech
Z Katerziną Tuczkovą rozmawia Aureliusz M. Pedziwol
Niemcy sudeccy, którzy po wojnie zostali wypędzeni z Czechosłowacji i żyją dziś głównie w Bawarii, mają według Katerziny Tuczkovej* najwięcej wspólnego ze współczesnymi Czechami.
Aureliusz M. Pedziwol: Zajmie się Pani kiedyś w swoich książkach również mężczyznami? Czy zawsze będą to kobiety?
Katerzina Tuczkova: Niebawem ukaże się zbiór opowiadań Sudety: Raj utracony**, do którego napisałam opowiadanie Czas raków. Jego akcja toczy się na Morawach Południowych, pod wzgórzami zwanymi Pálavą, niedaleko Mikulova, gdzie dziś jest Jezioro Novomlýnské. Tam, na małej wysepce, stoi kościółek świętego Leonarda, ostatni relikt nieistniejącego już Muszova, zwanego niegdyś Muschau, gdzie żyli głównie Niemcy. Wyłaniający się z wód kościółek robi niezwykłe wrażenie. Już od dziecka korciło mnie, żeby dowiedzieć się o nim coś więcej. Dzięki temu opowiadaniu znalazł się powód, by odkryć zamierzchłą historię tej wioski…
Ta opowieść jest osadzona w latach międzywojennych, gdy przepływała tędy Dyja. Chłopcy łowili w niej raki, a sprzedając je zasilali rodzinne budżety. Narratorem jest niemiecki chłopiec, a raczej mężczyzna, który po wojnie wraz z rodziną został wysiedlony do Niemiec, a potem próbował wrócić. Więcej nie powiem, by nie zdradzić wszystkiego.
Zwłaszcza, że jesteśmy jeszcze przed premierą.
Skoro jednak pan pyta o postacie męskie, chcę powiedzieć, że poświęcam im tyle samo uwagi, co kobiecym. Dziejowe chwile, którymi się zajmuję, są wprawdzie pokazane z perspektywy kobiet, ale oczywiście nie da się ich opowiedzieć bez mężczyzn. W mojej ostatniej powieści „Bílá Voda” o prześladowaniach zakonnic w czasach komunizmu jest ich naprawdę wielu, ponieważ zarówno przedstawiciele Kościoła katolickiego, jak i rządu byli wyłącznie mężczyznami. Jest to więc powieść o kobietach, ale i o mężczyznach – po prostu o naszym społeczeństwie. Akurat w tej książce męskie postacie wymagały ode mnie wiele więcej pracy niż kobiece.
Wróćmy jednak do kobiet, a konkretnie do tytułowej bohaterki powieści Wypędzenie Gerty Schnirch, która mówi o brneńskim marszu śmierci. Pisząc ją nie miała Pani nawet 30 lat. Jak to się stało, że wzięła Pani taki temat na warsztat?
Miałam 22 lata, kiedy przeprowadziłam się do Brna i zamieszkałam w tak zwanym brneńskim Bronxie, który znajduje się obok historycznego centrum, ale nikt nie chce tam mieszkać. To obszar wykluczenia społecznego. Przeprowadziłem się tam, bo było bardzo tanio. A gdy zobaczyłam, jak interesująca jest ta dzielnica, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ma tak złą sławę.
Wtedy natrafiłam na nieczyste sumienia ludzi stamtąd. W XX wieku, gdy tam żyli obok siebie Czesi, Niemcy i Żydzi, miejsce to widziało najróżniejsze krzywdy. To właśnie tam mówiono hantecem, słynną brneńską gwarą łączącą czeski, niemiecki i jidysz. Ale w latach 40. Żydów wywieziono do obozów koncentracyjnych, a potem wypędzono Niemców. Czesi zaś, którzy się tam wprowadzili, wynieśli się w latach 60. czy 70. do nowych osiedli. Nie czuli się tam dobrze, ponieważ wciąż kładły się na nich cienie przeszłości. I tak w ciągu dwóch dekad ci mieszkańcy stamtąd odeszli, a innym brneńczykom było łatwiej zapomnieć o dramatycznych wydarzeniach, które tam się rozgrywały, wymazać je z pamięci.
Brno to też Sudety?
Nie, Brno leży pośrodku Moraw. Ale ma ten swój Bronx z taką samą historią, jak Sudety, i tak samo dziś wygląda. W pustce tego miejsca na pierwszy rzut oka widać, że zdarzyło się tam coś szczególnego. A ponieważ nikt nie chciał o tym mówić, sporo czasu zajęło mi poznanie okoliczności brneńskiego marszu śmierci i dowiedziałam się też o masowym grobie trzydzieści kilometrów za Brnem. Dopiero wtedy odkryła się przede mną zupełnie inna historia Brna, czy Czechosłowacji, niż ta, której uczyłam się w szkole i na studiach.
Kiedy zaczęła Pani pisać Gercie?
W 2006 roku. Napisanie tej książki zajęło mi mniej więcej trzy lata. Gdy się ukazała, miałam 29 lat. Przez cały ten czas towarzyszyło mi uczucie, że ta dziewczyna, która mieszkała przy tej ulicy, gdzie się wprowadziłam, wciąż tam jest. Mimo że w maju 1945 roku jako Niemka została stamtąd wypędzona ze swoim półrocznym dzieckiem i skończyła w tym brneńskim marszu śmierci, na który pognano 19 800 kobiet, dzieci i starców. O włos uniknęła tragicznego końca, epidemii tyfusu, której nie przeżyło wielu wycieńczonych wypędzonych. W masowym grobie pod Pohorzelicami znalazło się około tysiąca z nich. Inni zmarli w drodze do granicy austriackiej…
Dziś ten grób można zobaczyć na obrzeżach miasta.
Tak, dziś wznosi się tam krzyż, który pojawił się jednak dopiero w latach 90. Przez cały okres totalitaryzmu wszelkie informacje o tej katastrofie były utajnione, a o miejscu zapomniano. Nikt nie chciał pamiętać, bo wtedy trzeba by przypominać, jak brutalnie Czesi potraktowali po wojnie niemiecką ludność, i to tę najbardziej bezbronną – kobiety, dzieci i starców.
Brneński marsz śmierci nie był jedynym epizodem, kiedy to po wojnie czescy Niemcy umierali lub byli mordowani. Myślę o masakrze w Postoloprtach, o „sądzie ludowym” w Lanszkrounie, o mordzie na Bukowej Górze koło Cieplic nad Metują. Do masakry w Uściu nad Łabą doszło 31 lipca, prawie trzy miesiące po wojnie. Czy stosunek Czechów do tych zbrodni zmienił się dzięki Pani książce?
Myślę, że swój udział miała w tym sztuka. Nie tylko powieść o Gercie, ale także inne dzieła, jak film „Młyn Habermanna” czy przedstawienie reżysera Miroslava Bambůszka, w którym porusza on temat masakry w Postoloprtach. Gdy w 2009 roku zaczęłam jeździć z „Gertą” na spotkania autorskie, spotykałam się z ostrymi reakcjami. Najgorzej było na pograniczu, w Sudetach, gdzie ludzie żyją w domach poniemieckich. Tam zawsze czuć było strach, że poprzedni właściciele upomną się o swoje. W wyborach prezydenckich w 2013 roku Milosz Zeman użył tej karty przeciwko Karlowi Schwarzenbergowi i z pewnością zdobył dzięki temu głosy. Ale dziś sytuacja jest na szczęście inna.
Dziś jest inaczej?
Tak, od tego czasu czesko-niemieckie radzenie sobie z czasami powojennymi jest w Czechach znacznie częściej omawiane, a ludzie nie patrzą już na te lata tak czarno-biało. Początkowo tym tematem zajęli się fachowcy, historycy i politycy, ale potem, dzięki twórcom, przeniknął on do szerszej publiczności.
Obecnie większość ludzi rozróżnia, co było sprawiedliwą odpłatą wobec winnych, a co krzywdą wyrządzoną najsłabszym. Kiedy Gerta się ukazała, tak jeszcze nie było. Dziś jestem często zapraszana do szkół czy na uniwersytety, gdzie na przykładzie Gerty naucza się współczesnej historii i literatury. To jest po prostu temat, o którym możemy teraz mówić całkiem otwarcie.
Kiedy doszło do przełomu?
Myślę, że kamieniem milowym był rok 2015. W Brnie zorganizowaliśmy Rok Pojednania, a burmistrz Petr Vokrzál i biskup Vojtiech Cikrle wspólnie przeprosili ofiary marszu do Pohorzelic. Był to wspaniały gest, który został bardzo pozytywnie przyjęty. Dowód na to, jak wiele się zmieniło.
A Jaroslav Ostrczilík, który to wymyślił, organizuje teraz te marsze, czy raczej pielgrzymki, w kierunku przeciwnym, z Pohorzelic do Brna.
Właśnie tak. Od 2007 roku Jára organizuje przemarsze wzdłuż trasy, którą niegdyś wypędzono brneńskich Niemców, by upamiętnić to wydarzenie. W 2015 roku wymyśliliśmy festiwal Meeting Brno, by upamiętnić wspólną, czesko-niemiecko-żydowską historię naszego miasta. Od 2016 roku maszerujemy w kierunku przeciwnym, aby w ten symboliczny sposób sprowadzić ofiary z powrotem do Brna, do ich dawnych domów.
Z czego jeszcze wziął się ów przełom? Czy z Czesko-Niemieckiej Deklaracji z 1997 roku, w której czeska strona po raz pierwszy oficjalnie zgodziła się na słowo „wypędzenie”? Ja początkowo myślałem, że to będzie tylko kawałek papieru.
Dzięki tej Deklaracji powstał Czesko-Niemiecki Fundusz Przyszłości, a to był bardzo ważny krok, bo po obu stronach pojawiła się konkretnie wyrażona wola wspierania współpracy. Jej owoce były ogromne. Powstało wiele interesujących, wspólnych projektów, jak choćby nasz festiwal.
Jak ważną rolę odegrało w tym Ziomkostwo Sudetoniemieckie z Monachium?
Gdy pojawiłam się z Gertą, wobec tego ziomkostwa wciąż panowała wielka nieufność. Ale gdy zaczęłam z nią podróżować po Niemczech, spotkałam wiele osób, które były niezmiernie zainteresowani tym, co się dzieje w Czechach i na pograniczu, chciano słuchać historii stamtąd i opowiadać swoje.
Krótko mówiąc, znalazłam się między ludźmi, którym Czechy było bardzo bliskie. Cierpienie doświadczone przez pierwsze pokolenie wypędzonych zamieniło się w szczere zainteresowanie i pojednanie. W most, który prowadzi z powrotem do Czech.
Dziś dla mnie ludzie z Sudetendeutschen Landsmanschaft czy z Ackermann-Gemeinde [chadeckie stowarzyszenie Niemców sudeckich] są najbliższymi możliwymi partnerami Czechów w Europie. Mamy wspólną historię, a to coś znaczy. W tym kontekście szczególnie doceniam pełną poświęcenia pracę szefa ziomkostwa Bernda Posselta, bardzo mądrego i otwartego człowieka, który zrobił wiele dla stosunków czesko-niemieckich.
Bardzo Pani dziękuję.
Rozmowa została przeprowadzona 2 maja 2025 roku w Cieszynie podczas 27. edycji festiwalu Kino na Granicy.
* Historyczka sztuki i pisarka Katerzina Tuczková (rocznik 1980) zasłynęła swoją pierwszą powieścią Wypędzenie Gerty Schnirch (2009), w której na przykładzie tytułowej bohaterki opisała losy ofiar powojennego wypędzenia Niemców mieszkających w Brnie. Kobiety są również głównymi bohaterkami jej innych książek, takich jak Boginie z Žítkovej (2012) czy najnowsza powieść Bílá voda (2022). Wszystkie trzy ukazały się po polsku w przekładzie Julii Różewicz.
** Ta książka została przedstawiona na majowych targach książki w Pradze. Należy tu podkreślić, że po czesku Sudety to nie góry, ale funkcjonująca od XIX wieku nazwa obszaru, zamieszkanego przez Niemców, którzy po II wojnie światowej zostali stamtąd wypędzeni. Jest to pas ciągnący się wzdłuż granicy wokół Kotliny Czeskiej od Śląska Cieszyńskiego, przez Jesioniki, Góry Orlickie, Karkonosze i Podkarkonosze, Góry Izerskie i Rudawy, Czeski Las, Szumawę i dalej aż do doliny rzeki Morawy. W międzywojennej Czechosłowacji używanie nazwy Sudety było zakazane.
Kultura Enter
2025/04 nr 116
Brno: Dialog upostřed Evropy - Kateřina Tučková. Fotografie Aureliusz M. Pędziwol
Brno -Jaroslav Ostrčilík
Tłumaczka Julia Różewicz i Kateřina Tučková
Cieszyńskie "Kino na Granicy": Julia Różewicz, Kateřina Tučková oraz Teresa Drozda - zasłużona dla dialogu polsko-czeskiego.
„Kto przyjechał z Polski?” To, że niemal wszyscy, nie może dziwić. „Bílá Voda” właśnie ukazała się po polsku. Spotkanie miało miejsce w byłym klasztorze pijarów, gdzie zakonnice były internowane do 1990 roku. Dziś jest to Muzeum Izolacji, Internowania i Integracji.
Jezioro Novomlýnské, wysepka z kościołem dawnej wsi Mušov (Muschau)
Wysepka z kościołem po prawej stronie
Pohořelice - zbiorowy grób 890 ofiar brneńskiego marszu śmierci










